III
Na ulicy Gordon stanął zamyślony. Deszcz padał ciągle, ale on nie zważał na to.
Nagle zerwał się, przeszedł kilka ulic i zatrzymał się na rynku.
Tu stanął w bramie jakiegoś domu i długo i nieporadnie spoglądał na dom po drugiej stronie.
Może by przecież pójść na górę? Starego Mizerskiego nie ma w domu. Służba oczywiście śpi...
Grzebał w myślach, ale coś go pchało naprzód; zdawało mu się, że nie może tej sprawy odłożyć. Musiał oderwać od niej Ostapa, inaczej Ostap mógłby jeszcze stać się prawym obywatelem.
Zaśmiał się pogardliwie i prawie lękliwie szedł wzdłuż domów.
Ona nie śpi, w oknach jej jeszcze jasno, wszak można spróbować, pomyślał.
Przed domem stanął, potem wstąpił do sieni i znowu długo stał zamyślony.
W końcu wszedł cicho i ostrożnie po schodach.
Po długim szukaniu znalazł guzik od dzwonka, ale palec bezwładnie się zatrzymał.
Czyżby to istotnie było koniecznym?
Nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, oparł się o ścianę i stał tak przez chwilę zamyślony.
A może by się przecież wrócić?
Ale w tej samej chwili przycisnął guzik.
Nadsłuchiwał. Serce mu biło gwałtownie.
Usłyszał szmer w przedpokoju, słyszał, jak gaz zapalano — i w tej chwili otworzono drzwi.
Hela stała przed nim.
Patrzyła nań jak na upiora, skupiła się jednak natychmiast, ustąpiła, i, nie mówiąc ani słowa, wpuściła go do mieszkania.
— Przemokłem — rzekł Gordon spokojnie — wszak można tu zawiesić płaszcz?
Nie ozwała się ani słowem.
— Mam z panią coś bardzo ważnego do omówienia. Wybacz pani, że przychodzę o tak niezwykłej porze, ale zdawało mi się, że sprawy tej nie można odkładać.
W milczeniu otworzyła drzwi do pokoju.
Usiedli i długo milczeli.
Zauważył, że Hela spogląda nań z najwyższą trwogą, i że koło ust jej zastygnął obłąkany uśmiech. Ale powoli wracała do równowagi, twarz jej pokurczyła się nienawistnie.
— Pokonałeś mnie; nie przypuszczałam, że cię ujrzę jeszcze. Czego chcesz ode mnie?
Gordon uśmiechnął się, a potem znowu poważnie na nią spojrzał.
— Wypiękniałaś, jesteś piękniejszą19 niż dawniej, ale ja cię już nie kocham. Nie, już nie kocham! — rzekł po chwili milczenia.
— I tylko tyle chciałeś mi powiedzieć? I po to przyszedłeś?
— O nie, nie po to. A może tak... nie wiem... Może szukałem tylko pretekstu, żeby przyjść do ciebie...
— Żeby mnie dręczyć?
— Nie, nie będę cię dręczył. Dlaczegóż bym cię dręczył? Wszak dałaś mi wszystko, co miałaś...
— Kłamiesz! Ja nic ci nie dałam. Właśnie tobie nic nie dałam! Nie sądziłam, że byłeś tak głupim20, żeby wmawiać w siebie, że ja ci coś dałam.
— Może się mylę. Może mi nic nie dałaś, bo niczego nie miałaś.
— Otóż widzisz. Zaczynasz od razu mówić rozsądnie.
Zaśmiała się brzydko.
On spojrzał na nią smutnie.
— To, co ty mi dałaś, nie było właściwie datkiem — rzekł zamyślony — wszakże nic cię to nie kosztowało, nie czułaś bólu i nie musiałaś przechodzić walki przezwyciężenia się.
Ona zbladła, ale nic nie odpowiedziała.
— Dusza twoja jest zła — rzekł po chwili i spuścił oczy. — Dusza twoja jest zła — powtórzył — bo niczego dać nie może, bo niczego nie ma... Nienawidzisz mnie, bo ja pierwszy cię poznałem. Ja ciebie nienawidzę tylko czasem, ale i nie kocham cię.
— Czy jeszcze tak cierpisz jak dawniej? — spytała z uśmiechem.
— Nie, teraz cierpię tylko czasem. Ale wtedy tylko estetycznie.
— Estetycznie?
