III

Do jakiegoś 1875 roku było położenie Polaków w Poznańskiem względnie dobre. Można było poonczas jeszcze śpiewać pieśni narodowe, urządzać narodowe obchody i nosić maciejówki: czworograniaste kaszkiety z daszkiem na oczy. Rząd pruski na to wszystko przymykał jedno oko i na ogół panowała względna swoboda.

Jakiegoś antagonizmu narodowego, a tym mniej jakiejś nienawiści pomiędzy Niemcami a Polakami nie było prawie śladu. Tak np. jeszcze przez Fryderyka Wielkiego skolonizowane Sikorowo z swoją niemiecko-ewangelicką ludnością żyło w doskonałej przyjaźni z Łojewem i Szymborzem, a do niemieckiej szkoły w Sikorowie wysyłał nas — dwóch najstarszych synów — ojciec mój, byśmy się uczyli po niemiecku, bo w łojewskiej szkole język ten był na indeksie mego ojca.

Niewieleśmy skorzystali w tej szkole, bo dzieci niemieckie chętniej posługiwały się językiem polskim aniżeli niemieckim, właściwie dialektem niemieckim, tak zwanym Plattdeutsch, jakim się dotychczas chłopi niemieccy w Prusiech posługują.

Chwalono sobie na ogół pruskie porządki, pruską sprawiedliwość i pruskie zwyczaje; — chłopi polscy, którzy odbywali trzechletnią służbę wojskową w głębi Niemiec, wracali do domów całkiem przekształceni na modłę pruską.

Obyczaj polski zatracał się w oczach — znikła sukmana i słynny cylinder, który pozostał po Francuzach, kiedy tędy wojsko napoleońskie ciągnęło na wyprawę do Rosji: jedną noc przenocował Napoleon w Szarleju — znikły szerokie spodnie zatykane do „palonych” butów; moja generacja chłopska już całkiem w stroju i ubiorze się przeobraziła. „Drejfrak”, jak jeszcze starzy pogardliwie nazywali sposób ubierania się Niemców, wszedł ogólnie w modę — tylko jeszcze kobiety trzymały się dawnego stroju. Język polski, przeplatany coraz gęściej wyrazami niemieckimi, kaleczał i wynaturzał się, a działo się to wszystko bez najmniejszego oporu, całkiem naturalnie, ba! to niezmiernie szybkie przeobrażanie było połączone z pewnym rodzajem dumy. Posługiwanie się językiem niemieckim oznaczało nawet wyższy stopień kultury. Gdyby wtedy pozostawiono Polaków w Poznańskiem w spokoju, Prusy dopięłyby w kilkadziesiąt lat swego celu ostatecznego: bezwzględnego wynarodowienia całej tej polskiej prowincji.

Szlachta coraz więcej ubożała i coraz mniejszy wpływ wywierała — ta stara, przepiękna w swej bezgranicznej ofiarności generacja z 1831 r. i w już znacznie mniejszym stopniu z 1863 r. wymarła lub była na wymarciu, kółka rolnicze — potworzone wśród włościaństwa głównie dla podtrzymania polskości — z wolna się rozluźniały, bo szlachta coraz mniejszy udział w nich brała, przepaść między wsią i dworem coraz więcej się pogłębiała; jeszcze kilkadziesiąt lat, a chłop polski stałby się najwięcej lojalnym poddanym pruskim.

Poznańskie oczekiwał los Warmii: nie ma więcej zażartych i wierniejszych pruskich poddanych nad Mazurów.

A może by to sprusaczenie Poznańskiego już daleko rychlej nastąpiło, gdyby go nie powstrzymał mąż dla nas iście opatrznościowy:

Bismarck!

W chwili zupełnego zgnuśnienia i sennego letargu, w jakim lud polski w Poznańskiem spoczywał, kiedy już-już układał się do wygodnego snu, zerwał się ten wściekły Roboam i sromotnymi basałykami jął go smagać, by go na nogi zerwać, by mu przypomnąć, iż winien być czymś, co na nazwę „naród” zasługuje.

