V

Po długich staraniach — a kilka lat to trwało, zdołałem wreszcie zdobyć to „Życie”, którego byłem redaktorem od 15 października 1898 r. (rok II nr. 38 i 39), aż do skonu tego pisma — 1 stycznia 1900 r. (rok IV nr 1), a więc przez całe pięć kwartałów.

Raz po raz przerzucam karty całego tego grubego tomu, rozpamiętywam z cichą melancholią dzieje całkiem nieprawdopodobnych wysiłków, by w piśmie tym spełnić to, com, obejmując redakcję, przyobiecywał.

Pismo to jako komplet jest taką rzadkością, że chcąc nie chcąc będę musiał dawać z niego cytaty — wątpię, czy w całej Polsce znalazłoby się chociażby pięć kompletów z tego czasu.

Pisze mi Sewer, oddając mi „Życie”, że nabył to pismo, aby wstrzymać jego upadek, a następnie oddać je Młodej Polsce, gdyż „Życie” było ich organem, jego zaś pragnieniem — aby się w tej formie i dążnościach utrzymało.

Nabyte „Życie” (pisze dalej) prowadziłem przy poparciu miłośników literatury z Dr. Arturem Górskim przez cztery najcięższe w sezonie miesiące do końca kwartału, a obecnie oddaję je w ręce najwybitniejszego [!!! Och, Sewerze, Sewerze — coś ty mi narobił] modernisty, chlubnie znanego poza granicami kraju i najwięcej utalentowanego [to miało stać się dla mnie gwoździem do trumny] przedstawiciela „Młodej Polski”.

Każdy zrozumie, jak mi ta emfaza wśród moich przyszłych współpracowników zaszkodzić musiała — z jaką niechęcią musieli powitać tego „najwięcej utalentowanego”, a w kraju prawie nieznanego przedstawiciela tej Młodej Polski.

Przytaczam in extenso moją odpowiedź — oszczędzam sobie długich wywodów ex post, com zamierzał, gdym dał się wreszcie skusić na podjęcie tego ciężaru, jakim było dla mnie od samego początku — „Życie”.

Dziękuję Panu Sewerowi za słowa, którymi mnie w kraju wita. Niestety, zupełnie na nie nie zasłużyłem.

Pracowałem tylko w szczęśliwszych warunkach, ale są inni, wyżsi o całe niebo ode mnie, wyżsi od wszystkich tych, których Polska z zagranicy importuje, wyżsi od tych, przed którymi społeczeństwo z bałwochwalczą czcią się korzy, i wyżsi, i zdolniejsi od tych, którzy poza granicami muszą szukać sławy i chleba, by się dać poznać własnym ziomkom.

Widzę teraz, jak już mi wtedy poczęło w głowie świtać, że może nie byłbym niczym w Polsce, gdyby mnie nie opatrzono stemplem: Made in Germany!

Są tacy wyżsi, ale społeczeństwo ich nie zna. Z tego jedynie powodu postanowiłem objąć „Życie”, aby podtrzymać ognisko, przy którym przez rok cały skupiały się najwybitniejsze siły „Młodej Polski”, a wreszcie dlatego, bo mam wiarę w nasze społeczeństwo, silną wiarę, że to społeczeństwo zechce raz wreszcie zrozumieć, że możność naszego istotnego odrodzenia tkwi w nauce i sztuce. Wtedy chyba damy dowód naszej najsilniejszej żywotności, jeżeli nasza niespożyta siła duchowa tak Europę opanuje i taki na nią wpływ wywrze, jak np. duch skandynawski.

(Był to czas, kiedy istotnie owładnęła duchowa potęga Ibsenów, Bjørnsonów, Garborgów, Hamsunów całą północną Europą, dzięki czemu też Europa dowiedziała się, że istnieją jakieś państewka, które się zowią czy to Norwegią, czy też Danią.)

Ale to wtedy tylko nastąpić może, jeżeli całe społeczeństwo poprze „nasze” wydawnictwo, nie pozwoli „nam” niszczyć najlepszych sił naszych na reporterstwie przy biurkach dziennikarskich albo je zużywać na przekłady z obcych literatur.

Ale to wtedy tylko nastąpić może, jeżeli „miarodajne organa” tego samego społeczeństwa nie będą „nas” obrzucać błotem, ale całą siłą poprą nasze usiłowania, choćby były i zupełnie sprzeczne z ideałami ogółu.

Trzebaż to wreszcie zrozumieć: co kilkadziesiąt lat odgrywa się ta sama smutna komedia. Dziś pojąć nie możemy, że z taką zaciekłością rzucano się na romantyków, a to samo pomimo tak świeżej tradycji teraz znowu się powtarza.

Czy to tak trudno pojąć, że sztuka potrzebuje „przeróżnych prądów”, tysiącznych „kierunków”, aby wreszcie wydać Mesjasza, w którego duszy to wszystko się zespala, przetapia i zlewa w jedno potężne koryto? Czyż to tak trudne do pojęcia, że potrzeba chaosu, by gwiazda porodzić się mogła?

A jeżeli polskie społeczeństwo nie jest jeszcze dostatecznie zamerykanizowane, jeżeli żyje jeszcze w nim ta święta tradycja, jaką nam w spuściźnie nasi wielcy przekazali, że panowanie nasze to Królestwo Ducha, to niech nie niszczy sił. Niech pomni na to, że każda, chociażby słaba, jest konieczną składnicą tej wielkiej, potężnej siły, jaka się w Szekspirze czy Byronie, Mickiewiczu lub Słowackim objawiała...

(Ustawicznie miałem na myśli wielkiego człowieka artystę, dla którego pragnąłem być niczym więcej, jak tylko Janem Chrzcicielem — wierzyłem niezłomnie, że nadszedł już czas jego rychłego przyjścia, chciałem mu w splątanej dżungli ówczesnej umysłowości jakąś ścieżkę wyrąbać, przez którą już bez przeszkód mógłby kroczyć, chciałem obudzić dusze, tępym snem spowite, by mogły godnie tego Mesjasza przyjąć, który naszemu panowaniu w Duchu nowego blasku miał przysporzyć. A jeżeli się nie mylę, zbytnio się nie łudzę, to istotnie splanowałem potwornie wyboistą drogę tym, którzy przyjść mieli, by stworzyć tę istotną Młodą Polskę, której wtedy jeszcze nie było; przysposobiłem umysły na godne przyjęcie tych, którzy by może bez przygotowawczej pracy w „Życiu” nierychło byli zrozumiani, przeorałem kawał spiekłego ugoru, na którym właśnie miał w niebo wytrysnąć kipiący gejzer Hymnów Kasprowicza. Byłem istotnie poonczas Winkelriedem. Gdy pomyślę, co uchodziło w literaturze za zbrodnię, gdym „Życie” obejmował, a jaka przemiana w wartościowaniu nastąpiła, gdym je już grzebał, to jestem zdumiony, jak szybko się dokonała. Ten „nieczysty”, wywrotowy ton, który ponoć do piśmiennictwa polskiego wniosłem, stał się już jakąś naiwną fujarkową piosenką wobec erotycznych żarów Żeromskiego, a jeżeli ja wobec społeczeństwa posługiwałem się basałykami612, po mnie wolno już je było chlastać skorpionami.)

Nie chcę taić (piszę dalej), że objąłem „Życie” w upadku. Nie zobowiązuję się do niczego, nie robię żadnych przyrzeczeń, bo byt „Życia” nie zawisł ode mnie, ale od poparcia społeczeństwa, poparcia, jakiego — ze wstydem dla społeczeństwa — „Życie” dotychczas zupełnie nie znalazło.

(Znaleźć miało niestety tylko przez krótki czas, jak długo byłem „modą” — ale ta „moda” okazała się wkrótce wysoce niewygodna, drażniąca, wyzywająca, której się czym prędzej wyzbyć chciano, ale już na szczęście wtedy, kiedy pewne przeobrażenie w umysłach publiczności się dokonało.)

Programu nie mam żadnego, bo sztuka go nie ma. Wolno każdemu wtłaczać jakieś programy w artystyczne cele artysty samego, nie można nikomu zakazać, że wyczytuje z dzieł autora rzeczy takie, o których autorowi się nie śniło, ale trudno narzucać sztuce jakiś program. Sztuka granic nie zna, bo życie ich nie zna. Wszelki przejaw duszy, niezależnie od tego, czy jest w naszym — he, he! „naszym” — pojęciu dobry lub zły, jest substratem sztuki, zależy jedynie od tego, w jaki sposób jest odtworzony. A więc wszystko, co silne, co twórcze, co wielkie, niezależnie, czy pisał to jeden ze „starych” lub ktoś z „młodych”, czy jest w pojęciu „Przeglądu Powszechnego”

(pismo klerykalne, które w pierwszej chwili gwałtownie na mnie napadło)

moralne lub nie — znajdzie, jeżeli jest sztuką, w „Życiu” pomieszczenie.

Trzeba nam powietrza,

(wołałem po powrocie do Polski, gdym objął redakcję „Życia”)

trzeba rozwalić mur chiński galicyjskich lub wielkopolskich pojęć o sztuce,

(zapomniałem o Warszawie, gdzie pojęcie sztuki identyfikowało się z najpłytszym utylitaryzmem)

jeżeli literatura nasza ma stanąć na wyżynie ogólnoeuropejskiej literatury.

Otóż to było moje najgorętsze pragnienie, by literatura polska mogła odegrać w europejskim piśmiennictwie tę samą rolę, jaka właśnie wtedy przypadła w udziale małym skandynawskim państewkom. Nie mamy bytu politycznego, jesteśmy kopciuszkami, których nikt nie zna, a przecież moglibyśmy zdobyć sobie szacunek i poważanie w panowaniu Ducha ogólnoeuropejskiego za pomocą naszej sztuki — ale nie tej, która jest na usługach czy to Kościoła, czy Narodu, czy dążeń społecznych, nie tej zaściankowej, pouczającej, „ducha podnoszącej” sztuki, to znaczy sztuki, służącej li tylko utylitarnym celom, których żaden inny naród nie zna ani go zupełnie nic nie obchodzą, bo to są wszystko nasze, li tylko nasze, egocentryczne sprawy, z którymi żaden naród nic wspólnego nie ma, mieć nie chce i ze zdumieniem i z pobłażliwym uśmiechem dowiaduje się, że Europa cała z zapartym oddechem ich przebieg śledzi.

Przecież nie łudźmy się: nie ma w całej Europie żadnego narodu, którego literatura byłaby tak mało znana, jak literatura polska. Zresztą nie dziw — nie można wymagać od cudzoziemca, by dokładnie, ale to bardzo dokładnie zapoznał się z historią Polski, by móc choć trochę zrozumieć z tego, czym literatura polska żyła. Z wszystkich pism Słowackiego jest cudzoziemcowi — a jedynie takiemu o wysokiej umysłowej kulturze — jeden utwór przystępny: Genezis z Ducha, ten wszechludzki poemat o królestwie Ducha, którego cele jedynie istnieją, a innych poza nimi nie ma; jest jeszcze ten cudzoziemiec o dobrej woli w stanie zachwycić się wszechludzkim poematem miłości, jakim jest W Szwajcarii, zrozumie Ojca zadżumionych, pod wpływem Byrona pisane poetyczne powieści — ale tu już nie potrzebuje Słowackiego, bo ma Byrona — na dramaty Słowackiego wzrusza ramionami, bo nudzi go, irytuje ten poszekspirowski epigonizm — niedźwiedzią przysługę wyrządzono Słowackiemu, gdy usiłowano wprowadzić na francuską scenę jeden z jego dramatów, gorszą może jeszcze, aniżeli Moniuszce wystawieniem Halki w Mediolanie — otóż jeden z naszych największych zawodzi doszczętnie, jeżeli stanie na wszechświatowej arenie.

O Mickiewiczu wiedzą za granicą tyle, że Polacy uważają go za swego największego geniusza, ale niestety cudzoziemiec tego sprawdzić nie może. Grażyna, Konrad Wallenrod mogą go jeszcze zaciekawić swoim egzotyzmem — Dziady to już księga zamknięta dla niego na siedem pieczęci, a aby mógł się zachwycić Panem Tadeuszem, musiałby strawić kilka lat na poznanie czasów napoleońskich w Polsce — kosztowałoby go to osobne studium — musiałby się zapoznać nie tylko z folklorem w Polsce, ale nawet kostiumologią polską! Najwięcej może jeszcze przystępnym tworem dla Europy to Krasińskiego Nieboska. To już jest wszechludzkie — a walki, które się w tym dramacie rozgrywają, są doskonale w Europie znane, boć przecież każde państwo miało swoich białych i czerwonych. Ten symbol umożliwia mu zrozumienie Nieboskiej — od początku świata toczyła się ta walka między hr. Henrykiem i Pankracym — z tą samą zaciętością w Polsce lub Francji, jak za czasów starej Grecji. Ale istotnie pierwszym twórcą polskim, który całemu światu okazał potęgę ducha polskiego, stał się Jan Kasprowicz, którego Miriam w uniesieniu wita:

Królewskie pieśni! Wielkie, uroczyste, organowe tony. Majestatyczne symfonie wiekuistych, niezniknionych tęsknot i pragnień duszy! Na usta cisną się słowa najradośniejszego zachwytu, najgorętszego uwielbienia na widok niesłychanej, olśniewającej, cudownej transfiguracji poety. Oto z niewolnika dotykalnej rzeczywistości, z głosiciela szczęścia dla wszystkich, urasta nam w oczach kolosalny, wyzwolony orficzny pieśniarz najgłębszych, metafizycznych pierwiastków ducha człowieczego.

Runął kult zbiorowości, zerwane zostały niewolnicze pęta w służbie publicznej — nic więcej wstrząsającego nad ten potężny hymn wyzwolenia: „Byłeś mi kiedyś bożyszczem o tłumie613...” — w całej swej ogólnoludzkiej potędze staje przed nami olbrzymi Adam Kadmos, jedyny w Polsce, który mógł z monarszą dumą powiedzieć o sobie: „ON i JA byliśmy od początku!”

Nigdy nie zapomnę tej uroczystej chwili, gdym krótko przed przyjazdem do Polski przeczytał Na wzgórzu śmierci. Ten poemat, o którym już w pierwszym numerze objętego przeze mnie „Życia” pisałem, że jest dla mnie najwyższym objawieniem poezji wszechsłowiańskiej — winien byłbym powiedzieć: poezji wszechludzkiej — był dla mnie niejako punktem wyjścia dla mojej usilnej pracy, by literaturę polską skierować na tory „drogi duszy”, na której się cała ludzkość spotyka — a na tej drodze nie znajdziesz niewolników, krępowanych czy to etycznymi lub społecznymi prawami, kroczą nią tylko twórcy, dla których jedynym imperatywem twórczości to pragnienie, by w sztuce swej dokonać jak najdoskonalszego samoobjawienia, a sztuka nie jest niczym więcej, jak tylko samoobjawieniem w najwyższej potędze, rewelacją najgłębiej ukrytych sił nie już w człowieku, ale w całym społeczeństwie.

I dlatego występowałem z taką zaciekłą namiętnością przeciwko sztuce tendencyjnej, sztuce budującej i rzeźwiącej, sztuce o celach umoralnienia i uspołecznienia, sztuce demokratycznej czy też tej, która chełpiła się wyłącznością o głupiej nazwie dekadentyzmu; a natomiast byłem żarliwym wyznawcą tej sztuki, która staje się religią, która stoi ponad życiem, nie zna ni granic, ni praw, ma tylko jedną odwieczną ciągłość i potęgę bytu duszy, kojarzy duszę człowieka z duszą wszechnatury, a duszę jednostki uważa za przejaw tamtej; a jeżeli komu pragnąłem służyć, to temu artyście, który był osobisty tylko wewnętrzną potęgą, z jaką stany duszy odtwarza, poza tym jest kosmiczną, metafizyczną siłą, przez jaką się absolut i wieczność przejawia.

