II
Wroński przetarł oczy. Nie! To nie był sen. Tam naprawdę siedział jakiś człowiek. Był tak zmieszany, że nie mógł zebrać myśli. Wpatrywał się tylko w nieznajomego osłupiałym wzrokiem i wysilał się daremnie, by skupić myśli.
Spojrzenia ich się spotkały. Nieznajomy wstał i zbliżył się do łóżka.
— Jestem Botko — rzekł przyjaźnie. — Pan wiesz przecie, kto ja jestem. Pukałem, ale pan zapewne nie słyszał. Musiał pan spać. Wszedłem bardzo ostrożnie!... Cóż słychać u pana? Mówiono mi, że pan bardzo chory.
Wroński drgnął, usłyszawszy nazwisko Botki. W mgnieniu oka wrócił do przytomności. Szczególna jasność rozpostarła się w jego mózgu i nagła trwoga go ogarnęła.
Zdawało mu się, że siedzi w celi więziennej, i że wnet go poprowadzą na stracenie. Czuł z niezachwianą, dręczącą pewnością, że upiorne mary jego fantazji stają się rzeczywistością.
— Zdaje mi się, że pan jest bardzo wzburzony, panie Wroński. Musiał się pan nagle zbudzić; nie może pan przyjść do siebie.
— Tak — ja... ja... wiem... Proszę... jestem chory...
Wroński mieszał się coraz bardziej.
Długa pauza.
Botko rozglądał się po pokoju, który zdawał się go niezwykle interesować.
— To mieszkanie jest bardzo wilgotne. Powinien się pan wyprowadzić. Grzyby na ścianach są już przecie dostatecznym powodem...
— Ten dom do mnie należy. — Wroński odzyskał zupełnie przytomność. — Jedyna to pozostałość po moim ojcu.
— Pan tu sam mieszka?
— Tak. Nikt by przecież mieszkać tu nie chciał. — Wroński machnął niecierpliwie ręką, podszedł do stołu i napił się wódki.
Nagle przyszło mu na myśl, że zachowanie się jego nigdy jeszcze nie było tak wymuszonym i nienaturalnym48. Przecież, do licha, nie potrzebował się obawiać! Z nieufnością spojrzał na Botkę. Botko jednak umyślnie nic nie widział i nie spostrzegał.
— Ten rów przed pańskim domem, dochodzi prawie do ratusza? — zapytał Botko niespodzianie. — Zauważyłem mostek na jednej z bocznych ulic...
Wroński, bardzo niemile dotknięty, starał się ukryć drżenie, którego nie mógł powstrzymać.
— Tak, prawie do samego ratusza. Pan zapytywał o ratusz... Zauważył pan także zapewne, że rów ten gęsto zarośnięty jest krzakami...
— Tak, zauważyłem to. — nieznajomy spojrzał życzliwie na Wrońskiego i uśmiechnął się.
— Można się tam dobrze ukryć... Zdaje mi się, że idąc wzdłuż rowu, można się nie lękać niczyjego oka...
— Tak, w istocie.
— W ten sposób można by dojść aż do mostu, o którym pan wspominał...
Wroński nagle się uspokoił. Fantazja jego poczęła pracować.
— Myślę, że najlepiej by było wejść pod most. Domy, które stoją nad rowem, nie mają okien wychodzących na rów. Z obydwu stron wysokie, nagie ściany. Zauważył pan?
— Zupełnie słusznie.
— A więc można, nie będąc widzianym, dojść aż do ogrodowego muru ratusza...
Botko przerwał.
— Zdaje mi się, że herbata już gotowa?
Nalał sobie herbaty.
— Pan byłeś na uniwersytecie w Zurychu?
— Tak, kilka lat.
— Obracał się pan zapewne w kołach rewolucyjnych?
— Tak, byłem sekretarzem „Wolności”.
