SCENA XIII
Nagłe zamieszanie — rozstępują się szeregi rycerzy, a wskroś idzie spokojna na pozór, ale z złowrogim błyskiem w oczach księżniczka Kinga, za nią kroczy z opuszczoną głową Gniewosz. Ujrzała nagle trupa Damiana, przystaje, jak skamieniała, i patrzy nań zdumiona. Nagle przystępuje do niej wojewoda Wyszomir i groźny i straszny chwyta ją za rękę i ciągnie do zwłok Damiana — wskazuje niemym giestem na syna.
WYSZOMIR
Śmierć jego niech na ciebie spadnie.
KINGA
wyrywa mu gniewnie rękę i cofa się w bok.
WYSZOMIR
daje znać, wynoszą zwłoki Damiana, ujrzał nagle Gniewosza.
Syn mój przed śmiercią błagał księcia, by mu wolno było z wami się potykać — ja za niego podejmuję rękawicę.
GNIEWOSZ
kłania się i wchodzi w szeregi rycerzy.
WYSZOMIR
z tajoną groźbą do Leszka.
A teraz książę, sądź, tak, jak mego syna sądziłeś.
LESZEK
wstaje stanowczy i zimny.
Księżniczko Kingo — przed sąd was wzywam — przystąpcie bliżej!
KINGA
podchodzi hardo i wyniośle — oczy, ich się spotykają, ale zimne oczy Leszka wytrzymują napór spojrzenia Kingi, z którego tryska szyderstwo, mściwość, bezsilna zażartość.
LESZEK
Ciężkiemi zaiste zbrodniami obarczyliście waszą duszę.
KINGA
szyderczo.
Wylicz je, książę.
LESZEK
Oskarżam was zatem o zamiar skrytobójstwa, któremu uledz miała Halszka, przyszła małżonka moja, a który to zamiar z woli Boga — udaremniłem.
KINGA
Słusznie widzicie we mnie skrytobójczynię, bo Wita była tylko ślepem narzędziem w mym ręku, i cieszę się że ją książę Mścisław uwolnić kazał.
LESZEK
A więc przyznajecie się do tej winy?
KINGA
Żałuję tylko, że zamach się nie udał.
HALSZKA
rzuca Kindze spojrzenie pełne lekceważenia i litościwej wzgardy, podchodzi do Leszka.
Miłościwy książę, czy mogę w tym dniu chwały i blasku — w dniu rozproszenia się mroków przed jasnym światłem prawdy — prosić cię o jednę łaskę.
LESZEK
Mówcie, Halszko, każde wasze życzenie spełnionem zostanie.
HALSZKA
Jeśli więc chodzi o winę wobec mnie popełnioną, zechcijcie wybaczyć księżniczce Kindze ten niebaczny krok, wywołany chwilowym obłędem szału zazdrości, szarpiącą niemocą — puszczam w niepamięć krzywdę, jaką mi księżniczka wyrządzić chciała, a przed którą zasłoniliście mnie tarczą waszej miłości, która i nadal przed wszelkiem złem bronić mnie będzie i osłaniać. O łaskę proszę dla księżniczki Kingi!
KINGA
śmieje się szyderczym śmiechem niemocnej złości.
HALSZKA
Miejcie litość nad nią, a zaiste godna litości.
KINGA
w nąjwyższem wzburzeniu.
Pluję na litość twą żmijo!
HALSZKA
Wybaczcie jej te słowa, boć nie wie, co mówi.
LESZEK
przeprowadza ją ręką do jej stołka.
Niema łaski dla tej, która żałuje, że swych zbrodniczych zamiarów spełnić nie zdołała, z której słów zieje taka nienawiść, że jednej chwili nie byłbym pewien waszego, drogiego mi życia. Halszko — nieubłaganie. Dalej oskarża was, księżniczko Kingo, wojewoda Wyszomir, żeście podstępnie i chytrze omotali prawe i rycerskie serce jego syna, tak, że złamał daną mi przysięgę, że was wywiezie do odległego zamku księżnej, byście nie mogli knuć dalszych, dla miasta zgubnych spisków.