— Tak. Najwyższym pięknem u dziewicy jest chwila narodzin kobiety. Ja pragnąłem dopełnić w tobie tego najwyższego piękna. Mężczyzna rozwija się, rozwija się zawsze. Kobieta rozwija się tylko póki jest dziewczęciem. Jako kobieta jest zastojem. Jest to jedyny wypadek w całej przyrodzie, w którym doprowadza się rozwój do spoczynku, jedyny wypadek, w którym wieczność stawania się dochodzi do końca, a to dla mnie jest najwyższym pięknem.
— Wszakże masz tysiące dziewcząt wszędzie. W nich możesz wstrzymać rozwój, w nich możesz dopełnić najwyższego piękna, którego zresztą każdy parobek dopełnić potrafi.
— Piękno istnieje tylko dla tego, kto je sobie uświadomił. Parobek nigdy go sobie nie uświadomi... Zresztą mylisz się: co u jednej kobiety jest pięknem, to u każdej innej staje się ohydą.
— A tą jedną kobietą dla ciebie byłam ja?
— Tak, ty.
Milczeli bardzo długo.
— Teraz możesz odejść — rzekła wreszcie cicho i tajemniczo. — Teraz rozdarłeś mi serce na całe miesiące. Idź już teraz, idź — jestem tak strasznie znużona... — Spojrzała nań błagalnie i zamilkła.
— Czy zawsze jesteś tak smutny? — spytała nagle i przysunęła się do niego.
Przesłyszał21 pytanie.
— Nie przyszedłem na to, żeby cię dręczyć — rzekł wreszcie — nie! Przyszedłem, żeby swoją męczarnię odnowić. Trzeba mi teraz dużo męki, ażeby dokonać tego, czego chcę dokonać.
— Co ty zamierzasz? — Zerwała się pełna lęku.
Spojrzał na nią z uśmiechem.
— Dziwne, że wasz kobiecy mózg taki ciasny. Oczywiście pierwszą twoją myślą było samobójstwo; nieprawdaż? — O nie. Samobójstwo popełniają starcy, dzieci i ciężarne kobiety... Ty nigdy nie miałaś dziecka? — spytał zamyślony. — Niegdyś chciałem dziecka od ciebie... Wtedy było już za późno... Ale, prawda, co też miałem powiedzieć... — powstał. — Tak... oszczędź Ostapa. Dusza twoja jest taka chciwa i mściwa. Ty chcesz go zniszczyć. Może nieświadomie. Ale drażni cię to, wszak to ci wystarcza. I ja mu powiedziałem, że go nie kochasz. Zdaje mi się, że sama powinnaś mu to otwarcie powiedzieć. Tak będzie lepiej. Czy nie widzisz, jak go dręczysz?
Ona jakby nie słyszała. Spojrzał na nią uważnie.
— Czyś mnie słyszała?
— Nie!
— Czy mam ci powtórzyć? — powstał niemal groźnie.
— Niekoniecznie! Nie usłyszę ani słowa. Możesz teraz mówić i mówić, ja nie posłucham ani na chwilę.
Usiadł obok niej i ujął ją za rękę. Cofnęła ją porywczo.
— Dlaczego cofasz rękę? Wszakże nie jesteśmy wrogami... Czy pamiętasz ową noc w Londynie? Ja ci wszystko tak otwarcie i serdecznie powiedziałem — powiedziałem ci, dlaczego nie możesz być moją kochanką. Pokazałem ci cały ten brud, w którym byśmy żyć musieli. Powiedziałem ci wtedy, że dusza moja nie potrafi stopić cię w sobie, bo tylko ta miłość jest piękna dla mnie, która zdoła stopić kobietę w duszy mężczyzny. Odszedłem od ciebie, ażeby cię nie skalać. Odszedłem od ciebie, ażeby cierpieć z powodu ciebie. Tak, ja jeszcze ciągle cierpię. Ale to cierpienie otacza cię aureolą w oczach moich. Odszedłem od ciebie, ażeby nie stać się brutalnym, ile razy bym musiał myśleć o tym pierwszym, który w tobie zrodził kobietę. Czyż mam ci to wszystko powtórzyć? Ty wiesz, że tylko dlatego, jedynie dlatego cię opuściłem... Pytałaś mnie, czy zawsze jeszcze jestem tak smutny. Ja właściwie nie jestem smutny. Ale ja kocham piękno i smutno mi, że nie mogłem być ci pierwszym... Nie, ty — wszak ty wiesz wszystko. Zresztą jesteśmy tak spokrewnieni. Kiedym cię ujrzał po raz pierwszy, to było, jakbym widział samego siebie... Dlaczego mnie nienawidzisz?