Wroński powiedział to prawie z dumą, radośnie podniecony. Spostrzegł jednak, że dumę okazuje w sposób bardzo dziecinny. Nieufnie spojrzał na Botkę. Botko zachował jednak niezmienną powagę i spokój.
— Widziałem pana raz w klubie.
— Tak?
— Mówił pan wtedy porywająco. Przedstawiłeś pan plan, który mi się niezwykle podobał. Mówiłeś pan, że należy zapisywać się do seminariów duchownych, gdyż tylko ksiądz może po wsiach uzyskać wpływ nad ludem i powoli szerzyć idee rewolucyjne. Tak, niezawodnie, środek doskonały. Nieprawdaż? Miałeś pan na myśli komunistyczne zasady pierwszych wieków chrześcijaństwa, które by można wpajać w lud? Wszakże o to chodziło?
— Tak.
— Powołał się pan także na przykład księdza Ściegiennego49, który w podobny sposób pracował...
— Tak. Ale Ściegienny był niezręczny. A zresztą cały ten pomysł nie był właściwie moim. Coś podobnego przychodziło mi wprawdzie do głowy, ale ten plan wziąłem od Gordona.
— Mniejsza o to. Z tego rodzaju pomysłami wszędzie spotkać się można. Sposób wykonania jednak tego planu i środki, na jakie pan wskazywał, przekonały mnie, że pan bardzo szczegółowo nim się zajmował.
— Tak, chciałem zostać księdzem.
— Trwa pan jeszcze w tym zamiarze?
— Jestem skazany na śmierć.
— Ależ to jeszcze nie jest tak pewne?
Wroński spojrzał na niego niechętnie.
— Dajmy temu pokój! Przystąpmy do rzeczy.
— Ależ nie ma potrzeby. Widzę, że pan bardzo starannie nad wszystkim się zastanawiał.
Wroński znowu nieufnie spojrzał na niego, ale twarz Botki pozostała spokojną, poważną, uczciwą.
— Pan zajmował się także archeologią — podjął Botko po chwili. — Widziałem u Gordona jedną z pańskich prac historycznych, o dziejach tutejszego klasztoru.
Wroński ucieszył się.
— Korzystał pan z tutejszego archiwum? Podobno jest bardzo bogate. Czy znajduje się ono w ratuszu?
— W ratuszu?
— No, jeżeli są tam cenne materiały...
— Nie! W ratuszu leżą tylko rzeczy bez wartości... Całe stosy papieru, tam, na górze... Przyszła mi myśl, oblać to wszystko naftą...
Wroński powiedział to prawie złośliwie.
— Śniłem o tym... Czy tego się pan chciał dowiedzieć?
— Nie! Ale dobrze by było zanieść naftę na górę. Znajdzie ją pan naturalnie na miejscu.
Wroński zadrżał. Pewność, że sen jego ma się teraz stać rzeczywistością, przerażała go... Krew uderzała mu do głowy, czuł, że go ogarnia gorączka.
— Te psy mnie zabiły! — zawołał nagle. — Teraz się zemszczę. Muszę się zemścić! Nieprawdaż? Nieprawdaż? Czyż zemsta nie jest najszlachetniejszym uczuciem! Wprost przeciwnym naukom mieszczańskiej moralności? Jeszcze przed godziną doznawałem trwogi. Przeklęta społeczna moralność wżarła się w najgłębsze nerwy. Ale ten jest Bogiem, kto umie gardzić tym, przed czym czuje trwogę. Gardzić tak, że przestaje istnieć dla niego. To jest istnieć w tym znaczeniu, aby stąd rodzić się mogły uczucia. Widzi pan, ja teraz przetrawiam myśli w sobie i walczę ze sobą. Nietzsche na papierze odwracał wartości, ja odwracam je w sobie. Chcę złego, tak zwanego złego, z tym samym naturalnym przeświadczeniem, z jakim Maciek lub Wojtek pragnie dobrego. I nie spocznę, aż tych kilku chałup nie spalę z takim samym spokojem, z takim samym czystym sumieniem, z jakim daję żebrakowi kęs chleba. Tak, tego pragnę, rozumiesz pan?