Usiłowałem spełnić, by zejść na platformę rzeczywistości, wielki czyn patriotyczny, by świat zadziwić tą twórczą Polską, która by stratowaną potęgę polityczną mogła zastąpić wobec świata supremacją ducha.

I, aby ten cel osiągnąć, postawiłem sobie, gdym obejmował „Życie”, za wyłączne zadanie:

wychować społeczeństwo, by nauczyło się odłączać sztukę od spraw etycznych i dotyczących ekonomii społecznej —

by nauczyło się patrzeć na sztukę słowa, tak jak się nauczyło zapatrywać na sztukę barwy, plastyki i dźwięku — to znaczy: by z wolna, choćby bardzo z wolna dorosło do kultury czysto artystycznej, by nie żądało od słowa, aby mu się wysługiwało w pożytkowych celach, nie było środkiem jakiejśkolwiek agitacji na rzecz jakiegokolwiek hasła — chociażby tak wzniosłego, jakim jest Ojczyzna!

To było mało wybijać okna na Europę — to pierwszy etap zadania, najważniejszym etapem było przedostać się przez ramy tego okna na wielką polanę i wkroczyć w triumfalnym pochodzie tam, gdzie dusze wszystkich narodów zlewają się w jedno ognisko: w człowieczeństwo, w którym nie ma ani różnic, ani wyodrębnień, jest tylko wspólnota wszystkich dusz — ta, która mi pozwala w jakimkolwiek bądź tworze jakiegośkolwiek narodu przeglądać się mojej duszy, jak w własnym „narodowym” zwierciadle.

Rojno i aż nazbyt gwarno zrobiło się naokoło tego nowego „Życia”, istotnie „nowego”, bo mało miało wspólnego z „Życiem” Szczepańskiego i intermistycznym „Życiem” Sewera i Artura Górskiego. Z jednej strony, a więc tej, do której się przyczepiła nazwa Młodej Polski, spotkało się z bezkrytycznym prawie entuzjazmem, chociaż ci artyści, którzy w pewnej mierze stanowili tę Młodą Polskę, jak Kazimierz Tetmajer, Reymont, Żeromski, trzymali się na uboczu i przez cały czas trwania „Życia” pod moją redakcją ani jednym tworem go nie zasilali — z drugiej zaś rzuciła się na nie prawie cała prasa polska z małymi wyjątkami z wrogą, zaciekłą niemal nienawiścią, zbrojną w niezmiernie skuteczną broń, bo zupełny analfabetyzm w rzeczach sztuki. Dziś już przebrzmiało dawno to głupie hasło, rozbrzmiewające naonczas po wszystkich zakątkach Polski, a które się stało orężem, jakim głównie przeciwko „Życiu” występowano — to hasło nosiło nazwę dekadentyzmu, jakie przyjął literacki snobizm paryski jako dernier cri614 literackiej mody. W Polsce oczywiście mało kto wiedział, co ten dekadentyzm w istocie swej oznaczał, z tym hasłem nie łączyły się żadne pojęcia literackie — przynajmniej w Polsce — tu stał się dekadentyzm równoznaczny ze zdechlactwem fizycznym, wywołanym życiową birbantką, z brakiem wszelakiej „tężyzny” narodowo-społecznej i narodowej tradycji, wyzuciem się spod wszelkich praw moralnych i społecznych. Dekadentem był każdy, który nie uznawał Sienkiewicza jako najprzedniejszego geniusza, natomiast rozczytywał się w Baudelairze, Verlainie, Rimbaudzie, Edgarze Poe lub Maeterlincku — ale o tym dekadentyzmie Des Esseintes’a z A rebours Huysmansa mało kto wiedział; — dekadentem był przede wszystkim męczennik miłości, który swe nogi po Plantach krakowskich przewłóczył, i taki, który całe noce w kawiarniach wysiadywał, nad ranem do domu przychodził, by po południu znowu się w jakiejś kawiarni w jakimś kącie na kanapie rozciągnąć; dekadentem był impotent-erotoman, który niewinne dziewice uwodził, by je potem zdeprawowane do klasztoru wysyłać, i taki pan, który sobie kpił z największych powag w społeczeństwie, a w salonach pytał się pań, czy wiedzą, jak smakuje móżdżek noworodka — a za organ tego dekadentyzmu zostało okrzyczane „Życie”, pilnie przez rodziców strzeżone, by się nie dostało w ręce panienek przed ich zamążpójściem; „Życie” uchodziło przeważnie za ognisko wszelkiej deprawacji, cynizmu i sromotnego wyuzdania. Jaki oddźwięk znalazło „Życie” po tamtej stronie, można się dowiedzieć nawet z powieściowych utworów z onych czasów, a przede wszystkim Michała Bałuckiego (ostatnia jego powieść, nie pomnę jej tytułu) i Andrzeja Niemojewskiego Listy szalonego człowieka. Głównym bohaterem w obydwóch powieściach jestem oczywiście — ja.

A już wprost przekleństwem stało się dla mnie w Polsce, żem przez parę lat pisał po niemiecku — przecież pisał Krzywicki, że nie ma żadnej racji uważać mnie za polskiego pisarza — żem przez dłuższy czas przebywał w Skandynawii i rok cały obcowałem z Strindbergiem.

A jeżeli już na kogośkolwiek z twórców polskich wywarła literatura skandynawska jakiś wpływ, to już chyba nie na mnie, mimo że ją bardzo cenię. Ale konia z rzędem temu, który będzie w stanie wykazać w jakimkolwiek bądź z moich utworów wpływ skandynawszczyzny.

Wpływ inwolwuje jakieś pokrewieństwo dusz, chociażby najodleglejsze. Z głęboką i pokorną czcią przyznaję się do tego odległego pokrewieństwa, jakie zachodzi między mną a Dostojewskim, Edgarem Poe, poniekąd z Huysmansem lub Barbey d’Aurevilly, ale oddziela mnie głęboka przepaść od Strindberga, tego brutalnego, acz genialnego apostoła nienawiści, dla którego jako twórca byłem tysiąckroć razy więcej jeszcze obcy, aniżeli on dla mnie. On poza zaczarowane koło swej ciasnej nienawiści wyjść nie mógł — dusza moja, pojemniejsza, mogła wkroczyć w to jego koło i patrzeć na tę bolesną udrękę tego genialnego potępieńca z głębokim współczuciem, ale też nic więcej, którego najcięższą tragedią było to, że nigdy nic nie ukochał ani ukochać nie był w stanie, a na odwrót, mógł wzbudzać podziw, ale nigdy miłość. A aby podlegać czyjemuś wpływowi, trzeba go ukochać.

A może wpływ skandynawszczyzny w tym się objawia, że pisałem studia o dwóch wielkich twórcach skandynawskich: malarzu Munchu i rzeźbiarzu Vigelandzie?

Ale czyż to tak trudno zrozumieć, że jeden i drugi byli tylko dla mnie ramami, w których obrębie mogłem dać własny już program, posłużyli mi za kanwę, na której mogłem swobodnie własną naukę o „nagiej duszy” dzierzgać? W jednej i drugiej rozprawie wypowiedziałem moje własne artystyczne zamierzenia, jakbym ich nigdzie indziej z tą swobodą wypowiedzieć nie mógł — nie przeczuwałem wtedy, że kiedyś obejmę „Życie”.

Ja Skandynawii mam tylko jedno do zawdzięczenia, a to mój tragizm, że właśnie tam moja miłość do Polski i tęsknota za nią stały się chorym wręcz maniactwem. A dalibóg, nie mogę powiedzieć, bym się zbytnią wzajemnością kiedyśkolwiek cieszył. A był przecież czas, kiedy gwałtownie starano się mnie z niej wyżenąć615, mnie — autochtona — który odwieczną przynależnością do Polski ma prawo się szczycić jak rzadko kto w Polsce.

Stąd to pochodzi, że tak niezmiernie rzadko napotykasz w moim tworze na emfatyczną deklamację: Polsko! Polsko! Polsko! Najgłębsza miłość jest zbyt wstydliwa, by się z nią obnosić i tym ją profanować.

Nie będziesz wymawiał po próżnicy imienia mego.

Z jakim ja głębokim wstrząsem czytałem wiersz Kasprowicza w jego cudownie pięknej — najgłębszą pięknością, w jakiej dusza ludzka objawić się może, pięknej Księdze Ubogich (XLI):

Rzadko na moich wargach —

Niech dziś to warga ma wyzna —

Jawi się krwią przepojony,

Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Ale tak samo w Kasprowicza duszy, jak mojej:

W mej pieśni, bogatej czy biednej —

Przyzna mi ktoś lub nie przyzna —

Żyje tak rzadka na wargach

Moja najdroższa Ojczyzna.

Jać616 się tam z Wami ni swarzyć, ni wadzić nie będę — nie miałem wprawdzie na „wargach” tych słów: Polska-Ojczyzna — chleb, jaki w Polsce zażywałem, był zakalcem, a wino moje piołunem zaprawione, ale prędzej by mi język usechł, zaczem zdołałbym tej mojej Polsce bluźnić: najszczytniejszemu dziełu, w jakim mi się Bóg objawił.

A już do ostatniej rozpaczy doprowadzał mnie ten bezustanny wrzask: Nietzsche, Nietzsche, Nietzsche!

Już w pierwszym tomie Moich współczesnych (Wśród obcych), omawiałem szeroko mój stosunek do tego potężnego poety, którego wciąż jeszcze, ale już coraz mniej, mianem filozofa szkalują. Nie będę się powtarzał, ale można sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy nagle zrobiono ze mnie nietzscheanistę! Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że w Polsce mało co, a prawie nic o Nietzschem nie wiedziano — zdaje się, że wtedy tylko jedna praca o Nietzschem się ukazała: broszurka dr Zofii Daszyńskiej — cały „polski” Nietzsche streszczał się w tym jednym rozpaczliwym szlagworcie: Übermensch, i na tym słowie — co ono miało wyrażać, mało kto co wiedział — ujeżdżano jak na łysej kobyle; ale mimo to uczuwałem, ile razy sprzęgano moje nazwisko z Nietzschem, coś z posmaku, jaki się ma, gdy się zaśniedziałą metalową płytkę liże. (To wrażenie mogłoby jedynie we mnie zdradzić „dekadenta”.)

Nietzscheanistą i Übermenschem był jakiś łapserdak, który uwiódł jakąś biedną dziewczynę, a gdy ją sobie sprzykrzył, odstąpił ją komu innemu; Übermenschem był człowiek-szantażysta, który z zimną krwią popełniał oszustwa, a nawet własnego brata był w stanie sprzedać; Übermenschem stał się bohater mojej powieści Homo sapiens, ten nieszczęsny bankrut życiowy, który do obłędu dochodzi, bo go sumienie zabija, a klęka i kaja się przed fanatykiem wiary i ręce mu całuje, że ten fanatyk zdołał ludzkość ukochać. Mało kto rozumiał, że tytuł tej powieści Homo sapiens to rozpaczliwa ironia i posępna melancholia, z jaką na tych Falków617, od których się pod koniec ostatniego stulecia w całej Europie roiło, spoglądałem; a jeżeli ks. Pawelski w „Przeglądzie Powszechnym” zapewniał, że takiego typu w Polsce nie ma, musiałem mu odpowiedzieć, że z takimi typami bezustannie się w Polsce spotykam, wstrętniejszymi jeszcze, bo Falka sumienie rozszarpuje, a przeważna część tego typu, jaki tu w Polsce poznałem, sumienia nie zna. I mało kto zrozumiał, że ostatni wykrzyk Falka: Vive l’humanité618 to ogłoszenie doszczętnego bankructwa sercowego i umysłowego.

Jeżeliby na upartego chciano się w jakimś moim tworze tendencji doszukać, to najłatwiej odnalazłaby się właśnie w Homo sapiens, jedna z „najmoralniejszych” powieści, jakie znam. „Bo wszystko popełnione zło tak się mści i w dziesiąte pokolenia mścić się będzie” — teza, którą Ruszczyc w moim dramacie Złote runo wygłasza.

Tej całej wrogiej i nienawistnej kampanii przodowała Warszawa. Gnębił mnie bardzo dotkliwie i Rabski, i Chmielowski; pienił się Niemojewski; a dość lichymi żartami starał się Sygetyński wytyczne „Życia” ośmieszyć i zbagatelizować; poważny skądinąd badacz, prof. Krzywicki, „wyrychtował” przeciwko „Życiu” ciężką kolubrynę i sypał najcięższymi pociskami z arsenału pozytywizmu; nie próżnowały pisma humorystyczne, które znalazły obfity żer w „nagiej duszy” i „metasłowie”; jak przed Antychrystem przestrzegała prasa klerykalna przed „Życiem”; a były wypadki, że uczniów, którzy „Życie” czytali, relegowano z gimnazjum.

Trzeba było tej całej nonszalancji życiowej i beztroski urodzonego cygana, a równocześnie bezrozumnej a fanatycznej wiary w tego jednego na tysiąc, a dziesięciu na sto tysięcy, by się oprzeć tym wszystkim, często bezecnym i niechlujnym napaściom i nie pozwolić się wytrącić z tej drogi, na jakiej tak łatwo było sobie nogi połamać. Wprawdzie znalazłem i tego jednego, i tych dziesięciu, ale potrzeba było wielkiej, zwartej kohorty, która by do zwycięstwa doprowadzić mogła — a tej nie było.

Na razie znalazł się ten jeden, któremu „Życie” miało niezmiernie dużo do zawdzięczenia: Stanisław Wyspiański.

Jedno z najsilniejszych artystycznych wrażeń, jakie w Krakowie na samym początku odebrałem, to były witraże tego niezrównanego artysty w kościele franciszkańskim. Nie mogłem się godzić całkowicie na jego polichromię, wydała mi się, aczkolwiek na wskroś oryginalna, zbyt „modernistyczna”, nie licująca z surową, majestatyczną powagą gotyku — nie wyobrażam sobie piękniejszej polichromii w jakimś wiejskim kościele, oczywiście takim, jaki od lat całych w mej wyobraźni sobie wypieściłem, o czym jeszcze później pomówię, ale do gotyckiej świątyni nie nadawał się ten cudownie stylizowany przepych polskich kwiatów polnych — wnętrze surowego twardego krzyżackiego gotyku nie znosi tej ornamentacji, która by mogła się stać najszlachetniejszą ozdobą wnętrza jakiejś słowiańskiej prapolskiej gontyny — natomiast wprawiały mnie te płomienne, przebogate witraże w głęboki zachwyt.

Wprawdzie i tu charakter tych witraży mało co ma wspólnego z gotykiem, ale jest w nich taka płomienista żarliwość, takie olbrzymie Te Deum ekstatycznych barw, tryskających z bezdennej głębi widzącej wiary, tej polskiej wiary, która w ciemne mroki północy wkroczyła triumfalnym Dniem Odkupienia — błogim natchnieniem Zielonych Świątek.

Nie przemawia tu dusza średniowiecznego ascety, raczej do olbrzymiej potęgi rozrosła dusza Lenartowicza w jego Zachwyceniu.

Piszczałeczka, którą sobie Lenartowicz z jakiejś nadwiślańskiej wierzbiny ulinił, przetworzyła się w olbrzymie piszczały boskiego organu, na którym twórczy geniusz Wyspiańskiego wygrywał potężne, nadludzkie hymny ekstatycznego upojenia Wiarą.

