SCENA I

KSIĄŻĘ MŚCISŁAW i ZYGWART.

ZYGWART

na pozór oddany, ale buńczuczno i hardo.

Wasza mość książęca miała już dosyć dowodów mej wierności, a i tym razem zrobiłem wszystko, co w mej mocy było. Nie jest to wątpliwem, gdy powiem, że samego djabła umiałbym w pole wywieść, ale dusza tego młodzieniaszka dla mnie zamknięta na tysiąc spustów i zgoła niezrozumiała.

MŚCISŁAW

Czyś postępował według rad moich?

ZYGWART

cynicznie.

Wasza książęca mość wie aż nadto dobrze, że we wszelakiej sztuce chytrego podstępu, najkunsztowniejszych przebiegów, jestem niezrównanym mistrzem... poufale wszak tysiąc razy chwiała się głowa na moim karku, zaczem mogłeś się panie tak szeroko rozeprzeć na tym stolcu książęcym.

MŚCISŁAW

patrzy nań z ukosa, nakazująco.

Milcz!

ZYGWART

Nie wypominam tego, panie, boć na nic nie zdałyby się najwięcej kręte drogi, które ryłem do serc twoich poddanych, na nic nie zdałyby się pułapki i wilcze doły, które kopałem dla niechętnych i opornych, gdyby nie twa mężna, iście książęca moc — a jeżeli z mych ust coś się wyrwało, co twoją niechęć wzbudziło, to jedynie to, żem...

urywa

MŚCISŁAW

niespokojny.

Wiem, już wiem!

ZYGWART

Jestem, co prawda, łotrem, jak to ludzie nazywają...

MŚCISŁAW

pogardliwie.

Aż nadto jestem o tem przekonany...

ZYGWART

szyderczo.

O ile oczywiście moją miłość i przywiązanie do waszej książęcej mości można nazwać łotrostwem...

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha!

ZYGWART

bezczelnie.

A wierność moja, tak wielka, że nie wahałbym się mojej duszy djabłu zaprzedać chytrym służalstwem i chęcią zysku...

MŚCISŁAW

przerywa gniewnie.

Jeszcze ci mało?!

ZYGWART

składnie.

Obsypałeś mnie panie łaskami bez miary i liku, ale jałową rzeczą mi się wydaje, wyliczać ci, panie, moje zaiste łotrowskie usługi, którem w twej służbie poczynił.

MŚCISŁAW

patrzy na niego podejrzliwie i z pewnym lękiem.

Miarkuj się w twych słowach, kryje się poza niemi harda niechęć i bunt.

ZYGWART

z lekkim uśmiechem.

Panie! Gdyby ktoś lata całe miał smażyć swój mózg, aby wynaleźć sposób, by doświadczyć mej miłości i wierności dla Ciebie, zaiste nie znalazłby takiego, któregobym chętnie na sobie wypróbować nie pozwolił.

MŚCISŁAW

przerywa.

Dosyć już, dosyć — Co wiesz o królewiczu?

ZYGWART

obojętnie.

Nic, zupełnie nic.

MŚCISŁAW

gniewnie.

Jakto? nic?!

ZYGWART

flegmatycznie.

Próbowałem wszystkich dróg, by się do skrytnych komnat jego duszy dostać. Okazywałem mu przyjaźń tak gorącą i oddaną, jakiejby mu żaden śmiertelnik okazać nie mógł: na włosku wisiało moje życie, gdy go z ciężkim trudem dostałem w zasadzkę, która mu niechybną śmiercią groziła, a ja z cięższym jeszcze trudem z niej go wyratowałem, bo aby dać dowód mego wiernego oddania, nasadziłem skrytobójcę, którego potem sam na miejscu ubiłem, by królewicza ratować... Czyż to nie dosyć mości książe? Na nic się nie zdało, uśmiechał się wdzięcznie, dziękował wylanie, nagrodził hojnie, ale do skrytek swej duszy nie przypuścił.

MŚCISŁAW

zniecierpliwiony.

I to wszystko?

