IV

Nawróciłem do moich lat dziecinnych głównie dlatego, by powiedzieć, w jak wrogim dla Polaka środowisku się chowałem. Wyobrazić sobie nie mogłem, by gdzieśkolwiek w Polsce mogło być inaczej, i byłem przekonany, że w Galicji tak samo Niemcy Polaków dławią, jak w Prusiech. Na uniwersytecie nie spotykałem — dziwna rzecz — żadnego kolegi z Galicji, a zresztą wszystkie te trzy zabory tworzyły odrębne towarzystwa. Najliczniejsze, a właściwie prawdziwe towarzystwo studentów-Polaków w Berlinie składało się przeważnie z młodzieży z Poznańskiego, a garść studentów z Kongresówki — przeważnie Żydzi — niebawem wystąpiła i utworzyła osobne kółko socjalistyczne, którego prezesem był jakiś krótki czas Stanisław Grabski, bo policja niezadługo cele i zadania tego kółka wytropiła i wszystkich członków, jako lästige Ausländer551 — odstawiła do granicy; — wiatyk na drogę wyprosiłem od zarządu niemieckiej socjalnej demokracji.

Tą doszczętną nieznajomością stosunków w Galicji, która by się i niejednemu z moich czytelników całkiem niewiarogodna wydała, i dziś dla mnie samego jest niepojęta — przecież lękałem się adresować do Nowaczyńskiego: w Krakowie, ulica Szewska; byłem przekonany, że list nie dojdzie, bo w Prusach odsyłano takie listy do biura tłumaczeń, gdzie przeważnie ginęły — otóż tym nieprawdopodobnym nieuctwem tłumaczy się po części to olbrzymie wrażenie, które duszą moją do samego dna wstrząsnęło, gdym się znalazł nagle w całkiem już polskim społeczeństwie. Byłem jak oszołomiony, gdym wszędzie naokół słyszał tylko język polski — tragarze, urzędnicy, kelnerzy, to wszystko mówiło do mnie po polsku i to po raz pierwszy uczułem, że jestem już całkiem wśród swoich, i już teraz nie potrzebowałem się lękać ani policji pruskiej, ani pruskich szpiclów, którzy mnie bezustannie w Berlinie w okresie redagowania „Gazety Robotniczej” śledzili.

Och, ci szpicle — to też osobny rozdział w moim życiu, śledzili mnie na każdym kroku, co chwilę robili w mym mieszkaniu rewizje, wzywali do urzędu policji, gdzie mnie podstępnie fotografowano, a gdy zjawił się jakiś agitator socjalistyczny z Warszawy, Paryża lub Londynu, niechybnie dostawałem się do aresztu policyjnego, by uniemożliwić mi danie jakiejśkolwiek pomocy tym chytrym (Niemiec ma na to osobne słowo: gerieben) konspiratorom.

Z początku było to dosyć zabawne — pamiętam, gdym jakiegoś otyłego szpicla wodził przez trzy godziny po całym Berlinie wśród strasznie upalnego dnia; przystąpił nagle do mnie i prawie z łzami w oczach prosił mnie, bym zaprzestał tej gonitwy: on ma żonę i dzieci, spełnia tylko psi obowiązek, który doprawdy żadną rozkoszą nie jest. Ale w końcu poczęła mnie ta bezustanna asysta nużyć i męczyć, aż wreszcie się nerwy całkiem rozstroiły i z wolna począłem popadać w rodzaj obłędu prześladowczego. W każdym człowieku, który na mnie baczniej spojrzał, widziałem szpicla; gdy ktoś przystanął przed oknem wystawowym, byłem przekonany, że to jakiś szpicel śledzi mnie, idącego po drugiej stronie trotuaru, w tym oknie; a wreszcie doszło do tego, żem zaprzestał jeździć tramwajami, tak mnie denerwował każdy człowiek siedzący naprzeciw mnie.

Już dawno wystąpiłem z redakcji „Gazety Robotniczej” — a raczej usunięto mnie z niej wrzekomo za propagandę katolicką i to w tej chwili, kiedy mnie z ambon wyklinano jako prawdziwego antychrysta — a ja wciąż jeszcze pozostawałem pod obserwacją policji. Pobyt w Berlinie stał się dla mnie wprost męczarnią. Ciekawe, że do dziś dnia jeszcze nie mogę się całkiem z tej newrozy wyzwolić.

W Polsce — tak! tak! teraz zrozumiałem, że jestem w Polsce — między „swoimi”, głęboko odetchnąłem i uczułem w sobie jakąś wielką uroczystą radość.

Całe szczęście, że na pieniądze, które wiozłem do Polski, miałem czek na Wiedeń, inaczej bym był bez jednego centa przyjechał do Krakowa — ten czek mnie uratował. I dziwne, że mnie w Granicy nie aresztowano: ta rozrzutność mogła się wydać bardzo podejrzana.

A gdym dojeżdżał do Krakowa i w oddali zamajaczył mi się kopiec Kościuszki, serce się tak rozdrgało, żem długą chwilę potrzebował, by się uspokoić.

Na dworcu oczekiwał mnie Alfred Wysocki552, dzisiejszy poseł polski w Sztokholmie.

Wysockiego poznałem na dwa lata przedtem w Berlinie.

Nie wiem, dla jakich powodów opuścił Kraków, a raczej Wiedeń, gdzie studiował prawa, dość że znalazł się w Berlinie wcale w nieszczególnych warunkach. Z ciężkim trudem porał się z życiem w Berlinie, bo korespondencje, jakie z Berlina pisywał do krakowskiego „Głosu Narodu”, łoża jego różami nie zaścielały.

Polubiłem go, bo był inteligentny, ogromnie chciwy wiedzy, gorąco interesował się literaturą i sztuką, szybko się orientował we wszystkim, o czym dotychczas nie miał pojęcia, a przy tym zniewalający ku sobie miłym i układnym obejściem i rzadką uczynnością. Jeżeli się go o coś poprosiło, można było być pewnym, że przyrzeczenia dotrzyma.

Toteż w moim domu był prawie codziennym gościem i do niego się zwróciłem, gdym postanowił przenieść się do Krakowa.

Nie miał on wielkiej atencji do Krakowa, toteż usilnie mi Kraków odradzał; twierdził, że mnie wielkie rozczarowanie w Krakowie spotka; a sąd jego o tym mieście nie dorównywał wprawdzie wisielczej potędze inwekcji Adolfa Nowaczyńskiego, jakimi Kraków wciąż jeszcze z równowagi wytrąca, w każdym atoli razie mógłby komu innemu odebrać ochotę przyjazdu do Krakowa, ale nie mnie, którego zapaleńczą tęsknotę te odradzania i przestrogi raczej jeszcze podniecały.

— No, jak tu już jesteś, to sam się naocznie przekonasz — powiedział mi w drodze do hotelu trochę ironicznie, trochę stroskano, ale już był całkiem zrezygnowany.

Ale to powiedzenie nie było tak złowróżbne, jak odpowiedź Stasinka Sierosławskiego553, który po roku mego pobytu w Krakowie na moje kpiące pytanie: jak mu się moja przyszłość przedstawia, odpowiedział ponuro:

— Czarno! bardzo czarno!

Tego samego wieczoru dawano w Teatrze Letnim melodramat Krumłowskiego Królowa przedmieścia, który wtedy się cieszył ogromnym powodzeniem.

Pierwszy, który do mnie przystąpił, był Sewer-Maciejowski. Poznałem go już na rok przedtem, kiedy przyjechał razem z Micińskim do Berlina, w tej naiwnej nadziei, że jakiś teatr berliński wystawi mu razem z Micińskim napisany dramat Marcin Łuba. Oczywiście, że ta nadzieja zawiodła, może tyle tylko zyskał, żeśmy razem przegadali parę godzin w jakiejś nocnej kawiarni berlińskiej, ale ta rozmowa tak na niego podziałała, że, jak Miciński mi opowiadał, całej nocy spać nie mógł. Toteż nie dziw, że pisał do Lutosławskiego — a Lutosławski był na tyle złośliwy, że mi treść tego listu zakomunikował — aby na Boga żywego zagrodził mi drogę do Polski, bo całą młodzież zdeprawuję.

O tej indyskrecji554 Lutosławskiego Sewer nic wiedzieć nie mógł, więc przywitał mnie z wielką serdecznością, a może większą jeszcze ja mu się odwzajemniłem, a miło mi było posłyszeć, co Lutosławski o mnie do Sewera pisał: cały tydzień musiał wietrzyć pokój po moim wyjeździe z Hiszpanii, tak przesiąknął dymem hawańskich papierosów (owiniętych w delikatne liście kukurydzy) i odorem hiszpańskiej wódki, wyrabianej z trzciny cukrowej na Filipinach — Hiszpanie nazywali ją caña.

Ale te wszystkie rewelacje nie przeszkadzały ani mnie, ani Sewerowi, by przez cały mój pobyt w Krakowie żyć w jak najlepszych i bardzo serdecznych stosunkach — czy one były szczere lub nieszczere, to mnie w moich stosunkach do ludzi nigdy nic nie obchodziło, byłem zawsze całkiem zadowolony, jeżeli tylko forma zachowana została.

Zresztą nigdy nie wymagałem od ludzi tego, co „prawdą” nazywają. „Prawda” jest rzeczą bardzo kosztowną, a źle, nieumiejętnie zastosowana, może się stać obelżywą ordynarnością albo nachalnym wdzieraniem się w tajniki obcej duszy. „Prawda” kole w oczy, mówi stare przysłowie: po cóż u diabła mam komuś oczy kłuć albo pozwolić je sobie przekłuwać?

Gdyby jeszcze jakiś pożytek z tego wynikał, ale gdzież tam! Prawda jedna555 tylko najgorszych i najzaciętszych wrogów, bo nie znam człowieka, któremu bym mógł całą prawdę powiedzieć bez ryzyka nienawiści z jego strony.

A miałem przykład mówienia sobie prawdy, gdym w Skandynawii przebywał. Wszystkie te prawdy kończyły się nie tylko zrywaniem stosunków, ale wprost ordynarną bójką i to taką, która jednego z najwięcej uznanych artystów kosztowała złamanie trzech żeber.

Nie! nie! Już ja wolę kłamstwo, bo wiem, że jest kłamstwem, aniżeli prawdę, która wcale prawdą być nie potrzebuje, a najczęściej jest tylko złośliwością, chęcią dokuczenia albo prostym, mściwym ressentiment.

I ilekroć razy napotykałem w literaturze na „prawdę”, zawsze miałem możność dopatrzenia się w tej prawdzie ukrytej chęci kąsania, uszczypliwości i braku dobrej woli, a co gorsza: braku wiary w to, co się wypisywało.

Pytałem się raz takiego szczęśliwca, który przez wszystkich był lubiany — może to za wiele — w każdym razie nikt mu nigdy nie dokuczył. Pytany przeze mnie, jakim cudem się to dzieje, uśmiechnął się delikatnie i powiedział: „Ja w całym moim życiu jednego słowa „prawdy” nie powiedziałem; nikt się ode mnie nie dowiedział, co o nim myślę, a tym mniej, w jakim zachowaniu mam jego bliźnich. A gdym już gwałtownie został przypierany do muru, wtedy rozpływałem się w pochwałach, a gdym widział, że memu interlokutorowi te pochwały nie w smak — zakładałem na moje skrzypce surdinę i tak zawsze wyszło na to, że wilk był syty i koza cała”.

Na ten temat był niewyczerpany:

— Nie znam przykrzejszego natręta nad człowieka, który ode mnie prawdy się domaga. Jakim prawem? Z jakiej racji? A małoż to ja literatów znałem, którzy mnie potem głęboką nienawiścią darzyli, gdym im w przystępie złego humoru szczerze powiedział, co o ich tworze sądzę. Z jednym byłem nawet na „ty”, a rzeczywiście go bardzo ceniłem, ale napisał lichy dramat i gwałtownie chciał, bym ten poroniony płód za arcydzieło uznał.