Nie było środków, których by ten Wallenrod pruski nie był zużył, aby przywieść Polaków do opamiętania i zmusić ich do uświadomienia sobie, że są Polakami.

Zaczął nasamprzód jątrzyć chłopa w jego najświętszych i najgłębszych uczuciach — tego samego chłopa, którego uważał za lojalnego poddanego pruskiego, podbechtywanego jedynie przez szlachtę i księży — właśnie z tego chłopa jął sobie robić zapalczywego wroga.

„Prawa majowe” — Kulturkampf — to był pierwszy etap w zdumiewającej czynności Bismarcka. Teraz dopiero zrozumiał chłop polski, że najgorszym jego wrogiem to Prusak, który mu gwałtem chce wydrzeć to, co integralną część jego istoty stanowiło: religię.

Kiedy poczęto księży rozpędzać, którzy na te prawa majowe się nie godzili, kiedy tyle i tyle kościołów pozamykano, a całe parafie pozostały bez opieki duchownej, zerwał się w chłopie polskim niezłomny opór i bunt.

Pamiętam pierwsze święto Zielonych Świątek, kiedy ks. Brenk, o którym było wiadomo, że zgodził się na to prawo i został księdzem rządowym, chciał odprawiać uroczystą mszę. Nagle powstał w małym kościele w Parchaniu zamęt, zgiełk, a wśród ludu, zgromadzonego na odbyć mającym się nabożeństwie, powstał nagle ogromny Haber, powinowaty Habrów z Łojewa, i gromkim głosem krzyknął: „Precz od ołtarza! A, ty narodzie, wal, co się zmieści, ale nie po głowie, bo poświęcona, ale tam gdzie nogi rosną!”

Wymknąłem się z kościoła, podczas gdy w świątyni Bożej księdza tak okładano, że zaledwie żyw dowlókł się do plebanii.

Oczywiście zjawiła się rychle żandarmeria okoliczna, aresztowania, włóczenia po sądach, srogie więzienia, zamknięcie kościoła, istny sąd ostateczny.

A kiedy uwięziono arcybiskupa Ledóchowskiego550, późniejszego kardynała, wrzenie wśród chłopstwa się wzmogło, ale jeszcze chłop nie zrozumiał, że tu nie o religię chodzi, ale jedynie o to, by go usunąć spod wpływu duchowieństwa, które poówczas było jedyną obroną polskości — to jedno tylko sobie uprzytomnił, że rząd pruski to antychryst, czyhający na zgubę dusz polskich.

Księża, którzy musieli opuścić swoje parafie, bo nie chcieli się godzić na prawa majowe, tworzyli cały legion dzielnych emisariuszy, którzy chyłkiem się ukrywali i wśród ludu coraz gorętszą nienawiść do Prusaków, a w szczególności do Bismarcka budzili.

Ale Bismarck spostrzegł się rychle, że dawka, którą usypiającemu już ludowi zastrzyknął, była zbyt silna. Środek zbyt gwałtowny. Przepełnione więzienia poczęły z wolna się opróżniać, surowe kary zostały zmniejszone, a nawet Haber, przywódca całego buntu, został po awanturniczej wyprawie do samego cesarza Wilhelma I za pośrednictwem ks. Radziwiłła ułaskawiony: tylko jeden rok spędził w więzieniu w jednej celi razem z jednym z opornych księży.

Teraz Bismarck odczekał spokojnie parę lat — nie szczędził wprawdzie szyderstw, ciężkich a bolesnych obelg w stronę szlachty polskiej; wykpiwał jej bezsiłę i niemoc; zgrzytnął czasem złośliwie zębami, wytykając szlachcie, że już utraciła całkiem związek z chłopem; robił propozycje, by się godziła na wykup swej ziemi, a potem wysyłał ją do Monte Carlo — a z wolna, z wolna, gdy widział, że to wszystko na nic się zdało, a naród polski w cięższy jeszcze niż przedtem letarg popada, jął się chwytać ostrzejszych środków.

