XIV
W domu Oli Hanssona byłem stałym gościem — bynajmniej nie natrętem — przeciwnie: gdym przez jakie parę tygodni nie mógł do Friedrichshagen jechać, przysyłał Ola Hansson serdeczne do mnie zaproszenia.
A bezustannie była mowa o Strindbergu...
Zanim go poznałem, już Laura Hansson-Marholm opowiadała mi o nim tysiące szczegółów, pokazywała dziesiątki fotografii Strindberga z najrozmaitszych faz jego życia i spowiadała się z pierwszych wrażeń, gdy Strindberga poznała.
Było to, kiedy właśnie wyszła za mąż za Olinkę i spędzali miodowe miesiące nad brzegiem morza, w całkiem nieznanej i przez nikogo nieodwiedzanej zapadłej miejscowości. Pojawił się wówczas entuzjastyczny artykuł Hanssona o Strindbergu, któremu właśnie niedawno wytoczono proces o „szerzenie niemoralności”, a z którego jednak Strindberg wyszedł obronną ręką, mimo że, jak później twierdził, nikt nic podobnie brutalnego nie napisał nad jego dwa tomy Giftas (historie małżeństwa).
Strindberg był wtedy bohaterem dnia, młodzież go ubóstwiała, na rękach wyniosła go z sali posiedzeń, gdy go ostatecznie uwolniono, rozrywano go na wszystkie strony; ale Strindberg — tysiąc razy więcej342 zmęczony swoimi przeżyciami małżeńskimi aniżeli tym procesem, który mu nawet pomógł rozluźnić doszczętnie więzy, jakie go z jego pierwszą żoną łączyły — zapowiedział Hanssonowi swój przyjazd do tej miejscowości, w której Hansson przebywał.
Hansson już dawniej znał Strindberga, a mimo że go entuzjastycznie uwielbiał, nie był ślepy na jego małostkową próżność.
— Jak wyjdziemy mu naprzeciw na stację — tak pouczał Olinka Laurę — daj mu od razu poznać, że jest w twoich oczach czymś wyjątkowym, wybiegającym daleko poza wszelką normę ludzką, a wtedy zyskasz jego przyjaźń.
Pani Laura nie potrzebowała zresztą żadnej komedii odgrywać (już w Kopenhadze, gdzie się nią zaciekły jej późniejszy wróg, Jerzy Brandes, gorąco zajmował, ubóstwiała Strindberga); toteż Strindberg, przyjęty przez Hanssonów gdyby jakiś udzielny książę — pani Laura nie śmiała się w jego obecności odzywać — przylgnął podczas parotygodniowego pobytu u Hanssonów serdeczną przyjaźnią, o ile był w ogóle w stanie być komuś przyjacielem, do Oli Hanssona; tym więcej, że żona jego, pani Laura, umiała swoim niezrównanym taktem i istotnie zdumiewającą znajomością duszy ludzkiej uśpić w Strindbergu jego chorobliwą nienawiść ku kobiecie, mimo to, że lepiej od niego, obarczonego 90% kobiecości, nie znał nikt kobiety.
Hansson musiał z Szwecji uciekać, bo i jemu groził proces o „szerzenie niemoralności”, kiedy był napisał swój niezrównany zbiór nowel: Sensitiva amorosa i Parias; przebywał jakiś czas w Paryżu, zaczem osiadł wreszcie w Friedrichshagen, gdzie do tego stopnia panowało ubóstwianie wszystkiego, co z Skandynawii pochodziło, że niemieccy autorzy, by być czytani, posługiwali się skandynawskimi pseudonimami.
Ola Hansson pozostawał ustawicznie w bardzo ożywionej korespondencji z Strindbergiem, ale niczym te skargi i żale na nędzny los artysty, jakie roztaczał Liliencron w swoich listach do Dehmla, wobec listów, jakie Hansson otrzymywał od Strindberga.
Strindberg, ten wielki Strindberg, ubóstwiany przez Młode Niemcy — biedniutki był późniejszy kult dla Oskara Wilde’a wobec tego, jakim się Strindberg w Niemczech cieszył — znalazł się po długiej włóczędze po Szwajcarii i Francji w własnej ojczyźnie w najfatalniejszym położeniu.
Wskutek swego skandalicznego procesu, mimo że ukończył się jego uwolnieniem, stracił Strindberg swego dotychczasowego nakładcę (tych kilku innych, jacy jeszcze istnieli, lękali się wydawać jego pisma, a zresztą nie było tak dalece co wydawać, bo Strindberg był wtedy dotknięty rodzajem umysłowej parezy343 — ciężkie familijne przejścia sparaliżowały na jakiś czas jego mózg, a twórcza ta niemoc miała trwać przez jakieś dziesięć lat); wpadł w ręce lichwiarzy, a ponieważ nie był w stanie nawet procentów opłacać, zafantowano mu jego bardzo cenną bibliotekę i sprzedano w końcu za bezcen: zaledwie zdołał uratować listy i swój olbrzymi niebieski worek, z którego potem czerpał materiały do swych „niebieskich ksiąg”, a które pojawiły się dopiero pod koniec jego życia.
Wreszcie nadszedł tak alarmujący list, że Ola Hansson postanowił go bądź co bądź za wszelką cenę z tego piekła — ojczyzny wyratować.
W tej akcji ratunkowej brała Laura Marholm gorący udział, a posądzam panią Laurę, że czyniła to nie z zbytniej miłości do Strindberga, ale pewno w głównej mierze, by pomścić swego męża, z którym Szwecja haniebnie się obeszła, i skompromitować wobec Europy Szwecję, która pozwalała najlepszym swym synom ginąć z nędzy.