Tego było mi już za wiele — powiedziałem prawdę, a na drugi dzień ów pan udawał, że mnie nie zna.

I potrzeba mi było tego? Jaki to trud będzie mnie kosztowało, aby sprawę naprawić! —

A zwracając się do mnie, chytrze się uśmiechnął:

— Wprawdzie ty twierdzisz, żeś się minął z twoim powołaniem, idąc między literaty, że w całym twoim tworze znalazłoby się zaledwie kilkanaście stronic, które sam za dobre uważasz; spowiadałeś się przed Lutosławskim, że grubo wątpisz, czy w ogóle jakiś talent posiadasz; — no! na takie kpiny możesz sobie sam pozwolić, ale ciekaw jestem, jak byś zareagował, gdybym ja z moją starannie ukrywaną prawdą wyjechał, że twój talent, to tylko talencik — prawda, że to gorsze od zupełnego braku talentu? — że operujesz, dajmy na to, paru sposobikami i tym ludziom głowy zawracasz?

Serdecznie się roześmiałem:

— Mylisz się — ani na chwilę nie wziąłbym ci tego za złe. Przeciwnie, rozczuliłbym się, że raz wreszcie znalazłem człowieka, który odważył się mi prawdę powiedzieć — przycisnąłbym cię do piersi lub rzucił ci się na szyję i ślubował ci dozgonną przyjaźń.

Spojrzał na mnie spode łba i zmrużył figlarnie oczy:

— I powiedziałbyś mi, że mnie jednemu zawdzięczasz całą kulturę, że ja ci dopiero oczy otworzyłem na ten ukryty świat, którego tak skrzętnie poszukujesz?

— Więcej jeszcze — odpowiedziałem — powiedziałbym ci, że już dawno przeczuwałem w tobie człowieka, który sam jeden ma mi coś do powiedzenia, że odtąd tobie jednemu będę się zwierzać z moich najskrytszych zamysłów...

Tu mi przerwał złośliwym, szyderczym uśmiechem, żywcem zapożyczonym z moich pism:

— He, he, he...

— He, he, he — zaśmiałem się echem.

Podaliśmy sobie ręce, wypiliśmy trzeci czy czwarty kieliszek wódki i tak zakończyła się nasza dyskusja o „prawdzie”.

Rzadko z którym z moich znajomych tak się zgadzałem, jak z tym wychowańcem jakiegoś arystokratycznego Chyrowa556.

Ale na to, by z „prawdą” być bardzo powściągliwym, nie potrzeba osobnego zakładu wychowawczego.

Całe mnóstwo ludzi przychodzi na świat tak niezmiernie wyczulonych i przeczulonych, że są w stanie samych siebie na największe przykrości narazić, aniżeli bliźniego swego jakąś prawdą dotkliwie ukłuć.

To są istotni męczennicy niemożności wyjawiania swej „prawdy”, bo może więcej jeszcze cierpią od tej prawdy, aniżeli ci, do których była zwrócona.

Tak zwany altruizm jest obosieczną bronią. Może obronić współczłowieka od przykrości, która często nie stoi w żadnym stosunku z tą, jaką takiemu altruiście odcierpieć przychodzi.

A z ludzi, którzy na litościwą pobłażliwość istotnie zasługują, to ci, którzy nie są w stanie nikomu nic odmówić. Jakie stąd powikłania wyniknąć mogą i rzeczywiście wynikają, ten tylko zrozumie, który Bóg wie co przyrzeka, a potem w ciężkiej rozpaczy zrozumieć musi, że przyrzeczeń dotrzymać nie może, i zwykle ponosi nieraz bardzo uciążliwe koszty swego „niedołęstwa” — tak! tak! to ci niedołędzy życiowi płacą zwykle życiu najboleśniejszy haracz.

Z konieczności przepychają się przez życie bezustannym kłamstwem — chociaż to kłamstwo jest dla nich ciężką tragedią, bo by jedno kłamstwo podtrzymać, trzeba sto innych wymyśleć — stąd pochodzi, że tak mało istotnie genialnych hochsztaplerów i — literatów (słyszę, jak boski Plato mi przyklaskuje).

Tego pamiętnego wieczoru w dniu mego przyjazdu do Krakowa poznałem na tej, swoją drogą nie bez talentu napisanej Królowej przedmieścia — nie pomnę tak pięknych jesiennych wieczorów i nocy, jak wtedy w Krakowie na początku września — całe mnóstwo ludzi, prawdopodobnie już uprzedzonych przez Wysockiego, że do Krakowa przyjeżdżam.

Na samym wstępie zastanowił557 mnie jeden człowiek — przystojny, starannie ubrany — przystanął nagle przede mną i powiedział jednym tchem:

— Byłbym szczęśliwy, gdybym był cielakiem, z którego skóry pańskie buty wyprawione.

Przez chwilę cośkolwiek zgłupiałem, ale nie przeczę, że byłem wzruszony tą przemową.

A równocześnie uczułem głęboki wstyd — przyplątało się do mojego mózgu, nie wiem dlaczego, wspomnienie komedii Gogola: Rewizor z Petersburga. To przykre wrażenie potęgowało się w ciągu całego wieczoru: zaledwie włożyłem papierosa do ust, już znalazło się jakby na wyścigi kilka zapałek, nie zdążyłem jeszcze zawołać na kelnera, a już zjawiał się z całą tacą wódek i przekąsek — zapytałem, gdzie mogę mój czek zrealizować, a w tej chwili wypłacono mi zawartość tego czeku i to w samych pięcioguldenówkach, aby suma pokaźniej wyglądała. Okazało się, że ten pan, który wygłosił do mnie tę dziwaczną przemowę, był właścicielem fabryki fortepianów „Zdzisław Gabryelski” mieszczącej się na pierwszym piętrze narożnej kamienicy w Rynku: Krysztofory — naprzeciw Kościoła Mariackiego.

Po skończonym przedstawieniu zaprosił nas zamożny pan na Krysztoforach do bardzo obszernego swego mieszkania; — połowę tego mieszkania stanowiła wielka sala z wspaniałymi fortepianami: były tam Stainwaye i Bechsteiny, a przede wszystkim śliczne, małe fortepiany wyrobu czeskiego: Petroffy. Ilu nas tam się znalazło po ukończeniu przedstawienia, poszliśmy hurmem do Gabryelskiego — a wśród tych wszystkich uczestników znalazł się dziwnym przypadkiem Andrzej Niemojewski558.

Ja wówczas nie wiedziałem, kim jest pan Andrzej; zauważyłem tylko jego niechętne spojrzenia, gdy mnie — rewizora z Petersburga — otaczała cała młodzież z ciekawością i niekłamanym uwielbieniem, które mnie w najwyższym stopniu żenowało; widziałem, jak coraz więcej się ode mnie odsuwał. Jaka szkoda, żem nie wiedział, kto to ten pan Andrzej, inaczej bym nie miał słów dla jego talentu — nie pojmuję tylko, dlaczego wśród całej gromady, która pragnęła mnie jedynie uczcić, znalazł się i pan Andrzej.

Och! jaką ciężką nienawiścią miał krótko potem zapałać ku mnie, nienawiścią tym mniej zrozumiałą, bom mu nigdy żadnej krzywdy nie wyrządził, chyba tę jedną, żem nie znał tomiku jego poezji Polonia irredenta.

W ogóle miałem małe pojęcie o tych wszystkich młodych poetach, którzy przyszli po Asnyku. Aż do Asnyka orientowałem się doskonale w literaturze polskiej — kochałem przed nim Berwińskiego, Sowińskiego, Asnyka samego dobrze poznałem, ale wśród młodszego pokolenia znałem Miriama, Langego559 i Kasprowicza, a do dziś dnia jest mi przykro, że zbyt późno zapoznałem się z artystą tak szczerego i wielkiego talentu, jakim jest niechybnie Kazimierz Tetmajer.

Ja się w ogóle całkiem nie orientowałem w ówczesnym stanie literatury polskiej. A szkoda — wielka szkoda! Byłbym uniknął wielu przykrości i nieporozumień, które z mej strony mogły wyglądać na gruby nietakt, pyszałkostwo, a nawet śmieszną zarozumiałość. A niestety nie miałem nikogo, kto by mnie mógł poinformować o istotnym stanie rzeczy — możliwe, że nikt jeszcze wtedy jasno sobie sprawy z stanu ówczesnej literatury nie zdawał. Było paru wielkich panów, którzy na ten śmieszny kult Przybyszewskiego patrzyli z spokojną pobłażliwością, a nawet z sympatią starszych braci, uśmiechających się sukcesom beniamina, ale byli i tacy, których to mogło w wysokim stopniu drażnić, że nie było w Polsce o niczym innym mowy, jak tylko o tym zamorskim zwierzęciu, które Bóg wie skąd się do Polski przyplątało i, jak słusznie kiedyś jeden z tych urażonych powiedział, nic do niej nie wniosło prócz ciężkiego zamętu. Był czas, kiedy ten kult onego zamorskiego zwierzęcia stał się prostą idolatrią, obłąkaną idolatrią, w której zapominano, że obok mnie całkiem inne talenty i twórcze jednostki istnieją, którym co najmniej ten sam głęboki szacunek przynależy, co tej świeżo odkrytej „gwieździe”, jaką ja się nagle stałem.

Tylko człowiek, który spokojnie stał na uboczu i z cichym uśmiechem przyglądał się temu cyrkowi, rozumie, jaką mi krzywdę ten bezrozumny i bezkrytyczny zachwyt nad moim tworem wyrządzał. Nie dziw więc, że już po paru miesiącach, odkąd objąłem redakcję „Życia”, uczułem się bardzo osamotniony i bezustannie musiałem się w ciągłych oświadczeniach sumitować, że „Życie” to nie „ja”, że w tym „Życiu” znajdziesz jeszcze chyba coś innego prócz mnie.

Dawno już wzeszło cudowne jesienne słońce nad rynkiem krakowskim — cud tego rynku tak mną wstrząsnął, że w jednej chwili po całonocnej libacji wytrzeźwiałem — kiedy znalazłem się z Wysockim razem przy teatrze.

— Uważaj — powiedział Wysocki — tędy idziesz do swego hotelu.

— A ty dokąd?

Wysocki uśmiechnął się melancholijnie.

— Ja? ja jadę ratować „Życie” — za godzinę pociąg odchodzi. Sewer dał mi parę listów polecających, bym od paru jego bogatych znajomych wydobył jakieś pieniądze na ratunek „Życia”, inaczej trzeba pismo w przeciągu paru tygodni zwinąć.

Cóż mnie wtedy „Życie” obchodziło — nie zdawałem sobie całkiem sprawy, że dalsze istnienie „Życia” było dla ówczesnego „młodego” Krakowa rzeczą wielkiej wagi, a upadek tego pisma, mimo że nie miało ostro zarysowanego charakteru, nie było zdecydowane i we wszystkim wykazywało jakieś kompromisowe „demi”, równałby się całkowitej przegranej tego „młodego” Krakowa. — Daleko później zorientowałem się, czym by tego rodzaju pismo mogło się stać dla Polski, gdyby się znalazły odpowiednie fundusze, które by zabezpieczyły mu byt z góry na jakieś kilka lat; a poza tym dostało się w ręce bardzo śmiałego i bardzo zdecydowanego artysty, który by był znał doszczętnie i do głębi swoje społeczeństwo i zdawał sobie sprawę z warunków, w jakich mu pracować przyszło; a nie w ręce człowieka, pewno że ponad miarę śmiałego i odważnego, ale odwagą tego, który nie zna niebezpieczeństw, jakie mu grożą, odwagą lunatyka, który po cienkiej belce nad przepaścią balansuje.

Ta nagła nienawiść Andrzeja Niemojewskiego ku mnie, poczęta tej jednej nocy, w której mnie z taką zachłanną ciekawością oblegał „młody” Kraków — o jakiejś „młodej” Polsce nie było mowy — była symptomatycznym objawem wprawdzie nie nienawiści, ale niechęci. Nie każdy mnie tak nienawidził, jak umiał pan Andrzej, ale niezadługo miałem zrozumieć, jaką niechęć ku mnie musiał wywołać ten dziecinny entuzjazm, z jakim „młody” Kraków mnie przyjął560.