Może się to paradoksem wydać, ale nigdy nie mogłem się pozbyć wrażenia jakiegoś wprawdzie odległego, niemniej silnego pokrewieństwa duszy Wyspiańskiego z duszą Lenartowicza, od dziecka ukochanego przeze mnie poety, a gorąco uradował mnie hołd, jaki temu skromnemu „lirnikowi” złożył Jan Kasprowicz w swej pracy, jaką się habilitował na uniwersytecie lwowskim.

Oczywiście, że nie ma tu mowy o jakimśkolwiek wpływie, który by mógł ten skromny „lirnik” na przemożne dusze Kasprowiczów lub Wyspiańskich wywierać — to tylko jedna wspólna, ale niemniej zasadnicza struna, jedyna, na której dusza Lenartowicza się rozśpiewała, ale równocześnie jedna z najwnikliwszych wśród tysiąca strun na niebosiężnej harfie jednego i drugiego twórcy.

Kto się głębiej, a raczej bardzo głęboko wżyje w objawienie Kasprowicza czy też Wyspiańskiego, temu nietrudno będzie wysłuchać z setek innych strun to niemal dominujące „g” Lenartowicza, to pokorne, skromne, zachwycone, rozmodlone „g” — święte, polskie „G”, które nic nie ma wspólnego z demonicznym, wirtuozowskim „g” Paganiniego — posłyszysz je nawet w symfoniach o tak olbrzymim rozpięciu, jak Hymny Kasprowicza, usłyszysz je, a więcej nadto: ujrzysz je w plastycznym tworze Wyspiańskiego — w jego kwiatach, w jego bezlicznych główkach dzieci, a nawet rozpoznasz je dokładnie w ilustracjach do Iliady — w jego Achillesie, Jutrzence, Thetis.

A i mnie uroczyścieje dusza, ilekroć razy w niej to „g” Lenartowicza posłyszę.

Jak dziś pomnę to piękne popołudnie październikowe — nigdy nie przeżyłem w Polsce tak cudownej jesieni, jak właśnie ta, na jaką w Krakowie po mym przyjeździe do Polski natrafiłem — kiedy Nowaczyński przyprowadził wreszcie Wyspiańskiego do małej kawiarni w Sukiennicach, by nas z sobą zapoznać.

Wyspiański nie miał wtedy jeszcze 30 lat, wyglądał niepokaźnie, choć piękna twarz jego uwagę do siebie przykuwała, wydawał mi się być nieśmiałym — a przecież rzadko kiedy spotykałem twórców tak bezwzględnie pewnych siebie; a gdym się nie taił z moim entuzjazmem dla jego witraży, uśmiechał się bezradnie, coś niecoś przebąkiwał o oo. franciszkanach, którzy mu w pracy przeszkadzali, a nawet ją ubezwładniali bezustannym wtrącaniem się w jego twórcze zamiary; rozgrzał się trochę, gdym mówił o Paryżu, o witrażach w St.-Germain-l’Auxerrois, i St.-Germain-des-Pres; z zaciekawieniem słuchał moich opowiadań o katedrach w Toledo, Burgos, Avili; oczy mu się zaświeciły, gdym bardzo wysoko stawiał wartość artystyczną jego Legendy — z wolna lody się przełamały — Wyspiański stał się rozmowniejszy; zaczęliśmy mówić o Maeterlincku, o Szczepańskim, o „Życiu”, a po jakiej godzinie uczułem, że znalazłem artystę, z którym mógłbym podzielić trudy redakcyjne, to znaczy, któremu mógłbym poruczyć cały dział sztuk plastycznych.

Opowiadano mi dużo o dziwactwach Wyspiańskiego, więc nie wiedziałem, czy przyjmie propozycję, z jaką przyszedłem, a już przecież od paru tygodni szukałem go na próżno — jeżeli teraz przyszedł, to na pewno uległ namowom Nowaczyńskiego.

Wyłożyłem mu, o co chodzi; przyrzekłem mu absolutną swobodę w obrębie redakcji jego działu; dałem mu zapewnienie, że nie będę się w nic wtrącał, co w swoim zakresie postanowi — popatrzył na mnie bacznie, zamyślił się na długą chwilę, a potem ku mej szczerej radości wyraził swoją zgodę.

Odtąd widywaliśmy się już codziennie, wzajemny szacunek ułatwił nam porozumienie, a gdy widział, że istotnie dotrzymuję mego przyrzeczenia i pozostawiam mu całkowitą swobodę w redakcji — w tym dziale, jaki mu poruczyłem — stał się redaktorem, ale nie na papierze, którego by poza jego obowiązkami nic nie obchodziło — przeciwnie — wziął niejako nadzór nad całym pismem.

Ja już od dawna odczuwałem ten dział naukowo-społeczno-polityczny, jaki redagowała pani dr Zofia Daszyńska, jako balast w piśmie, które przecież w głównej mierze było literaturze poświęcone.

Jedno z drugim się nie wiązało, a nawet wiązać się nie mogło wskutek diametralnej rozbieżności między poglądami moimi a pani Daszyńskiej. „Życie” Szczepańskiego wzorowane było na podstawie szablonu, jaki się już od kilkudziesięciu lat wytworzył w warszawskich tygodnikach, w których literatura nie kłóciła się z społecznym pozytywizmem, bo była na usługach „pracy publicznej” — w moim „Życiu” dział ten stał się „ni przypiął ni przyłatał”. Pani Daszyńska ciągnęła na lewo, ja na prawo, i na odwrót.

Do otwartej jednak wymiany zdań między panią Daszyńską a mną nigdy nie doszło. „Życie” za wiele jej zawdzięczało, by postawić kwestię na ostrzu noża, to znaczy, że „Życie” będzie pismem jednolitym: albo wyłącznie poświęconym literaturze, lub też nauce i naukom społecznym, przecież jeszcze przed miesiącem spłaciła pani Daszyńska stare długi „Życia” w kwocie 500 guldenów, a było to wielką ofiarą w tych warunkach, w jakich pani Daszyńska żyła, ofiarą, której „Życie” dalszy byt zawdzięczało.

To już Wyspiańskiego nic nie obchodziło — zupełnie nie uznawał tych względów, jakie mnie krępowały — a Wyspiański był bezwzględny tą bezwzględnością artystów, którzy poza obowiązkami wobec sztuki żadnych innych nie uznają, i tak wybuchła jednego dnia ta „pałacowa rewolucja”, jak nazwał złośliwie Rabski rozłam w redakcji „Życia”, który krótko po wstąpieniu Wyspiańskiego do „Życia” miał nastąpić.

W początkach mej redakcji nadsyłał do „Życia” obszerne korespondencje Andrzej Niemojewski, w których poza sprawami społecznymi wygłaszał swoje pozytywistyczne poglądy na sztukę.

Dwóch korespondencji udało się nie wydrukować, ale gdy nadeszła trzecia, wytłumaczyła mi pani Daszyńska, jakim poważaniem cieszy się w literaturze polskiej Niemojewski i jakim byłoby to dla niego afrontem, gdyby i teraz korespondencji jego nie pomieszczono.

Uległem ze względu na panią Daszyńską, ale przypadek chciał, że gdy nadeszła korekta, zjawił się w redakcji Wyspiański. Przeczytał artykuł i powiedział:

— Ja tych bredni drukować nie będę.

— Jak to pan?

— Mam zastrzeżoną zupełną swobodę w rzeczach sztuki, więc tego artykułu nie przyjmuję.

Z każdym słowem rozmowa między Wyspiańskim a panią Daszyńską się zaostrzała, a skończyła się oświadczeniem pani Daszyńskiej619, że dalszego udziału w redakcji nie bierze.

Dla mnie scena ta była nad wszelki wyraz przykra, bo wiedziałem aż nadto dobrze, co „Życie” pani Daszyńskiej zawdzięcza, ale znowu w żaden sposób nie mogłem się wyzbywać niezmiernie cennej pracy Wyspiańskiego, któremu zewnętrzny wygląd „Życia”, jego w wysokim stopniu artystyczny układ, który zdobył sobie wysokie uznanie Miriama, gdy mi pisał, że „Życie” pod tym względem może rywalizować z najwytworniejszymi wydawnictwami w Europie, wszystko bezwzględnie zawdzięcza.

I odtąd stało się „Życie” tym, czym powinno było być od samego początku, a więc pismem ściśle literackim620.

Szablon tygodników warszawskich pozytywistów dawno się już był przeżył, bo właściwie przemycano w tygodnikach tak zwanych „literackich” głównie tendencje społeczne („Prawda”, „Głos”, „Przegląd Tygodniowy”), ale pismo takie to ni pies, ni wydra. „Społecznikostwo następowało przeważnie na pięty literaturze, a ta literatura zdobywała sobie o tyle miejsce, o ile była odzwierciadleniem społecznej ideologii”.

Toteż niesłusznie żegnała „Życie” pani Daszyńska rozżalonymi słowy, wyrażającymi zawód, jaki ją spotkał:

Nowoczesna sztuka zazdrosną jest i wyłączną, zahipnotyzować pragnie ludzi, odwrócić ich uwagę od wszelkich zadań społecznych, poniża naukę i wszelaką świadomą a celową działalność, w ludzie widzi przeszkodę dla indywidualności prawdziwych lub mniemanych wielkich ludzi621.

A przecież tu chodziło o całkiem coś innego — co by pani Daszyńska powiedziała na to, gdyby ktoś zechciał ministerium sztuki zrobić apendyksem ministerium dla handlu, przemysłu lub robót publicznych?

I teraz weszło „Życie” na właściwe tory, chociaż w ostatnich czasach tak czy tak został dział naukowo-społeczny zepchnięty na krawędź i coraz więcej ustępował literaturze.

Przecież już w pierwszym kwartale pod moją redakcją drukowałem wspaniały poemat-dramat Wyspiańskiego Warszawianka622, który niezadługo potem wystawiony na scenie teatru krakowskiego przez Tadeusza Pawlikowskiego623 za moim usilnym i gorącym wstawiennictwem (sam Pawlikowski nie miał dystansu do tworu Wyspiańskiego) — miał wywrzeć bardzo silne wrażenie. Marię w Warszawiance grała Wanda Siemaszkowa624 z taką wizyjną mocą i współtwórczą siłą, że wyolbrzymiła Marię do potęgi jakiejś złowrogiej Kasandry, a wstrząsający dreszcz wielkiego objawienia zbiegł całą widownię, gdy Maria-Siemaszko opadła całym ciężarem na klawisze szpinetu, wyczerpana proroczą wizją.

Rzadko kiedy przeżywał teatr krakowski tak wielką i uroczystą chwilę. Wprawdzie krótko potem padł dramat Wyspiańskiego Lelewel i paść musiał, mimo wszystkich wysiłków aktorów, bo ten całkiem niesceniczny dramat był raczej rozprawą, a nie dramatem, ale Warszawianka zaryła się już tak głęboko w serce krakowskiej publiczności, że odtąd zaczęto poważnie liczyć się z Wyspiańskim, który w dwa lata potem miał stanąć swym Weselem na piedestale wieszcza narodowego.

Dla mnie był Wyspiański pogrobowcem tak zwanego romantyzmu, uosobionym w trójgłowym (polskim Triglavie) fetyszu, a może i bóstwie narodowym: Mickiewicz-Słowacki-Krasiński, ale wątpię, czy w całym wszechludzkim piśmiennictwie znalazłby się twórca, który by się stał w tej ogromnej mierze „epilogiem” zdałoby się już całkiem zamkniętej epoki.

Jako człowiek był Wyspiański niezmiernie skryty i rzadko kiedy swe myśli wypowiadał. Nie można się było nigdy od niego dowiedzieć, co o tym lub owym artyście myśli; tylko wtedy, gdy była mowa o Matejce, zapalał się i nie znosił, jeżeli ktośkolwiek do Matejki krytycznie się odnosił.

Do pracowni jego, wąskiego pokoju w małej, teraz już nieistniejącej kamieniczce, naprzeciw głównej nawy Kościoła Mariackiego, trudno się było dostać i rzadko kogo do niej wpuszczał; zdawał się przyjaźnić z Lucjanem Rydlem, co mu nie przeszkadzało ośmieszać go wyraźną kpiną, a wyobrazić sobie można zdumienie Włodzimierza Tetmajera, gdy go nagle zaprosił w kumy przy chrzcie swoich trojga dzieci.

O tym już zgoła nikt nie wiedział.

Kochał muzykę, a może mało kto znał tak dokładnie Wagnera w Krakowie, jak właśnie on — i w poezji doszukiwał się przede wszystkim muzyki: de la musique avant toutes choses; toteż nie dziw, że ukochał sobie Maeterlincka tomik poezji: Serres chaudes625 — każdy poemacik ilustrował na marginesie, a nawet poprzez drukowany tekst ołówkiem; a przeważnie odtwórcza wizja Wyspiańskiego górowała nad tekstem Maeterlincka. Cały ten bezcennej artystycznej wartości tomik rozszarpano po śmierci Wyspiańskiego, kilka zaledwie stronic zdołał uratować namiętny wielbiciel Wyspiańskiego w Krakowie, Włodzimierz Żuławski, kilka stronic znajdziesz porozrzucanych w rękach prywatnych, którzy je powykupowali od żydowskich antykwariuszy, ale gdyby ktoś zdołał zebrać całość, spełniłby wielki istotnie czyn: nazwisko Wyspiańskiego, złączone z Maeterlinckiem, stałoby się bardzo ważną propagandą w Europie dla twórczości polskiej.

I kochał gotyk: widziałem u niego całe stosy rysunków, oddających z zdumiewającą wnikliwością najpiękniejsze szczegóły katedr gotyckich we Francji, w Paryżu, Chartres, Orleans, Amiens, których zwykłe oko przeważnie nie dostrzega, a które on tylko dostrzec zdołał, bo sam miał w sobie tę skrytość i tajemniczość gotyckich mistrzów, którzy największe piękności starali się ukryć przed oczami profanum vulgus626.

Z jakim zachwytem wpatrywałem się w te jego architektoniczne rysunki, a jestem przeświadczony, że Wyspiański byłby się mógł, gdyby był zechciał, wypowiedzieć w architekturze z równą, jeżeli nie większą siłą, jak w malarstwie i literackim swym tworze.

O sobie nigdy nic nie mówił, niezmiernie rzadko objawiał swoje sympatie, a jeszcze rzadziej antypatie, chyba że czasami w mocno złośliwością zabarwionym sarkazmie dawał odczuć dystans między sobą a osobnikiem, którego nie lubił.

Gdy mu się ktoś sprzeciwiał w jego sądach i zamierzeniach, zdawał się słuchać, ale też tylko „zdawał”, bo w istocie obcy sąd dla niego nic nie ważył — był apodyktyczny aż do dziecinnego uporu nawet w takich rzeczach, które powinien był zrozumieć: np. brak pieniędzy. Ponieważ podówczas nikt w Krakowie nie mógł dostarczyć kliszy do rysunków, zamawiał je Wyspiański w Pradze, a te znowu były bardzo kosztowne. Zwróciłem mu uwagę, że „Życie” żadną miarą tych kosztów pokryć nie może, odpowiadał uporczywie: — Pieniądze znaleźć się muszą! — Ale skąd? — pytałem. — Każdy, kto ma pieniądze — odpowiadał — powinien by sobie za zaszczyt uważać, że łoży na „Życie”. — Roześmiałem się boleściwie na ten argument, ale żadnej rady nie było: klisze trzeba było na poczcie wykupić — trzeba było się zapożyczać. Raz i drugi dźwignął śp. Michałowski, ojciec młodo zgasłego malarza Michałowskiego, rówieśnika Artura Grottgera, jeżeli mnie pamięć nie myli, „Życie” z najcięższych opresji, ale to też tylko do czasu — wprawdzie „Życie” wzmogło się od razu kilku setkami abonentów, więcej aniżeli miało ich dotychczas, ale daleko było do tego, by mogło pędzić swój żywot o własnych siłach.