I ona inspirowała artykuł, jaki Ola pomieścił w „Zukunft”, pełen goryczy, a nawet nienawiści zaciśniętych zębów ku tej obżartej chamskiej Szwecji, która zna tylko jedną religię: kramarstwo, i jedną mszę, jaką żarliwie uprawia: żarcie!
Trochę było w tym racji, bom w żadnym kościele nie widział tak skupionego nabożeństwa, z jakim Szwedzi w restauracjach obiad spożywają. Odważy się ktoś głośniej mówić albo — co gorsze jeszcze — rozśmiać się, a wywoła bezwarunkowo milczący, ale tym dosadniejszy protest najgłębszego oburzenia.
Z listu Strindberga przytoczył parę najjaskrawszych zdań, które swoją drogą trąciły już wtedy manią prześladowczą, o czym Ola Hansson niebawem miał się przekonać, a zakończył trochę emfatycznym wykrzykiem, który miał się potem ciężko na nim pomścić, bo już raz na zawsze zamknął sobie drogę do swej ojczyzny:
„Otóż jak Szwecja obchodzi się z swymi największymi synami!”
Artykuł ten wywołał niesłychane oburzenie w Szwecji, stanowisko Strindberga znacznie się jeszcze w jego ojczyźnie pogorszyło, a głębokie współczucie w Niemczech nie na wiele mu się zdało.
Współczuć, a pomóc! Jaka olbrzymia przepaść dzieli te dwa pojęcia!
Hansson wyświadczył Strindbergowi niedźwiedzią przysługę, mimo najszlachetniejszych pragnień, bo był głęboko przeświadczony, że teraz posypią się tysiące z kieszeni Niemców, ubóstwiających Strindberga: nadzieja ta doszczętnie zawiodła, a teraz już uniemożliwiła wprost dalszy pobyt Strindberga w Szwecji.
Hansson pociągnął konsekwencję: — A więc dobrze, to ja sam Strindberga zaproszę do siebie, niech u mnie zostanie, jak długo chce, a w Niemczech ostatecznie znajdzie dostatnie utrzymanie.
O ten piękny, ten bezdennie naiwny Olinka!
Nigdy nie wiedział, z czym ma się liczyć, bo pani Laura nie chciała mu zaprzątać głowy troskami materialnymi i Ola nie wiedział, że Laura biedoliła i trapiła się po nocach, jakim cudem wytrwa dwustu markami przez cały miesiąc, a tu Ola sprasza na gwałt Strindberga.
— Sigismund August, helfen Sie344! — i schwyciła mnie za rękę, ciężko stroskana. (Co w jej mózgu skojarzyło Zygmunta Augusta ze mną, pewno sama nie wiedziała.)
I istotnie znalazłem radę — poszedłem do dra Ascha, który w zażyłych stosunkach żył z Maksymilianem Hardenem345, wydawcą „Zukunft” i wielkim wielbicielem Strindberga, ten zaś miał w wszystkich kołach niesłychanie rozległe stosunki. Jak się to wszystko stało, nie wiem, dość że już na drugi dzień dr Asch wręczył Hanssonowi 600 marek, który, rozpromieniony i szczęśliwy, wysłał je telegraficznie Strindbergowi.
Za tydzień — było to już późną jesienią — przyjechał, z małym kufereczkiem z bielizną i z swym „zielonym workiem”, w jednym ubraniu i to mocno podniszczonym, ten wielki, podówczas czterdziestopięcioletni Strindberg do Berlina.
Po moim powrocie do Polski pisano tyle niestworzonych rzeczy o wpływie Strindberga na mnie, że nieraz byłem rzetelnie zdumiony, bo nie byłem pewien, czy krytycy moi czytali w ogóle jakiś Strindberga lub mój utwór.
Nie ma chyba tak ogromnej różnicy między tworem dwóch artystów, jak między tworem Strindberga a moim. Może jakaś wspólność istniała — i to krótki czas — ale odnosiła się tylko do metod używania środków artystycznych. On i ja posługiwaliśmy się — on stale, ja przejściowo — wiedzą przyrodniczą w obrazowaniu, sposobem ujęcia przedmiotów w metaforach, ale to wszystko. Łączyła nas poza tym odwaga wypowiedzenia rzeczy, których przedtem nie ośmielał się nikt wypowiedzieć; tylko każdy z nas inaczej to wypowiadał: Strindberg z niesłychaną, częstokroć nawet brutalną zajadłością — ja szukałem zawsze dla tego, co miałem do powiedzenia, jakiegoś metafizycznego podkładu; a niczego tak Strindberg nienawidził, jak metafizyki!
Jak często kończyły się nasze rozmowy niechętnym rozcięciem rozprawy kategorycznym oświadczeniem Strindberga:
— To metafizyka, tego nie rozumiem!
Swoją drogą miałem dla Strindberga niezmierną cześć i wielki szacunek — niesłychanie wysoko stawiałem jego dramaty: Ojca, Hrabiankę Julię, Wierzycieli; przedmowę do jednoaktówki Comtesse Julie uważam w dziedzinie dramatu za coś iście przełomowego, a powieść jego Nad otwartym morzem cenię dotychczas jako jedną z najlepszych powieści w ogóle, nie tylko szwedzkich, ale ogólnie europejskich.
Nie potrzeba było sugestii tego uwielbienia, jakim Młode Niemcy darzyły poonczas Strindberga, bym go stawiał na tym piedestale, na jakim dla mnie istniał; byłem jak najzupełniej i wtedy, i teraz świadom jego wielkości, ale między nim a mną zionęła cała przepaść, a przede wszystkim w zagadnieniu stosunku kobiety do mężczyzny.
Dla mnie kwestia ta: mężczyzna i kobieta, to jedna i ta sama rzecz, tylko inaczej spolaryzowana; ujemnie czy dodatnio, kto to rozstrzygnąć może?