„Życie” potrzebowało na swego kierownika jakiegoś poważnego, przez wszystkich: i przez przyjaciół, i przez wrogów szanowanego artystę — Miriam powinien był „Życie” prowadzić — a otrzymało artystę, który żył w ustawicznym transie, potęgowanym jeszcze transem swego otoczenia.

Za późno się spostrzegłem, czym bym mógł „Życie” uratować, a nawet na silnych podwalinach postawić. — Kto wie, czyby nie było do dziś dnia przetrwało. Za późno, za późno zrozumiałem, jakie trzeba było zająć stanowisko wobec społeczeństwa i wobec nachalnego „młodego” Krakowa. Ale jeżeli jakiśkolwiek artysta nie nadawał się na kierownika tak już ciężko poharatanej szalupy, jaką było „Życie”, mimo że parę miesięcy dopiero sobie liczyło, to — ja! Trzeba było postępować ostrożnie, bardzo oględnie, paktować na jedną i drugą stronę, podstępnie wślizgiwać się w opinię publiczną, aby ją po cichu, skrycie tak sobie urobić, że aniby się spostrzegła, kiedy już byłaby całkiem po „tamtej” stronie, której się tak lękała. Trzeba było nie dopuszczać do siebie każdego, który się tylko pod rękę nawinął, trzeba się było uniedostępnić, co najwyżej raz po raz łaskawie audiencję udzielić, albo też przyjmować raz na tydzień w roli jakiegoś maitre, przed którym ma się ogromny szacunek i tę bezwzględną ślepą wiarę w autos epha. Trzeba mi było być jakimś Mallarmé561, który tak cudownie umiał utrzymać dystans do swego otoczenia, a nie biednym Verlainem, który się byle z kim pospolitował i, pijany, taczał się od jednego płotu do drugiego.

Wyobrażam sobie, z jakim zdumieniem musiał na mnie patrzeć ten oszołomiony Kraków, któremu już od dłuższego czasu w uszy trąbiono, jako że w swoich murach gości zdumiewający okaz eines genialen Polen, gdy mnie widział codziennie na Plantach w otoczeniu kilkunastu nieraz młodych ludzi, z którymi w kawiarni Szmita po parę godzin wysiadywałem. Stary kelner Lorenz obsługiwał ten długi stół, jak długo ja przy nim siedziałem, bo wiedział, że płacę; ja zawsze płaciłem przeważnie za tych, którzy nie byli wypłacalni i, świadomi tego, w sam czas się ulatniali, tak że w końcu sam zostawałem i na mnie spadał cały ciężar płacenia — ale to nic, bo stary Lorenz mi wierzył i udzielał mi kredytu bez wszelkich zastrzeżeń, i zdaje się, że nie zawiódł się na mnie! A cóż dopiero mógł sobie Kraków myśleć o człowieku, który by mógł bezopornie nim owładnąć, ba! nawet bywać „Pod Baranami”, a on tymczasem raz po raz sypiał na Plantach, bo mu nie chciało się iść do domu, albo też w jakiejś żydowskiej knajpie przysłuchiwał się żydowskiej muzyce, której przedtem nigdy nie znał, do samego rana — a dosyć kosztowna była ta muzyka, bo trzeba było wprowadzić muzykantów w ten trans, w jakim ich muzykę odczuwało się jako coś niesłychanego, coś, czego się jeszcze nie przeżyło.

Och! jak oni grali, jak grali! Czasami miałem wrażenie, że się do domu obłąkanych dostałem: jak mi raz czworo żydowskich muzykantów zagrało — w tym na wpół pijanym transie, który jeszcze palców nie paraliżował, przeciwnie, doprowadzał je na to pogranicze najwyższej sprawności, chwila jeszcze, a bezwładnąć poczęły żydowskie pieśni: Kol Nidrę i pieśni Sądu Ostatecznego, to zdjął mnie zimny dreszcz — a na wytrzeźwienie lepszego środka nie byłbym mógł znaleźć. — Raz natrafiłem na bandę Cyganów — nigdy przedtem nie słyszałem cymbałów — przy tej muzyce wpadłem w taką ekstazę, że wszyscy zwrócili na mnie zdumioną uwagę i zrobiła się wielka cisza, gdym stanął na czele tej małej orkiestry — dla mnie istniały tylko cymbały — i jął dyrygować. Hej — hej! jakaż to była muzyka: pijani muzykanci, pijany dyrygent, tą wściekłą muzyką upiła się publiczność (panie Jezu! co to była za publiczność); wszystko się nią upiło: ściany, podłoga, posowa, a w końcu sam właściciel knajpy, bo wtedy, gdy już jakiś basista zastrajkował, wpadł w szał i tak długo obrabiał pracowicie jego gębę, aż ten na nowo smyczkiem dzikie harce począł wyprawiać na swojej basetli.

A w tym wszystkim wielki, ciężki smutek — ten do samego dna trawiący smutek, boć to przecież nie było żadną zabawą; to tak na poczekaniu zanalizować się nie da.

Jeżeli jakiś artysta bawi się w pisanie pamiętników, to już niech ma tę odwagę robić to szczerze, nie upiększać wydarzeń swego życia, nie wycyganiać się z błędów, które popełniał, nie skomleć o przebaczenie ani nie wyszukiwać dla siebie łagodzących okoliczności. A czyżby można wyobrazić sobie nędzniejszą hipokryzję nad chęć wyłgania się z przykrego nałogu, jakim jest narkotyzowanie się — mniejsza o to, jakimi środkami?!

Żyjemy w marnych czasach, w których dokonuje się biedna i głupia rehabilitacja tych artystów, do których społeczeństwo rości sobie prawo, aby ich na „blank” „wypucować”.

I cóż to może kogo obchodzić, że Edgar Poe umarł na delirium tremens, że opium było gwoździem do trumny dla Baudelaire’a, że Verlaine zmarniał w jakimś szpitalu, Berwińskiego Ryszarda nikt całkiem trzeźwym nie widział, a ilu ja znałem publicystów, których morfina lub kokaina zabiła, bo bez tych środków nie byliby już w stanie pracować, bo nadto już byli wyczerpani.

Haracz, jaki artysta społeczeństwu spłaca, pozostaje ten sam, czy go spłaca nerwami dociągniętymi do pracy czy też tymi męczeńskimi, które dopiero musi dociągnąć narkotykami.

W arsenale Szatana jest jeden środek, który myślącego człowieka w głębokie zdumienie wprawia: peruańskie coca.

Z opowiadań podróżników wiemy, że Peruwianie, którzy żują liście coca, jak żują marynarze prymkę, są w stanie pracować w minach przez 12 godzin bezustannie, a nawet dłużej, odbywają kilkunastogodzinne marsze bez pożywienia, dźwigając na barkach olbrzymie ciężary — a nie ulega wątpliwości, że coca tak samo jak haszysz wywiera na ciało astralne niesłychany wpływ i umożliwia mu spełnienie pracy, o jakiej by nawet w trzeźwym stanie nie mógł marzyć. Ale coca zbyt szybko organizm wyniszcza, a przy tym nie tak łatwo zaspokoić głód kokainy, połączone to ze zbyt wielkimi i uciążliwymi zabiegami. Łatwiej już wystarać się o morfinę, ale najpopularniejszym, najwięcej dostępnym i najwygodniejszym środkiem narkotycznym — to alkohol.

Ale alkohol i alkohol, to dwie całkiem odrębne rzeczy. — Alkohol wesoły — vin gai — ten najmniej szkodliwy: podnieci, rozwesela, użyty nawet w największych dozach, zwali z nóg pod stół; człowiek popada w kamienny sen, budzi się z bolesnym katzenjammrem, ślubuje sobie, że już się drugi raz nie upije, ale to głupstwo; bez tego alkoholu życie towarzyskie byłoby nieraz niemożliwe, nawet zabójczo nudne, podczas gdy nawet najgłupszy człowiek, podniecony alkoholem, zdoła ze siebie raz po raz jakiś dowcip wykrzesać, a najwięcej oschły osobnik powoli się rozkrochmala i przynajmniej przez jakiś czas czyni się znośny. Ten „towarzyski” alkohol płata wprawdzie rozmaite figle — jest zdolen rozwiązać rzemyczki od kiesy najbrudniejszego skąpca, pociągnąć za język najoględniejszego milczka, łagodzi zażartą mściwość, staje się pomostem, na którym najwięcej zaciekli wrogowie się jednają, a granit nieustępliwości z wolna kruszeje.

Ten alkohol staje się nieraz wielkim dobrodziejstwem: jak niezmiernie dużo zawdzięcza mu społeczna opieka nad biednymi, jakie wspaniałe czyny dobroczynności jest w stanie wywołać, jakie szlachetne odruchy patriotyczne, jakie wspaniałe porywy w duszy ludzkiej rozżarzyć — wprawdzie niejeden gorzko na drugi dzień żałuje, że dał się „unieść” i „porwać”, ale to już za późno — wstyd mu przyznać, że działał pod wpływem alkoholu, więc chcąc nie chcąc dotrzymuje przyrzeczenia. Zdaje się, że nawet Franciszek Józef raz jeden potknął się na tej granicy, na której alkohol działa jeszcze neutralnie, a wtedy podarował narodowi polskiemu — Wawel!

I błogosławione skutki tego dobroczynnego alkoholu umiałem wykorzystać, gdym pomagał tworzyć gimnazjum polskie w Gdańsku. Podczas moich objazdów z odczytami po kresach uzyskiwałem najwięcej podczas przyjęć, w których alkohol odgrywał w tym wypadku dobroczynną swoją rolę.

Ale jest inny alkohol, zły, strasznie niebezpieczny — vin triste, który w arsenale Szatana zajmuje bardzo poczesne miejsce, alkohol ludzi, którzy przychodzą na świat obarczeni jakimś przekleństwem, ludzi niezdolnych do życia bez tej fatalnej protezy, jaką jakiśkolwiek środek narkotyczny stanowi. I to właśnie, co dla drugich jest tylko chwilowym oszołomieniem, chwilowym spotęgowaniem sił nerwowych, nawet całkiem niepotrzebnym, bo normalny organizm nerwowy szuka tylko ujścia nadmiaru swych sił, dla tych ludzi staje się bardzo niebezpieczną protezą, bez której obejść się nie mogą, i dla tych ludzi jedynie, ludzi urodzonych pod znakiem straszliwego Saturna i trucicielskiego Księżyca, których dusze Szatan pławi w ciemnym morzu melancholii, szarpiącej tęsknoty i bezustannego dławiącego smutku, alkohol staje się — nałogiem.

Dla normalnego człowieka nie przedstawia alkohol żadnego niebezpieczeństwa, a jeżeli normalny człowiek jest zmuszony wymagać od swych nerwów takiej pracy, która jego normalne siły przekracza, wtedy ucieka się zwykle do morfiny, która wśród narkotyków cieszy się pewnym inte1ektualizmem; proszę mi wybaczyć ten paradoks, ale morfina potęguje istotnie siły intelektualne, nie ogłupia, a co najważniejsze, nie znieprawia człowieka, nie zezwierzęca go.

Przeważnie wszyscy morfiniści to ludzie, którzy są zmuszeni żyć nadludzkimi wprost wysiłkami: lekarze, dla których pracy 24 godzin dziennie za mało, publicyści, którzy dzień w dzień po kilka felietonów dostarczać muszą! — Gdyby ktoś zechciał zrozumieć, co to za męczarnia pisać kilkukolumnowe sprawozdania z teatralnego przedstawienia, zaledwie kurtyna spadła po końcowym akcie — a o trzeciej rano musi „skrypt” pójść na maszynę; potem parę godzin snu i znowu galernicza praca przy biurku, bo na szóstą po południu nowy artykuł musi być gotów; a artykuł ten musi być cięty i interesujący, musi na klawiaturze duszy czytelnika coraz to dziksze harce wyprawiać, aby go zadowolić; a ten nieszczęsny publicysta musi ostatnich sił wydobywać, by się nie powtarzać, by bezustannie czymś nowym podniecać, a nawet ze zgniłej cytryny wydobyć jeszcze parę rzeźwiących kropel!