Ona długo nań spoglądała bezrozumnie.
— Ach, jak ja cię nienawidzę, jak ja cię nienawidzę!
Powtarzała te słowa nieustannie i z wściekłości zgrzytała zębami.
— Kacie, ty! jak ty zniszczyłeś mą duszę! Jad wszczepiłeś mi w każdą żyłkę. Każdą cząstkę mojej istoty przesyciłeś mi odrazą...
— Ty mnie więc istotnie nienawidzisz? Nie wierzyłem, teraz widzę.
Gordon posmutniał jeszcze bardziej, twarz pokryła mu się trupią bladością.
— Teraz szydzisz ze mnie, teraz powiadasz, że nie mogłam ci nic poświęcić... Boże, Boże! Jak brutalnym jest twój mózg! Jakiś ty brutalny!
Ścisnęła pięści. Dusza jej płonęła nienawiścią i rozpaczą.
— Ty nigdy mnie nie zrozumiesz — rzekł powolnie22 i spojrzał na zegarek. — Ty mnie właściwie nie rozumiałaś. I ty nie wiesz także, co to jest piękno. Czy wolałabyś pozostać ze mną i brnąć we wstrętnym brudzie, kalać się? Gdybym był pozostał przy tobie, musiałbym cię skalać. Poszedłem i pomnę o tobie, gdyby23 o wielkim, smutnym przeznaczeniu. Poszedłem i widzę cię gdyby błędną gwiazdę we mgle, co nieszczęście oznacza, ale nieszczęście jest piękne. A teraz, teraz...
Urwał nagle, pogrążył się w myślach na chwilę, a potem rzekł bardzo powolnie.
— Przychodzę do ciebie, aby cię poprosić: zostaw Ostapa w spokoju, odepchnij go od siebie. Ty zapewne dałaś mu mały paluszek, a on był na tyle głupi, żeby zapragnąć ręki całej. Nie o niego mi idzie, nie, tylko o ciebie. Wszak ty go nie kochasz, jestem tego pewny. Przecież to niezmiernie komiczne, ujarzmiać jednego mężczyznę, żeby się zemścić na drugim... Widzisz... Dawniej myślałem o tobie, jak o aniele upadłym, pełnym cichego majestatu, smutnej wielkości, która serce ma śmiercią przepełnione. A teraz przychodzę do ciebie i proszę cię: nie bądź banalną! nie ośmieszaj się w duszy mojej!
Zaśmiała się histerycznie.
— Kłamco! — krzyknęła.
— Nie powinnaś tego mówić — utkwił w niej wzrok nieruchomy. — Ja ci tylko jeszcze raz chciałbym wszystko powiedzieć. Widzisz: ja czasem mogę zapomnieć, że byłaś już w objęciach innego, że przeżyłaś już z innym straszną zagadkę narodzin kobiety, że...
Dusił się, cierpiał.
— Mogę zapomnieć, że najwyższe piękno, jakie jest dostępne człowiekowi, dla ciebie już dawno minęło, kiedym cię poznał, że grozę i skurcz, w którym jedna dusza przelewa się w drugą...
— Kłamco! Kłamco! — krzyczała i drżała na całym ciele. — Idź! Zostaw mnie! Szatanie ty!
Wpił się oczyma w jej oczy, a dziki, szpetny uśmiech wykrzywił jego twarz.
— Mogę zapomnieć... — chwycił ją za ręce i ściskał je jak obłąkany. — Mogę zapomnieć, że wśród grozy i lęku przed tą największą ze wszystkich zagadek leżałaś owej nocy w jego objęciach i że go kochałaś, bo posiadł potęgę, i że go nienawidziłaś, bo...
Podskoczyła i uderzyła go pięścią w twarz.
Patrzał na nią bezprzytomnie. Twarz mu drgała.
Ona cofnęła się przerażona.
Gordon uspokoił się nagle, tylko głos mu jeszcze drżał. Mówił jeszcze ciszej i smutniej. Szeptał prawie do siebie samego.