Strindberg popełnił ten sam błąd, który kilkanaście lat po nim miał Weininger346 popełnić: mierzył kobietę miarą mężczyzny, a do dwóch różnych, diamentralnie różnych rzeczy nie można ani nie wolno jednego i tego samego łokcia przykładać.
Ile razy stawiam sobie to pytanie, czy Strindberg popełnił błąd, nasuwa mi się przypuszczenie, że musiał go popełnić: Strindberg mierzył kobietę miarą kobiety — a gdyby to już nie zakrawało na jakiś dziki paradoks, to gotów jestem twierdzić, że Strindberg, w którym tkwiło co najmniej 90% kobiecości, męskiej miary w ocenianiu kobiety mieć nie mógł — swoją drogą żaden mężczyzna nie jest w stanie ocenić, czy miara Strindberga jest sprawiedliwa lub nie, tę kwestię kobieta tylko ocenić i sprawdzić może.
Mężczyzna inaczej patrzy na kobietę jak Strindberg i nie jest w stanie sprawdzić, czy kobieta tak wygląda, jak ją Strindberg przedstawia, ale możliwe, że jedyny, w najwyższym stopniu „genialny” umysł „kobiety”, jaki dla mnie przedstawia umysł Strindberga — całą bolesną prawdę wyłowić zdołał.
Tylko kobieta umie tak kobietę nienawidzić jak Strindberg, a może i dla żadnej kobiety nie był tak znienawidzony typ mężczyzny, który Strindberg nazywał gynolatrem, jak właśnie dla niego.
Dla mnie było zagadnienie mężczyzna — kobieta prostą, choć niezmiernie głęboką kwestią biologiczną, i to nas różniło: kategoryczność kobieca w Strindbergu domagała się gwałtownie, bym szedł jego śladami. A to już nie było dla mnie możliwe, bom nie mógł sobie stawić tak śmiesznego pytania, czy kobieta jest wyższym typem człowieka od mężczyzny, czy też niższym. Dla mnie to pytanie oczywiście istnieć nie mogło: jako mężczyzna nie mogę ani nie jestem w stanie w jakiśkolwiek etyczny czy też jakiśkolwiek inny sposób wartościować kobiety jako takiej, bo jest czymś diametralnie [innym,] poniekąd innym stworzeniem ode mnie — ani niższa, ani wyższa, tylko inna.
Zdumiewające, że z większą może nienawiścią, jaką Strindberg zionął ku kobiecie, pieniła się Gabriela Zapolska przeciwko mężczyźnie.
Niech się to wyda groteskowo paradoksalne, co śmiem teraz powiedzieć, ale od tej myśli odczepić się nie mogę: z tą samą furią, zaciekłością, z jaką Strindberg szalał przeciwko kobiecie w sobie, znęcała się Zapolska nad mężczyzną w sobie.
Dałem tylko krańcowe przykłady (przecież mnie nikt chyba nie posądzi, bym miał równać Strindberga z Zapolską jako artystów) — przykłady, jak mści się w duszy artysty nadmiar kobiecości lub na odwrót: w duszy artystki nadmiar męskiego pierwiastku.
W normalnych warunkach nigdy kobieta nic wiedzieć nie może o mężczyźnie ani mężczyzna o kobiecie — wszystko, co kobieta pisze o mężczyźnie, jest prostą, przeważnie niesłychanie śmieszną fikcją, a to, co mężczyzna pisze o kobiecie, to również fikcją: tak wygląda kobieta w jego duszy, kobieta przez niego stworzona, z morskiej piany najgłębszych pokładów oceanicznych głębi jego duszy wyłaniająca się Wenus — nic więcej.
Między kobietą a mężczyzną nie ma i nie może być żadnego pomostu — prócz miłości.
Nienawiść z jednej lub drugiej strony, to obłąkany „Tamas” hinduskiej filozofii, który naszym życiem rządzi i każe nam dwie całkiem nierównomierne wielkości jednym i tym samym głupim łokciem mierzyć.
Och, jak rozkosznie rzechocze matka nędznego bytu ludzkiego, straszna Maja347, gdy patrzy na tę oszalałą, rozbestwioną walkę między samcem a samicą — to by jeszcze nie było najgorsze — ale: między wrzekomo „wiedzącym” mężczyzną, a — risum teneatis348 — „równouprawnienia” żądną niewiastą!
Ha, ha, ha!
Mężczyzna, prócz Strindberga i Weiningera, dawno już zrozumiał, że istnieje inna miara wartościowania dla kobiety i całkiem inna dla mężczyzny.
Obłędną fikcję „równouprawnienia” otrzymuje się tylko wtedy, jeżeli wyrzuci się poza nawias całe życie, a więc różnicę płci. Bo tylko wtedy, jeżeli się płeć wyeliminuje i poczyna się myśleć abstrakcyjnie, zapomina się o tym, że prawa podtrzymania bytu ludzkiego narzuciły całkiem inne obowiązki i cnoty kobiecie, a całkiem inne mężczyźnie.
Jaka śmieszna megalomania — a taką opętana li tylko bezpłodna lub bezpłciowa kobieta (das dritte Geschlecht349 — nazywa Niemiec wzgardliwie tego rodzaju bastarda) — chcieć przełamać jedno z najwięcej „żelaznych” praw natury; i jaki brak poczucia własnej godności i własnego majestatu, boć przecież bez najwznioślejszej funkcji kobiety, najszlachetniejszego jej dostojeństwa i najboleśniejszej ofiary: macierzyństwa — życie istnieć by przestało.
I Strindberg nie był w stanie — w tym tkwi tak na wskroś kobieca kategoryczność jego sądów — pojąć, że kolubrynę, którą mierzył w kobietę, wymierzył przeciwko samemu sobie.