Wielki kontyngent wśród morfinistów stanowią aktorzy, ten nieszczęsny naród wśród artystów. Każdy inny artysta może wyprząc, jeżeli nie jest w stanie pracować, może rzucić pracę, jeżeli mu od ręki nie idzie — aktor grać musi, chociażby był Bóg wie jak wyczerpany, znużony i opadnięty. Zdawałoby się, że chyba cudem się z łóżka lub kanapy dźwignie, i istotnie się dźwiga, bo morfina jest tym cudotwórczym środkiem, który go na nogi stawia i na parę godzin jego nerwy pręży, że pękać się grożą.

Dużo morfinistów znajdziesz wśród uczonych — fanatyków pracy, dla których Bóg osobnego dnia nie przewidział, bo dla nich dzień o 24 godzinach za krótki; nawet okultysta tej miary, co Stanislas de Guaita562, który zdawało się, że w pobliżu boskości bytował, umarł śmiercią, spowodowaną zatruciem morfiną.

Dla tych męczenników swego zawodu i dla tych fanatyków pracy jest morfina przez jakiś czas — oczywiście nie na zbyt długą metę — prawdziwym dobrodziejstwem, ale dobrodziejstwem niesłychanej lichwy: procenty, jakie organizm opłacać musi, przenoszą563 niezadługo wartość gotówki, jaką się zaciągnęło; w każdym razie wśród wszystkich narkotycznych środków jest morfina poniekąd szlachetnym środkiem: niszczy, ale przez pewien czas potęguje istotnie siły umysłowe.

A tego o alkoholu — w postaci vin triste, bo tylko ten staje się nałogiem narkotyku — niestety, powiedzieć nie można. Przez krótki tylko czas potęguje siłę nerwów, by ją niezadługo sparaliżować; a wtedy oddaje rzeczywiście usługi, bo stępia i znieczula nerwy — tracą swą wrażliwość na ból i cierpienie — ale oszałamia mózg i każe mu jakby na całkiem innej platformie pracować. Pod wpływem tego alkoholu dusza człowieka całkiem się przeobraża, wymienia się na inną, która oczywiście w człowieku bytować musiała, ale była trzymana na uwięzi przez duszę trzeźwą. I ot — ten smutny alkohol, ten, który był prawdopodobnie przyczyną strącenia aniołów do piekieł, wyważa tę duszę trzeźwą z zawias, odrętwia ją, a na arenę wkracza obca jakaś dusza, której istnienia nawet byś nie przypuszczał, a skierowana z szatańską złośliwością w stronę drogi, na której czyha na człowieka najcięższy Ból — zaprzepaszczenie i zagłada.

Omamem i złudzeniem chwilowa ulga w cierpieniu — szalbierczy środek, który na chwilę łagodzi ból zębów, by go jeszcze więcej spotęgować.

Psychologia alkoholizmu jest niesłychanie ciekawa, trzeba się tylko przy badaniu jego objawów wyzbyć wszelkich moralnych pomiarów, wstrętów i uprzedzeń, bo wtedy się do niczego nie dojdzie, trzeba go badać nawet nie jako chorobę, bo alkoholizm nie jest chorobą, ale tylko jednym z najgroźniejszych przejawów choroby, jaką jest dotknięte astralne ciało — astrosoma — człowieka.

To dusza człowieka, która jest chora, a tysiącorakie są jej objawy, a najboleśniejsze właśnie to to chore pragnienie, by uciec przed tą chorobą. Alkoholizm to to biedne złudzenie strusia, który kryje głowę w piasku, bo zdaje mu się, że go nikt nie widzi. Alkoholik wygania diabła Belzebubem, pragnie zwalczyć chorobę własnym jej objawem, więc wiecznie kręci się w tym zaczarowanym kole, z którego żadnego wyjścia nie ma, jeżeli się raz w nie dostało.

Kiedyś robiłem kiepski dowcip na temat moich studiów medycznych. Jak wiadomo, studiowałem medycynę przez sześć semestrów, tak sobie mimochodem poza czynnościami w redakcji „Gazety Robotniczej”. Twierdziłem, że wyleczyłem owczarkę w naszej wsi rodzinnej, która na raka cierpiała. I istotnie ją z raka wyleczyłem, ale umarła na białą gorączkę. Otóż mniej więcej takim skutecznym środkiem na psychicznego raka jest alkohol. Ból się znieczula kosztem mózgowego odrętwienia.

Tak — tak, z tego błędnego koła wydostać się nie można.

Przyszło się z „chorą” duszą na świat, szuka się ukojenia, a to już obojętne, jakim środkiem człowiek przed cierpieniem uciec pragnie.

Tylko amerykańska głupota szuka zbawienia w abolicji — chociażbyś tysiąc razy wytępił całkowicie alkohol, znajdzie ludzkość jakiś inny środek narkotyczny, stokroć razy niebezpieczniejszy od alkoholu, a może żadne społeczeństwo nie czuje takiego pragnienia oszołomienia się, jak właśnie najpierwotniejsze społeczeństwo. Wszak wszystkie nasze narkotyki mamy do zawdzięczenia tak zwanym „dzikim” ludom.

Jedno tylko wielkie pytanie, czy to, co „chorobą” nazywamy, jest istotnie chorobą.

Ten geniusz, który jeszcze długo będzie musiał czekać, zaczem564 w całej swej wizjonerskiej potędze całkowicie doceniony zostanie, Edgar Poe, kładzie w usta bohatera swojej noweli Eleonora:

Ludzie mówią, że jestem chory, ale pytanie, czy chorobliwość nie jest właśnie najwyższą inteligencją, czy to, co jaśnieje i głębią przeraża, nie wykwitło właśnie z chorobliwości myśli, z chorobliwej formy bytu, która potęguje się i wysubtelnia nadmiernie kosztem innych funkcji psychicznych. Ci, co śnią w jasny dzień, zapoznają się z wieloma rzeczami nieznanymi tym, co śnią tylko w nocy... bez steru i busoli docierają do owego rozległego oceanu „niepojętej światłości” — jak w przygodach nubijskiego geografa agressi sunt mare tenebrarum, quid in eo essent exploraturi565.

W swoich Marginaliach opowiada Poe, jak wyobrażał sobie nieraz los człowieka, który duszą wyniósł się ponad wszystkich innych ludzi i który właśnie dlatego z nieubłaganą koniecznością musi uchodzić za chorego. Człowiek taki jest obłąkanym dla nie rozumiejącego go tłumu i dlatego musi ginąć jako męczennik pod ciosami kamieni, którymi go obrzucają.

Po wszystkie czasy rozgrywała się ta odwieczna tragedia, której bohaterem był „chory”, „obłąkany”, bo w duszy miał wizję przyszłych generacji i miał ewangelię przyszłości; jedyny, który, jak Ola Hansson słusznie zauważył566, mógł pchnąć i istotnie pchał naprzód całą ludzkość.

Jeżeli więc z jednej strony folie et génie sont congénères in radice conveniunt567, jak twierdzi wnikliwy psycholog francuski Moreau (Psychologie morbide), to z drugiej — geniusz i męczeństwo są nierozłączne, a „zdrowi” po wieczne czasy będą kamienować swoich wielkich „chorych”.

I właśnie Edgar Poe, ten święty męczennik swego olbrzymiego talentu, miał się zapoznać z tym piekielnym l’assomoir, u którego szukał ucieczki nie tyle przed nadmiarem strasznych zrządzeń losu, bo straszniejsze jeszcze przeżywa nieraz „normalny” człowiek i nie pozwoli się opanować przez tego piekielnego „wampira”, jakim jest vin triste, ale ucieczki przed samym sobą; przed jednym z najboleśniejszych stanów psychicznych, jakie przeżywają tylko ludzie nadmiernie wyczuleni, żyjący niejako na dwóch platformach: rzeczywistości i snu, a raczej zdeformowanej rzeczywistości, a jeszcze więcej monstrualnego snu; a stanem tym to lęk przed życiem, trwoga przed śmiercią, a równocześnie pragnienie śmierci — stanem tym to niesłychanie skomplikowane uczucie, którego stałymi komponentami przeraźliwy, do obłędu doprowadzający lęk we wszystkich tonacjach, począwszy od lekkich fizjologicznych drżeń serca, aż do obłąkanego Horla; radzę przeczytać tę wspaniałą nowelę, którą Maupassant cały swój twór zrehabilitował.

Alkoholizm Edgara Poe to nie ten brutalny nałóg! — Swoją drogą nałóg ten zbyt tragiczny, by mógł być brutalnym w istocie samej: objawy jego mogą być mniej lub więcej brutalne albo całkiem zbrodnicze, to już zależy od ogólnego psychicznego założenia danego osobnika — im ordynarniejsza psyche, tym ordynarniejsze będą przejawy alkoholizmu, im delikatniejsza, tym delikatniej będzie się ten wpływ alkoholu manifestował (czasami tylko jako ciężka, bezbrzeżna melancholia, pokrewna tej lunatycznej tęsknocie trujących faz miesiąca), ale nigdy alkoholizm nie stanie się tak bezwzględnie brutalny, zbrodniczy i ordynarny, jak „trzeźwa” erotomania — najbrudniejsza bajora, w jakiej Szatan duszę ludzką kąpie. I alkoholizm Poego nie wydaje się być straszną i przebolesną predyspozycją dypsomana, który, obarczony przekleństwem ciążącym na całym szeregu ubiegłych generacji, ma w ogóle do wyboru obłęd w jakiejkolwiek bądź formie lub też fikcyjny ratunek przed tym obłędem w alkoholu — nie był dla Edgara Poe nieprzezwyciężonym, chorobliwym popędem, bo miewał on okresy w swym życiu, w których mógł się obywać bez tej piekielnej protezy — jego alkoholizm był czymś innym, a co bezustannie zanalizować pragnął.

Krótko przed śmiercią pisze Poe do swego przyjaciela:

Prawda, że czasem do szaleństwa odurzam się alkoholem, ale nie odczuwam w tym żadnej rozkoszy. Nie za rozkoszą gonię „w onych chwilach”, w których narażam na szwank i życie, i sławę, i rozum. Było to u mnie zawsze próbą ucieczki przed wspomnieniami chytrości, niesprawiedliwości i niegodziwości: chciałem uciec przed straszną samotnością i przed uczuciem trwogi, która ukazywała mi w duszy jakieś nieokreślone, bliskie nieszczęście.

Oto usprawiedliwienie, jeżeli go ktoś pragnie — ubożuchna dusza człowieka, który koniecznie i na gwałt takiego usprawiedliwienia potrzebuje (tego rodzaju tragedie nie potrzebują usprawiedliwienia), ale jeżeli chodzi o wyjaśnienie i przyczyny, to wyjaśnienie Edgara Poe jest zbyt skąpe, by mogło chociaż rąbek tej całej tajemnicy odsłonić; ale musiało być skąpe, bo mieści się w nim cały szereg bolesnych przeżyć, a ból jest niezmiernie wstydliwy — nie znosi obfitych wynurzeń histerycznego pragnienia obnażania swej duszy do naga — tej ordynarnej, a równocześnie kłamliwej ekshibicji Russa lub George Sand.

W zakulisowym życiu tak zwanej bohemy — cyganerii artystycznej — alkohol odgrywa wielką, ale przeważnie bardzo tragiczną rolę.