Kwestia finansowa Wyspiańskiego nic nie obchodziła: pieniądze musiały się znaleźć i na tym koniec.

Było z nim mówić o jego tworze, uśmiechał się o mało co że nie dobrotliwie, bo cóż mu mógł ktoś o nim samym powiedzieć?

Ile razy z nim mówiłem, miałem wrażenie, że mówię do artysty tak świadomego swej mocy, że go nic zgoła jakiś obcy sąd nie obchodził, a ustawicznie przychodził mi na myśl wiersz niemieckiego liryka, Arno Holza, który kpi sobie z całego świata, bo:

Ich bin mein eigener Dalai-Lama,

Ich bin mein eigener Jesus Christ!

Stosunki, w jakich poonczas Wyspiański żył, były więcej niż opłakane — przypadkiem tylko się dowiedziałem, jak ciężko musi się z życiem borykać. Do Krakowa przyjechał wtedy jeden z bogatych Natansonów, który chciał w Warszawie stworzyć wydawnictwo, jakiego tam jeszcze nie było — słowa Natansona — i z tym przyjechał do mnie. Od razu zaprowadziłem go do Wyspiańskiego. Natansonowi chodziło o ilustracje do jakiegoś dzieła, a Wyspiański doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. Uchodził przecież Natanson za człowieka, który nie wie, co z swym milionem począć. Ale miast zachęcić Natansona, czynił Wyspiański wszystko, by go od siebie odstręczyć. Z ciężkim trudem ratowałem sytuację, bo Wyspiański milczał, a gdy wreszcie Natanson położył na stole dwieście guldenów zaliczki, nie raczył nawet na nie spojrzeć. A przecież te pieniądze były w danym razie dla niego ratunkiem.

„Życiu” oddał Wyspiański nieocenione przysługi. Co za olbrzymia różnica w wyglądzie zewnętrznym „Życia” za czasów Szczepańskiego, a tego „Życia”, którym mógł Wyspiański swobodnie rozporządzać.

Kilka równoległych linii u góry i dołu jako obramowanie tekstu, umiejętne rozmieszczenie tegoż, tak że obok jednej zadrukowanej kolumny pozostawała druga, na której zwykle był pomieszczony jakiś rysunek, staranny dobór rozmaitego typu czcionek — otóż to te najprostsze środki, które dawały „Życiu” ten wysoce artystyczny wygląd, który po dziś dzień mógłby świecić przykładem.

Praca Wyspiańskiego naokoło „Życia” była w ogóle dla całego drukarstwa polskiego niejako rewelacją. Na „Życiu” wzorowała się istotnie cała współczesna typografia polska.

Nieobliczalny i niedostępny, Wyspiański bywał niekiedy boleśnie szczery.

Byłem świadkiem przykrej sceny. Jeden z jego najgorętszych wielbicieli zaproponował mu na uczcie, którą specjalnie dla niego urządził — „ty”. Wyspiańskiego jakby osa ukąsiła:

— A to z jakiej racji? — zapytał, aksamitnie uśmiechnięty, ale tym swoim uśmiechem, który mógł człowieka na całe mile odrzucić.

Poonczas pozostawało „Życie” w bardzo bliskich i serdecznych stosunkach z czeskim miesięcznikiem „Moderní Revue” Arnosta Procházki. Już na parę lat przed moim przyjazdem do Polski zwrócił się do mnie Arnost Procházka, a drukował wszystko, com jeszcze w niemieckim języku ogłaszał, równocześnie w swoim miesięczniku. Nazwisko moje stało się nagle w Czechach popularne, zanim jeszcze ktoś w Polsce coś o mnie wiedział. A w Pradze studiował wtedy Maciej Szukiewicz i Szukiewicz rozgłosił pierwszy moje nazwisko w kilku felietonach w Polsce i zwrócił się do mnie kilkoma bardzo serdecznymi listami, a listy te były pierwszym nawiązkiem między mną a Polską. Tak więc dostałem się do Polski właściwie przez Pragę.

A wielką pomocą był mi Arnost Procházka, gdym objął „Życie”. Nadesłał mi cały szereg klisz reprodukowanych w jego piśmie z obrazów, sztychów i litografii nieznanych dotąd w Polsce artystów, a którzy mieli wielki wpływ wywrzeć na młodą generację polskich malarzy, pisywał do „Życia” sam Procházka i jeden z najtęższych młodych twórców czeskich, Jerzy Karasek, który pierwszy zapoznał Polskę z tym wielkim twórcą, jakim jest Otokar Brzezina, z innej zaś strony wywarło wielkie wrażenie wspaniałe studium Oli Hanssona o Edgarze Poe627 i Barbey d’Aurevilly. Najobszerniejsze wywody na temat tak zwanej „nowej sztuki” nie zdołałyby zastąpić choć w części tego rewelacyjnego bogactwa, jakie Ola Hansson w tych swoich studiach nagromadził.

„Życie” zaś gromadziło na swoich łamach planowo i celowo z rodzimej i obcej literatury to wszystko, co by mogło polską sztukę wprowadzić na tory, na jakich mogłaby znaleźć na oścież otwartą bramę do tej wytęsknionej Europy, której uznania tak żarliwie pragnęła.

To by było wszystko bardzo pięknie, gdyby nie ustawiczny brak funduszy, które by mogły „Życiu” jaki taki pewny byt zabezpieczyć. Rwało się ustawicznie na całym tym płótnie. Zaledwie zadzierzgnięte szwy, bezustannie się rozpruwały, gdzie się jakąś dziurę zacerowało, w jakimś miejscu nowa i groźniejsza powstawała; i pewno ani ja, ani kochany Wyspiański nie zdołalibyśmy utrzymać „Życia” przy życiu, mimo że Wyspiański z coraz większym uporem twierdził, że pieniądze znaleźć się muszą, gdyby się nie był nagle zjawił na naszej widowni artysta o wysokiej literackiej kulturze i o środkach pieniężnych, którymi zwykle tego rodzaju artysta nie rozporządza:

Stanisław Wyrzykowski628.

Skąpa była twórczość Wyrzykowskiego, acz bardzo wytworna, przynajmniej w tych paru poematach, które w „Życiu” ogłosił, niemniej ukochał fanatycznie sztukę, a zaiste niemałe poświęcenia dla niej robił — jeżeli jakąś część swego majątku ofiarował „Życiu”, to doprawdy nie dlatego, by zrobić jakiś interes, bo zbyt dobrze znał stosunki, by nie wiedzieć, że wszystko, co daje, idzie à fonds perdu629 — ale jedynie z tej bezinteresownej miłości do jakiejś rzeczy, z którą się ukocha, a zarazem wie się doskonale, że trzeba dla niej ofiarę ponieść.

Wprawdzie nabył „Życie” Wyrzykowski tanio, bo zdaje się, że Sewerowi, właścicielowi „Życia”, zapłacił sto guldenów — dowód, jak nisko stały akcje „Życia” — ale zdawał sobie sprawę, jak wielkie inwestycje go czekają, jeżeli to pismo ma już w dalszym ciągu bez wszelkich przeszkód wychodzić.

Stanisławowi Wyrzykowskiemu należy się bezwzględnie wdzięczna kartka w piśmiennictwie polskim, choćby już dlatego, że brał gorący udział w tej rewolucji — wówczas to było rzeczywistą rewolucją — jaką w piśmiennictwie polskim wywołało moje Confiteor (1 stycznia 1899).

Zbyt znane jest to moje „wyznanie wiary”, bym je miał tu in extenso przytaczać, ale to Confiteor wywołało ciężkie nieporozumienie między społeczeństwem a mną — wtedy wciąż jeszcze identyfikowano „Życie” ze mną, chociaż usilnie się starałem usunąć się na ostatni plan.

W całym tym moim programowym manifeście, z którego i dziś ani jednego słowa nie mógłbym odwołać, żałuję tylko, że w zbyt młodzieńczej, brawurowej bucie cisnąłem w twarz społeczeństwu owo wzgardliwe i obelżywe przezwisko: „Mydlarze!”, które taką olbrzymią wrzawę wywołało, jakiej jeszcze w Polsce nikt nie wzniecił od czasu, kiedy to Mickiewicz rozprawiał się z swoimi warszawskimi krytykami.

Nie byłem jeszcze na tyle dojrzałym — a może za mało „chytrym Wielkopolaninem” — by, zamiast wołać pogardliwie: „Mydlarze”, stanąć na jakimś „wychowawczym” poniekąd stanowisku i wytłumaczyć — na ogół chętnemu posłuchu społeczeństwu — to ciężkie nieporozumienie między nim a twórcą, wywołane prawie li tylko przez złą wolę, nieuctwo lub też ślepą namiętność zawiści ludzi, którzy je o sztuce informują.

Nie trzeba było rzucać na oślep rękawicy społeczeństwu, które Bogu ducha winne, ale tym, którzy mu się na prowodyrów narzucają, tym, którzy nic nie rozumieją ani rozumieć nie chcą, tym, którzy według słów Rémy de Gourmont są dumni ze swego niezrozumienia i z frazesowych łachmanów, jakimi odziewają swą wstrętną nagość duchową, jak inni są dumni z swego talentu i bogactwa idei.

To nie społeczeństwo winne krzyżowaniu twórców, ale ten przepotężny „krytyk”, który nic nie rozumie, nie jest wrażliwy ani na poezję, ani na muzykę, nawet na najoczywistszą logikę, i głuchy jest, ale nie niemy, bo gdziekolwiek spotka się choćby z najszczerszym przejawem sztuki, który mu się czymś nowym i dotąd jeszcze niebywałym wydaje, wrzeszczy wniebogłosy: „Ja nie rozumiem!”

Wiecznie powtarza się to samo!

Tak było za czasów Mickiewicza i to samo powtórzyło się za czasów istnienia „Życia”.

I zwykle znajdzie się w przełomach sztuki jakiś taki krytyk — ale przeważnie w liczbie mnogiej — jak spod ziemi wyrasta cały zastęp tych głuchych i ślepych, którzy nic nie rozumieją, ale za to z zaciekłą furią tępią i trzebią na oślep wszystko, co się z ich odwiecznego, strupieszałego kanonu wyłamać pragnie.

A straszny jest ten krytyk, tym straszniejszy, że możność tego haniebnego liberum veto daje mu zwykle poważanie siwizny, wątłych łydek i jakichś tam zasług, gdzieś kiedyś i kędyś spełnionych.

Tak! Tak! Pomściło się na mnie obelżywe słowo!

Społeczeństwu, które wyczekiwało spokojnych, rzeczowych wyjaśnień, które było gotowe przyjąć nawet najśmielsze wyznanie wiary, byleby było tylko jasno wytłumaczone, już nie uprzejmie, ale z głęboką, niewyzywającą powagą uzasadnione, cisnęło się wtedy zuchwałe wyznanie, i to nieporozumienie pomściło się:

Bo w tej samej chwili zjawił się potężny ON w przeraźliwej liczbie mnogiej, i cała ta czeredź630 przeciwstawiła się społeczeństwu, głęboko zawstydzonemu, że czegoś nie rozumie, i wywijając rękoma uśmierzała lęk i trwogę ludzi słabego ducha, a z takich przeważnie społeczeństwo się składa:

„Cóż to za popłoch padł na was?! — Czegóż wy się wstydzicie? Patrzcież! My mamy odwagę głośno i w imię najświętszych ideałów, odwiecznych, ustalonych praw przyznać się, że nic nie rozumiemy — my, których za swych przewodników uważaliście, a Wy upadacie na duchu?!

Jacyście Wy naiwni! Macie przecież do czynienia z megalomanicznym obłędem: to, co czytacie, to stek niezrozumiałych, obłąkanych słów — to, co słyszycie, to infernalna kakofonia — to, co widzicie, to majak chorych oczu, przed którymi deliryczne wizje przelatują — idźcie zatem spokojnie do domów Waszych i cieszcie się, że — My! — nie dopuściliśmy, by Was na manowce wprowadzić!”

I publiczność przysłuchuje się z zapartym oddechem tej mowie, szczęśliwa, że wreszcie swobodnie odetchnąć może.

Publiczność nie zajmuje się sztuką — ma ona tylko głuchą tęsknotę za sztuką, ma pragnienie zrozumienia tych objawień w niejasnym przeczuciu, że są one zarówno objawieniem własnej jej duszy, ale nie jest w stanie sama o własnych siłach o wartości tych objawień w sztuce rozstrzygać. Nie śmie! Publiczność jest nieśmiała i pokorna. Czasami jedno słowo starczyłoby, aby obudzić w niej głębsze zainteresowanie — ba! nawet entuzjazm dla jakiegoś tworu — rozumie niby, ale nie rozumie, bo nie dowierza sobie i szuka bezradnie wokół siebie tego „powołanego”, który by jej rzeczy zaledwie przeczute mógł jasno uświadomić.

Publiczność zwraca się do artysty, ale ten się hermetycznie od niej oddziela śmiesznie głupim: odi profanum vulgus et arceo, więc zirytowana — wreszcie zirytowana — udaje się po poradę do wszechwiedzącego znachora, jaki tronuje w każdej szanującej się redakcji, by ten jej rzecz całą wytłumaczył.

A taki znachor-krytyk wie wszystko: nie miał nigdy pędzla w ręku, a jednakowoż poprawia z zdumiewającą pewnością obrazy malarzom, wytyka im błędy, które są istotnymi zaletami, a sławi ponad wszystko szczegóły, których malarz się wstydzi; — on wytyka pisarzom wpływy, o których im się nie śniło, przytacza wrzekomo kradzione ustępy z książek, których ten biedny autor nigdy nie czytał, robi go duchowym synem jakiegoś kraju, w którym ten nieszczęsny autor przypadkowo przebywał — o, quos ego631? — poprawia mu dramaty, właśnie w tych miejscach, które autor w najgłębszym natchnieniu tworzył; — a przy tym sypie jak z rękawa taką oszałamiającą obfitością wiedzy filozoficznej, historycznej, socjologicznej, zdumiewa znajomością Bóg wie jakich prawideł estetycznych, począwszy od Arystotelesa aż do Dmochowskiego, tak że publiczność, całkiem ogłupiała tą przerażającą potęgą infernalnego nieuctwa i pychą nadętej tępoty, zapomina całkiem o obrazie czy to o utworze autora — podziwia tylko erudycję swego znachora, znajomość dat, galerii, obcowanie z uznanymi już wielkościami, a przede wszystkim niezawodzącą sprawność, z jaką każdy artysta zaszufladkowany być może.

Znachor ten leczy doszczętnie publiczność z tęsknoty za sztuką, która jest jedna i niepodzielna, natomiast ukazuje jej szafeczkę z tysiącami przegródek, całkiem taką samą, jaką po aptekach widzimy, a na każdej przegródce wypisany jakiś „izm”.

W przeciągu trzydziestu lat figurowałem w następujących „izmach”: idealizm, realizm, naturalizm, weryzm, solipsyzm632, dekadentyzm, satanizm — podlegałem wpływom nocnych kawiarń w Berlinie, byłem mystagogiem i kapłanem przy czarnych mszach, wchłaniałem w siebie Strindberga, Nietzschego — ideologia moja wyrosła z szczepu niemieckich mistyków, Novalisa przede wszystkim.

O Jezu! Jezu, jaki Ci ja wdzięczny, żeś mnie doszczętnie wyprał z wszelkiej literackiej próżności — inaczej bym pewno dawno już ziemię gryzł albo przynajmniej boleśnie odcierpiał, jak on nieszczęsny Gerhart Hauptmann, który każdą nieprzychylną lub złośliwą krytykę odchorowywał.

