SCENA XVIII

Z portalu głównego sali biesiadnej wychodzi Mścisław, na schodach ogląda się bystro i niespokojnie dookoła — ujrzał wreszcie Kingę i spiesznie zbiega z schodów i podchodzi ku niej.

MŚCISŁAW

Księżniczko Kingo, wyście tutaj?

KINGA

jakby się budziła ciężko — z trudem podnosi na niego oczy — a potem wstaje i machinalnie składa głęboki ukłon.

MŚCISŁAW

patrzy w nią długo.

Na co ten dworski ceremonjał? Po to może, by mi głębszą jeszcze odrazę okazać? Przywykłem do niej — nie potrzebujecie się na nią tak wysilać, księżniczko...

Pauza.

Pragnąłem uświetnić ucztę na cześć Leszka waszą obecnością, ale wyście zechcieli zniknąć — od starej księżnej dowiedziałem się dopiero, gdzieście się skryli — nie ważyłem się po was posłać moich giermków — sam przychodzę — sam wolałem stanąć przed wami, jako brat starszy Leszka, pierworodny syn waszego stryja...

Kinga milczy zamyślona.

MŚCISŁAW

z gorzką ironią.

Jakto? Co za cud? nie oburzacie się, żem się nazwał synem waszego stryja? Oczy wasze nie ciskają już na mnie błyskawic, że ważyłem się nazwać bratem Leszka?

KINGA

podnosi oczy na niego w zamyśleniu.

MŚCISŁAW

Czyżby zelżała wyniosła pogarda, którąście mnie zawsze darzyć raczyli? czeka z wzrastającą goryczą. A może wasze milczenie i obojętność cięższą jeszcze pogardę ma dla mnie wyrażać, aniżeli wasze harde i wyniosłe słowa? Może chcecie mi okazać waszem milczeniem, że mówię do zastygłego w marmury posągu, o który słowa moje obślizgują się, gdyby siekanina gradem nawałnicy o granitową skałę? Cóż tak na mnie patrzycie, jakbyście mnie po raz pierwszy widzieli?

KINGA

Nieraz byłeś przy mnie, ale poraz pierwszy cię widzę.

MŚCISŁAW

Co — co powiedziałaś?

KINGA

Po raz pierwszy cię widzę i pierwszy raz słyszę twoje słowa.

MŚCISŁAW

O, jak ci wdzięczny jestem, Kingo, że wreszcie otworzyłaś uszy na moje słowa, że pozwoliłaś oczom swoim widzieć mnie. Słowa moje, których wysłuchać raczysz będą proste, jak prosta i pewna jest droga mej woli z trudem walczy z wzruszeniem. Jestem tu panem i pozostanę nim, mimo, że czuję, iż ciężkie chmury nademną się gromadzą, ale władztwa mego ni bogu ni djabłu wydrzeć sobie nie pozwolę; jestem panem i nie mam potrzeby taić się z tem, co mój mózg i serce porusza, zbyt możny jestem, bym musiał krętemi ścieżkami chodzić — szybciej i namiętnie a więc wam powiem, że jedno wasze dobre słowo, aż nadto by mi starczyło za pokłony i hołdy wszystkich ziem, nad którymi panuję i — hardo póki życia panować będę — najbogatszy haracz oddałbym za jeden promyk waszego przyjaznego uśmiechu.

KINGA

A miasto? Oddałbyś to miasto?

MŚCISŁAW

jakby nie słyszał, ciągnie dalej.

A wiedząc, że Leszka kochasz — tak wiem, wiem! To też, gdym widział, że lica wasze bledną i oczy wasze w tęsknicy gasną, wezwałem Leszka na mój dwór, chociaż wiem — chociaż wiedziałem... urywa i poprawia się nie! nie, nie wiem i nic nie widziałem — skłamałem, księżniczko — wydawało mi się tylko i przeciera czoło co mi się wydawało? Aha! że radość wam sprawię, gdy go jak najgodniej podejmę — wezwałem najdostojniejszych na tę dzisiejszą ucztę — i, aby go już ponad wszelką miarę uczcić, nie odbierałem od niego przysięgi na wierność, gdym go dziś pasował na rycerza...

KINGA

zimno i dumnie.

O jakim Leszku, mówicie?

MŚCISŁAW

nie może ukryć zdumionej radości.

Nie zrozumiałem cię, księżniczko?

KINGA

Czy o tym, którego niegdyś kochałam, czy o tym, co z siostrą Zygwarta chadza? Tamten umarł, a tego nie znam.

MŚCISŁAW

uśmiecha się boleśnie.

Nieprawdę mówicie, księżniczko — ból i zazdrość mąci czysty kryształ waszej duszy...

KINGA

patrzy na niego ostro.

Mylicie się, książę po chwili Mówiliście, że jeden uśmiech mój przyjazny, jedne dobre słowo starczyłoby wam za pokłony, hołdy ziem wszelakich?

MŚCISŁAW

Mówiłem.

KINGA

z naciskiem.

A miasto? Oddałbyś miasto za mój przyjaźny uśmiech, za moje dobre słowo?

MŚCISŁAW

twardo.

Nie! Prędzejbym serce żywcem wraz z tobą pozwolił sobie z piersi wydrzeć, zaczembym to miasto oddał.

KINGA

Pomimo, że, jak mówisz, kochasz mnie, miasta nie oddałbyś za mnie?

MŚCISŁAW

Nie!

KINGA

Wiedziałam o tem — wiedziałam, że kto to miasto raz posiadł — nie oderwie odeń swej duszy — ale poczekaj: Zygwart twoim najwierniejszym poddanym najsilniejszym filarem twego państwa — prawda?

MŚCISŁAW

Sądzę...

KINGA

A gdybym zażądała, byś z swego dworu siostrę jego wypędził?

MŚCISŁAW

Dziś jeszcze z naciskiem zawisnąłbym na krawędzi przepaści, ale dość mej mocy, by się na to ważyć: nie zawahałbym się ani jednej chwili.

KINGA

Upokorzyłabym się nad wszelką miarę, gdybym od ciebie tego żądała, ale widzę, żeś prawdziwym synem książęcym.

MŚCISŁAW

podejrzliwie.

Stroicie ze mnie żarty, księżniczko?!

KINGA

poważnie.

Mylisz się — z nagłem postanowieniem podaje mu rękę Prowadź mnie do sali biesiadnej — siądę przy twoim boku.

Mścisław patrzy na nią z niedowierzaniem, wreszcie całuje jej rękę uroczyście i z dumą prowadzi ją do sali biesiadnej przez podwórzec po schodach ku portalowi wiodących, skąd pada światło na w zmroku już tonący podwórzec i krużganki.

Kurtyna zapada.