A ponieważ rzadko jakiś człowiek poza tą nieszczęsną bohemą zna istotną naturę tego alkoholizmu, więc roi się od plugawych legend, jakie się osnuwa wokół życia tych biednych cyganów; opowiada się o niesłychanych, rozpasanych i wyuzdanych orgiach, jakie wrzekomo się w tych cygańskich cenaklach568 odbywają. — O tym wszystkim ja, którego całe życie prawie że za obrębem tak zwanego „porządnego” towarzystwa upłynęło, to znaczy towarzystwa ludzi, którzy mają pieniądze, pięknie urządzony dom, stałe dochody, uporządkowane społeczne stosunki, którzy kładąc się do łóżka, nie potrzebują o tym myśleć, czym jutrzejszy dzień opędzą, a budząc się rano, nie wyczekują z rozpaczliwą trwogą, co im listonosz przyniesie: trochę nędznego grosza honorarium czy też rozkaz sądowy eksmisji za niezapłacone komorne — otóż ja o tych orgiach nic a nic nie wiem, a jeżeli kiedyśkolwiek coś przeżyłem, co by na upartego orgią nazwać można, to co najwyżej jakąś sutą kolację, jaką fundował rzadki mecenas sztuki. Wtedy „lał” się szampan, ale zwykle na czczy żołądek, więc wielkiej pociechy z niego nie było, bo wtedy vin triste staje się trucizną, ani też zbytnie wesele w duszy rodzić się mogło, bo wszystko zatruwała myśl, że jedną flaszką tego szampana można by całe komorne opłacić.

Jacy oni śmieszni — ci mecenasi — wdzierają się gwałtem w towarzystwo artystów, z którymi ich nic nie łączy, wyrzucą jednej nocy sporo pieniędzy, by się pochełpić znajomością, a może nawet bruderszaftem z jakimś artystą, a potem utyskują, że artyści ich naciągnęli.

Gdyby taki mecenas miał odrobinę delikatności w swej duszy, to dałby spokój temu wszystkiemu, co potem daje pochop do legend o tych niesłychanych orgiach, a co w duszy artysty tylko niesmak i gorycz wywołuje.

W powojennych czasach podobno się stosunek do artysty mocno zmienił — podobno artysta daje sobie doskonale radę z tymi „mecenasami”, zdołał im wytłumaczyć, że wyrządza im wielki honor i zaszczyt, jeżeli raczy w ich towarzystwie przebywać, ale za moich czasów bywało inaczej! — Taki artysta, przeważnie nędzarz, patrzył na mecenasa z fatalnego punktu widzenia: pożyczy mi coś czy też nie? ale, zaczem się odważył coś o pożyczce napomknąć, już go dawno odwaga cywilna opuściła, a ta dawka alkoholu, za pomocą której chciał ją w sobie wywołać, raczej go paraliżowała, miast mu dodać odwagi, coraz więcej go onieśmielała, tak że skończyło się wreszcie na jakimś niewyraźnym bełkocie. Ale nawet na ten bełkot nie byłby się zdobył, gdyby nie był uprzednio znalazł trochę odwagi w kilku kieliszkach.

Dusza artysty jest przeważnie niezmiernie wrażliwa, zwykle aż nadto przeczulona i wstydliwa. Rzadko znajdziesz artystę, który się łokciami posługuje, który zawsze miejsce dla siebie znajdzie i zawsze jakoś koniec z końcem jest zdolen związać. I tych szczęśników należy szukać między artystami o przeciętnej wartości. Wśród istotnie wielkich może by się znalazł jeden tylko Wagner, który coraz kosztowniejsze kamizelki sobie skupywał, im więcej mu bieda doskwierała — jako wirtuoz życiowy dorównywał kroku wielkiemu artyście w sobie. Zwykle artysta wyniszcza w straszliwej, istotnie straszliwej i ohydnej męczarni trzy czwarte swoich sił na sprawy życiowe. Gdyby to społeczeństwo zdołało zrozumieć tę piekielną mękę, w jakiej artysta żyje, gdyby było w stanie zrozumieć to ohydne upokorzenie, na jakie artysta jest bezustannie narażony, ten obrzydliwy wstyd, jakiego się przez całe życie nałyka — ten wstyd, że najchętniej by duszę z siebie wypluł, natenczas miałyby pomniki, jakie artystom po śmierci stawia, jakiś sens: pomniki stałyby się tragicznymi krzyżami męczeństwa.

Gdy sobie uprzytomnię tę całą ohydę życiową, jaką od samego początku mojej „kariery” artystycznej przeżywać musiałem, nie jestem w stanie zrozumieć tej energii, z jaką się jednakowoż z życiem uporałem, tylko nie pytajcie, jak. Z najgłębszą wdzięcznością myślę o prezesie Dyrekcji Kolei w Gdańsku panu Czarnowskim, który mnie w tej dyrekcji przytulił: te cztery lata, które jako urzędnik Dyrekcji Kolei przeżyłem, to jedyne, w których nie potrzebowałem życia przeklinać, bo wreszcie nie potrzebowałem się w nocy pocić z lęku, co jutrzejszy dzień przyniesie.

I nad tym niesłychanym wysiłkiem życiowej energii zastanawiał się Adolf Dygasiński569, którego mam w bardzo serdecznej i najgłębszego poważania pełnej pamięci — głęboko się zastanawiał tak już nad ranem, kiedyśmy na dowód bardzo czułej przyjaźni czapki pozamieniali.

— Ty jesteś jak ten odyniec — mówił — którego sfora psów opadła. Rady im dać nie możesz, więc uciekasz, ale po drodze wciąż się bronisz; tu jednego już kłem odwaliłeś, że ruszyć się nie może, tamtemu brzuch rozprułeś — i znowu lecisz, i znowu po drodze jednego po drugim odwalasz — ale jak długo zdzierżysz?

Oj, drogim, niezmiernie drogim towarzyszem był mi Dygasiński, niestety, już krótko przed śmiercią, i kochanym był mi towarzyszem Artur Gruszecki570, któremu to „Stachu” — „Stachu” nie chciało przejść przez gardło, bo był wściekły, że wszyscy naokół mówili mi „Stachu” — a jednak tak mnie kochał, że nie winił mnie o to, żem stał się — modą!

Życie moje obfitowało w groteskowe, potworne wprost paradoksy, aprosdoketa, jakich by nawet Nowaczyński nie był w stanie wymyślić, ale abym ja — który był bezustannie ze społeczeństwem na udry, który mu we wszystkim przeczył i ustawicznie sztorcem stawał — ja, który wszystko robiłem, by społeczeństwo do siebie zniechęcić, mimo że, wierny wersalskiej tradycji, tegom rozmyślnie nie robił — abym ja, który temu społeczeństwu odważył się rzucać obelgi w twarz — oczywiście tylko mimochodem — mógł się stać modą, to już rzadko który artysta taką niespodziankę przeżywał.

Jeżelibym ja sobie z życia kpił, co nie zawsze mi się udawało, a kpiny te przeważnie grubo okupywać musiałem, to w tym wypadku życie sobie ze mnie zakpiło i to w tak złośliwy sposób, że mógłbym słusznie ze wstydu w ziemię się zakopać.

To już szczyt złośliwego odwetu, wobec którego niczym ta kpina, żem musiał okupić życie moim powołaniem jako artysta.

Bogate było moje życie w najnieprawdopodobniejsze przeżycia, ale szczytem wszystkiego to to, żem nagle stał się w Krakowie modą.

Mam przed sobą ostatni zeszyt „Świata”571 i rozpamiętuję treść artykuliku, nie wiem przez kogo pisanego, ale godzącego w samo sedno rzeczy.

Ale co mogło być przyczyną, żem nabrał tego rozgłosu nawet wśród tych, którzy mnie całkiem nie czytali albo mój twór znali tylko w dorywczych wyjątkach? Dlaczego stałem się tak głośny i osławiony? Dlaczego jedni nie mieli dość słów potępienia, a drudzy odnosili się do mnie z ślepym, a dla mnie niesłychanie przykrym uwielbieniem?

To pewno jakaś niesamowitość w mojej naturze, której zupełnie jestem świadom.

Już całkiem rychło jąłem się interesować — i to z dziwnie gorączkową ciekawością, tymi niesłychanie ciekawymi osobnikami, którzy raz po raz w XVI, XVII, a przeważnie na schyłku XVIII stulecia, całą Europę niepokoili, w zdumienie wprawiali, przez książąt i królów z największą pompą byli podejmowani, aby potem z szczytu chwały zwalić się w bezdeń najsromotniejszej udręki i nędzy. Pełno w onych czasach na dworach książąt i królów tych tajemniczych magów, alchemików, astrologów, którzy po krótkich triumfach żywot swój w turmach więziennych kończyli, a mało tych, którzy zdołali haniebną ucieczką salwować swoje życie, aby znowu pod obcym nazwiskiem gdzieś w innym kraju cieszyć się — znowu na krótki czas — najwyższą łaską monarchów. Bo zwykle nigdzie miejsca zagrzać nie mogli. Zaledwie zdążyli rozgościć się w bogatych, dla nich przeznaczonych komnatach, które w rzeczy samej były złotym więzieniem, pilnie strzeżonym przez chytrze skomplikowany system szpiegowskiej straży, a już musieli wszystkie swe siły wytężać w jednym tylko kierunku: w jaki sposób wydostać się z tej złotej klatki.

Niezawodnie było wśród całej tej rzeszy, chełpiącej się posiadaniem hermetycznej wiedzy, mnóstwo szarlatanów, oszukańczych awanturników, ale raz po raz napotyka się na jakieś nazwisko, jeżeli nie istotnie „wiedzącego”, „wtajemniczonego”, jakiegoś monarchę omnium arcanorum — takim przydomkiem ochrzcili adepci jedynego Paracelsa — to na nazwiska pomniejszych „monarchów”, którzy nie opanowali wszystkich arkanów, ale w każdym razie otrzymali w spuściźnie po wielkich mistrzach jakąś część tej tajemniczej wiedzy, jaką ci „wtajemniczeni” wybrańcy rozporządzali, a nigdy z niej korzystać nie chcieli ani nie mogli, bo straszna klątwa i niechybna śmierć ich oczekiwała, gdyby się odważyli sprofanować chociażby cząsteczkę wielkiej tajemnicy.

Coś w mej naturze musiało być spokrewnionego z tymi wagantami, którzy błąkali się od miasta do miasta, od jednego dworu do drugiego i wszędzie budzili ogromne zaciekawienie, i wpływ wielki wywierali, i ludzkość w najwyższym stopniu niepokoili; bo właśnie ci minorum gentium572 w dziedzinie hermetycznej wiedzy, którzy wprawdzie żyli tylko okruchami istotnej „wiedzy” i nie osiągali nigdy ostatecznego stopnia wtajemniczenia, niemniej mogli być, i byli niezawodnie, gorącymi i szczerymi poszukiwaczami prawdy, rozporządzali istotnie wielkim zasobem wiedzy; ale daleko im było do tego, by z skały żywe źródło wody wykrzesać albo dokonać jakiejśkolwiek transmutacji metalów.

I na nich właśnie mściła się nawet ta mała zdrada, jaką spełniali, gdy, oślepieni, tę trochę wiedzy, którą posiedli, zapragnęli w jakiś sposób wyzyskać. Klątwa, która iście wtajemniczonym groziła potępieniem i sromotną śmiercią (Paracelsa zamordowano w tajemniczy sposób w jakiejś knajpie pod Salzburgiem) spadała na nich w formie doczesnej udręki w podziemnych kazamatach, sromotą ciężkich katuszy na torturach, a często pogardą i hańbą wypalanych na ich ciele znamion.

Ta klątwa robiła z nich głośnych awanturników, szalbierzy i mateczników, którzy, jak dzisiejsze media, gdy siły ich się wyczerpują, nie wahali się posługiwać sztuczkami jarmarcznych kuglarzy.

Kiedyś zamierzałem napisać monografię jednego z najciekawszych oszukanych oszukańców — Johna Dec — który jakiś czas przebywał na dworze Stefana Batorego, a po zdumiewających awanturniczych perypetiach dostał się na dwór cesarza Rudolfa w Pradze. Tam został, po krótkim czasie iście królewskiej gościny, uwięziony w jednej z tych wież, z których tylko cudem wydobyć się można. A miał ci on robić złoto, ale to było ponad jego siły. Wydobył go z tej wieży jakiś potężny, istotnie „wiedzący” — połamanie nóg przy tej nieprawdopodobnej ucieczce było dobrodziejstwem wobec odzyskanej wolności. Zamiaru mego, by tego ukochanego Johna Dec przedstawić, jakim był (z pewnością jakiś mój „pociotek”) — wykonać nie mogłem, bo źródła bardzo rzadkie, a te, które istnieją całkiem niedostępne; to jedno tylko wiem, że był to szczery i namiętny poszukiwacz Prawdy — opętał go tylko Szatan Pychy, nieokiełznane pragnienie, by dokonać tego, co mu się zdawało, że dokonać może, a dokonać nie mógł.