Ale to jeszcze mało!

Między tymi zasadniczymi „izmami” są jeszcze tysiączne odcienia według zasady mieszaniny kolorów: kolory złożone lub podwójne; ponieważ można ułożyć kolor fioletowy z czerwonego i niebieskiego, dlaczegóż by nie można połączyć „nagą duszę” z satanizmem i priapizmem, rozszalałym w piekielnych orgiach płciowych — zielony kolor otrzymuje się z żółtego i niebieskiego, dostrzegamy to w prerafaelitycznej lubieżności, kąpiącej się w czystości Nazareńczyków — och, co za opętane wizje:

Klimt633 ożeniony z Maeterlinckiem, Corneliusz634 z Overbeckiem635, Beardsley636 z Botticellim637 niosą mirrę i kadzidło Courbetowi638 lub Delacroix639, Jacek Malczewski640 wyskoczył z głowy Böcklina — obaj malowali — centaury.

Ale dosyć tych błazeństw!

Publiczność teraz odetchnęła — teraz już wyzwolona: zrozumiała wszystko. Cóż ją teraz sztuka obchodzi? Szczęśliwa jest, że jedno dzieło może wepchnąć w szufladkę „symbolizmu”, inne zasię „secesjonizmu” — tamto znowu „dekadentyzmu” — publiczność stała się tak mądra jak jej Egregor641 — wie już teraz, przed czym plackiem padać, z czego się wyśmiewać, co kadzidłem obwonić, a co błotem obrzucić.

Bo przy tym oglądzie sztuki dał potężny znachor-krytyk przede wszystkim jedną wytyczną: o ile jakiś utwór jest zdrowotny, społeczny i przynosi pożytek.

Ja na razie nie uświadamiałem sobie, że społeczeństwo może stawiać artyście jakieś wymogi, a społeczeństwo nie rozumiało, że mógł się jakiś artysta zjawić, który się odważył wystąpić z tak namiętnym protestem przeciw uroszczeniom społeczeństwa.

Wychodziłem z założenia, na jakie społeczeństwo żadną miarą zgodzić się nie mogło.

Społeczeństwo szuka w sztuce celu i pożytku — przyzwyczaiło się do tej niezłomnej wiary, że i cały twór boski dla jego specjalnej przyjemności stworzony: kwiaty, by człowiek mógł je wąchać, zwierzęta, by mu za pokarm służyły itd., itd. I to naiwne pojęcie starał się człowiek, który mało co nad małpę wyrósł, rozciągnąć i na objawienie, jakim jest sztuka. Zaczął o to pytać, jakie korzyści mu sztuka przynosi, jakie ma cele i jaki sens.

Przecież i życie całe ma jakiś sens i cel, a przede wszystkim ten, by Boga miłować, Go uwielbiać, dostać się po śmierci na Jego łono lub też bezustannie konać w męczarniach ognia piekielnego, poprzez całą wieczność; i to bezgranicznie naiwne ujęcie celu i sensu tego, co istnieje, to barbarzyńskie wartościowanie tego, co jest, miarą korzyści i pożytku, jakie człowiek z niego odnosi, wywołało ten niesłychany zamęt w pojęciach o sztuce.

A przecież sztuka jest całkiem tym samym, czym jest słońce, które nie na to chyba istnieje, by człowieka rozgrzewać, czym jest drzewo, które nie na to chyba rośnie, by człowiek mógł się w jego cieniu wylegiwać i owoce jego zjadać — i tak, jak natura jest sama w sobie celem, takoż i sztuka, niezależnie od tego, czy nam pomaga lub szkodzi, czy jest dla nas sympatyczna lub wstrętna, umoralnia nas, czy też „jad zepsucia” w nas sączy. Och, ten słynny „jad zepsucia”!

L’art, c’est l’art642! Stary Beranger643 huknął przy tym pięścią w stół, oburzony, że się go ktoś o cele sztuki pyta, i trafił tym powiedzeniem w samo sedno.

Tu słyszę oburzony okrzyk:

Co za bezsens! Jakże można równać naturę z sztuką! Natura powstała bez udziału człowieka. Sztukę atoli wytwarza człowiek — człowiek zaś żyje w społeczeństwie, a więc sztuka powstaje w społeczeństwie, musi mieć zatem cele społeczne, ustrojowi społeczeństwa odpowiadające i najpomyślniejszemu jego rozwojowi podatne.

Otóż argumentacja z gruntu fałszywa!

Człowiek sztuki nie tworzy ani tworzyć nie może, bo wtedy mógłby każdy, gdyby tylko „zechciał”, być twórcą. Można by się wtedy sztuki nauczyć, jak każdego innego rzemiosła.

Sztuka jest czymś, co się w poszczególnych jednostkach mimo nieraz ich „woli” i częstokroć mimo jakiegokolwiek uświadomienia z ich strony na zewnątrz objawia. Przecież bezustannie pytamy zdumieni: „skąd mu się to bierze?”, a na to pytanie artysta odpowiedzi nie ma. Czym jest to „coś” i to „skąd”, nie wiemy i rzadko który artysta to sobie uświadamia — istota sztuki dla nas nieznana. Wiem tylko, że to „coś” i jego źródło: to „skąd” istnieje jako objaw zewnętrzny ukrytych w człowieku, nieznanych prawie potęg psychicznych, dla naszego badania rozumowego nieprzystępnych — istnieje jako objawienie człowieka w człowieku, to znaczy, człowieka poza jego zmysłami, objawienie jakiegoś ukrytego „Ja”, które mniemam być przynależnym do mojego „Ja”, którym żyję, ale i o tym z pewnością nic wiedzieć nie mogę: mówimy przecież, że obca siła — Duch Święty — człowieka natchnieniem nawiedza i twórczą łaską na niego spływa.

A chcieć to objawienie wtłoczyć w jarzmo naszych ciasnych pojęć, naszych śmiesznych celów, jest co najmniej absurdem. Jakie to „coś” — ta obca siła, ujawniająca się w człowieku, rozkazująca mu tworzyć, ma „cele” — o rozwiązanie tej więcej niż transcendentalnej zagadki może się kusić jakaś naiwna Theodicea, która się stara Boga uniewinnić, że obok Dobra stworzył Zło.

I osobniki te, przez które ona niepojęta siła twórcza w sztuce się objawia, nie są wytworem społeczeństwa: całkiem na odwrót!

Społeczeństwo jest wytworem twórcy: jego objawieniem żyje i jemu jedynie zawdzięcza całą swoją kulturę i cywilizację.

I nowy krzyk oburzenia:

Jak to?! Przecież to nasza ziemia, nasze społeczeństwo twórcę wydało.

Nasza ziemia? Bez wątpienia! Na tę „naszą” ziemię wróciła dusza jakiegoś, łaską Bożą nawiedzonego osobnika, i ten stworzył ziemię. On to wlał w jej bezduszne kształty tę olbrzymią piękność, jaką z sobą z jakiegoś innego Bytu na tę ziemię przyniósł; on rozpalił swoją miłością martwe, rozległe równiny i stepy, że przed zdumionymi oczyma rozłuniły się nagle niepojętą pięknością; on ożywił swoim nieśmiertelnym Duchem skamieniałe góry i odział je tym majestatem, przed którym się teraz korzycie; on wlał tajemniczy czar swej własnej duszy w jeziora i rzeki, stawy i strumyki; on rozhoworzył644 nasze lasy w tę tajemniczą, uroczystą pieśń, której niezgłębionych cudów nadsłuchujecie; on nauczył Was patrzeć swoimi oczyma, patrzeć na tę ziemię, którąście wieki całe orali, rozgrzebywali, wszelkiego rodzaju korzyści z niej ssali, jako na wielką piękność — dojną krową była przedtem dla Was ta ziemia — twórca nauczył Was ją kochać!

A teraz widzę Was bijących się w piersi z ciężkim oburzeniem:

Myśmy wytworzyli Kochanowskich, Mickiewiczów, Wyspiańskich, Kasprowiczów!

O bolesna, dziecinna, naiwna złudo!

Przecież to oni Was stworzyli! Oni to z chaosu wyłowili jedność, rozbieżność złączyli w harmonię — potęgą przez ukryte moce w nich objawioną, a może nawet im samym nieświadomą, stopili pojedyncze rody, klany, szczepy, klasy w jeden naród i oni nadali społeczeństwu to przenajświętsze prawo, mocą którego istnieje:

Miłość Ojczyzny!

Badajcież każdą myśl, którą żyjecie — nicujcie uczciwie każde uczucie, jakim serce Wasze tętni, rozpatrujcie każde pojęcie, które stało się już dla Was zdawkową monetą, a wszędzie i zawsze przekonacie się, że żyjecie tylko okruchami Objawień, które w sztuce Wam się w udziale dostały, której wszystko zawdzięczacie: świątynię, w której się o powszedni chleb modlicie — zwykle o nic więcej — taniec, w którym na chwilę wpadacie w stan rozkosznego podniecenia i to Wam każe o smutkach życia zapomnąć645, muzykę, chociażby najprymitywniejszą, a która Wam pozwalała przy banalnych dźwiękach mazurka gołymi pięściami zdobywać armaty Moskali!

A więc:

Społeczeństwo nie ma prawa narzucać twórcy swoich celów — nie ma prawa wymagać od niego, by dostosowywał się do tego, co mu na razie jest pożytkiem i korzyść mu przynosi.

Społeczeństwo raz wreszcie powinno uznać objawieniowy charakter sztuki i kornie przyznać się do bezwstydu, z jakim dotychczas od objawienia wymagało, by tylko w kierunku jego maluśkich celów miało pracować i mu „korzyści” przynosić...

Sztuka nie ma żadnego celu, przynajmniej ani jednego z tych, które człowiek „celem” nazywa, a jeżeli społeczeństwu się zdaje, że przypadkowe korzyści, jakie z niej wyssać umiało, a raczej te, które mu twórca sam czasami w błędnym zrozumieniu swoich własnych objawień narzucił, mają być celem sztuki, to tego fatalnego błędu wyzbyć się musi, inaczej zawrze wrota przed „korzyściami”, które będzie mogło wyciągnąć z dalszych „objawień” — a te korzyści będą mogły mieć stokroć razy donioślejsze znaczenie niż te, które z dotychczasowych „objawień” uzyskało.

Przecież już i „ścisła” nauka wyciągnęła dla siebie wielkie „korzyści” z „objawień” tak zwanego symbolizmu, który twierdzi, że dźwięk może wywołać i rzeczywiście wywołuje potopy barw — woń jakiegoś kwiatu „zabarwia” całkiem odwrotnie konglomeraty wrażeń, a zaledwie dostrzegalny przebłysk jakiejś barwy może w nieświadomości, to znaczy w przepastnych, podświadomych głębinach duszy, wywołać całe życie w nieskończonej perspektywie. I nauka, a przede wszystkim psychiatria rozbudowuje się z wolna na „majaczeniach”, „obłędnych majakach” twórców i bada teraz z gorliwą powagą one stany, teraz już w nauce zarejestrowane jako stany zmierzchu (Dammerungszustandeétats de crépuscule646), tak dobrze znane i tak niezrównanie opisywane przed tylu i tylu dziesiątkami lat przez T. A. Hoffmanna, Edgara Poe, Villiers de l’Isle Adama647, Barbey d’Aurevilly, a przede wszystkim przez Szekspira i Dostojewskiego.

Więc tylko spokojnie, nie tak chytrze, nie tak łapczywie: i z tej tak zwanej „nowej” sztuki, z tej całej przez Was wyklinanej, poniewieranej, zohydzonej i wyśmiewanej sztuki będziecie umieli wyciągnąć dla Waszego pożytku wielkie korzyści, ale przestańcież o tym gadać, że sztuka ma jakiś cel!

Może i ma, jeżeli w zamiarach Bóstwa, z którego łona sztuka się wyłoniła, tkwi to pojęcie tych naszych mizernych, maluśkich celów, ale bluźniłbym Bogu, gdybym go o te nasze cele posądzał.

I aby się w paru słowach streścić:

Sztuka jako objawienie ukrytych w człowieku, a nieznanych mu potęg, których tylko małą cząsteczką, trzymaną na uwięzi zmysłów, żyjemy, nie ma żadnego „celu”, przynajmniej żadnego z tych wszystkich, jakie mózg ludzki za „cel” uważa — o innych celach nic nie wiemy, i to jest treścią hasła Sztuka dla Sztuki, o którym dotychczas jeszcze tyle bezsensownych bredni się wypisuje, a raczej wreszcie wypisywać się przestało.

Bo mimo wszystko sztuka — poonczas — miała jakieś znaczenie, dysputy o sztuce zajmowały dużo miejsca nie tylko w miesięcznikach literackich, a było ich cztery czy pięć, ale i nawet w prasie codziennej; publiczność roznamiętniała się dyskusją o zagadnieniach sztuki i brała w niej gorący udział, nie taki co prawda, jaki bierze obecnie w meczu pięściarzy, ale w każdym razie udział ten pozwalał wnioskować o pewnej kulturalności tegoż społeczeństwa.

Kiedy raz po raz dostanie mi się rocznik jakiegoś pisma z onych czasów, to jestem wprost zdumiony, jakie wtedy jeszcze zainteresowanie budziła Sztuka i Literatura, jakie walki rozgrywały się w obronie pewnych haseł, jakie namiętne zapasy, by je zwalczać i unicestwić — rzecz w naszym czasie niepojęta i niezrozumiała! — Kogo dziś sztuka obchodzi? Namiętne starcia, jakie się codziennie rozgrywały w rzeczach sztuki, wywołują dziś pogardliwy uśmieszek politowania nad tym starym obłędem.

Ale to już wszystko przebrzmiałe echa, neiges d’autan — zeszłoroczny śnieg; to wszystko, co piszę, przyda się może jakiemuś badaczowi umysłowości polskiej po ten czas, tak już dawny, dziś to ciekawym wspomnieniem dla tej generacji, która jeszcze przy życiu pozostała, a to wszystko tak intensywnie przeżywała, jakby już dzisiejsze pokolenie przeżywać nie zdołało ani nie umiało. Już coraz rozpaczliwiej szerząca się atrofia mózgu tak zwanego powojennego pokolenia nie pozwalałaby na to. Gdzież może mieć to pokolenie, prawie od kolebki przygotowywane do pogotowia wojennego, chociaż trochę czasu na czytanie, a już najmniej na rozmyślanie. Cały jego wolny czas wypełnia obłęd sportu, w którym w miarę jak mięśnie pęcznieją, mózg karłowacieje; a co szlachetniejszego w duszy tego pokolenia pozostało, zabija ordynarny football — ohydne pięściarstwo; w wolnych chwilach — zidiociały dansing z swoimi piekielnie nudnymi charlestonami, i jak się te wszystkie tańce, świadczące o dementia praecox, nazywają.

Gdyby jeszcze w tym wszystkim dyszała jakaś rzeczywista namiętność, prawdziwe pragnienie upojenia zmysłów — coś z tego szerokiego życia, w którym człek raz kiedyś zapragnie o sobie i o całym świecie zapomnąć — ale gdzież tam! Nuda, szeroko rozdziawioną gębą ziejąca nuda — jakieś zidiociałe ruchy nieszczęsnych niedźwiedzi, którzy w klatkach obłędu dostają i godzinami całymi z jednej łapy na drugą przestępują.

