SCENA PIĄTA
ADAM i GOŚĆ.
ADAM
patrzy nienawistnie na gościa
No i cóż? Na krok mnie nie odstąpisz? nie dasz mi chwili spokoju?
GOŚĆ
Wiesz, żem nieodstępnym twoim towarzyszem. Pamiętasz tę noc w ciemnym parku? — Wtedy ci już powiedziałem, że odtąd pozostaniemy razem. To niemiła rzecz, ale już muszę pozostać przy tobie. To takie moje przeznaczenie. — Widzisz, jam twój cień. Co?
ADAM
opada
I nigdy mnie już nie opuścisz?
GOŚĆ
Nigdy.
ADAM
z mocą
A gdy cię z serca wyrzucę, gdy znajdę tyle siły i odwagi, by się zamknąć na ciebie, gdy się stanę tak mocny i powiem ci precz! gdy znajdę kogoś lub cośkolwiek, co mą duszę wypełni, że będziesz się musiał od mych stóp oderwać, że będziesz musiał umilknąć...
GOŚĆ
Hm, — kto inny możeby umiał to zrobić. — Ty nie!
ADAM
A jeżeli rozum mój zyska taką przewagę, że powiem sobie, iż to, co zrobiłem, zrobić musiałem — że była tylko ta jedyna droga?...
GOŚĆ
Do szczęścia?
ADAM
Wszystko jedno, w przepaść, w otchłań, w rozpacz, ale że tak się stać musiało.
GOŚĆ
Rozum dziwnie nierozumny w takich razach...
ADAM
Ale, jeżeli zdołam to zrobić?
GOŚĆ
Wtedy cień mój na ścianę rzucę. Roztoczy nad tobą straszne skrzydła — gdzie się ruszysz, te czarne, upiorne skrzydła — nie! straszne ręce, rozczapierzone, groźne palce, gdyby szpony szatana, co już, już cię pochwycić mają — gdzie się ruszysz, będziesz zawsze widział te straszne, czychające, podstępne szpony — teraz jeszcze ramiona rozwarte, przyczajone, ot — tak, jak pantera do skoku: jedna sekunda, a obejmą cię w piekielne kleszcze, ot! tuż pod gardło — owiną cię piekielnym uściskiem, coraz silniej cię dusić będą, coraz silniej...
ADAM
Aż, aż?
GOŚĆ
Aż uduszą śmieje się. I jesteś mój! mój! mój!
ADAM
zrywa się
A dla czego ja twój?
GOŚĆ
śmieje mu się w oczy
Ach, jak ty pragniesz to zamilczyć, zdusić w swojem sercu — czemu się pytasz, dlaczegoś ty mój? Wiesz przecież sam najlepiej.
ADAM
A jeżeli te ręce nigdy się od ściany nie oderwą?
GOŚĆ
Hm, jeszcze gorzej. Zresztą mówiłem ramiona, ramiona, zda się przyczajone do skoku jak pantera — Ha, ha... Te ramiona ci się rzeczywiście przeistoczą zwolna w takie drapieżne, szatańskie zwierzę — będziesz je miał ustawicznie przed oczyma — i co chwilę czujesz, że to drapieżne zwierzę skacze na ciebie, przedniemi łapami obejmuje twoją szyję, tylnemi wpija się w twoje biodra, a cały pysk wżarty w twoją pierś: rozrywa ją, szarpie w kawały, gruchocze żebra, dogryza się do serca — ha, ha, ha — wyrywa serce, takie biedne serce, krwią ociekające...
ADAM
Dosyć już, dosyć...
GOŚĆ
Wiesz, w starem Mexico u Azteków był zwyczaj, że ofiarowywano serce, świeżo wycięte z piersi człowieka, matce-słońcu...
ADAM
A to słońce, któremu moje serce ma być ofiarowane?
GOŚĆ
Sprawiedliwość.
ADAM
Ludzka?
GOŚĆ
Niema ani ludzkiej, ani boskiej. Jest jeden porządek rzeczy, że tak być musi a nie inaczej — kto go przełamie, serce jego na śmierć skazane...