Poczynanie jego to samo, co poczynanie zaciekłej sufrażystki, kiedy mężczyznę mierzy miarą kobiety.
Emancypantka czy sufrażystka, każde wszelakiego rodzaju virago350, uznaje jednakowoż mężczyznę jako tego, który nie tylko prawa, ale i wszystkie wartości stanowi, i walczy o te prawa i te wartości mężczyzny, zamiast stanowić własne, odrębne prawa i odrębne wartości — i w tym uznaje wyższość mężczyzny nad sobą. Istotny mężczyzna nie przeszkadzał nigdy kobiecie, by sobie te prawa stanowiła, przeciwnie: aż nadto miała kobieta czasu i swobody w kuchni, by odkryć prawa chemiczne i poznać potęgę pary, i nie jego wina, jeżeli kobieta tego dokonać nie zdołała, ani ją o tą niezdolność nie wini; li tylko mężczyzna, w którym tkwi przeważający procent kobiecości, wypowiedział walkę kobiecie na tej samej zasadzie: uznaje potęgę i moc kobiety, i niebezpieczeństwo, które mu z tej strony grozić może. A zatem: im więcej kobietę nienawidzi i zwalcza, tym większą potęgę jej przyznaje.
Fatalny błąd, jaki popełnił Strindberg, a raczej wskutek swej organizacji popełnić musiał, to właśnie to, że uznawał w kobiecie wroga, silniejszego czy słabszego — mniejsza o to — w każdym razie równomiernego wroga, bo przykładał do niego całkiem fałszywą miarę — miarę mężczyzny.
Nieraz wprost „babska” kategoryczność sądów Strindberga uniemożliwiała spokojną dyskusję na ten temat. Hansson, jako myśliciel nieporównanie głębszy od Strindberga, ośmielił mu się sprzeciwić i to od razu wszczepiło się ostrym klinem w ich dotychczas gorącą przyjaźń.
Strindberg nie znosił żadnego sprzeciwu: ktokolwiek ośmielił mu się oponować, stawał się w jego oczach śmiesznym gynolatrą (gyne = kobieta i latren = ubóstwiać), a nie zdawał sobie sprawy — on właśnie, bezustannie w coraz to nowe związki małżeńskie wstępujący — jak ośmieszał się swoim mizogynizmem351.
Nie zapomnę, gdym go po raz pierwszy ujrzał: na wysokim, rosłym, bardzo tęgim korpusie osadzona była głowa o małej twarzy i ogromnym sklepieniu czaszki. W twarzy uderzały przede wszystkim małe, pełne usta, skrojone całkiem jak u kobiety, i tak dziwnie złożone, że zdawały się bezustannie gwizdać. Pod krótkim, małym nosem sterczały małe, po szwedzku à la Gustaw Waza przycięte wąsiki; wzwyż rozszerzała się ta mała twarz, ozdobiona z jednej i drugiej strony małymi i delikatnymi konchami uszu, całkiem jak u kobiety; pod pięknym łukiem zakreślonymi brwiami osadzone były oczy, tak dziwnie zmienne, że barwy ich nie sposób było określić, a tak wymowne, że patrząc w nie, można było w tej chwili w nich wyczytać, co się w jego duszy działo.
Cała twarz nikła wobec nieustosunkowanego ogromu czaszki, pokrytej gęstym, wijącym się a miękkim gąszczem włosów, bezustannie przeczesywanym grzebieniem, który zawsze nosił przy sobie. A dziwny był objaw, gdy grzebieniem przez nie przejeżdżał — dokładnie słyszeć było można elektryczne objawy trzeszczenia, a w ciemności włos jego fosforyzował jak u kota, gdy się w ciemności trze jego sierść.
Przy ogromnym korpusie zdumiewały małe i prawie pulchne ręce o krótkich palcach i małe stopy, z których był bardzo dumny i z nich wywodził swoje arystokratyczne pochodzenie; i z nich, i z braku wszelakiego owłosienia na ciele wywnioskowywał wyższość rasy, z jakiej pochodził, co mu nie przeszkadzało twierdzić, że matką jego była jakaś hamburska Żydówka.
Na razie zapowiadało się wszystko bardzo pięknie. Podniecona, serdeczna harmonia. Byliśmy wtedy, onego pierwszego wieczoru, w pięciu: dr Asch, wierny i nieodstępny Asch, pisarz szwedzki Adolf Paul352 — na gwałt chciał uchodzić za Finlandczyka, mimo że jednego słowa fińskiego nie znał, Hanssonowie i ja.
Strindberg wydawał się szczęśliwy; twierdził, że do samego Hamburga był strzeżony przez detektywów, a ochłonął dopiero w Berlinie, gdzie go już opuścić musieli; mówił dużo, z początku łamaną niemczyzną, ale w miarę, jakeśmy poczęli pić — a piło się u Hanssonów tylko toddy (szklanka wpół na wpół gorącej wody z koniakiem lub whisky) — rozwiązywał mu się język, a po dziesiątym toddy mówił już czystym literackim językiem niemieckim.
Mówił przez cały wieczór: olśniewał nas zdumiewającymi paradoksami; w podziw wprawiał teoriami naukowymi, wywracającymi na ręby dotychczasowe poglądy naukowe, a istotnie rozporządzał rozległą wiedzą przyrodniczą; pogardliwie potrącał o literaturę — jednego tylko uznawał: Balzaka i poniekąd Zolę; opowiadał o swoich przejściach życiowych z taką szczerością i taką bezwzględną otwartością, żeśmy mimo woli spoglądali zażenowani po sobie; a w końcu — było to już nad ranem — schwycił za gitarę, z którą się nigdy nie rozstawał, i śpiewał, stojąc na jednej nodze, sromotnie sprośne i (dziwna rzecz, przypominały mi się kujawiaki) przeraźliwie smutne studenckie piosenki szwedzkie.
