SCENA II

KINGA

spostrzegłszy Mścisława zatrzymuje się w drzwiach, za nią postępuje powiernica i służebna jej Wita.

MŚCISŁAW

zdumiony.

Jakiż wielki zaszczyt mnie spotyka, iż księżniczka raczyła po raz pierwszy, przekroczyć podwoje mojej komnaty...? Zaiste, ważna okoliczność musiała was, księżniczko, do tego zmusić.

KINGA

wyniośle.

Dowiedziałam się, że bliski mój krewny, książę Leszek, z którym się na dworze jego ojca chowałam, przebywa na dworze waszej książęcej mości, chciałabym go widzieć i z nim pomówić.

MŚCISŁAW

patrzy na nią z dziwnym uśmiechem.

I ja już sam o tem pomyślałem — stanie się według twej woli, księżniczko — uprzedziliście tylko mój zamiar, bo już kazałem księcia Leszka prosić, by zechciał właśnie w tej godzinie swego z naciskiem brata odwiedzić.

KINGA

z ukrytą pogardą.

Brata?!

MŚCISŁAW

uśmiecha się szyderczo.

Oczywiście! Jeden ojciec ale inne matki — i cóż to ma z całą sprawą wspólnego? Ale to są rzeczy jedynie nasz ród obchodzące... Pozwólcie, księżniczko, przedstawić sobie mego znakomitego rycerza i, o ile wymiarkować zdołałem, mego najwierniejszego sługę Zygwarta... ponoć jedyny w całem mojem państwie, który się mnie nie lęka, ani też za srogiego tyrana nie uważa, a nawet twierdzi, że mnie miłuje.

ZYGWART

Po swojemu, książę, po swojemu...

MŚCISŁAW

Dobrze i tak być miłowanym, choćby i tak — jak ktoś głodny to i okruchami się zadawalnia.

ZYGWART

Gorzką jest, królu twoja mowa, ale bywa i tak, że widzi się próżnię tam, gdzie przez brzegi się przelewa.

MŚCISŁAW

Pewno — pewno, gdy się w sobie czuje taką pustkę, i próżnię, której nic wypełnić nie może... Masz słuszność Zygwarcie — idź w spokoju... roztargniony i wybacz jeśli jakieś gorzkie słowo powiedziałem: nie o tobie myślałem.

Zygwart kłania się i wychodzi.