SCENA XIII

RENATA

z przekąsem.

Hardą i tajemniczą masz powierniczkę — i cóż miała znaczyć jej mowa — że dawno przyszedł na nią czas — by stąd odejść?

KINGA

Nie wiem, księżno, musiała się czuć urażoną, żeś jej stąd odejść kazała — ja zaś waszym rozkazom powolną być muszę.

KSIĘŻNA RENATA

I wasza mowa jest dziwna — przyszłam po to, by cię zapytać, księżniczko Kingo, czemu zniknęliście tak nagle z sali biesiadnej — a niczyjej uwagi nie uszło, że książę Mścisław coraz pilniej was szuka i coraz chmurniej patrzy, że was tam niema...

KINGA

szyderczo.

Tak?! Miejsca tam dla mnie niema... wyniośle miejsce moje przy stole biesiadnym zajęte przez kogo innego... a tam, gdzie Halszka, siostra Zygwarta dworuje, nie godzi się mnie, księżniczce Kindze, zasiadać.

RENATA

chytrze.

Dla czegoż to? przecież Halszka to latorośl najprzedniejszego tu rodu — tu w państwie.

KINGA

z gorzkiem szyderstwem.

Wiem, wiem, jak również i to, że jest najpiękniejszą z dziewic w tem księstwie.

RENATA

Więc, tem mniej cię rozumiem, księżniczko.

KINGA

A więc wam wszystko powiem: mówiliście raz, księżno, że waszymi starymi palcami wystukiwaliście minuty i sekundy, do tej chwili, w której Leszka wasze stare oczy ujrzą — i ja to samo czyniłam moimi młodymi palcami i liczyłam godziny, zaczem moje młode, miłości spragnione oczy go ujrzą, jego, któremu od dziecka byłam przyrzeczoną.

RENATA

I co dalej?

KINGA

z wybuchem.

Co dalej? Leszek przybył i Leszek powtarzał mi słowa miłości — Leszek z zachwytem wskazywał to miasto, w którym on i ja przy jego boku zapanować mieliśmy — aż oto od chwili tej tajemnej rozmowy waszej z nim, księżno, od której mnie usunęliście — serce swoje odemnie odwrócił — doszczętnie się zmienił.

RENATA

Nie był jeszcze ujrzał podówczas Halszki — młode serce płoche... Zresztą, cóż ja wiedzieć mogę?... zamyślona nagle tajemniczo. Widzisz to miasto w białym blasku księżyca, w rozżarzonej parności dni upalnych?

KINGA

Widziałam je wtedy, gdy mi je Leszek w miłości wskazywał, z obietnicą, że z nim razem nad niem zawładnę — teraz go nie widzę.

RENATA

Nie widzisz go? zrywa się. Nie bluźnij! nie bluźnij: tajemniczo i uroczyście — Wiesz, czem jest to miasto? To ciągłość naszego rodu, to nierozerwalny łańcuch mijających i tych, które przyjść mają, pokoleń, to wola wieków całych, która się w olbrzymi dąb rozrosła, a której korzenie Mścisław podcina, rozumiesz?

KINGA

Więc co?

RENATA

po długim namyśle.

Ty wiesz, że jedyny dostojnik, wiernie Mścisławowi oddany, to Zygwart?

KINGA

Wiem.

RENATA

Leszek ukochał nadewszystko to miasto — może, aby uśpić czujność Mścisława i jego najwierniejszego sługi, udaje miłość do siostry jego. — Nie wiem, nie znam dróg jego zamysłów, ale zdaje mi się, że pozatem wszystkiem coś innego się kryje...

Patrzy coraz bystrzej i chciwiej na Kingę.

Twoja obecność może pokrzyżować jego zamysły — Mścisław podejrzliwy — dopóki my tu przebywamy, podwoi swą chytrą czujność — przytem Mścisław cię kocha i wiem, jak szalał z zazdrości o Leszka — nie będzie ciebie, to się uspokoi — będzie przytem widział dalsze zaloty Leszka do siostry swego zausznika, czujność jego tem bardziej uśpiona będzie, i — i... może Leszek stanie się jego doradzcą i...

KINGA

I co potem?

RENATA

Pytasz, co potem? szeptem tajemniczym. Co potem? miasto będzie nasze, a Halszka będzie słała łoże ślubne dla ciebie i Leszka...

KINGA

żywiej.

Więc cóż mam począć?

RENATA

Opuścić teraz to miasto — razem ze mną je opuścić, aż do chwili, w której ten wielki czyn się dokona — ja mam zamek na wysokiej skale nad bystrą rzeką — niczem przepych tych komnat wobec tych, w których tam królować będziesz...

KINGA

Co więcej?

RENATA

Mam tam rozległe ogrody, gęste, ciemne lasy całe mile się ciągnące — będziesz miała tam wszystko, czego zapragniesz...

KINGA

Co więcej?

RENATA

Pozostaniesz tam, aż do tej wielkiej chwili...

KINGA

I cóż dalej?

RENATA

Tu czujesz się upokorzoną zalotami Leszka do Halszki, kłamliwemi wprawdzie — przysięgam ci — bo tylko tą drogą dojdzie do świętego celu — ale to cię rani, a tam będziesz miała spokój i wolność i błogie wyczekiwanie tej wielkiej chwili, w której na tronie twoich też praojców zasiądziesz wraz z Leszkiem —

mimowoli plącze się.

KINGA

szyderczo.

Miłą i gładką, chociaż zawiłą jest wasza mowa.

RENATA

Szydzisz?

KINGA

Nie! nie szydzę, gdzieżbym się ważyła — ale ja tu jednak pozostanę!

RENATA

z hamowaną wściekłością.

Tu pozostaniesz? Czyż nie ranią cię zaloty Leszka, którego kochasz, do innej? Czyż nie obrzydł ci widok tego obmierzłego bękarta?

KINGA

Skąd wiecie, księżno, czy Leszka jeszcze kocham? Skąd możecie wiedzieć, że widok Mścisława jest mi obmierzły?

RENATA

zrywa się.

Tyś, to powiedziała? Ty?

KINGA

dumnie.

Ja!

RENATA

z najwyższem oburzeniem.

Ty z naszego rodu, chowana na dworze starego władyki, ojca Leszka, tyś to powiedziała?

KINGA

Ja!

RENATA

Więc milsze ci panowanie obmierzłego bękarta, aniżeli Leszka?

KINGA

gorzko.

Milsze mi moje panowanie przy boku Mścisława, aniżeli Halszki przy boku Leszka — szydząc Nie zmylą mnie wasze gładkie słowa, księżno, ja tu pozostanę!

RENATA

z wściekłością.

Przekleństwo na ciebie, kochanko bękarta!

KINGA

wybucha rozpaczliwym, szyderczym, pełnym jadu śmiechem.

RENATA

chce jeszcze coś powiedzieć — ale słania się — i podtrzymana przez pachołka, który na jej krzyk wbiegł — wychodzi ku zamkom.