— ...ale nigdy nie zdołam zapomnieć, że mogłaś po mnie stać się kochanką innego. Bo wtedy odrazę czuć będę ku tobie i wstręt, i wstyd, a przecież nigdy nie czułem wstydu, nawet teraz, kiedyś mnie w twarz uderzyła. Właśnie teraz nie czułem wstrętu, bo czuję, że ty nie zdołasz stać się kochanką innego... Kochanką! Bo kobietą można stać się tylko raz.
Nastało długie milczenie. Gordon spojrzał niespokojnie na zegarek. Twarz jego była prawie obojętna. Na stole leżał nóż do rozcinania papieru, wziął go i w roztargnieniu począł się nim bawić, spojrzał potem nagle na nią, bawił się znowu i rzekł wreszcie z lodowatym spokojem.
— A teraz posłuchaj, powiem ci jeszcze coś nadzwyczaj ważnego. Właściwie po to tylko tu przyszedłem. Idzie mi o Polę Wrońską.
Zatrzymał się, spojrzał na nią i bawił się mechanicznie nożem.
— Chcę poślubić Polę — rzekł nagle, jak gdyby mówił coś niezmiernie obojętnego.
Ona patrzyła nań oniemiała, a po chwili zaśmiała się głośno.
— Tego nie zrobisz!
— Tak, zrobię. Ona jest jedyną, przy której zdołam ciebie zapomnieć.
— Przysięgam ci, że tego nie zrobisz.
— Tak. Zrobię. Uczynię to za miesiąc. Ona już jest moją żoną.
Podkreślił słowo „jest”.
— Kłamiesz!
— Nie, nie kłamię!
Zbliżyła się doń groźnie.
— Powiedz, że kłamiesz! Powiedz natychmiast!
— Czy znowu chcesz mnie bić? — zaśmiał się cicho. — Nie bij mnie; wszak biłaś mnie tylko ze wstrętu przed sobą samą.
Opadła wycieńczona na krzesło.
— Widzisz, Helu, ja bym ci chętnie wyjaśnił, ale brak mi dzisiaj sił. Zresztą to obojętne. Wiem tylko, że w jakiś sposób dowiedziałaś się o moim stosunku z Polą. Wiem, że chcesz z niej zrobić swoją przyjaciółkę, i wiem także, że już teraz nad tym pracujesz... Ale dlaczego się śmiejesz? Czy jesteś zrozpaczona?
— Nie, nie... mów dalej.
— Otóż, nie mam już nic więcej do powiedzenia. Powtarzam ci tylko, że wszystkie twoje wysiłki są nadaremne. Poli nie odwrócisz ode mnie. Nie trudź się daremnie. Tym się tylko ośmieszysz.
Zaśmiała się jeszcze gwałtowniej.
On usiadł znowu i bawił się nożem.
Nagle przestała się śmiać.
— Teraz możesz już iść. Wizyta twoja zbyt długo trwa.
— Tak, istotnie. Zresztą i tak muszę już iść. Ale słowo jeszcze. Jeżeli istotnie chcesz przywiązać do siebie Ostapa, to wiedz, że ilekroć spojrzy na ciebie...
Urwał nagle.
Ona pokryła się trupią bladością. Wzrok jej błądził gdzieś bez celu.
Gordon wyciągnął ku niej rękę.
Hela jakby tego nie spostrzegła.
— Nie chcesz podać mi ręki. Szkoda. Ja nie czuję ku tobie nienawiści. My właściwie tak jesteśmy sobie pokrewni...
U drzwi stanął.
— Dziwne, że nie pomyślałaś o tym, że mógłbym cię skompromitować swoją wizytą. A może myślisz, że nikt mnie nie zobaczy w taką słotę?
Wyszedł do przedpokoju.
— Ja zresztą pomyślałem o tym, że mógłbym cię skompromitować. Ale wiedziałem, że ojciec twój wyjechał...
Zdziwił się nagle, że mógł mówić o rzeczach tak obojętnych. Włożył płaszcz i spojrzał jej w twarz.
— Nie widziałem cię nigdy tak bladą... Nigdy do ciebie już nie przyjdę... Nigdy już z tobą mówić nie będę. To ostatni raz. Bądź zdrowa i pamiętaj o tym, co ci powiedziałem.
Otworzył drzwi i zeszedł. Nagle ujrzał ją we drzwiach.
— Chcesz mi pewnie pokazać, że nie boisz się kompromitacji — rzekł cicho.
— Pamiętaj wziąć zimne okłady na twarz — szepnęła złośliwie i zatrzasnęła gwałtownie drzwi.