ADAM
Nieubłagany jesteś?
GOŚĆ
Jestem strasznym gościem — co? Strasznym gościem...
Dolatuje coraz silniejszy oddźwięk muzyki.
ADAM
Och ta muzyka, ta przeklęta muzyka.
GOŚĆ
Nie zagłusza cię? Nie oszołomi cię? Spróbuj, spróbuj — tańcz, upij się, odurz się rozkoszą, tańcem, muzyką... Czemu uciekasz przed tem wszystkiem? Czemu się chowasz ustawicznie w parku, że cię odnaleźć trudno.
ADAM
Nie mogę słuchać muzyki. Nie mogę patrzeć na taniec! Gryzie — gryzie — gryzie. Och te cienie, te uśpione cienie na ścianie. Zawsze je widziałem, zawsze mnie straszyły. Każdy przedmiot wyrastał w to zwierzę, co kłami swymi serce mi wyrywało, szarpało, gryzło...
GOŚĆ
Ha, ha, ha... nachyla się do ucha. Gryzie? he? gryzie?
ADAM
milczy stępiały
GOŚĆ
Ha, ha, — takie szczury, co? szczury? To tak wgryzuje się drobnymi, cieniutkimi ząbkami i szarpie i wcina, i wgryza się — albo co? Jak kret, to tak temi małemi łapkami tę twardą opokę, taką spiekłą ziemię — taką stwardłą skorupę — a zdawało się, że to kamień — to wiesz, temi małemi łapkami tak tę ziemię rozluźnia, wgrzebuje się powoli, powoluteńku, ale głębiej i głębiej z taką wściekłą zapalczywością. Potem już kreta nie widać, tylko kupka — ach nie! mogiłka ziemi rośnie, rośnie — rośnie coraz wyżej, im głębiej się kret wgrzebie — a naraz mogiła usypana; nie rośnie już więcej...
ADAM
To znaczy?
GOŚĆ
Kret zrobił swoje.
ADAM
I ta mogiła?
GOŚĆ
Na rozstajnych drogach.
ADAM
Dla zbrodniarzy? Co?
GOŚĆ
Lub dla samobójcy — ha, ha... żeś też o tem nie pomyślał... Tembyś się odemnie wyzwolił... — A przecież to tak łatwo. My zbyt na seryo bierzemy śmierć... I to tak delikatnie urządzić można, bez rozgłosu, bez ludzkiego gadania. Chcesz uniknąć jakichś przykrych rzeczy, nie chcesz by o tem mówiono — i na to rada jest: tuż za parkiem jezioro, wyjeżdżasz łódką na wodę, nadchodzi nagła burza, albo też łódka zmorszała, no! i toniesz... Nieszczęśliwy wypadek! Pogrzebią w święconej ziemi — he, he... albo też wracasz z polowania: masz strzelbę źle przewieszoną, potrącasz o drzwi — lufa wypali — no! i znowu przypadek... Albo idziesz w góry, ot! to najpewniejsze, noga ci się na mchach obślizgnie, albo się kamień obsunie... a to podobno przyjemna śmierć: lecisz, lecisz; w jednej sekundzie przeżywasz najpiękniejsze chwile twego życia...
ADAM
Więc tylko śmierć mnie od ciebie uwolnić zdoła?
GOŚĆ
zimno
Tylko!
ADAM
Więc tylko śmiercią odk upić się zdołam?
GOŚĆ
Tylko!
ADAM
Straszny jesteś.
GOŚĆ
Śmierć nie jest tak straszna. Śmierć dobra... Czemuż ja nie mogę być tak dobry jak śmierć?
Głos z werandy; śmiech i rozgwar.
WODZIREJ
Adam! Adam! Chodźże wreszcie. Pijemy teraz twoje zdrowie!
ADAM
Idę, idę.
Idzie do pałacu.
GOŚĆ
Pamiętaj! To jedno, co cię odemnie uwolni!