I to może straszniejsza tragedia jak573 ta, którą się wśród najwyszukańszych tortur przeżywa, stokroć razy gorsza klątwa dla niewiedzących, a którzy się chełpią, że wiedzę posiedli, aniżeli była klątwa dla wiedzących, grożąca niechybną śmiercią — ta bolesna tragedia oszukanych przez swoją wiedzę, swoje pragnienia i tęsknoty, tragedia ludzi, którzy z bezwzględną wiarą zdobywają sobie to przeświadczenie, iż te majaki szatańskie są absolutną pewnością.

Tę tragedię przeżywali bez wątpienia ci wszyscy, którzy uważali się za „adeptów”, a nimi nie byli, przeżywali ją ci wszyscy, którzy, ufni w „wewnętrzne” przeświadczenie swego posłannictwa, nowe sekty tworzyli.

Zważcie tylko, jaką pętlicę nałożyłem sobie na szyję moim słynnym Confiteor574, które może daleko większego hałasu narobiło aniżeli swego czasu odprawa, jaką dał Mickiewicz swoim krytykom warszawskim575.

Zwaliłem na siebie ciężar, którego dźwignąć nie mogłem, bo to moje Confiteor było tylko „moim” i tylko „moim” być mogło; — rozgłoszone jako wyznanie całej Młodej Polski, było absurdem, bo nigdy nie byłem więcej osamotnionym, jak z tym moim wyznaniem.

Powstał niesłychany zamęt, gdy zrobiono mnie rzecznikiem i apostołem jakichś nowych prądów i zamierzeń w literaturze, a tym samym coraz więcej mnie osamotniano, bo przecież żaden z tych wielkich talentów, w które fin de siècle w Polsce obfitowało, nie miał nic wspólnego z moim Confiteor ani też nie chciałby się do niego przyznać — przeciwnie, każdy z nich stronił od „Życia”, by się nie solidaryzować z hasłem, jakie we własnym imieniu rzuciłem.

Ale na gwałt zrobiono mnie prowodyrem Młodej Polski, której nigdy nie było, bo każdy z tych wielkich w młodym pokoleniu był sam dla siebie światem: Miriam i Kasprowicz, i Lange, i Żeromski, i Reymont, i Tetmajer, a i tych nic z sobą nie łączyło, a cóż dopiero ze mną, który najniepotrzebniej w świecie mocą swej awanturniczej odwagi, a raczej lekceważenia tak zwanej współczesnej opinii, stałem się Janem Chrzcicielem i torowałem drogi dla tych wszystkich prądów, które już dawno w społeczeństwie nurtowały, ale nie miały dość siły, by móc się w starciu z starymi kanonami ostać, zniszczyć stare tablice i płomiennymi, zwycięskimi głoskami na nowych się wpisać.

Ile razy wspominam pierwsze lata mego pobytu w Polsce, tym większe zdumienie mnie ogarnia. Przyjęcie, jakiego w Krakowie doznałem, przechodziło wszystko, com nawet w najśmielszych snach nie był w stanie wymarzyć — a właściwie nie myślałem w ogóle o żadnym przyjęciu. Gnany przemożną tęsknotą jechałem do Polski, ale przez głowę mi nie przechodziło, żebym ja miał kiedyśkolwiek jakąś rolę w Polsce odegrać. Byłem na to przysposobiony, że pies, kot o mnie się nie zatroszczy, że będzie tak, jak było w Berlinie: małe kółko artystów, żyjące całkiem poza obrębem społeczeństwa, które się całkiem nie troszczyło o tych certains, tych poètes maudits, tych darmozjadów, o tę garść obłąkańców, majaczących o Sztuce dla Sztuki i tym podobnych bredniach, dla których śmierć głodowa była jeszcze najniewinniejszym ekwiwalentem za ich urojenia, uroszczenia, bezsensowe576 fanatyzmy, i za wszystkie te wywrotowe zakusy, by raz na zawsze ustalone i uświęcone kanony obalić. A tu nagle dowiedziałem się, że może w żadnym kraju artysta nie żyje tak w obrębie społeczeństwa, jak właśnie w Polsce; że to społeczeństwo rości sobie i ma istotnie prawa do artysty, by ten spełniał naczelną rolę w społecznym życiu, i to w tym sensie, by sztuka jego przyniosła społeczeństwu jak największe korzyści, uświęcała partyjne cele — uświęcała pojęcia dobrego i złego; i to właśnie pojęcia, jakimi społeczeństwo się kieruje, choćby były całkiem fałszywe — pojęcia szkodliwego i pożytecznego, mniejsza o to, że te pojęcia już za kilka lat doszczętnie zmienić się mogą. Bo przecież ta cała etyka społeczeństwa to ordynarny pragmatyzm amerykański, dla którego jedyną prawdą jest korzystny business, fałszem zaś wszystko, co na razie przynajmniej — mózg ludzki jest głupi i krótkowzroczny — szkodę przynosi.

Prawdą w znaczeniu społecznym jest korzyść i pożytek; etyka, jaką społeczeństwo żyje, to właśnie etyka pożytku; a etyka ta jest przeważnie fałszem, obłudą i kłamliwym frazesem; a z tą etyką, która człowiekowi tu na ziemi zapewnia spokój i szczęście, a wygodną ubikację577 w pozaświatowym bycie w niebie, stoi, niestety, istotna Sztuka w bezustannym i jak najwięcej wrogim przeciwieństwie.

Przeciwieństwo to, mało co widoczne w wielkopaństwowych społeczeństwach, które najspokojniej w świecie wyrzucało fanatyków prawdy poza nawias, a do wiary, jaką artysta wyznawał, odnosiło się z życzliwym uśmieszkiem lub też obojętnym, co najwyżej pogardliwym wzruszeniem ramion — ale przeciwieństwo to wyjaskrawia się i nabiera wielkiego znaczenia w małych społeczeństwach, a głównie takich bez politycznego samodzielnego bytu, w których artysta z natury rzeczy jest zmuszony być i nauczycielem, i ministrem oświaty, i prorokiem, i wodzem, ale z bardzo ograniczoną poręką, bo ma być tylko echem dążeń i pragnień społeczeństwa, rzecznikiem większości na niekorzyść tej mniejszości, która tak czy owak stanowi w każdym społeczeństwie małą garść ludzi wybranych — ludzi, którzy częstokroć mało mają do czynienia z wybrańcami społeczeństwa. Klasycznym przykładem w życiu społeczeństwa polskiego tego przeciwieństwa był bez wątpienia Słowacki — był on wybrańcem tej garści ludzi wybranych, a jakim cudem się stało, że i ta zwarta masa po śmierci jego za wybrańca go uznała, tego nikt nie zrozumie. Przecież nie ma się co łudzić: twórca Króla Ducha dziś w tych haniebnych powojennych czasach, czasach futbolu, radia i Forda, mniej jeszcze zrozumiały aniżeli za swego życia. A więc? Hm — może i w tworze Słowackiego dopatrzono się jakiejś korzyści i pożytku. Długo się zastanawiałem nad tym „cudem”, boć przecież nie ten Słowacki, nadludzko śmiały rewolucjonista, w mocy takiej odwagi, na jaką było stać chyba tylko wielkich proroków w Starym Testamencie, wkraczał w zwycięskim triumfie do Polski — och, nie! Słowacki zdaje się firmą tylko, pod którą coś innego do kraju przemycano!

Ale już wprost niezrozumiałe jest dla mnie przyjęcie, jakiego doznałem w Krakowie. Jeden tylko Kazimierz Ehrenberg578 nie pozwolił sobie oczu zamydlić i nie przestawał mi gorąco dopiekać podczas całego mego pobytu w Krakowie.

Tylko on się mylił, gdy mnie nazywał „chytrym Wielkopolaninem”, posądzał mnie o przebiegłą komedię, imputował mi genialność rewizora z Petersburga, aż w końcu dał mi spokój, bo się przekonał, że to przyjęcie w Krakowie było dla mnie większą jeszcze niespodzianką aniżeli dla niego.

Mógł mieć wprawdzie żal do mnie, bo pierwsza jego inwektywa, dość niesmaczna, pozbyła go współpracownictwa dwóch najlepszych jego pracowników, Oszackiego i Konrada Rakowskiego579; żal ten przerodził się z wolna w tę dziwną zaciekłość, która z uznaniem graniczy — cieszył się nawet, gdy na mnie we Lwowie paru opryszków napadło i mi kilkanaście guldenów zrabowano, bo wreszcie wyszło na wierzch, że „teoria o nagiej duszy jest bardzo niebezpieczna, bo zdarza się, że nagie dusze odczuwają nagi głód za pieniędzmi nagich dusz!”. Ale bądź co bądź był mi Ehrenberg szczerym i otwartym wrogiem aż do czasu, kiedy się przekonał, że ten „chytry Wielkopolanin” wyszedł na swej chytrości już nie jak Zabłocki na mydle, ale jak biedny chochoł jakiś, który nieproszony przyszedł na wesele i przy tej sposobności tak oberwał, że już mu tchu nie stało. Bo szpilkowano go delikatnymi szydełkami, szturchano kijkami, gdy zaszła cięższa potrzeba, walono w niego cepami, a czasem wsadzano na różen i przypiekano go na wolnym ogniu, gdyby580 jakiegoś świętego Wawrzyńca.

A przecież Ehrenberg to nie byle kto — nawet Nowaczyński przyznał mi się raz w przystępie niezwykłej szczerości: „Ja bym sobie z nimi wszystkimi — (szeroki gest kolisty) — dał radę, ale z tą bestią to wściekle trudno”.

I jak się to stało, żem nagle, nie wiedząc całkiem o tym, stał się w Krakowie rewizorem z Petersburga?

Jest jedyny człowiek w Polsce, który by mi tę zagadkę rozwiązał, zagadkę nie smutku tego wszystkiego (tristesse de tout cela), ale zagadkę bajecznego humoru tego wszystkiego, godnego pióra jakiegoś Gogola o bardzo wysokiej kulturze, posługującego się na granitowym kole wyostrzonym skalpelem, z jakim się tylko wysoce dyskretny artysta, obdarzony darem śmiercionośnej, bo delikatnej, sceptycznej, a zarazem boleściwie kochającej ironii obchodzić umie: Boy-Żeleński.

On jedyny, którego najpóźniej w Krakowie poznałem — chociaż czułem, że przez jakieś dwa miesiące z boku mi się dyskretnie przypatruje, a gdy w końcu przyszedł do wniosku, że wśród ludzi, którzy go interesują, to znaczy wśród tych, którzy są w stanie niespodzianki robić, najprzedniejsze miejsce mnie przynależy, wtedy dopiero począł się do mnie zbliżać. Ale i on się pomylił — gorzej od Ehrenberga — nie ja jemu, ale on mnie wyrządził niesłychaną niespodziankę. Żeleński, który kończył medycynę, stworzył instytucję „kropli mleka”, a Żeleński, który się nagle przeobraża w wytwornego artystę — humor, z jakim przyswoił polskiej literaturze arcydzieła francuskich pisarzy, wkracza w dziedzinę najczystszego artyzmu — to była dla mnie zdumiewająca niespodzianka. Nie myślałem, żeby człowiek, który umiał się całymi nocami zgrywać w karty w niekoniecznie dobrym towarzystwie i w niekoniecznie czystych lokalach, mógł się nagle stać prawdziwym olbrzymem pracy; i to pracy rzeczywiście twórczej, bo to, co Boy zdziałał, nie tylko graniczy z twórczością, ale nią jest w całym tego słowa znaczeniu, choćby już tym niesłychanym opanowaniem języka polskiego w jego najtajniejszej i zdawałoby się całkiem nieprzystępnej piękności! — Rzadko który twórca wniknął tak głęboko w arkana języka polskiego jak właśnie Boy, a co jest istotnie zdumiewające: żadnym sposobem nie można sobie uświadomić tego ogromu pracy, jaki tego rodzaju opanowanie języka Boya kosztować musiało; — niesłychana swoboda, z jaką tym językiem włada, każe zapominać o gigantycznym trudzie, z jakim Boy tę swobodę sobie zdobył! — To artyzm wielkiego, twórczego jakiegoś Liszta lub Paderewskiego: technika przestała istnieć, jest czymś, co samo przez się się rozumie.