KINGA
zatacza się, patrzy błędnie.
To tyś, tyś dał ten rozkaz sam?
LESZEK
Ja sam!
KINGA
A! a! znowu się zachwiała, ale opanowuje się. Mów dalej!
LESZEK
Kazaliście się ukryć w tym zamku, by dalej czyhać na życie moje lub Halszki, ufni opiece Mścisława, pomyliliście się. Jak widzicie, ja tu jestem władcą — a Mścisław legł w pojedynku na polu bitwy z mej ręki.
KINGA
patrzy, jakby nie rozumiała, wreszcie wybucha w bezsilnym gniewie.
Bratobójco!
LESZEK
z zimnym szyderstwem.
Był czas, kiedyście Mścisława za brata uznać nie chcieli, a jeżeliście go teraz za tegoż uznali, musiały być ku temu przyczyny, dla których najwyższy czas był położyć kres waszym wspólnym knowaniom przeciw mnie i memu miastu. W sam czas przejrzałem, że Mścisław nie był mi bratem, a wrogiem, a wy wraz z nim.
WYSZOMIR
Sądź teraz, sądź po sprawiedliwości, jakoś mego syna sądził!
LESZEK
Mógłbym spełnić prośbę tej, która wybraną małżonką moją zostanie, a która krzywdę ci wybaczyła, mógłbym jej dać ciebie w ślubnym podarunku, by łaskę i litość nad tobą spełniła — ale nie godna jesteś być tym podarunkiem.
KINGA
wije się z wściekłego bólu.
LESZEK
I ramię moje dość silne, miłość dość czujna, by miasto i tą, która mi na równi z nim droga od wszelkich zbrodniczych pocisków obronić, ale wkroczyłem na to zwycięsko w to miasto, by dać mu spokój i mir, a nie waśń i rozterkę.
WYSZOMIR
Sądź, sądź, jakoś mego syna sądził.
LESZEK
Dla tego niema dla was łaski, ni litości! Zasłużył by na nią raczej syn Wyszomira, Damian, który zaplątany w wasze sieci i żądzą i szałem zaślepiony nie wiedział, co czyni — a jednak ojciec własny uznał go niegodnym znaku rycerstwa — a on sam na śmierć się osądził. — Ale wyście niegodni wyzwolenia śmierci — was inna cięższa kara spotka: podniesionym głosem wygnaną jesteś księżniczko Kingo, z tego miasta po wsze czasy, i osadzoną będziesz w dalekim klasztorze, aż do skończenia swego życia, by ubezwładniona była twa pycha, by unicestwione były twe zbrodnicze zamiary, i by w pokucie rozpamiętywać mogła swe winy.
WYSZOMIR
A śmierć i hańba mego syna niech ci nie da zaznać spoczynku, ni ciszy!
KINGA
rzuca się ku Leszkowi w obłędnej wściekłości.
Ty mnie ubezwładnić! Ty mnie żywcem w grób zakopać!
LESZEK
odwraca się do pachołków.
Wyprowadźcie ją!
KINGA
Ty unicestwić moje zamiary! przyczajonym jednym skokiem rzuca się ku niemu, wydobywa sztylet z za stanika i jednym błyskawicznym ruchem wbija go w pierś Leszka. Masz zwycięstwo! Masz miasto!
cofa się wstecz i słania w rękach rycerzy, którzy ją już podchwycili. Chwila skamieniałego milczenia — nikt nie jest w stanie pojąć, co się stało — Leszek się chwieje, robi parę kroków, chwyta się za serce i pada na ziemię. Jeden okrzyk grozy:
Zabiła go! zabiła!
HALSZKA
rzuca się na piersi Leszka w obłąkanej rozpaczy, chwilę pozostaje twarzą na jego piersi, potem podnosi się w obłąkanej miłości, bierze jego głowę w dłonie, unosi ją nieco.
Zabity?? Nie, ty żyjesz! zwycięscą w twem świętem mieście — a do twych przysłoniętych źrenic zadziera się blask jego chwały!
Rycerze zdejmują szyszaki z głów i przyklękają, chwila skupienia.