SCENA XVI

Chwilę patrzą na siebie.

LESZEK

zimno i stanowczo.

Cóż mi macie do powiedzenia, księżniczko?

KINGA

patrzy na niego ciężkiemi oczyma — po chwili — jak ze snu.

Z kim mówię?

LESZEK

Z tym, za którego władzą i panowaniem to święte miasto woła i krzyczy, z tym, od którego żąda ono, by się nie nachylił przed najcięższą ofiarą, by tylko miasto dla rodu naszego z powrotem zdobyć... a wola duszy tego miasta jest tysiąckrotnie silniejsza od naszych pragnień... losy zapadły — żegnam was.

KINGA

Czekajcie! groźnie — świszczącym szeptem. Tyś mi mówił, że mnie miłujesz?!

LESZEK

widać — że nie bez bólu i trudu, ale zupełnie opanowany i spokojny.

Ja!

KINGA

Tyś mi mówił, że to miasto wskrzesisz do naszej potęgi, a na tronie jego zasiądziesz wraz ze mną?

LESZEK

Ja!

KINGA

patrzy na niego z szeroko rozwartemi oczyma, tchu pochwycić nie może.

I co? — co? co?

LESZEK

Jeżeli nie jesteś w stanie pojąć tej ofiary, którą, z mego serca czynię, by według mego przeznaczenia to miasto odzyskać, nie jesteś godną naszego rodu.

KINGA

nagle tajemniczo.

Czego chce miasto odemnie?

LESZEK

surowo.

Byś je opuściła!

KINGA

słabnie znowu i śmieje się szyderczo.

Ha, ha, ha! Byś mógł na tronie obok siebie posadzić Halszkę? Nigdy! wtrąćcie mnie do najgłębszego lochu o chlebie i wodzie — ale ja tu pozostanę!

LESZEK

wstaje — chwila głębokiego poruszenia — potem namysłu; wreszcie postanowienia.

To wasze ostatnie słowo, księżniczko?

KINGA

zaciekle.

Ostatnie!

LESZEK

Więc żegnam was!

wychodzi.