Po raz pierwszy dowiedziałem się od niego, że najulubieńszym narodowym tańcem szwedzkim to taniec „polska” — dziwaczne i skojarzenie mazurka z polką.
Umiał być Strindberg — nie umiał, bo nigdy nad sobą nie panował ani opanować siebie nie był w stanie — ale bywał Strindberg niezmiernie zajmujący; rozrzucał naokoło pełnymi garściami wprost skarby ciekawych spostrzeżeń, zdumiewających kojarzeń; niewyczerpana jego, niesłychanie bujna fantazja wytwarzała między najprostszymi rzeczami związki, które swą głębią zastanawiały; ale jednakoż nigdy nie można się było pozbyć przykrego uczucia jakiejś niesamowitości w tych wszystkich fajerwerkach i fanalach353 jego myślenia.
Podłoże jego myślenia, wszystkich jego uczuć, było przepojone jakąś chorą nienawiścią — w całym jego tworze nie znajdziesz miłości — nienawiścią chorego człowieka, cierpiącego na manię prześladowczą. A właśnie ta mania, która miała parę lat później przetworzyć się w delirie maniackie, już się teraz na dobre poczęła rozgaszczać w jego mózgu.
Toteż pierwotna harmonia, jaka łączyła Strindberga z domem Hanssonów, już po paru tygodniach została zamglona i zatruta obłędną podejrzliwością Strindberga. Mózg jego zaczął chorobliwie pracować: zapomniał o rozpaczliwych listach, jakie pisywał do Oli Hanssona, i począł go podejrzewać, że Hansson, sprowadzając go do Niemiec, jego — wielkiego i słynnego człowieka — pragnął w jego cieniu wyrosnąć również na rozgłośnego artystę. Zapomniał o tym, że listy Nietzschego, który także do niego pisywał, kiedy już jego mózg był obłędem spowity, pozostawił bratu swojemu w Sztokholmie do przechowania, a teraz, kiedy ich odnaleźć nie mógł, posądzał Laurę Marholm, że mu je skradła. Całą tę akcję ratunkową, którą wywołał rozpaczliwym wołaniem o pomoc, uznał teraz za niecną intrygę, by go uniemożliwić w jego ojczyźnie; Hansson, który raz po raz ośmielał się być innego zdania aniżeli on, wydał mu się bardzo podejrzanym intrygantem, a panią Laurę uważał za detektywa, który go dniem i nocą śledzi, by wydostać z niego najgłębsze jego tajemnice i opublikować je w skandynawskiej prasie.
A ja byłem bezustannym świadkiem tych chorobliwych przeobrażeń w mózgu Strindberga — codziennie prawie wzywał mnie do siebie — i znalazłem się w fatalnym położeniu.
Sprzeciwić się w czymkolwiek Strindbergowi znaczyło ściągnąć na siebie gorącą jego nienawiść — Strindberg był geniuszem nienawiści — z drugiej strony bolały mnie insynuacje i podejrzenia, uporczywie skierowywane w stronę Hanssonów. Pod pozorem nawału pracy usunąłem się przez czas jakiś od Strindberga i Hanssona, ale nie minęło dwóch tygodni354, gdy nagle rychłym rankiem zjawił się Strindberg w moim mieszkaniu, tym razem już bez kuferka, tylko z swoją zieloną torbą pod pachą.
— Wyzwoliłem się! — i wyczerpany padł na stołek.
Zerwał się w nocy, bo był przekonany, że Laura Marholm czyha na jego życie, pobiegł na dworzec i pierwszym pociągiem przyjechał da Berlina — do mnie.
Trzeba było Strindberga ratować: cały jego majątek wynosił coś około 50 fenigów.
Rozpoczęła się nowa, uciążliwsza jeszcze akcja ratunkowa; pobiegłem do Ascha, ale dr Asch, który na równi ze mną cenił i kochał Hanssona, był oburzony już od dawna, że Strindberg w ten dziwny sposób Hanssonowi się wywdzięczał, więc kosztowało to dużo zachodu i przekonywań, by go wprost zniewolić do przyjścia z pomocą.
W końcu utworzyło się całe konsorcjum, które przejęło na siebie obowiązek utrzymania Strindberga. I ciekawe! — Sami Żydzi: Seligsohnowie, Kantorowicze, Förtnerowie, familia Aschów i Goldbergów. Trzech tylko Aryjczyków wstąpiło do tego konsorcjum: jeden — biedak, który ledwie koniec z końcem mógł związać, Ryszard Dehmel; drugi — genialny lekarz chirurg, którego wszystkie dochody pochłaniały jego wynalazki, Ludwig Schleich, późniejszy słynny profesor chirurgii na uniwersytecie berlińskim; no i ja, który pomóc nie mogłem, natomiast wszystkie siły wytężałem, by coś dla Strindberga wyżebrać.
I to znamienne:
Strindberg był zdumiony, że nagle został otoczony opieką Żydów — kto ich zebrał? Przybyszewski — aha! Rok później, kiedy zapłonął do mnie — Bóg wie, z jakich powodów — zaciekłą nienawiścią, jął rozpisywać do moich znajomych, że jestem Żydem, a ojciec mój kierownikiem żydowskiego kahału!!