A jak niezmiernie trudnym kunsztem jest tak zwane tłumaczenie, które wtedy tylko ma sens, o ile staje się odtwórczością, tego dowodem minimalna ilość istotnie odtwórczych tłumaczeń w języku polskim, których szczyty stanowią w poezji tłumaczenia Miriama, Kasprowicza, Langego, Porębowicza, a w prozie jedynie tylko niezrównanego Felicjana (Faleńskiego).

Ale wracając do nos moutons zdaje mi się, że Żeleński nie stanie się dziejopisarzem tak zwanej „Młodej Polski”. Raz jeszcze powtarzam: nikt inny prócz niego nie byłby więcej do tego powołany581, a najmniej ja sam, a to dlatego, że nie byłem ani nie umiałem być tak zwanym obserwatorem — niepojęte czasami, do jakiego stopnia ludzi nie widzę, a jeżeli mi się zdaje, że ich widzę, to nie ludzie obiektywni, ale wytwory mojej własnej fantazji — ludzie, od jakich się w moim mózgu roi, to nie ludzie „tacy, jacy są”, ale tacy, jakich bym chciał ich mieć, skrojeni na moją własną modłę, a częstokroć chwytałem zdumione spojrzenia w moją stronę, czym przypadkowo nie zachorował na ostre delirium, gdym się silił obcą duszę analizować. Tworzyłem sobie ludzi na własne lub wyimaginowane podobieństwo, więc nietrudno było mi ich kochać, ba! nawet się nimi zachwycać, a gdy w grę wchodził jeszcze jakiś poetyczny sentyment, jakieś tajemnicze „fis” — zasadniczy ton mej duszy, o czym dłużej pomówię — wpadałem wprost w ekstazę, w której memu listonoszowi darowałem łóżko, stróżowi mieszkania — całą pościel, z kelnerem robiłem sobie bruderszaft, bandę Cyganów, która mi nocami na cymbałach grała, opłaciłem doszczętnym bankructwem, to znaczy wyprzedaniem za bezcen wszystkich mebli.

A na to wszystko patrzył Boy z głębokim zrozumieniem, niemal z dobrotliwym ukochaniem — raz tylko ośmielił mi się powiedzieć, że na taki olbrzymi luksus, to znaczy absolutny brak dystansu do życia i ludzi, może sobie tylko wielki magnat pozwolić, ale z głębszym jeszcze przeświadczeniem zaraz dorzucił: „Ale to na nic by się nie zdało: nie ma tej fortuny w całej Polsce, której byś nie był w stanie w jednym dniu rozrzucić”. — Boy dobrze wiedział, że poruszył tu strony najcięższej tragedii mego życia: być stworzonym na magnata, a przyjść na świat nędzarzem, chociażby się Bóg wie jakim majątkiem rozporządzało.

Otóż nie jestem w stanie być dziejopisarzem Młodej Polski raz dlatego, że nie miałem ani nie mam żadnego dystansu do życia i ludzi i całkiem ich inaczej widzę, aniżeli są w istocie, a poza tym wszystko jeszcze za bliskie, a dla mej pamięci, która jest znowu inną tragedią mego życia swą fenomenalną siłą — zbyt żyjące i to do tego stopnia, że zdaje mi się, iż wszelkie przeżycie, im więcej się w czasie oddala — zyskuje na sile — oczywiście, ale się wypacza i dysformuje, bo staje się nieraz cent fois grandeur naturelle. Często przychwytuję się na tej dążności, by drobne rzeczy wyolbrzymiać lub nadać im tę wartość, jakiej w istocie całkiem nie miały. „Wspomnienia” artystów trzeba w ogóle brać z wielką ostrożnością do ręki — Goethe był na tyle szczery, że nazwał swoje pamiętniki: Dichtung und Wahrheit582 — sam nie wiedział, gdzie się prawda rozpoczyna, a gdzie się kończy twórcza koncepcja i na odwrót. Zresztą dla artysty nie istnieje życie w prostym słowa znaczeniu, boć on to życie twórczo przeżywa, a nawet najbiedniejsze życie przetwarza na utwór sztuki.

I znowu to tokowanie wokół jednej zagadki: co spowodowało to niezwykłe przyjęcie, jakiegom od razu w Krakowie doznał?

Czyżby tylko sugestia orzeczenia Strindberga, jako że jestem genialer Pole? Zrobiłobyż to parę felietonów Szukiewicza czy też pani Daszyńskiej, którą poznałem w Berlinie jako docentkę ekonomii społecznej przy Humboldt-Akademie? To chyba nie! Bo ani Szukiewicz, ani pani Daszyńska nie mieli tego autorytetu w Polsce, by móc wmówić w całe społeczeństwo jakąś urojoną wielkość; a ponieważ o wielkości w ogóle mowy być nie mogło ani nie było, więc pozostaje tylko ciekawość, z jaką społeczeństwo od pierwszej chwili do mnie się odnosiło. I ta ciekawość była dla mnie zabójcza, bo aby ją zaspokoić, trzeba było niesłychane rzeczy wymyślać, które bądź to podziw, bądź przestrach, w każdym razie jakąś niesamowitość budziły.

I anim się spostrzegł, jak stały się moje żarty i kpinki najoczywistszą prawdą: byłem tym, który zajadał się ludzką wątrobą, bo nie umiał jej rozróżnić od cielęcej — wypijał spirytus z słoi, w których preparaty ludzkie przechowywano, wieszałem koty, by zbadać, ile czasu kot na zdechnięcie potrzebuje; a potem rozpoczęły się już wyścigi między mną a tym bezimiennym, którego nic utwór artysty nie obchodzi, li tylko jego życie prywatne i w tym jednym wypadku okazuje się twórczy. Najbujniejsza fantazja artysty nie jest w stanie sprostać legendotwórczej wyobraźni tego bezimiennego — to byłoby jeszcze najmniejsze — ważne jest tylko to, że żadna prawda nie posiada tej bezwzględnej wartości, jaką chełpić się może legenda, nawet wtedy, gdy aż nazbyt widoczne są znamiona złośliwej tendencji, chęci ośmieszenia, a nawet plugawej obmowy — i zanim się spostrzegł — stałem się satanistą, który pragnął sataniczne praktyki na grunt krakowski przeszczepić, stałem się uwodzicielem młodzieży, Antychrystem, który tę niewinną młodzież gwałtownie deprawował, a nikt nie wiedział, jak byłem zdumiony deprawacją tej młodzieży, jaką poonczas w Krakowie zastałem.

Jeśli chodzi o pornografię, to takiego jej bujnego rozrostu nigdzie poza granicą nie spotykałem — ta odwaga, na którą się co tydzień polskie pisma, tak zwane „humorystyczne” zdobywały, kosztowałaby nawet w tej wyuzdanej, osławionej Francji co najmniej parę miesięcy więzienia, a tymczasem Konstanty Krumłowski szczycił się tym, że obwołano go najprzedniejszym pornografem polskim, a wątpię, czy jakieś pismo polskie może się szczycić taką poczytnością, jak „Bocian”583.

Zaczem się jednak w tym wszystkim spostrzegłem, natrafiałem na objawy takiego przeceniania mego talentu, żem się go wstydzić poczynał i o ile możności unikał wszelkich sposobności, w których by ten mój „wielki talent” pod niebiosa był wysławiany; a był czas, w którym o niczym innym nie było w Polsce mowy prócz o mnie i tym przeraźliwie ciężkim plecaku, jakim mnie wbrew mej woli obciążono — o bolesnym spadkobierstwie po Szczepańskim i Arturze Górskim, słynnym tygodniku „Życie”.

Społeczeństwo było jak zahipnotyzowane — nie było dnia, w którym by się nie ukazał jakiś przychylny lub też srogą obfitością inwektyw ciężarny artykuł o mojej twórczości, a śmiało twierdzić mogę, że nie było w Polsce artysty, o którym by się tak szeroko i z takim uporczywym maniactwem rozpisywano, jak o mnie i o moim tworze. Historyk literatury, który będzie kiedyś „rzeczowo i naukowo” badał one czasy, będzie zdumiony, jeżeli mu cały materiał urośnie do potwornych rozmiarów odrębnej i bogatej biblioteki.

To osławienie mego nazwiska nie tylko mnie niepokoić jęło, luminarze społeczeństwa wdali się w tę sprawę pouczającą przestrogą, wyświetlaniem istotnej prawdy, objawami ciężkiego zgorszenia lub też wzburzonym Quo usque tandem, Catilina...584 Wincenty Lutosławski napisał w „Czasie” krakowskim szereg felietonów pod tytułem „Bańki mydlane”, w których dowiódł, że popularność moją zawdzięczam zbożnej pracy na korzyść propinatorów galicyjskich, równocześnie pojawił się cały szereg obszernych broszur, co jedna, to ciętsza i więcej jeszcze zajadła, a mogłaby być bardzo bolesna dla człowieka, dla którego by literatura choć na jedną chwilę była „fachem”. — Rozprawiał się ze mną na ostre i Józefat Nowiński585, twórca Białej gołąbki; wziął mnie na kieł wielki samotnik Wacław Wolski i zmiażdżył mnie586 w „marzennej, ciemnej Iluzjonu dali”; sproszkował mnie syjonista Bromberger; — wykpił Sygietyński587; schłostał Chmielowski588; gromkim „apage satanas” odżegnał się ode mnie Zdziechowski589 — może nigdy przedtem i potem nie był spełniany z taką żarliwością nakaz społeczeństwa: Caveant consules590, jak poonczas, kiedy powołani i niepowołani konsulowie rzucili się jednomyślnie na mnie, aby się jakaś krzywda Polsce nie stała.

Dla jakiegoś bibliofila stanowiłoby to bardzo wdzięczne zadanie zebrać to wszystko, co o mnie i o moim „Życiu” przez cały szereg lat pisano — z wszech stron wdzięczne zadanie, bo w tej literaturze, w której jestem osią, przejawia się całe współczesne patrzenie na sztukę: jest ona dokładnym wizerunkiem wszystkich prądów literackich i w niej się skrystalizowały przełomowe dzieje sztuki u progu XX stulecia.

Stałem się bohaterem paru powieści, między innymi Listów szalonego człowieka591, pisanej przez Andrzeja Niemojewskiego — w jakiejś powieści, której tytułu nie pamiętam, używał sobie Michał Bałucki592, co się zmieści.

Z początku byłem zdumiony tym rozgłosem i huczkiem, jaki już od chwili mego przybycia do Krakowa naokoło nazwiska mego się zrobił, bo to, jakobym był słynny i rozgłośny za granicą, to było prostą legendą — wprawdzie ceniono mnie i liczono się poważnie ze mną w centrach artystycznych, ale słusznie stwierdził Wincenty Lutosławski593 bezpodstawność tych legend o mojej poczytności w Niemczech, bo nawet w największych wypożyczalniach Berlina i Lipska nazwiska mego nie znalazł. Wprawdzie pod koniec mego pobytu w Niemczech cieszyłem się już taką powagą, że wespół z Meier-Graefem594 mogłem założyć słynne pismo „Pan”, które miało przez sześć lat odgrywać ważną rolę w piśmiennictwie niemieckim, a zrzeszyło wokół siebie najwybitniejszych artystów nie tylko niemieckich, ale i francuskich, i belgijskich, i angielskich, ale to nie dawało jeszcze żadnej podstawy do tego rozgłosu, który od samego początku wprowadził mnie w głęboki ambaras.