Usiadł na łóżku. Widział, jak około głowy Botki przesuwają się ogniste koła w coraz szybszym, szalonym ruchu. W końcu sam Botko wirować począł przed jego oczyma. Mózg jego się wyczerpał. Nie był w stanie myśleć.
— Czy panu niedobrze?
— Nie, nie! Ale jakie eleganckie ma pan ubranie.
— Nie powinienem zwracać uwagi. — Botko się uśmiechnął. — Człowiek elegancko ubrany nie zwraca uwagi. Zresztą pan jesteś wyczerpany, potrzebuje pan spokoju.
— Nie, nie!
Długa pauza.
— Czy zwrócił pan także uwagę na willę nad jeziorem?
— Na willę?
Wroński przetarł ręką czoło.
— Widzi pan... Nie wiem, skąd mi ta myśl przyszła. Wspaniała, niesłychana myśl! Myśl, której jeszcze żaden człowiek nie miał przede mną.
Chwycił Botkę za ramię.
— Wie pan, dlaczego muszę umierać? Pojmuje to pan? Dla stu marek! Dla stu marek muszę zdychać.
— Dla stu marek?
— Tak. Dostałem influenzy50, później zapalenia płuc. Byłem bardzo osłabiony i powinienem był iść do szpitala. Pisałem do tego człowieka, do którego willa należy. Wie pan, co mi odpowiedział? Że sam nie posiada stu marek? Ha, ha, ha! Teraz się zemszczę! Tam leżą jego skarby... Zemszczę się! Wszyscy powinniśmy uczyć się zemsty. Zemsta powinna stać się naszym najpotężniejszym instynktem. Utopiści pragną szczęścia! Ja chcę zemsty! Zemsta stworzy mi szczęście.
— I cóż się później z panem stało?
— Gordon przysłał mi pieniądze, ale wówczas już począłem pluć krwią.
Milczenie...
— Tak, w rzeczy samej! Mój pomysł... Mój wspaniały pomysł... Czy pan myśli, że ja tu gnić będę powoli? He, he... Dość mi tego! Jednym rzutem, tam w tej willi, w morzu płomieni.
Począł szeptać.
— Pojmuje pan, co to znaczy, metr zamarzłej ziemi ponad trumną? Nie, wcale nie ponad trumną. Trumna pęka w kawały, ale... he, he... pojmuje pan, że te przemarzłe grudy zgniotą moje ciało?
Botko milczał.
— Pojmuje pan to?
— Tak, pojmuję.
Pauza.
— Więc pan chce spalić się sam we willi?
— Tak.
Botko wstał i uścisnął serdecznie rękę Wrońskiego.
Wroński zawrzał nagle. Ogarniała go wściekłość i wstyd, że tak odkrywał tajnie swej duszy. Nieufność jego do Botki wzrosła jeszcze. Gdyby chciał wreszcie odejść.
— O mnie nie ma się pan co lękać — rzekł szorstko.
— O, jak pan jesteś podejrzliwym! — Botko uśmiechnął się. — Gdybyśmy takich mieli więcej. Skoro śnieg stopnieje... śnieg listopadowy nigdy się długo nie trzyma. Zaczyna nawet już topnieć.
Wrońskiemu przypomniało się, że śnił o śniegu.
— Śnieg lśni! — rzekł głęboko zamyślony.
— To jeszcze najmniejsza. Ale pozostają ślady...
Wrońskiemu się wydało, że Botko spogląda na niego z ukrytym uśmiechem i pogardliwym wyrazem twarzy. Zupełnie jak na smarkacza.
— Czy pan mnie ma za głupca? — zapytał z wściekłością.
— Boże, jakże pan jesteś podejrzliwym. Bardzo się cieszę, że pana poznałem. Zresztą jestem zupełnie uczciwym człowiekiem. Do widzenia. Gordon wkrótce pana odwiedzi.