Nigdy nie starałem się dopędzać ostatniego ekspresu tak zwanego modernizmu, najczęściej wybiegała mu moja własna lokomotywa z zajadłą niemal niechęcią (jaka szkoda, że nienawidzić nie umiałem) naprzeciw, ale zawsze pozostawałem w bliskiej z nim styczności — a przecież ja dziesiątki „izmów” przeżyłem, ale trudno mi się pogodzić z triumfalnym pochodem, z jakim kołowacizna obłąkanych owiec w współczesne życie wkracza.

Wstrętnym mi jest to głupie: „nie tak in illo tempore bywało”, ale z tym samym niesmakiem, z jakim Nietzsche patrzył na pruską kulturę — to jedno obozowisko żołnierskie, złożone z ludzi, militarnym drylem i tresurą doszczętnie z mózgowych czynności wyzbytych — patrzę na tę z dnia na dzień coraz więcej kurczącą się umysłową kulturę w Polsce, przed niedawnym czasem jeszcze bogatą i zasobną, a dziś już prawie ubożuchną, bo wszechwładny sport i dansing tak ją w brzuch kopnął, że wywaliła się już nie na dwie, ale cztery łopatki.

Sportowi poświęca się po kilka stronic w każdym niemal piśmie — a dla rzeczy dotyczących sztuki znajdzie się zaledwie jakaś kolumna, kiepsko i nędznie redagowana, bo w naszym czasie jest jakiś międzynarodowy rekord sportowy stokroć razy ważniejszą rzeczą aniżeli pojawienie się istotnie wielkiego dzieła sztuki.

I gdyby się to na coś zdało!

Mogłoby się zdawać, że to jakiś stary tetryk ględzi. Gdzież tam! Nigdy więcej nie ukochałem młodzieży, jak w tym dorastającym pokoleniu, i żadną miarą nie mogę się pogodzić z tą myślą, że szósty krzyżyk pocznie mnie obarczać, ale lękam się dla Polski tego zamerykanizowania i tej mechanizacji młodzieńczych polskich sił, zbyt indywidualnych, by się nie miały popsować648 w tej uniformowej tresurze.

A dusza polska jest niezmiernie czuła i wrażliwa.

Raz przywiązałem do szyi psu szlachetnej rasy dzwonek, przywiązywany krowom, by się w lesie nie pogubiły. Pies był tą manipulacją całkiem sparaliżowany. Na odgłos dzwonka rozstawiał cudacznie nogi i nie umiał chodzić. A takim dzwonkiem dla duszy polskiej może się stać — a raczej już się staje: coraz raptowniejsze wybebeszywanie (jakby Ignacy Stanisław Witkiewicz649 powiedział) mięśni kosztem mózgu.

Kraków święcił wówczas swoje gody, bo nigdzie nie było można tak się wypowiedzieć, jak w tej w onym czasie rzeczywistej stolicy Polski, tej politycznie wprawdzie nieistniejącej Polski, ale wspaniałej urny popiołów, które przez długie lata miały się stać najżyźniejszą glebą, na której i wszerz, i w głąb rozrastała się bujnie rdzenna kultura Polski. I to nie mocą twórczych talentów, bo tych było mało, nawet bardzo mało w Krakowie, ale rozmachem młodego, nie twórczego Krakowa, mocą tego bujnego, młodzieńczego entuzjazmu, z jakim się do ostoi swych myśli i pragnień — do „Życia” odnosił.

Bo wśród twórców, bytujących w Krakowie, przerastał wszystkich Wyspiański.

Był tam Maciej Szukiewicz, ale talent jego był wątły, wprawdzie piękny, ale suchotniczą pięknością opadających liści jesiennych drzew; był Edward Leszczyński650 — bardzo wytworny parnasista; był Lucjan Rydel, ulubieniec profesora Tarnowskiego651, jedyny poeta po Asnyku, którego profesor uznawał — Kasprowicz dla niego nie istniał, co najwyżej jako bluźnierca i wywrotowiec; nadziejnie zapowiadał się młody Jerzy Żuławski, profesor jakiegoś gimnazjum w Krakowie.

Gdzieś w jakiejś stęchłej piwnicy pisał w bezustannym natchnionym transie Jan August Kisielewski652 swój zdumiewający dramat W sieci, który go tak wyczerpał, że już w Karykaturach i w Sonacie; dają się przykro odczuwać te tragiczne łamania się talentu, którego może tylko na ten jeden dramat: W sieci stać było.

Z Kisielewskim często się spotykałem, ale za każdym razem miałem wrażenie, że chodzi naokoło mnie jak kot wokół gorącej miski. Szukał gwałtownie dostępu do mej duszy — nieufny, niedowierzający, wahał się i łamał w stosunku do mnie. Może i jemu przelatywało przez głowę, że to jakiś „rewizor z Petersburga” do Krakowa zjechał, więc usilnie się starał wybadać, o ile jego podejrzenia się sprawdzą, by mi w danym razie maskę z twarzy zedrzeć i mnie w całej mojej nicości ukazać: ale wszystkie zakusy w tym kierunku widocznie go zawodziły, bo coraz ufniejszym wzrokiem na mnie patrzył, zwłaszcza gdym z niekłamaną radością powitał ten jego kapitalny dramat: W sieci. Z wolna począł mi dowierzać, ale powoli zrodziło się w jego duszy poczucie wyższości, a nawet pragnienie zaopiekowania się mną, bo według jego mniemania grzązłem coraz głębiej w „krakowskim bagienku”.

A rzadko kiedy byłem świadkiem tak bolesnej tragedii, jaką Kisielewski przeżywał. Piszę o nim obszerniej, bo był to, bądź co bądź, artysta zakrojony na wielką miarę, a zamierzenia jego głęboko sięgały.

W tych swoich trzech dramatach, z których W sieci znacznie przewyższa dwa pozostałe: Karykatury i Sonatę, dał nam Kisielewski idealny przekrój ówczesnej umysłowości, pragnień, szamotań się, niemocy i poronionych wysiłków tego młodego Krakowa, w którym i ja żyłem. Ile ja tych „szalonych Julek” widziałem naokoło, a ile tych Jurków, tego autoportretu Kisielewskiego, tylko bez jego talentu.

Teatr Bałuckiego z jego niesłychanie figlarnym, przeraźliwie głupim i tak przeraźliwie śmiesznym Krakowem, że wszystkie witkiewiczowskie „bebechy” się trzęsły od śmiechu na widok tych wszystkich panów radców i tych bajecznych „Fikalskich”, gdzieś się nagle zapodział, na widowni ukazał się nagle ten nowy, młody Kraków — ale jakiś bardzo smutny, posępny, prawie że tragiczny tą swoją wewnętrzną szarpaniną, jałową a bolesną tęsknotą za czymś wielkim, za życiem, w którym by można nadmiar kipiących, ale niestety nietwórczych sił wyładować, ten Kraków kiepskiego fin de siècle, lichego blichtru wiedeńskiej secesji i altenbergowskiego snobizmu, a równocześnie bohaterskich wysiłków, by się z „sieci” starego Krakowa wyzwolić.

Gdyby tak głębiej spojrzeć, to można by się jednak głęboko zamyślić nad tragicznym losem tych właśnie, którzy usiłowali Kraków odtworzyć: Bałucki poszedł na Błonia jakiegoś poranku i samobójczą śmiercią życie zakończył, a mózg Kisielewskiego, obłędem spowity, daremnie się wysilał w męczeńskiej, jałowej pracy, by wtargnąć w to życie, które mu się w dalekiej perspektywie majaczyło: padł na progu twórczości, która Bóg wie jak wielką przyszłość obiecywała.

Po długich, długich latach miałem go jeszcze spotkać krótko przed jego śmiercią w Monachium. Ale to już była doszczętna ruina i talentu, i człowieka, jakaś bolesna macabre, groteska, ale w całej swej śmieszności tak groźna, że aby ją odtworzyć, na to potrzeba byłoby jakiegoś Dostojewskiego.

A rzadko kiedy miałem przeżyć teatr, jako najoczywistszą rzeczywistość, jak na premierze tego dramatu: W sieci. Dyrektorem teatru krakowskiego był Tadeusz Pawlikowski — polski książę meiningeński, który całą swoją magnacką fortunę poświęcił teatrowi — a zdumiony jestem, że nie napotkałem jeszcze na żadną monografię tego wielkiego pana, któremu teatr polski ma niesłychanie dużo do zawdzięczenia. Odżałować nie mogę, że w Krakowie tak rzadko się z nim stykałem — za dużo było ludzi naokoło niego, którzy na nim żerowali — natomiast zbliżyliśmy się serdecznie do siebie we Lwowie, gdy już ostatkiem grosza gonił. Wspaniałym wystawieniem mego dramatu Odwieczna baśń pożegnał się ze Lwowem. Do samego dna duszy rozgoryczony, widział pewno w tym moim królu, który ciska swoją koronę z ciężką wzgardą motłochowi pod nogi — siebie samego, dlatego dał temu mojemu dramatowi tak wspaniałą oprawę.

W każdym calu pan, ale niezmiernie kapryśny, nieobliczalny w tym fatalnym poczuciu dystansu magnata do aktora, czego mimo wszelkich wysiłków zamaskować nie umiał, zdobył się jednakowoż na wielki czyn. Stworzył zespół aktorów najpierwszorzędniejszej wartości, na jaki tylko wielki magnat nieliczący się z pieniędzmi zdobyć się może.

Nie byłem nigdy żadnym melomanem teatru, rzadko do niego uczęszczałem i to tylko wtedy, gdym przeczuwał, że teatr dać mi coś może. Teatr niemiecki odrzucił mnie od siebie na setkę mil, bliższy był mi już teatr skandynawski z swoją wielką prostotą i naturalnością, ale teatr krakowski był dla mnie zdumieniem.

To była bezwzględna szczerość, gdym pisał o artystach teatru krakowskiego, że w niczym swoim „europejskim” współzawodnikom nie ustępują; przeciwnie, przewyższają ich naturalną inteligencją, subtelnym, wszelkiego szablonu, rutyny i maniery wyzbytym wniknięciem w twórcze zamiary autora.

A rzadko jaki dyrektor teatru rozporządzał tak wspaniałym zespołem aktorów, jak Tadeusz Pawlikowski.

Nieporównany Kazimierz Kamiński653 i Ludwik Solski — para dioskurów, rywalizujących z sobą li tylko potęgą talentu, bo zresztą nic z sobą nie mieli wspólnego. Całkiem inaczej przejawiał się wytworny, niesłychanie wnikliwy artyzm Kamińskiego, który z drobnej, ale bogatej mozaiki gestów, ruchów, paru od niechcenia rzuconych słów, umiał stworzyć jakąś niesłychanie żywą postać, jaką się już po tysiąc razy widziało, a teraz dopiero rozpoznawało jako niezniszczalny, wiecznie trwający typ; na całkiem innym polu harcował niespożyty talent Solskiego — szeroki, wybuchowy — zawsze byłem zdumiony, jak umiał Solski ten swój temperament na uwięzi trzymać i wielki umiar artystyczny zachować.

I był jeszcze jeden: Roman654!

Głęboko utkwił w mej pamięci ten zdumiewający aktor-artysta, który nie wysilał swego mózgu — według Pawlikowskiego ten nieszczęsny mózg bardzo mu przeszkadzał — ale grał intuitywnym mózgiem rdzenia pacierzowego; — nie analizował, nie mędrkował, nie rozszczepiał paździerzy — tylko grał — nie! nie grał, stawał się po prostu tym, kim mu być kazano, i był nim w każdym, najdrobniejszym ruchu, w spojrzeniu, w akcencie słowa, timbre głosu; — miałem wrażenie, że w głowie tego wyjątkowego artysty wcale nietrudno było godzić się jego własnej osobowości z postaciami, które grał. Gdzie się kończył Roman, a gdzie rozpoczynał narzeczony „szalonej Julki”, pewno on sam nie wiedział.

Oczywiście, że teatr Pawlikowskiego zatrudniał jeszcze cały szereg aktorów pomniejszych, wśród których poczesne stanowisko zajmował Węgrzyn655, aleć przecież nie piszę monografii teatru krakowskiego za czasów dyrekcji Pawlikowskiego, chodzi mi tylko o aktorów, którzy złotymi zgłoskami zapisali się na kartkach teatrologii polskiej.

Pawlikowski gorąco zajął się Kisielewskim. Wprawdzie był — jak mi opowiadał — przerażony olbrzymią objętością manuskryptu, z jakim się w jego kancelarii Kisielewski zjawił, i robił mu wyrzuty, że go nie uprzedził, bo byłby mu tragarza przysłał, ale musiał intuitywnie odczuwać, co w tym niepokaźnym człowieczku, który się wcale nie wstydził swych zdartych kamaszy i podartych spodni, tkwiło, bo stało się coś niebywałego: Pawlikowski zasiadł z Kisielewskim do wspólnej pracy — kreślili, kreślili bez końca, aż wreszcie... pozostało jeszcze za dużo — premiera W sieci trwała od siódmej wieczorem do wpół do drugiej w nocy.

Kisielewski mało znał technikę dramatu — z tego jednego dramatu można było spokojnie dwa wykroić — zrozumiał to później i odłączył od W sieciOstatnie spotkanie. Swoją drogą starczyłby ten olbrzymi materiał, nagromadzony w tym jednym dramacie, jeszcze na jakąś świetną tragikomedię krakowskiego mieszczaństwa, przewyższającą o całe niebo krotochwile Bałuckiego, ale mimo tego braku umiaru artystycznego, mimo całego niedołęstwa w robocie samej — mam na myśli piąty czy też szósty akt dramatu w pierwotnej formie, który został ni w pięć, ni w dziewięć, doczepiony do pierwszych czterech, z których najlepiej zbudowany właśnie ten czwarty z wspaniałą perspektywą na tragizm dalszych losów szalonej Julki, przed którymi winna była zapaść kurtyna — zrobił ten dramat ogromne wrażenie. Lwią część powodzenia zawdzięczał Kisielewski wspaniałej obsadzie, jaką dał Pawlikowski temu dramatowi. Dramat ten nie znajdzie już tak łatwo tak wspaniałej szalonej Julki, jaką była Wanda Siemaszkowa — ani takiego Jura, jakim był Solski — a wątpię, czy znajdzie się jakiś wielki Roman, który by mógł odegrać rolę przyszłego męża Julii — na pozór „kretyna” — w środowisku, w jakim Julka poza domem rodzicielskim żyła, prawdopodobnie za takiego uchodził — a w istocie człowieka prostego, o prawdziwej głębi uczuć, takiego, którego by do rany przyłożyć można, który byłby w stanie do Bóg wie jakich poświęceń, ale oczywiście niezdolen, by zaspokoić snobiczną ambicję swej przyszłej żony, która oczywiście swoim kabotynizmem i artystycznymi aspiracjami tego zaciekle w niej zakochanego „kretyna” przerasta.

W sieci było pierwszym dramatem w Polsce, którym by się była mogła Polska przed „Europą” poszczycić — a przecież tak nam strasznie o tę „Europę” chodzi, która ponoć na wszystkie nasze poczynania pilnie spogląda! Gdyby ten dramat był uległ ocenie jakiegoś istotnie twórczego Pawlikowskiego, bo ten wielki magnat, który krakowską sceną rozporządzał, był niestety tylko bardzo szlachetnym, bardzo wytwornym, niezwykle kulturalnym i inteligentnym dyletantem — przekleństwo starych, wymierających rodów — byłby ten dramat stał się jakąś ogromną tragedią niespełnionych pragnień, straszliwych, bo bezcelowych ofiar, rozpaczliwego, nieskończenie bolesnego szamotania się, a szalona Julka stałaby się olbrzymim symbolem tego smutnego, polskiego fin de siècle, z jakim tak dziecinnie i tak boleśnie wtedy kokietowała.