Poczęto mnie na gwałt wysuwać na jakieś czołowe, reprezentacyjne stanowisko, które z całą moją naturą tak licowało jak order, który w ubiegłym roku otrzymałem595, a który podczas noworocznych życzeń mi dopiero wielki aktor Frenkiel596 w odpowiednim miejscu przypiął, przy czym wygłosił zdanie: „Dla ciebie order, to jak dla chłopa złoty zegarek!”. — Ile ja wskutek narzucania mi roli, do jakiej całkiem byłem nieodpowiedni, nietaktów popełniać musiałem, i to całkiem nieświadomie i bezwiednie, ilu ludzi musiałem do siebie zrazić, bom nie wiedział w danym razie, co robić i jak się zachować, ja, stary, biedny cygan, który chcąc nie chcąc musiał się po raz pierwszy zapoznać z frakiem, gdy był usilnie proszony na five o’clocki i rauty w pierwszych domach Krakowa! — I wyobrażam sobie zdumienie Lutosławskiego, który po powrocie z Hiszpanii do Krakowa stwierdzić musiał, że nawet „poważni” ludzie całkiem na serio mnie traktują, a wśród nich i prof. Baudouin de Courtenay597, i prof. Ulanowski598, który z szczególną przyjaźnią do mnie się odnosił i bardzo nad tym ubolewał, że żadną miarą nie mogłem się dostroić do tej roli, którą mi Kraków przeznaczył, gdy widział serdeczność moich stosunków z tak cenionymi artystami jak Stanisławski albo Włodzimierz Tetmajer.

I wstydziłem się.

Może być, że choruję na mikromanię tych artystów, którzy dla swego sumienia artystycznego stawiają tak ogromne wymogi, że ich siły twórcze im w żaden sposób podołać nie mogą, w każdym razie wydał mi się ten cały mój dorobek artystyczny, z jakim do Krakowa przyjechałem, tak niewspółmierny do przyjęcia, jakiego doznałem, tak biedny i nikły, że żyłem w bezustannej rozterce z samym sobą.

Za wysoki piedestał stawiano dla mego tworu! — Trzy poematy: Requiem aeternam, Wigilie, Nad morzem, jedna nowela, De profundis, jedna powieść, Homo sapiens, i jeden tom krytyk, Na drogach duszy — to troszkę za mało, by wywyższać mnie kosztem wielkich talentów, jakie się dawno przed moim przyjazdem w Polsce pojawiły: Miriama, Antoniego Lange, Jana Kasprowicza — jedyny Tetmajer, który się cieszył popularnością, wzięciem i sławą. Boć i jego dotknęło to ohydne przekleństwo, jakie się na mnie nierychło zwalić miało: Tetmajer był naonczas modą — głośny był i podziwiany, a gdy stworzył tak wielkie arcydzieło, jakim jest bezsprzecznie Legenda Tatr, już było cicho wokół niego. O Miriamie wiedziała tylko garść ludzi — ciężką krzywdę wyrządzono Antoniemu Lange, a kiedym głosił w jakimś towarzystwie, że Na wzgórzu śmierci jest najpotężniejszym poematem we współczesnej Słowiańszczyźnie, ośmielił się jakiś stary a bardzo poważany krytyk bluźnić: „Tak samo łudził się Mickiewicz co do Seweryna Goszczyńskiego”.

W redakcji „Życia”, niewielkim pokoiku, w którym się kilku ludzi gnieździło: Artur Górski599, Grzymała Siedlecki600, Alfred Wysocki, poonczas sekretarz „Życia”, znalazłem w jakimś kącie stos wydrukowanych arkuszy rozprawy Górskiego, wystosowanej jako odpowiedź na elukubracje Szczepanowskiego przeciw nowym prądom literackim — ale skończyło się na tych trzech czy czterech arkuszach — z niewiadomych powodów Górski pracę przerwał; w innym zaś kącie spoczywała nietknięta kolumna małego dziełka: Legenda Wyspiańskiego. Kiedym się z tą Legendą po Krakowie obnosił i twierdził, że to utwór wielkiego talentu, spoglądano na mnie podejrzliwie, czy czasem nie robię niewczesnych żartów i ośmielam się wyczyniać kpiny z publiczności: Wyspiański uchodził wtedy za nieszkodliwego grafomana. Do pierwszych powieści Reymonta — poonczas trzy się ukazały: Komediantka, Fermenty, Ziemia obiecana, odnoszono się dość pobłażliwie, a — aż do ukazania się Ludzi bezdomnych — uchodził Żeromski za wielkość, rozdmuchaną przez Warszawę.

Młodej Polski jeszcze nie było; ta Młoda Polska w ogóle nigdy nie istniała; z wszystkich tych ogromnych talentów, które objęto śmieszną nazwą Młodej Polski, każdy był Młodą Polską, ale sam dla siebie — żadną miarą nie da się złączyć ten cały szereg twórców na wskroś samoistnych, na wskroś indywidualnych do tego stopnia, że nie ma prawie żadnego między nimi pokrewieństwa; jedyne, co ich łączy, to czas, w którym ci twórcy się pojawili, ale nic więcej! — Istniał tylko Młody Kraków, a jego twórcą był Ludwik Szczepański — gorący i namiętny wyznawca modernizmu Berlina i Monachium, a przede wszystkim wiedeńskiej secesji i wszystkiego tego, co było poonczas modą w Europie, już troszkę przestarzałą, ale dla Krakowa całkiem nową: Baudelaire i Oscar Wilde, a przede wszystkim Herman Bahr601, Altenberg, Artur Schnitzler602 — ten niemiecki modernizm i wiedeński secesjonizm przeszmuglował Szczepański do Krakowa jako całkiem „nową sztukę”.

„Życie” Szczepańskiego nie miało wyraźnego, zdecydowanego kierunku, było terenem, na którym samopas defilowały nazwiska twórców, nic niemających wspólnego z jakimś tam „modernizmem”; na łamach jego wypowiadali się społecznicy i początkujący anarchiści — w „Życiu” kiełkował Nowaczyński, obok Andrzeja Niemojewskiego pisywał do tego „Życia” Cezary Jellenta603 i Zofia Daszyńska i na tej platformie spotykali się Baudouin de Courtenay z Izą Moszczeńską604, dużo miejsca zabierała Gabriela Zapolska, serdeczną opiekę roztoczył nad tym „Życiem” Sewer Maciejowski605, wiecznie młody Sewer, któremu po bankructwie Szczepańskiego „Życie” swój byt zawdzięczało.

Zdaje się, że jedyny Artur Górski zdawał sobie sprawę, czym to pismo być powinno, jeżeli miało ambicję stać się w ówczesnym piśmiennictwie polskim ecclesia militans606. W jego polemice z Szczepanowskim padło, jeżeli się nie mylę, po raz pierwszy hasło: „Młoda Polska”; jedyny Górski pragnął sformułować dążenia nowego pokolenia, a pod pseudonimem Quasimodo odważył się pierwszy przypuścić szturm do granitowego posągu wielkości Sienkiewicza607, w czym mu dzielnie pomagał Nowaczyński, który właśnie w „Życiu” ostrzył sobie pazurki do późniejszych drapieżnych, niebezpiecznych wycieczek przeciw wszystkiemu, co mu się nie podobało. A tego, co mu się podobało — tak szczerze i aż do samych trzew608 się podobało, tak że na klęczki padał — tego było piekielnie mało — może jedynie Wesele Wyspiańskiego z nóg go zwaliło, chociaż były czasy, kiedy Tamten Zapolskiej obudził w nim wściekły entuzjazm, który stał się zalążkiem tej wielkiej miłości, jaką do Ehrenberga pała, i na odwrót.

Po wycofaniu się z „Życia” Szczepańskiego, który musiał sobie to „Życie” doszczętnie zbrzydzić, bo już się nigdy do niego nie zwracał, objął redakcję Artur Górski przy pomocy Sewera, który Bóg wie jakim cudem wydobył trochę pieniędzy, by w konające „Życie” wstrzyknąć trochę odżywczej siły, ale już po paru miesiącach Górski się załamał — ten wytworny pan nie umiał ani nie mógł prowadzić dalej pisma, żyjącego z dnia na dzień z dziadowskiego grosza — wyzwoleniem dla niego, a i dla Sewera, było moje przybycie do Krakowa.

Wprawdzie zrobił Sewer — dziwna rzecz, właśnie w dniu mego przyjazdu — ostatnią próbę, czy nie uda mu się jeszcze jednej dawki ożywiającej dla „Życia” wydobyć, i w tym celu wysłał Alfreda Wysockiego, sekretarza „Życia”, gdzieś w odległe zakątki Galicji z rozpaczliwą prośbą o sukurs, ale Wysocki wrócił bez pieniędzy, natomiast z ciężką malarią.

I od tego czasu rozpoczęła się moja ciężka mitręga: i Górski, i Sewer przypuścili do mnie gwałtowny szturm — och! oni dobrze wiedzieli, co znaczy „moda” w Polsce, co znaczy być „modnym”, i doskonale zdawali sobie sprawę, że ja jedyny z moim coraz rozgłośniejszym nazwiskiem, wokół którego już od samego początku jęły się snuć najdziwaczniejsze legendy (jeszcze nie dochodziły do moich uszu, bo ja jeszcze nie wytrzeźwiałem z tego fatalnego transu, w jaki mnie Kraków wprawił), mogę ożywić upadające pismo, tak że wreszcie mimo długiego oporu uległem, boć należę do tych nieszczęsnych ludzi, którzy nikomu nic odmówić nie mogą.

Był wprawdzie poonczas w Krakowie człowiek o ogromnej kulturze — za późno miałem się dowiedzieć, kim był Antoni Potocki609 — gdybym był go wtedy znał, nigdy bym się nie zgodził na objęcie „Życia”, którego prawdziwie dojrzałym, stanowczym kierownikiem z jasnym programem i świadomością celów, jakim „Życie” służyć powinno, mógł być obok Miriama tylko on.

Za mało orientowałem się wtedy jeszcze w piśmiennictwie polskim.

Potocki patrzył na mnie, nie rozumiałem, dlaczego tak przenikliwie mi się przypatruje — przez miesiąc czasu od mego przybycia, widział, co się naokoło mnie dzieje; jak w jasnowidzeniu uczułem, że to ktoś, komu się krzywda wyrządza, ale zaczem zdążyłem się poinformować, kim jest Antoni Potocki, już był wyjechał do Paryża.

Ten sam Antoni Potocki po lat dziesiątkach miał wyolbrzymić moje znaczenie w piśmiennictwie polskim w swoim dziele Polska literatura współczesna do tych granic, które może być, że były mi wyznaczone, ale obręb ich, który zdołałem przekroczyć, zbyt mały, bym mógł doznać jakiejś satysfakcji przy czytaniu tych pięknych, mojej twórczości poświęconych kart; raczej uczułem się zawstydzony i upokorzony, żem nie zdołał tego dokonać, czego najlepsi i mi najżyczliwsi ode mnie się spodziewali. Według Potockiego ziściłem polegane610 we mnie nadzieje — co do mnie, to ani na chwilę się nie łudzę, że im sprostać nie zdołałem.

W jednym tylko trafił w sedno:

„Życie” Szczepańskiego to jeszcze widok owego obozu przed bitwą: rządzi też w nim oboźny, nie wódz. Po krótkim interregnum, w którym „Życie” objął zawsze młodzieńczy Sewer, nastąpi czas właściwej walki. Obóz zamieni się na świętą kohortę, idącą wyraźnie do ataku. „Życie” będzie jeszcze przez rok pismem z formy, lecz z treści będzie jakby jedyną strofą zwycięskiego peanu. Winkelrydem — wodzem i ofiarą zarazem — będzie Przybyszewski611.

To ostatnie się ziściło, ale ten zwycięski pean skonał już po pierwszej strofie.