SCENA I
ZYGWART i WYSZOMIR.
ZYGWART
Książę Mścisław nic nie podejrzewa, umiałem doszczętnie uśpić jego czujność — przytem tak opętany nieszczęsną miłością do księżniczki Kingi, żeby posiąść jej względy, czyni wszystko, co mu tylko podszepną. Silny to władca, ale duszę jego toczy czerw namiętności: to, co starzy Grecy koszulą Nesussa zwali — a co nawet wielkiego Herkulesa siły do cna spaliło.
WYSZOMIR
Nie baw sią w opowieści, a mów, jak sprawa stoi...
ZYGWART
Pewno, że dobrze stać musi, jeżeli książę, który dosyć miał dowodów, jak mu jesteś niechętny, uroczyście cię na dzisiejszą ucztę zaprosił.
WYSZOMIR
Mówiłeś już księżnej za jaką ceną przyjdę Leszkowi z pomocą?
ZYGWART
Mówiłem.
WYSZOMIR
A wtrąciłeś mimochodem, że w danym razie mógłbym i Mścisława poprzeć?
ZYGWART
Tego jej mówić nie potrzebowałem — za dobrze cię zna, wie aż nadto dobrze, że z wojewodą Wyszomirem nie przelewki.
WYSZOMIR
A twoja siostra zasiądzie obok Leszka na stolcu książęcym?
ZYGWART
A jakżeżbym inaczej chciał zdradzać mego miłościwego pana — przecież nie dla pięknych oczu Leszka.
WYSZOMIR
I księżna wie o twym planie?
ZYGWART
Nietylko wie, ale sama go Leszkowi podsunęła. Mścisława się już nie lękam, jego dusza zatruta, a oczy mu coraz więcej bielmem miłości zachodzą, ale jednego strzedz się musimy.
WYSZOMIR
Kogo?
ZYGWART
Właśnie Leszka... jego dusza, jak dno morza, nic na nim dojrzeć nie można — niezgłębiona — ależ właśnie nadchodzi...