ZYGWART

O nie, panie... Zastawiałem dla niego uczty, o których się nawet Lukulusowi nie śniło — chętnie przyjmował moje zaproszenia — pił przez noc całą najcięższe wina, a gdy się już wszyscy pijani pod stół zwalali, on trzeźwy wychodził, pilnował wart po murach i, nie mówiąc słowa i nikomu nie schlebiając, jednał sobie serca żołnierzy.

MŚCISŁAW

coraz więcej rozburzony.

A o najgłówniejszej przynęcie zapomniałeś?

ZYGWART

z obojętną swobodą.

O nie, panie, żaden choćby najwięcej przeżyty rozpustnik nie oparłby się takim pokusom, na jakie ja go wystawiałem. Ale rzecz dziwna: z cichym, obojętnym i prawie szyderczym uśmiechem patrzył na najwięcej ponętne kobiety, głaskał, gdy mu się łasiły i uśmiechał się dobrotliwie, gdy już — już — jakby się zdało — miała go która usidlić, a potem pokłonił się raz, drugi i trzeci — podszedł do jednej, poradził, by się lepiej odziała, inaczej naraża się na zaziębienie — tamtej znów powiedział, że przejrzyste tiule i lekkie tkaniny nie układają się tak dobrze na jej wspaniałych biodrach, jak ciężkie brokaty: jednem słowem kpił sobie z wszystkiego: jak najwyraźniej kpił.

MŚCISŁAW

niespokojnie, wahająco.

A cóż powiedział, gdyś mu oznajmił, że wzywam go na mój dwór?

ZYGWART

Pokłonił się i powiedział, że uważa sobie zaproszenie Twoje za nadmiar zaszczytu i z chęcią Twój rozkaz spełni.

MŚCISŁAW

porywczo.

Rozkaz?

ZYGWART

To też zaraz się poprawił, miłościwy panie, powiedział, że pragnie również poznać swego brata, aczkolwiek nie rodzonego.

MŚCISŁAW

wzburzony.

Co?! Co?!

ZYGWART

Temi słowy się wyraził.

Pauza. Mścisław chodzi silnie podniecony, ale hamuje się.

MŚCISŁAW

To wszystko?

ZYGWART

spokojnie.

Raz tylko udało mi się pochwycić na błysk momentu coś, czem zdradził, co w głębi jego duszy się dokonuje, albo się już dokonało.

MŚCISŁAW

niespokojny.

Co takiego?

ZYGWART

Może się mylę, może dlatego to dojrzałem, żem tak gorąco czegoś się w nim dopatrzeć pragnął i tajemnice jego duszy poznać, ale gdy mu napomknąłem, że spotka na waszym dworze księżniczkę Kingę, córkę jego stryja, a którą sławetny władyka, stary książę na swym dworze razem z młodym królewiczem wychowywał — to przeleciało coś gorącym ogniem po jego twarzy, a potem zastygło... Powiedział, że cieszy się, ujrzeć najbliższą krewną — jak po długim namyśle dodał — a nierównie droższą mu towarzyszkę lat dziecinnych.

MŚCISŁAW

w silnym podnieceniu, chwyta Zygwarta za ramię.

To, to powiedział?

ZYGWART

spokojnie.

Nic więcej ponad to, ale w oczach jego rozkwieciły się dziwne płomyki, których przedtem nigdy tam nie widziałem skłania się, może dlatego, przyznaję szczerze, że w nich czytać nie umiem.

Pauza.

MŚCISŁAW

obiega w najwyższem wzburzeniu komnatę, nagle przystaje przed Zygwartem, ciężko dyszy.

Ty, ty, mówiłeś mi, że jesteś łotrem, a ja widzę, że nim nie jesteś. Powiedziałeś, że umiesz kłamać, a widzę, że kłamstwem się dławisz, że za tysiącem masek się kryjesz, ale w tej chwili musisz być szczerym!

ZYGWART

po namyśle hardo.

Będę nim!

Znowu ciężka chwila milczenia i wyczekiwania, podczas której Mścisław obiega niespokojnie komnatę, jakby się lękał pytać, ale z nagłem postanowieniem staje przed Zygwartem.

MSCISŁAW

z zapartym oddechem.

To oni — oni... wybucha oni się kochają?!