Zresztą nie wiem, czy Kisielewski — wówczas już opętany manią wielkości — byłby się zgodził na tak radykalne obrzezanie swego utworu, a kto wie? Gdyby się był wtedy ktoś znalazł i uświadomił mu zdumiewające majsterstwo Ibsena, który kończy swą tragedię Upiory właśnie wtedy, gdy stokroć razy boleśniejsza tragedia matki Oswalda ma się rozpocząć, tej matki, która — może być, że truje swoje dziecko, a może nie truje, bo na to sił jej nie starczy — może by wtedy Kisielewski poddał surowej rewizji całą postać „szalonej Julki”, niepomiernie ją pogłębił, a w chwili gdy z siebie ofiarę czyni, w chwili najwyższego napięcia, pozostawił nierozwiązanym to wszystko, co ją w jej dalszym życiu oczekuje.

Teraz dopiero: Incipit tragoedia.

Jaką głęboką i wnikliwą inteligencją musi rozporządzać ten wielki aktor — jedyny z tych wielkich, których poznałem, a któremu „myślenie” nie przeszkadza — Kazimierz Kamiński, gdy mi powiedział po przedstawieniu moich dramatów Dla szczęścia i Złote Runo: „To, co w tych dramatach dałeś, najwięcej zaciekawia mnie, żeś poprowadził ludzi na próg, poza którym rozpocznie się dopiero wściekła tragedia — a na tym progu pozostawiłeś ich dalszym losom. Włosy na głowie mi się jeżą z lęku, co poczną po zapadnięciu kurtyny w twoim Złotym runie Julka i Przecławski”.

Barbey d’Aurevilly zarzuca Edgarowi Poe, że niszczy cały niesamowity urok noweli Złoty skarabeusz — w której, jak rzadko w którejkolwiek innej, wywołuje niesłychane napięcie uwagi czytelnika — suchym wytłumaczeniem szyfrowanego pisma, które służy za podstawę, na jakiej ta zdumiewająca nowela zbudowaną została — i ma zupełną rację.

Jeżeli już Poemu chodziło o wytłumaczenie zagadki, to trzeba było to całkiem inaczej zrobić, aniżeli tym fatalnym zakończeniem, które staje się oschłą algebrą ścisłego rozumowania.

Caeterum censeo656: trzeba tam kończyć, gdzie coś straszniejszego ma się rozpocząć.

I znowu powracam do Ibsena — do tego wielkiego budowniczego — bygmester Solness, to tragiczny jego autoportret — i myślę właśnie o tym, jakie olbrzymie wrażenie zrobił na mnie jego dramat Upiory, to było moje pierwsze zetknięcie się z Ibsenem — a miałem podówczas 18 czy też 19 lat.

Zaproszony przez mego profesora rysunków w Wągrowcu — bardzo mi życzliwego i oddanego Neumana, do jego rodzinnej wsi poza Puckiem, opodal wybrzeża Bałtyku, udałem się w tę podróż, połączoną z znaczną mitręgą, bo ustawicznie trzeba się było przesiadać.

W Bydgoszczy musiałem czekać na pociąg do Gdańska dwie godziny, i na dworcu kupiłem sobie za 20 fenigów Ibsena Gespenster w niemieckim wydaniu Reclama. Podczas tej podróży, w której poznałem morze, poznałem Ibsena.

Wchłonąłem w siebie ten dramat, do dna mej duszy mną wstrząsnął, chociaż dokładnie nie mogłem sobie zdawać sprawy, o co w tym dramacie chodzi; ale dziwna rzecz, do dziś dnia całkiem dla mnie niepojęta budowa tego dramatu całkiem mnie nie zastanowiła, choć poonczas była niesłychaną rewelacją — potwierdziła tylko we mnie przeświadczenie, które już dawno w sobie nosiłem, że tak, a nie inaczej trzeba się zabrać do budowy dramatu. — Można powiedzieć o moim pierwszym dramacie Dla szczęścia cokolwiek kto zechce, ale budowa tego młodzieńczego pierwszego dramatu mojego zdumiewa mnie czasami — kiedy jestem odrobinę łaskaw na siebie samego — prostotą, logiką, niemal antyczną surowością.

Swoją drogą pokutowała we mnie Moira i Ananke Ajschylosa i Sofoklesa — raz po raz zagościł w mej duszy któryś z dramaturgów niemieckich: Grabbe, Kleist, Zacharias Werner, ale oni wszyscy budować nie umieli, a dziwne, że bezustannie wczytywałem się w Szekspira, podziwiałem go i ubóstwiałem niemal, ale żadnego śladu z niego na twórczości mej nie pozostało.

Z rozmaitych débacle657, jakich mnóstwo mnie w moim życiu spotykało, zdołałem uratować jedną relikwię — podarunek, który otrzymałem na imieniny, gdym miał lat piętnaście: Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare, wydanie ilustrowane, ozdobione 545 drzeworytami, rysunkami H.C. Solonsa, w przekładach Koźmiana, J. Paszkowskiego i L. Urlicha, pod redakcją J.I. Kraszewskiego (Warszawa 1875).

Zdaje się, że to to samo wydanie, o którym Boy w jednej z swoich recenzji z przedstawienia Szekspira prawie że z miłosnym roztkliwieniem opowiada. I z tą samą miłością biorę raz po raz jeden tom po drugim — a jest ich trzy — do ręki, a przed „oczyma mej duszy” przesuwają się te chłopięce niemal lata, kiedy zaszczepiałem miłość do Szekspira w duszy moich kolegów, rozdawałem między nich role i tak wspólnie go czytywaliśmy w wolnych popołudniowych godzinach.

I właśnie w tym czasie zjechała do Torunia, gdzie uczęszczałem do gimnazjum, jakaś niemiecka prowincjonalna trupa aktorska.

Chyłkiem, po kryjomu dostałem się do teatru za te parę marek, które mi rodzice na podróż do domu przysłali — było to krótko przed wielkanocnymi wakacjami — i odebrałem tak wstrząsające wrażenie, które mógłbym tylko porównać z tym ogromnym wstrząsem, jakiego doznał bohater noweli starego, węgierskiego pisarza Gynalysa — czytelnikom moim radzę przeczytać tę piękną nowelę: Opowiadanie komedianta, gdy się po raz pierwszy dostał do teatru. I ja wtedy po raz pierwszy ujrzałem scenę jako jakieś zdumiewające objawienie, a tak się złożyło, że w tym wędrującym teatrze grano Hamleta i Otella. Próżno bym się silił na odtworzenie — chociażby w drobnej części — tego olbrzymiego wrażenia, jakiegom doznał, gdym te dwa, w czytaniu doskonale znane mi dramaty, ujrzał na scenie! Majaczy mi się jakiś młody aktor, który te role odtwarzał — ale nie! to nie majaczenie: tak mi się wżarł w pamięć, że często widuję go jak na jawie: — nogi pode mną zadygotały, gdym go dzień potem ujrzał na ulicy, wydał mi się jakimś niedostępnym półbogiem, a musiał zauważyć moje wzruszenie, bo chwilę przystanął i obejrzał się za mną. Ten bezmiar szczęścia, jaki wtedy uczułem! I wtedy to postanowiłem zostać aktorem, ale zakusy w tym kierunku rychło mi z głowy wywietrzały — pozostało tylko silne poczucie sceny i tego wszystkiego, co z nią związane. Często zasię trapią mnie ciężkie sny, w których mam grać role w moich własnych dramatach. Budzę się wtedy w przerażeniu, bo jednego słowa nie pamiętam z żadnej roli, którą mi grać kazano.

Całkiem inne role były mi na scenie własnego życia wyznaczone, wobec których tragizm sceniczny mógłby się wydać niemal — farsą...

Wciąż i wciąż te dywagacje, ale w żaden sposób nie mogę ich uniknąć wobec tego ogromnego natłoku materiału, który mi pamięć rozsadza.

Pocieszam się tylko, że to, co zwykłego czytelnika znużyć może, stanie się ważne i ciekawe dla psychologa, który się rozgląda w ciemnej dżungli duszy twórczej — uniknie wtedy tych potwornych nieporozumień, jakie między moim tworem a społeczeństwem moi „krytycy” — oni jedynie — wywołali. A przecież tak łatwo było się porozumieć przy odrobinie dobrej woli.

Ale cóż?! Wszystkiemu na przeszkodzie stał ten straszliwy rozgłos naokoło mego nazwiska i to jego osławienie, które mnie do ostatniej rozpaczy doprowadziło.

To jedynie stało się przyczyną, żem niezadługo znalazł się w przykrym osamotnieniu.

Jakżeż można było dziwić się tej istotnej Młodej Polsce, jaką wtedy stanowili Żeromski, Tetmajer, Sieroszewski, Reymont, że nie chcieli figurować przy rydwanie, na jakim spoczywał „rewizor z Petersburga” — Przybyszewski? Paru tylko artystów było na to stać, by uśmiechać się na tę harlekinadę, jaka się wokół mnie odbywała, i zrozumieć całą powagę moich zamierzeń: Miriam, Lange, Kasprowicz.

Przez cały czas, gdym „Życie” prowadził, pozostawałem w korespondencji z Miriamem, który wówczas przebywał w Paryżu. Dawał mi niezmiernie cenne wskazówki i rady, a jego krytyczne uwagi były mi częstokroć wytyczną w mej pracy redakcyjnej. Lange dał do „Życia” wspaniałe tłumaczenie Flauberta Kuszenie Świętego Antoniego, a gdyby „Życie” nic innego nie było pomieściło prócz trzech potężnych hymnów Kasprowicza: Dies irae, Salome, Święty Boże, Święty Mocny, już tym samym byłoby zadokumentowało rację swego istnienia.

Jedna rzecz tylko ciężko mnie rozgoryczała: to absolutny brak solidarności moich braci po piórze. Gdy mi policja krakowska jeden numer „Życia” po drugim konfiskowała, nikt się jednym słowem nie odezwał, a rok przedtem brałem przecież udział w zbiorowym proteście najpoważniejszych pisarzy niemieckich, kiedy cenzura berlińska skonfiskowała jeden poemat Dehmla.

W całej prasie polskiej nie doznałem żadnego poparcia — może jedyny Matuszewski658 starał się mnie osłaniać swym niezbyt bogatym płaszczem krytycznej powagi, bo i jego szarpano za doskonałe jego studium: Słowacki i nowa sztuka; byle jaki chłystek, zasiadający przy biurku redakcyjnym jakiegoś wpływowego dziennika, mógł wylewać i wylewał całymi garncami pomyje na „Życie”, a ośmielał ich do tych wściekłych inwektyw, brudnych i ordynarnych napaści brak chociażby najmniejszej solidarności, poczucia jakiejkolwiek łączności, bratniej przynależności do tego samego cechu („cech” w świętym i tajemnym znaczeniu, jakie miał w średniowieczu) ze strony tych artystów, których głos mógłby mieć doniosłe znaczenie.

Ja zdołałem się rychło z tym oswoić — jak się oswaja żołnierz z „huraganowym ogniem” — siedziałem przecież przez parę lat w strzeleckich rowach na niemieckim froncie, gdzie mnie też nie oszczędzano, ale mojemu współredaktorowi, Stanisławowi Wyrzykowskiemu, żółć się przelała, gdy w odezwie od redakcji pisał659:

Nie mamy powodu skarżyć się na obojętność. Chyba o żadnym piśmie polskim tyle nie mówiono i nie pisano, co o „Życiu”. Znikczemniałe lub głupie dziennikarstwo rzuciło się na „Życie” z niesłychaną zaciekłością... nie ma występku, o który by nas nie posądzano, nie ma oszczerstwa i potwarzy, której by na nas nie rzucano, a nad naszymi głowami rozpasała się burza głupoty i nienawiści...

Wprawdzie odgraża się Wyrzykowski w tej odezwie, że „tej najemnej sforze, temu plugastwu, co plącze się nam u stóp, odpowiemy — kopnięciem nogi”, ale okazało się, że ta sfora silniejsza była od „Życia”; by móc taką walkę skutecznie podjąć, na to trzeba według słynnego orzeczenia Montecuculi660: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy.

To, co Wyrzykowski mógł łożyć na „Życie” — z najwyższym uznaniem wypada mi podkreślić jego bezinteresowną ofiarność, jego fanatyczne ukochanie sztuki, dla której byłby gotów w danym razie wszystko poświęcić (jak małym i błahym był wobec tego ten zatarg, który nas rozłączył!) — nie mogło na długo starczyć, bo Wyrzykowski nie był oględnym gospodarzem, gdy o „Życie” chodziło; ale w miarę, jak już pismo dochodziło do tej wyżyny, że mogłoby się już zrównać z jakimkolwiek europejskim pismem, poświęconym wyłącznie tylko literaturze, topniały środki, a bezustanne konfiskaty wszechmocnej cenzury krakowskiej, rozwydrzonej poczuciem, że nikt w obronie „Życia” nie stanie, przegryzały młode korzenie, jakimi — jakby się na początku było zdawało — „Życie” w duchową potrzebę społeczeństwa wrastać poczęło. Środki Wyrzykowskiego się wyczerpały i niezadługo nuciłem sobie, przechadzając się po Plantach, strasznie smutną i melancholijną piosenkę, której się matka moja od niemieckich koleżanek nauczyła, gdy kończyła pensję w niemieckim poonczas Toruniu:

Verlassen, Verlassen

Verlassen bin I’,

Wie der Stein auf den Strassen

Verlassen bin I’...661

Byłem wtedy w istocie fatalnie opuszczony, ale agonia „Życia” miała się jeszcze przez długie miesiące przedłużyć.

Kiedy już miała po ustąpieniu z redakcji Stanisława Wyrzykowskiego dokonać się likwidacja „Życia”, zjawił się u mnie nagle młody człowiek, Wacław Jaroszewski, ponoć student medycyny, a równocześnie dziedzic jakiegoś majątku w Kalwarii pod Krakowem, i oświadczył mi, że to on właśnie nabył „Życie” od Wyrzykowskiego i zamierza je nadal prowadzić.

Dziwna rzecz, jak mało o tym człowieku wiem, mimo że był to jeden z najciekawszych, jakich w Krakowie poznałem. Nie miał żadnych aspiracji artystycznych — ani nie pisał, ani malował, ani rzeźbił — wiecznie się uśmiechał jakimś pobłażliwym, wszystko rozumiejącym uśmiechem i na wszystko mówił, zamiast „tak” — „tek”.

Do dziś dnia nie wiem, co go skłoniło do kupna doszczętnie już bankrutującego „Życia”. Może je sobie ukochał. Bóg go sam wie, co się kryło poza tym jego „tek” — może jakaś pańska fantazja przyszła mu do głowy, gdy się o drugiej po południu obudził, bo rychlej nie wstawał. Raz go we śnie widziałem: przegrał w karty cały majątek — poszedł do ogrodu i obwiesił się, ale z monoklem w oku i papierosem w ustach. Zawsze był w pełnej pańskiej, nonszalanckiej formie, a gdy raz mu ktoś bardzo dokuczył, podszedł do niego i po głębokim namyśle powiedział: „Tek! — po długiej chwili: — Tek! — a potem już z smutną melancholią: — Właściwie powinien bym pana wyrżnąć w pysk, ale to już lepiej tak załatwić” — i rzucił mu na stół swoją kartę662.

Na szczęście skończył się pojedynek bezkrwawo i „Życie” miało znowu byt zabezpieczony — wprawdzie tylko na parę miesięcy, ale to umożliwiło „Życiu” gloriosus skon — właśnie w najpełniejszym „artystycznym” rozwoju, bo materialna podstawa już dawno skruszała.