Na razie został byt Strindberga całkiem zabezpieczony. Wynajęło mu się ładny pokoik w małym hoteliku na cichej uliczce, ślepej bocznicy przy Unter den Linden, kupiło mu się ubranie i co najpotrzebniejszego z bielizny, jako lokaj nastręczył mu się ów już wspomniany fińsko-szwedzki pisarz, Adolf Paul, który, załatwiając rzekomo interesy Strindberga, załatwiał swoje własne — a był to okres, w którym Paul rozpaczliwie dobijał się o jakieś stanowisko w literaturze niemieckiej; co tydzień przychodził jakiś Seligsohn i załatwiał rachunki w hotelu, które często gęsto nadmiernie urastały — Strindberg niczego sobie nie odmawiał. W międzyczasie wynalazł sobie Strindberg w pobliżu mało co uczęszczaną winiarenkę, która niedługo miała się stać najsłynniejszym, a raczej najwięcej osławionym lokalem bohemy — wcale nie niemieckiej, bo tę nie było stać na wino, ale skandynawskiej — Zum schwarzen Ferkel (Pod czarnym prosiakiem).
Cała ta winiarenka składała się z dwóch małych pokoików przedzielonych ciasnym szynkwasem, w którym piętrzyły się flaszki najprzeróżniejszych trunków — pokoików tak małych, że zaledwie 20 osób od razu w nich pomieścić się mogło, a po szóstej po południu nie można było 10 centymetrów miejsca znaleźć, tak była przepełniona, i to od czasu, kiedy Strindberg począł w tej winiarni stale przesiadywać.
Wieść o tym szybko się rozniosła w kolonii skandynawskiej, a nie było wśród niej nikogo, który by nie zapragnął zapoznać się z Strindbergiem albo odświeżyć dawną z nim znajomość.
Artysta skandynawski tym się odznacza, że wszędzie mu dobrze, tylko nie w domu; dopóki młody oczywiście, bo na starość wraca do domu albo z zagranicznym patentem, że jest istotnie przez Europę uznanym artystą, a bez tego patentu Skandynawia artysty nie uznaje — tout comme chez nous355 — albo też z ciężkim rozgoryczeniem, jeżeli tego patentu nie otrzymał. Toteż Berlin roił się od skandynawskich artystów, którzy w dalszej podróży do Paryża i Włoch zwykle o Berlin zaczepiali, a często w nim i na dłuższy czas utknęli.
Artyście skandynawskiemu nietrudno było z swej, na razie wprost znienawidzonej, ojczyzny wyfrunąć. Każdy z nich pobierał na mocy uchwały Stortingu356 tak w Krystianii, jak w Kopenhadze stałą pensję miesięczną, która pozwalała mu na wygodny trzechletni pobyt za granicą.
Toteż prawie wszyscy artyści przebywali przez całą zimę przeważnie za granicą — w Berlinie, Monachium, Paryżu, Florencji, Rzymie; a w każdym z tych miast tworzyli całkiem odrębną bohemę — bohemę poniekąd contradictio in adiecto357 — bo ta bohema rozporządzała środkami pieniężnymi, a jeżeli ich nie miała, to nietrudno jej było je zdobyć, bo ojczyzna — Hinterland — nigdy o nich w razie potrzeby nie zapominała.
Och! to była inna bohema jak358 ta nasza berlińska.
Nasze sympozje składały się z paru flaszek piwa, flaszki „Nordhäusera”, trochę Aufschnittu359, który każdy przynosił ze sobą, o ile go na to starczyło; a bywało, żeśmy w ośmiu lub nawet w dziesięcioro ludzi nie zdołali zebrać ani jednego talara, a oni pili burgundzkie wina — chambertina przede wszystkim, pijali bardzo często szampana, a jadali ostrygi i homary.
Gospodarz „Czarnego prosiaka” kłaniał się do nóg członkowi skandynawskiej bohemy, a z pogardą patrzył, gdy który z nas do jego winiarni się zabłąkał.
Już po krótkim czasie jął się pychą rozdymać — zardzewiałe żelazne obręcze, na których ów czarny prosiak wisiał, wymienił na srebrne, a w wszystkich pismach ogłaszał, że lokal jego to rendez-vous-ort360 najwybitniejszych skandynawskich artystów.
I nie było w tym w istocie żadnej blagi.
Naokoło Strindberga i jego nieodstępnego famulusa, Adolfa Paula, gromadziło się całe artystyczne ver sacrum361, jakie Skandynawia, wierna starym tradycjom Wikingów, zagranicy dostarczała.
Przez całą zimę przebywał tam słynny malarz norweski, Christian Krohg, który wraz z Hansem Jaegerem stworzyli piekielnie ponurą i tragiczną bohemę norweską w Krystianii; przebywała tam żona Krohga, heroina powieści Jaegera, tak bezwstydnie rewelacyjnej, że jakiś krytyk w Kopenhadze, który się o niej rozpisał, dostał trzy miesiące więzienia; a przebywała — co kraj, to obyczaj — nie w towarzystwie swego męża, ale zawsze razem z nieodstępnym Gunnarem Heibergiem362, twórcą dramatu, którego by się Oscar Wilde nie był powstydził, Balkon (drukowałem go swego czasu w „Życiu” krakowskim). Wysiadywał w „Czarnym prosiaku” finlandzki pisarz, wytworny pan, ale mierny artysta, Tavastsjerna, wraz z swoją żoną, która daremnie szturmowała scenę niemiecką, a niefortunny jej występ w Pannie Julii Strindberga stał się dla niej lasciate ogni speranza... Przy wąskim stoliku rozpościerał się wielki malarz norweski Fritz Thaulow363, przypominający żywo objętością swoich rozmiarów naszego Stanisławskiego364, którego zresztą łączyły potem przyjazne stosunki z Thaulowem w Paryżu. Nad wszystkimi górował duński pisarz, Holger Drachmann, tak podobny do szwedzkiego króla Oskara II, że podobno raz się odwach zamku berlińskiego pomylił i powitał go wszystkimi bębenkami, jakimi się tylko Jego Majestat wita. Naprzeciw siadywał słynny malarz szwedzki, Liljeforss365, który fanatycznie Strindberga uwielbiał, a ten nie raczył nawet na niego spojrzeć. Gdzieś w kącie dumał nad szklanką whisky wielki wizjoner Edward Munch, a tyłem do wszystkich obrócony siedział Gabriel Finne366, jeden z najzdolniejszych młodych pisarzy norweskich, i żuł bezustannie prymkę.