ZYGWART

Nie wiem, panie, waha się chwilę kazałeś mi być szczerym i zrzucić maskę? tak?

MŚCISŁAW

Tak!

ZYGWART

A więc ci powiem szczerze, żeś księżniczkę Kingę sprowadził na twój dwór na zgubę swoją, zaślepiony miłością ku niej.

MŚCISŁAW

gwałtownie.

Milcz! chodzi ciężkim krokiem i znowu przystaje przed Zygwartem Ona go kocha?!

ZYGWART

Nie wiem, panie, ale com zdołał wymiarkować, to jedynie to, że w oczach jego na wspomnienie Kingi rozpaliły się dziwne płomyki i wydało mi się, jakoby chętnie na wasz dwór z tej przyczyny przyjeżdżał.

MŚCISŁAW

pochmurnie, z dalekim zamysłem.

Tak, tak, tego, właśnie tego chciałem po chwili niepewnie i chytrze trze czoło dłonią. Cóż ja to chciałem ci powiedzieć? Aha! Aha! prawie szeptem Słuchaj, ty masz bardzo piękną siostrę — widziałem ją niedawno, bardzo piękna i jak mi się wydaje... rozumiesz?

ZYGWART

wrogo.

Wasza miłość raczy przestać!

MŚCISŁAW

z szyderczą dobrotliwością.

O co ci chodzi? To, że masz piękną siostrę, a znowu wiesz dobrze, że wszystkie serca niewieście lgną do tego pięknego młodzieniaszka, a, o ile mnie pamięć nie myli, toś przed chwilą powiedział, że niema ani zbrodni ani łotrostwa, któregobyś dla mnie popełnić nie mógł...

ZYGWART

patrzy na niego długo, a potem:

Więc co?

MŚCISŁAW

twardo i jakby od niechcenia.

Nic!

ZYGWART

I ja staram się nic nie rozumieć.

MŚCISŁAW

rozdrażniony z szyderczym śmiechem.

Jakto? nagle nic nie rozumiesz? A niedawno chełpiłeś się, że ci żaden łotr nie dorówna?! sycząco Więc raz ci jeszcze powtarzam: twoja siostra piękna, twoja siostra bardzo piękna, rozumiesz teraz?

ZYGWART

wściekły.

Żądaj odemnie, panie, czego chcesz, ale rajfurem siostry mej nie będę!

MŚCISŁAW

podchodzi, uśmiechnięty, lisim krokiem ku niemu.

He, he? Coś ty powiedział?

patrzy wyczekująco na Zygwarta.

ZYGWART

opanowany.

Ja? nic! jeżeli miłościwa wasza łaskawość zapragnęła w nieskończonej swej dobroci, aby moja siostra zasiadła obok królewicza Leszka na waszym stolcu królewskim, to przystoi mi wyrazić wam moją wdzięczność.

MŚCISŁAW

zaskoczony — potem śmieje się i patrzy wrogo na Zygwarta.

Dowcipny jesteś Zygwarcie i jaki nieporównanie sprytny z głuchem postanowieniem Bacz tylko o rycerzyku, czy twoja głowa dość silnie na twym karku siedzi.

ZYGWART

kłania się głęboko z udaną pokorą.

A gdyby się nawet chwiać miała, chętnie ją u stóp miłościwego pana złożę.

MŚCISŁAW

patrzy chwilę, uśmiecha się i popada w roztargnienie.

A i to dobrze powiedziane... przechadza się zamyślony i znowu podchodzi do Zygwarta, surowo i nakazująco. Nie zapominaj, że masz piękną siostrę! Pauza Teraz wiesz, co masz robić. Zdaje mi się, że grzywę jeżysz, ale cokolwiek mówisz, lub czynisz, radzę ci bacz końca i nie waż się o tem zapomnieć, że piękną masz siostrę.

ZYGWART

Posłusznym sługą twoim jestem, ale racz pozwolić, by sługa twój mógł odejść w spokoju.

Mierzą się długą chwilę oczyma.

MŚCISŁAW

jak nieprzytomny.

A jednak, jednak, być może jeden, przeciera czoło. w całem mieście tyś jeden...

urywa, bo wchodzi księżniczka Kinga z służebną Witą.