A był to ciężki czas — w którym trzeba było spać i być z kamienia, by mieć odrobinę spokoju: w swoim pięknym studium, pomieszczonym w ostatnich numerach „Życia”, pisze Artur Górski663:

Włodzimierz Tetmajer jest wielkim artystą. Ale w Polsce jest przekleństwem być wielkim artystą. W Polsce kwitnie bujnie rodzaj półartystów. W drugiej połowie można być kuglarzem, handlarzem, czym kto chce, można być wreszcie bezmyślnym. Ale biada tym, co szukają dróg nowych, dróg własnych, co wzięli w siebie ducha czasów przyszłych i tęsknotę za pięknem, które jest oczekiwaniem dusz królewskich i proroczych.

W trakcie pisania tych moich „pamiętników” wczytuję się w to z takim trudem zdobyte „Życie” przez cały czas mojej redakcji; i właśnie natrafiłem na jeden ustęp mego własnego artykułu O nową sztukę664, który prawie to samo wyraża, co ten wytworny, absolutnie niezależny ode mnie krytyk-poeta powiedział.

Długie moje wywody w sprawie „nowej” sztuki kończę trochę emfatycznym, jak mi się dziś wydaje, ustępem:

Więc nie niszczymy, ale budujemy, rozszerzamy, pragniemy doskonalenia się istoty ludzkiej przez coraz szersze i głębsze uświadomienie się duszy ludzkiej.

(Zawsze pojmowałem sztukę jako samouświadomienie się człowieka w najtajniejszej swej głębi — bo „Sztuka jest jedynym objawieniem Duszy” — powinien bym był jeszcze dodać „i Religia”, ale te dwa pojęcia nierozerwalnie łączyły się z sobą — w mej duszy przynajmniej, o czym w dalszym ciągu pomówię.)

Więc czegóż nas błotem obrzucacie (wołam zrozpaczony), czemu tamujecie nam drogi w naszych wysiłkach, w naszej znojnej pracy?

Szliście szerokim, bitym, złotym piaskiem usypanym i prostym jak wyciągnięta struna gościńcem. Bo czego potrzebowaliście w waszej sztuce? dobrych oczu, notatek z natury, chwytanej na gorącym uczynku, lepszych lub gorszych spostrzeżeń — nature vue à travers le tempérament665 (!) — a nawet bez temperamentu można się było obejść, bo „temperament” i „fantazja” to tylko krokwie, jakimi artysta się posługuje, gdy go „ścisła obserwacja” zawiedzie — dlatego w waszej sztuce roi się od „talentów”.

(Cała dotychczasowa sztuka — sztuka realistyczna — jest bezdrożem duszy! Tym wyznaniem sam sobie nogę podstawiłem.)

Nędzny to zarzut, że na naszej drodze tak ich mało.

Bo nasza droga to wąziutka drożyna w przepaściach, w bezsłonecznych głębiach: trzeba się wsłuchiwać w zaledwie posłyszalny szelest, wpatrywać się bezustannie w zaledwie uchwytny przebłysk — toteż idziemy niemal na oślep, błąkamy się, jeden krok naprzód kosztuje nas kilka wstecz, boć torujemy nowe ścieżynki — a to strasznie trudna rzecz.

(Po trzydziestu latach: Nie trzeba mi było pisać, że na „naszej” drodze tych talentów tak mało — naokoło „Życia” było ich mało, bo „gruby zwierz”, jakby Irzykowski powiedział, idzie w pojedynkę. A ja wokół siebie miałem garstkę talentów, które dopiero później miały wyróść z pieluch, jednakże nieraz zabłąkał się do „Życia” ten najszlachetniejszy zwierz — jakiś olbrzymi, potężny żubr, który już tak gwałtownie wymiera: Kasprowicz i Wyspiański).

Ale dla tego „grubego zwierza” trzeba było drogi prostować; kto wie, jakby się obecnie stan naszego piśmiennictwa przedstawiał, gdyby — nie ja; „Życie” stało się dla tego zastępu Winkelriedem.

Toteż to głębokie i szczere przeświadczenie mej misji wypowiedziałem w końcowych zdaniach:

Nikt z nas nie powiedział o sobie, że stworzył coś skończonego — to tylko Wy macie waszych ogólnie zaaprobowanych geniuszów — naszym pragnieniem, naszą tęsknotą, to tylko: być Janem Chrzcicielem dla Tego, który przyjdzie — dla Potężnego, dla Mocnego, dla Nieśmiertelnego: Geniusza, w którym się Absolut objawi.

A ten mój Absolut, który niemiłosiernie wykpiwali warszawscy pozytywiści?!

Najprostsza rzecz w świecie:

Dusza jest Absolutem, a drobniuteńkim jej przejawem — to: „świadome” Ja.

Cała zaś tęsknota ludzka, dążenia do „ideału”, pragnienie doskonalenia się, to była właśnie tęsknota za uświadomieniem sobie coraz to nowych, coraz dalszych obszarów tego bezmiaru, w jakim absolutna Dusza bytuje.

Tak! Poza ciasnym kółkiem świadomych stanów naszego biednego „Ja” jest ocean wewnętrzny, morze tajni i zagadek, kędy się wichrzą dziwaczne burze, są tam kryjówki sezamu, pełne nieprzebranych skarbów i cudów, i rzeczy w słowach nieujętych.

O tym wszystkim mówił już na długo przede mną Miriam, ale mówił do muru z najtwardszego granitu — tragedią Miriama było to, że przyszedł zbyt wcześnie — byłem o tyle od niego szczęśliwszy (!), że natrafiłem przynajmniej na garść ludzi, którzy byli w stanie zastanowić się nad tym, co się im do uszu „szepcze”, bo ta garść ludzi tylko na szept jest wrażliwa.

Tragedią zaś moją było to, żem pragnął — malgré tout666 — tę wiedzę do głuchych uszu wtrąbić.

A mam przeświadczenie, że byłbym znalazł posłuch u społeczeństwa samego, gdyby mi nie był stanął na mojej drodze srogi, żelazny mąż, o „miedzianym” czole, który mnie od niego odgradzał.

Nie takich twórców, jak ja, spychał z drogi, na której artysta do społeczeństwa dostać się może — całkiem innych, o całe niebo wyższych ode mnie zdołał powalić tuż-tuż na progu.

A imię tego srogiego męża, to ON!

Ale to już całkiem inny ON, jak ten, o którym mówiłem, gdym żałował młodzieńczego wyzwiska: „Mydlarze!”.

To nie ten krytyk, chociażby i najzacofańszy, i najwięcej nienawistny wróg wszelkiego rozwoju, przeważnie obarczony ciężką chorobą, jaką jest neofobia — lęk i wstręt przed wszystkim, co by go mogło chociaż na chwilę wytrącić z ścieżki szerokiej i wygodnej, na jakiej pierwsze kroki stawiał, gdy wreszcie „ryczkować” zaprzestał; to nie ten wróg, który z otwartą przyłbicą walczy — ten ON jest bezimienny, bo jest zbiorową potęgą, rozporządzającą całą armią „nieznanych” i bezimiennych — nie żołnierzy, ale — piratów.

To „piąte mocarstwo”, którym włada ten ukryty — ON — to prasa, obsługiwana przeważnie przez rozmaitych wykolejeńców, dyszących zazdrosną nienawiścią ku wszystkim, którzy ich choćby o głowę przerastają.

I cała ta armia otrąbiła na rozkaz tej ukrytej potęgi — żadną inną nazwą określić nie mogę, jak tylko tym przydomkiem „ON” — generalny szturm na okopy tej biednej twierdzy, której tak rozpacznie broniłem.

Wokół rozwył się ogień huraganowy — a arsenał moich wrogów był bardzo, bardzo bogaty, a najskuteczniejszą broń do tego arsenału dostarczałem ja sam.

A trzeba wiedzieć, że prawie wszystkie pociski tych ciężkokalibrowych dział, jakimi ON kierował, były wymierzone już nie w „Życie” samo, ale we mnie, bo już od dawna identyfikowano „Życie” ze mną do tego stopnia, żem rozpaczliwie bronić się musiał przed tym chytrym i przebiegłym manewrem, który całą Młodą Polskę ode mnie i „Życia” odstręczał, bo już nie było mowy o „Życiu”, tylko o Przybyszewskim.

I właśnie w tym czasie, kiedy z wolna mnie coraz złośliwsze liany najpotworniejszych legend spowijać i dusić poczęły, przeżyłem najgłębsze wstrząśnienie całego mego życia: podczas mego pobytu we Lwowie, dokąd zostałem zaproszony na odczyt, poznałem moją obecną żonę Jadwigę, z którą niezadługo srebrne gody święcić będę, a której ciężką tragedią stało się to, że była żoną Kasprowicza, a jej tragedia stała się i moją w szerszych jeszcze rozmiarach, boć to na mnie były wówczas zwrócone oczy całej Polski.

Zarzekałem się w pierwszym tomie Moich współczesnych, że o tyle tylko będę o moim osobistym życiu pisał, o ile ono będzie zawierało jakieś twórcze pierwiastki, a właśnie w tym moim przeżyciu, jak może w żadnym innym, dokonało się i dokonać się musiało to, co zewnętrzne życie twórcy daje jako istotną podwalinę do jego tworu.

Pisałem swego czasu:

Nie czepiajcie się z taką brutalną nachalnością mnie jako człowieka i sposobu mego życia; każdy artysta jest podwójną istotą: metafizyczną, a więc tą, która tworzy — i tą osobistą, która tej pierwszej jest narzędziem. Wszelakie osobiste cierpienia, wszelakie szały i bóle stwarza w artyście owa metafizyczna istota, by z nich czerpać świeże natchnienie, gwałtowny pochop do tworu. Artysta żyje nie tak, jak chce, ale tak, jak ta wieczna, metafizyczna istota w nim go urabia.

I otóż ta utajona, metafizyczna, twórcza istota we mnie sprzęgła mnie od pierwszej chwili nieprzezwyciężalną siłą miłości z tą właśnie kobietą, którą niepojęte wyroki Tego, z którym twórca „był i jest przed początkiem”, wplotła już przedtem w koło przeznaczeń Kasprowicza.

Ciężki grad kamieni niechlujnego i fałszywego oburzenia spadł — może tylko w kilku wypadkach było szczere ze strony krótkowidzących ludzi, którzy nawet przeczuć nie mogli, czym się miało stać to przeżycie dla Kasprowicza w jego tworze, który teraz dopiero niesłychanym napięciem bólu osobistego miał się wyolbrzymić do potęgi, jaka jego Hymny rozpiera — i nade mną oberwała się ta sama chmura kamiennego gradu — już nie na twórcę, ale na Judasza!

I jaki ten szał prześladowania, który do dziś dnia jeszcze — mimo całego zadośćuczynienia, jakie się społeczeństwu dało, bo wiąże mnie z moją żoną i ślub cywilny, i od 1 sierpnia 1925 roku — ślub w kościele katolickim — nam spokoju nie daje — och! jaki maluśki, marny i obłudny!

Cóż winna moja żona, że ukochała twór potężnego artysty, a z nim jako z mężczyzną zróść się nie mogła? W chwilach wolnych od tak ludzkiego, zbyt ludzkiego rozgoryczenia, przyznawał Kasprowicz, że nikt go tak głęboko nie rozumiał, jak właśnie ta, ta wyklęta, ta poza nawias społeczeństwa wyrzucona; a świadectwem jego wielkiej i wdzięcznej duszy to właśnie, że nigdy jej pamięci nie poniewierał i dzieciom na oścież dostęp do matki otworzył.

Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć: nie piszę tu jakiegoś peanu na cześć mej żony, raczej tej męczeńskiej ofiary, jaką jej zasię Przeznaczenie kazało złożyć z swego życia, by ten metafizyczny, twórczy, nigdy niesyty Moloch w duszy każdego twórcy mógł być zaspokojony.

I nie znam w całej wszechświatowej literaturze jednego wypadku, w którym by jedna i ta sama kobieta odegrała tak ważką rolę w życiu dwóch, wprawdzie bardzo spokrewnionych, a równocześnie całkiem sobie obcych artystów.

I dla jednego i drugiego stała się męczeńską glebą, na której równocześnie z głębokich podziemi bólu wyrwała się straszna pięść, Bogu grożąca w przebolesnym hymnie: Święty Boże, Święty Mocny — kiedy w tym samym czasie odbywała się na niej rozpaczna msza miłości, taka pełna bezdennego smutku, pozaświatowych upojeń i bolesnego przeświadczenia o tym, co jest najstraszniejsze w życiu: świadomość potępienia! — Kto wie, czy książka moja W godzinie cudu nie jest moją najgłębszą?

Potępienie?!

Któż dziś coś o nim wie — to pojęcie całkiem wykreślone z słownika tak zw. „powojennego życia”, w którym ponoć ciężkie ongiś zbrodnie dziś dansingową zabawką — sumienie pęcherzyną, którą się kotu do ogona przywiązuje i bawi się wściekłymi skokami zwierzęcia, co chce się jej pozbyć, bo człowiek dawno się już wyzbył — ale był czas, kiedy ta straszliwa świadomość potępienia ryła głębokie bruzdy na czole, śmiech u ust spłaszczała, a oczom nie pozwoliła się do snu kleić.

Świętokradztwem byłoby mierzyć tę miłość, która żonę moją za nawias społeczeństwa wyrzuciła, a mnie ciężkim przekleństwem obarczyła, bynajmniej nie Kasprowicza, bo umiał się ukorzyć przed wyrokami Tego, z którym „przed początkiem” bytował, ale przekleństwem haniebnej obłudy społeczeństwa, które toleruje nawet najhaniebniejsze zbrodnie, byleby się tylko bez publicznego rozgłosu obeszło — świętokradztwem, powtarzam, gdyby i nadal jeszcze miano tę wielką tragedię miłości mierzyć miarą dobrotliwą, wyrozumiałą, wspomagającą, jaką się teraz przykłada do bezliku rozwiedzionych małżeństw!

To było całkiem coś innego — coś, co dla współczesnego człowieka niełatwe jest do pojęcia, a może nawet całkiem niezrozumiałe:

W tej mojej nagłej, nieprzezwyciężalnej miłości ku tej kobiecie, która była żoną nie przyjaciela, bo z Kasprowiczem nie łączyło mnie nic więcej, jak tylko wspólnota tej samej ziemi, która nas zrodziła, tkwiło coś innego, jak zwykły samczy pociąg: znalazłem dopełnienie tego, za czym ta metafizyczna, twórcza istota we mnie tak długo daremnie tęskniła.

A teraz już nie mówię o żonie — mówię o tym męczeństwie, może być: cięższym i boleśniejszym dla duszy twórcy, w każdym razie potępieńczym męczeństwie, które było konieczne, by mogły się na świat cały rozkrzyczeć przebolesne Hymny Kasprowicza i tym męczeństwie ze mną, wyklętym, przez wszystkich opuszczonym, a przy którym ona jedna tylko wytrwała, tym wyklinanym, ośmieszanym poéte maudit, który całymi garściami czerpał z jej bogatej duszy.

Aż nadto dobrze wiem, co mam jej do zawdzięczenia, gdym budował to najistotniejsze, com stworzył — dramaty moje.

Pełno jest kobiet, które się kręcą, plątają w życiu twórców, ale o żadnej nie będzie można powiedzieć tego, co mogę z najgłębszą powagą powiedzieć — nie o mej żonie, bo w tym wypadku osobiste stosunki żadnej roli nie odgrywają — ale o tej, która mocą swej inteligencji, zdumiewającej intuicji tak poważnie zaważyła na szali twórczości zarówno Kasprowicza, jak mojej. I ta spotwarzana, wyklęta może mieć tylko jedną wielką satysfakcję: bogactwo szali jednego i drugiego, której się dotknęła, pomnożyło się w dziesięcioraki sposób.