I tak pili jedną, dwie godziny w zadumie; rzadko kiedy padło jakieś słowo: niechętne i żółcią zaprawione — zdumiewające, jak się ci ludzie wszyscy wzajem nie lubili — potem rozmowa zaczęła się ożywiać, sądy w przykry sposób ścierać, ukryte nienawiści wychodziły na jaw, z początku urywanie, krótko i ostrojęzycznie, raz po raz wybuchiwały367 swarne kłótnie, uspokajane i łagodzone przez trzeźwiejszych kompanów, a potem znowu nagłe jakieś wybuchy i niesmaczne awantury.
A za każdym razem miałem to distinct wrażenie, że to aura Strindberga w ten sposób na obecnych oddziaływa. Gdziekolwiek Strindberg się pojawił, rozpoczynały się niesnaski, a gniew i gorycz, dawno zapomniane urazy się odnawiały, a zabliźnione rany na nowo jęły krwią broczyć.
Byłem świadkiem kilku ordynarnych scen wśród zresztą dość spokojnie żyjącego małżeństwa, wywołanych prawie że tylko obecnością Strindberga, bo prócz kilku brutalnych słów, które w kipiący war ich nagłej kłótni rzucił, nie zauważyłem żadnego innego podjudzania.
Pewno, że gdybym zamierzał napisać zbiór jak najautentyczniejszych anegdot o Strindbergu, książka moja całkiem inaczej mogłaby zaspokoić ciekawość moich czytelników i całkiem ich inaczej zająć, ale już od samego początku nakreśliłem program całego tego mego „pamiętnika”: to nie zbiór anegdot, ale wierny obraz prądów, jakim podlegałem, a zasię innych, które bez najmniejszego śladu przez moją duszę się przewaliły, to znowu takich, których i nawet odczuć nie mogłem, bo brakowało mi odpowiedniego zmysłu.
Zbyt silny był we mnie mężczyzna, by móc rozumieć albo nawet i odczuć mizogynizm Strindberga dla kobiety; zbyt silnie odczuwałem dystans, jaki Bóg-Natura wytworzyła między psychą mężczyzny a kobiety, by ją za to znienawidzić, co ostatecznie może jest jej najwyższą cnotą i jedyną możnością dopełnienia zakonu, aby „rodu ludzkiemu końca nie było”; a gdym kiedyś publicznie powiedział, że po mej śmierci kobiety winny z wdzięczności trumnę moją na swych ramionach ponieść do grobu, cały świat niewieści moim słowom z uniesieniem przyklasnął.
I cały sposób myślenia Strindberga i mój był diametralnie przeciwny. O ile między Olą Hanssonem, swoją drogą jednym z najsubtelniejszych i najgłębszych myślicieli, jakich w artystycznym świecie skandynawskim poznałem, a mną istniała czasami nawet zadziwiająca harmonia i zbieżność poglądów na świat i życie — nie pomnę, byśmy kiedyś na przeciwnych biegunach stanęli — o tyle niemożliwe było dla mnie bliższe zetknięcie się duchowe z Strindbergiem.
Strindberg opozycji nie znosił — sposób jego myślenia był na wskroś absolutystyczny, dogmatyczny, wyłączający wszelką względność — co on pomyślał, co on powiedział, musiało być bezwzględnie prawdą, a jego autos epha368 rozstrzygało każdą kwestię. Absolutystyczny, na wskroś kobiecy jego umysł nie był prawie zdolny do oderwanego, metafizycznego myślenia, toteż moje wywody przerywał zwykle znudzonym i niechętnym: „Das ist Metaphysik! Davon will ich nichts wissen!369”.
Niczym tak nie pogardzał, jak „metafizyką”, a wszystko, co wybiegało poza grubo materialistyczną wiedzę, było metafizyką.
Cały jego późniejszy twór, w którym można by się dopatrzyć jakiegoś przejścia przez Inferno370, by drogą Damaszku dotrzeć do Swedenborga371, nie zmyli tego, który wie, do jakiego stopnia Strindberg nie był zdolny pojąć najprymitywniejszych zasadniczych podstaw mistycyzmu.
W mistycyzmie obchodziły go jedynie zewnętrzne objawy, których nie był w stanie w jakiśkolwiek sposób mózgowymi teoriami sobie wytłumaczyć, a jednakoż był zmuszony w nie wierzyć — przerażoną, wylęknioną, do obłędu przesądną wiarą kobiety.
A przykro się na mnie odbiło, żem pragnął go z „czarną magią” zapoznać, oczywiście teoretycznie tylko.
Opowiadałem mu dużo o magicznym działaniu na dystans — już wtedy zająłem się gorąco okultystyczną nauką — mówiłem mu, jak za pomocą woskowych figurek ludzie średniowiecza zabijali swoich wrogów — a właśnie poonczas dowodził słynny Rochas możność tego rodzaju envoûtement372 — opowiadałem mu o nieznanych całkiem „odylicznych” prądach, które mogą znienawidzoną ofiarę do najstraszliwszych męczarni doprowadzić, a jeżeli jakiś czytelnik jest ciekaw, jaki wpływ miały te moje opowiadania parę lat później na Strindberga wywrzeć, to niech sobie przeczyta w Inferno te straszliwe tortury, które mu nieobecny, czarny mag Popowski, mieszkający w Berlinie, zadaje na jego łożu choroby w Paryżu.
Czas wreszcie uporać się z tą głupią, plotkarską legendą, a zarazem z uporczywą plotką, jakobym cały mój czas wysiadywał w „Czarnym prosiaku”.