Zamiast basałyków wziął do ręki skorpiony i nimi począł chlastać społeczeństwo polskie.

I teraz dopiero rozpoczęło się ostre, niesłychanie dokuczliwe i zażarte prześladowanie wszystkiego, co było naprawdę polskie w Poznańskiem.

Prześladowanie dotknęło tym razem w pierwszym rzędzie szkołę, a ofiarą jego padł między innymi nauczycielami, których przeniesiono w głąb Niemiec, ojciec mój, którego dla późnego wieku przenieść nie było można, ale tym więcej bezustannie szykanowano.

Ojciec, gorący patriota, nie umiał poskromić swej nienawiści do Prusaków, przy każdej sposobności wygłaszał gorące mowy narodowe, aż wreszcie bezustanne denuncjacje cały ojca byt poważnie zagroziły. Ojciec się ciężko rozchorował — co trzeba było przed inspektorem szkolnym, zaciekłym Prusakiem, starannie ukrywać — i tak spadł cały ciężar prowadzenia szkoły na matkę moją i na mnie.

Och, to był bardzo znojny czas dla mnie.

Pod pozorem choroby uwolniłem się na parę miesięcy z gimnazjum w Wągrowcu, z całą tą świadomością, że te parę straconych miesięcy będę musiał w ostatnim kwartale dogonić, by otrzymać promocję do wyższej klasy.

I dogoniłem, ale kosztem nieprzespanych trzydziestu nocy, a może było ich więcej, których wymagało dogonienie tego, com żmudzić musiał.

Nie żałuję tego. Może bym nigdy nie mógł się tak zbliżyć do duszy chłopskiej, jak przez przeciąg tych trzech miesięcy, a może nigdy nie miałbym sposobności tak ją na wskroś poznać.

Na wskroś? Pewno to za dużo powiedziane. Chłop ma w swej duszy skrytki, do których nie-chłopu bardzo trudno dotrzeć, w duszy jego pełno ukrytych wilczodołów, w które łatwo wpaść można: wyśmieje i za głuptasa uważa tego, który by pragnął do niego się „zniżyć”, a na odwrót, można go bardzo łatwo urazić jakimś nieopatrznym słowem, choćby z najlepszą wolą i bez żadnego arrière-fond wypowiedzianym. Skryty, podejrzliwy, twardy i nieustępliwy, małomówny, zwłaszcza na starość, niezmiernie ambitny, butny, hardy i zacięty, gdy jest młody — na ogół jednak przezwyciężają dodatnie cechy — jest, a przynajmniej był, bardzo gościnny, a jeżeli nie znał zbytnich uczuć wdzięczności, to jednak okazywał szacunek i przychylność dla tych, którzy mu coś dobrego wyświadczyli.

Ojciec mój cieszył się między nimi wielkim szacunkiem, a wzruszające wrażenie zrobiła na mnie liczna deputacja chłopska, która z Łojewa przybyła do Wągrowca na pogrzeb śp. ojca mojego. Że go za jego plecami dereszem nazywano (od niemieckiego dreschen — młócić), nic nie stanowiło wobec tego, że ze strony chłopów nigdy żadnej krzywdy nie doznaliśmy.

Z wszystkich pisarzy polskich, którzy chłopa w swym tworze przedstawiali, wydaje mi się być najbliższym duszy chłopskiej Władysław Orkan, chociaż i u niego tendencja nieraz obraz tej duszy przesłania i zaćmiewa — swoją drogą chłop podhalański, biedny i w ciężkim znoju z życiem walczący, znacznie się różni od przeważnie zamożnego chłopa kujawskiego.