Przeciwnie, gdym już na razie zabezpieczył byt Strindbergowi i byłem przeświadczony, że co tydzień jakiś Seligsohn popłaci wszystkie jego rachunki w hotelu przez niego zamieszkanym, całkiem się usunąłem; chociażby już dlatego, że nie stać mnie było na wino, a poza tym pochłaniała cały mój czas praca redakcyjna w „Gazecie Robotniczej” — przygotowanie polskiej klasy robotniczej do wyborów do Sejmu, które już za parę miesięcy odbyć się miały; nie mówiąc już o tym, żem poonczas sposobił do druku pierwszy mój — w całym tego słowa znaczeniu — utwór literacki Totenmesse, a głównie trawiła mnie namiętność zbierania znaczków pocztowych.
Teraz już rzadko i coraz rzadziej spotykałem się z Strindbergiem, aż nagle otrzymałem depeszę z Weimaru, aby go ratować, bo dostał się w straszliwe położenie.
Z ciężkim trudem zebrałem pieniądze — między innymi sypnął hojnym groszem poczciwy młodziutki Teodor Toeplitz, student politechniki w Charlottenburgu — pojechałem do Weimaru, by wykupić Strindberga z istotnie rozpaczliwego położenia.
Strindberg w tych czasach, w których go nie widywałem, zaawanturował się po oną wiosnę z paru niewiastami.
Zaręczył się z córką szef-redaktora „Neue Freie Presse”, panną Uhl. W międzyczasie, kiedy przyszła jego żona wyjechała do Wiednia, by powiadomić rodziców o tej niesłychanej zdobyczy, zakochał się w Norweżce, która przyjechała właśnie na studia muzyczne do Berlina, pannie Dagny Juell373, do tego stopnia, że niepomny swych zaręczyn z panną Uhl proponował pannie Juell małżeństwo; a gdy mu ta ostatnia zwróciła uwagę, że przecież mógłby być jej ojcem, zapałał ciężką nienawiścią ku kobiecie, która go się w ten sposób znieważyć ośmieliła; zwrócił wszystkie swoje wiośniane afekty ku finlandzkiej aktorce, której mąż poówczas przebywał w Weimarze, a za którą pogonił do tego nieszczęsnego Weimaru; miejsca, w którym przeżyłem jedno z najtragiczniejszych wrażeń mego życia.
Po raz pierwszy i po raz ostatni ujrzałem w Weimarze, na werandzie małej willi, Nietzschego, którego siostra jego Elżbieta dzień w dzień wywoziła na wózku na platformę werandy — och! jakie to było bolesne: miało się wrażenie, że ten nieszczęsny geniusz miał stanowić nową atrakcję Weimaru!
Straszny to był widok:
Jakby się jakaś potężna a święta katedra gotycka była zawaliła — przeolbrzymia ruina i dreszczem ogromu przeszywające gruzy!
Oczy, oślepłe na to głupie zewnątrz, wjamiły się, zda się, w inny świat — w tę wieczność, którą tak ukochał; uszy ogłuchły na rastaqueryzm Wagnerowskiego Parsifala, a poiły się wiecznością Szopenowskiej Barkaroli; głuchy był na słowo ludzkie, bo nie było nikogo, z kim by mógł się porozumieć; jego metasłowo: dźwięk, barwa, linia, monarszy gest, z tak niesłychaną wspaniałością przejawiający się w Antychryście, jego słowo, jakieś niesłychane poprzez wszystkie oktawy nawet i fortepianu szopenowskiego przelewające się arpeggio, musiało być z natury rzeczy dla nikogo zrozumiałym — więc zamilkł!
Miałem wrażenie, że umyślnie zaślepł, umyślnie ogłuchł, aby raz wreszcie pozbyć się tej ohydnej, głupiej „jawy” i móc poślubić tę jedyną swoją kochankę, z którą pragnął mieć dziecko: Wieczność!
Nie noch sah ich ein Weib, von dem ich Kinder haben mochte, es sei denn Du — oh, Ewigkeit!
Nietzsche chory — Nietzsche obłąkany?!
He, he! Głupie brednie!
To właśnie ten wielki, ten wyzwolony Nietzsche, ten w swoim ogromie pokorniuteńki Nietzsche — ten piccolo santo, który tam, rozparty w głębokim krześle, za żywa wgłębiał się w uroczyska tajemnic Wieczności.
Stałem jak zagwożdżony w ziemię, sięgnąłem po kapelusz, a przecież go już dawno trzymałem w ręku, a równocześnie uczułem wstyd, jakbym obnażał jakąś wielką świętość, i poszedłem — nie! powlokłem się do hotelu, w którym Strindberg zamieszkał.
I Strindberg wrócił do Berlina.
Oczekiwała go panna Uhl, która niezadługo miała się stać jego prawą małżonką. Stół był uwieńczony festonami kwiatów, na stole wszystko, w czym Strindberg smakował, i tak skończyła się szczęśliwie dla niego ta weimarska eskapada.
Parę tygodni później odprowadzałem nowożeńców na dworzec, ponieważ młodej małżonce wręczyłem bukiet kwiatów, pożegnał mnie Strindberg komplementem: „Du bist ein Gentleman”.
Dopiero po wyjeździe Strindberga z Berlina wraz z jego małżonką, panną Uhl, miałem poznać dziwnym wypadkiem moją pierwszą żonę: Dagny Juell.
Tak wygląda w świetle bezwzględnej prawdy cała, po całej Polsce i Niemczech kolportowana legenda o moim uwodzeniu „żony” Strindberga.
Nieskończenie mi przykro, że jestem zmuszony tę osobistą sprawę wywłóczyć, ale mam już dosyć tych potwornych legend, które się naokoło mnie podzwrotnikowymi lianami oplatają.