XV
Strindberg! Strindberg!
Wżarł się w moją pamięć ten opętany geniusz nienawiści, który nigdy żadnej miłości dać nie mógł, a jeżeli ją dawał, musiał ją niszczyć i tratować.
Strindberg nikogo i nic nie kochał, a ciężką jego tragedią, że wymagał bezmiaru miłości — a jakże można było go pokochać, kiedy chory jego „hysteros” wszelkie zakusy miłości niweczył?
Niezwykle inteligentny lekarz, jakim był wspomniany dr Schleich, stwierdził, że na sto kobiecych histeryczek przypada jeden osobnik płci męskiej, ale wtedy histeria przejawia się w mężczyźnie z bez porównania większą potęgą.
A jak niezmiernie blisko graniczy geniusz z obłędem, miałem niestety sposobność stwierdzić w obcowaniu, przeszło całorocznym obcowaniu, z Strindbergiem.
Co za niesłychanie bogata, niewyczerpana kopalnia dla prawdziwego psychiatry cały jego twór: te wszystkie jego zwierzenia, te — czasami — bezwstydne obnażania się do naga wobec całej publiczności, te wszystkie jego „konfesje” i potworne „ekshibicje”!
A w tym wszystkim zaledwie ziarnko prawdy znajdziesz: jego Plaidoyer d’un fou, rzecz pisana w francuskim języku, a przetłumaczona później przez jego drugą żonę, pannę Uhl, pt.: Beichte eines Toren374 na język niemiecki — to jedno niesłychane, całkiem wyimaginowane zjawisko jadu chorej nienawiści; druga jego „konfesja” (w niemieckim języku ukazała się pt.: Sohn einer Dienstmagd375) to próba zniechlujenia nawet własnej matki, o której wiem, że była zacną i kochającą kobietą; jego zaciekły paszkwil pt.: Inferno, nawet Droga do Damaszku mogłyby człowieka, który by go nie znał, przejąć jeżeli nie wstrętem, to w każdym razie głębokim politowaniem nad biednym, bardzo biednym, chorym człowiekiem.
Długo się we mnie zmagało jedno i drugie uczucie, ale przezwyciężył głęboki szacunek i podziw dla niesłychanego rozmachu, z jakim te paszkwile napisane zostały, dla twórczej potęgi, na jaką się zdobył tak nieskończenie jałowy, u kobiet w ordynarnych awanturach wyładowujący się histeryczny obłęd!
Kluczem do zrozumienia Strindberga — to jego histeria jako potęga twórcza.
Dwoma mózgami rozporządzał:
Jednym, którym się mężczyzna-twórca posługuje: ten odnaleźć można w olbrzymich rzutach twórczych koncepcji, w ogromnym rozpędzie niezwykle namiętnej, światoburczej sile, w burzycielskiej potędze jakiegoś barbarzyńskiego Dżengis-chana, z którą niszczył istniejące tablice praw, przykazów i zakazów.
A drugim, silniejszym jeszcze:
Macicznym mózgiem kobiety-furiatki, chciwym pomsty za urojone krzywdy, oszalałym nienawiścią do wszystkich i wszystkiego, co się ośmieliło w poprzek jego woli stawiać, opętanym manią prześladowczą, która w każdym najniewinniejszym słowie, najniewinniejszym czynie wietrzy spisek, knucie i niechybną zdradę. Jeżeli się patrzy na twór Strindberga z stanowiska czysto życiowego, to ta przeraźliwa, nieludzko potworna walka z wiatrakami, których nigdy nie było, wstrząsa człowiekiem tą straszliwą męką nieszczęsnego człowieka, który ją stacza; patrząc na ten twór z stanowiska artysty, zbiega go zimnym dreszczem ta niesłychana potęga, z jaką człowiek-artysta był w stanie te stany duszy (états d’âme) przed oczy widza czy też czytelnika nie przedstawić — to za słabe wyrażenie — ale w krwawym trudzie wywlec, zaorać się pazurami w nieszczęsną ofiarę i z nią razem wyczołgać się z jakiejś głębokiej jamy na jasny dzień.
A wszędzie i zawsze jest Strindberg jakimś strasznym grabarzem; nie dość że ofiary swoje grzebie, ale wyciąga je potem z grobu — „demaskowaniem” to nazywa — znęca się nad nimi w potwornym sadyzmie, aby się w końcu zawlec do stóp — o Jezu, mój Jezu! — do stóp Swedenborga.
Snadź wyczuł Strindberg swoją grabarską misję, bo nikogo tak nienawidził, jak Ryszarda Dehmla.
Dehmel na powitanie Strindberga napisał piękny wiersz: An Deutschlands Gast376 — w którym porównywał Strindberga z jaźwcem377, który ryje tajemnicze nory, w cieniach nocy się kryje, aby rozpoznać straszliwą zagadkę życia.
Jaźwiec nazywa się po niemiecku Dachs — a Dachs po szwedzku: Grabswin — świnia ryjąca w grobach (Grabschwein), ponieważ Strindberg raczył nazywać swoich najbliższych rozmaitymi przydomkami, jak p. X: der Eber, p. Y: Priapus, p. Ż: der Hengst, itd., więc przylgnął do niego przydomek wzięty z powitalnego „hymnu” — (a takim był w istocie Dehmla: der Dachs) — w skandynawskiej kolonii przetłumaczony na Grabswin!
Ale to wszystko śmieszne i głupie — jaka nieskończenie małostkowa byłaby moja zemsta za wszystkie ciężkie krzywdy, jakie mi Strindberg wyrządzał, gdybym miał się rozpisywać o tym wszystkim, co z nim przeżyłem; to jedno jest pewne: gdyby powstał z grobu, całowałbym jego ręce z tą samą głęboką czcią i uwielbieniem, z jaką je ucałowałem, gdym go poznał.
Był zdumiony tym objawem czci. Uśmiechnąłem się.
— Polnische Perversität!378
W całej literaturze europejskiej nie znam twórcy, który by się z taką zaciekłą furią wciąż i wciąż analizował. Jakikolwiek utwór weźmiesz do ręki — wszędzie i zawsze on — on — on!
Lokaj Jean w Comtesse Julie, zdradzony mąż w Creditoren (Wierzyciele), na manię prześladowczą chory letnik w Parias, wpół obłąkany megaloman, bohater powieści Ved Havets Strand (Am Meeresstrand), ojciec w równobrzmiącym dramacie — to wszystko on sam, to wszystko straszliwe dokumenty genialnego obłędu: raka, który jego duszę toczył.
A tym straszliwsze te cierpienia, że nic nie było w jego życiu, co by je mogło wytłumaczyć; w powodach tych cierpień, które z taką potęgą opisuje, zaledwie — jak już powiedziałem — znajdzie się drobne ziarno prawdy.
Ta zaciekła analiza własnej duszy z gruntu u niego fałszywa, bo oparta na wyimaginowanych, ciężką histerią spłodzonych przesłankach, staje się nieoceniona jako wspaniały dokument na wskroś chorej, w konwulsjach obłędnego cierpienia wijącej się duszy.
I żaden ze znanych mi twórców nie musiał tak krwawo walczyć z sobą, jak Strindberg — a miał on w sobie najsroższego i w całym swoim demonizmie potwornego wroga: kobietę.
Cała jego, jadem wprost groteskowej nienawiści dysząca, zaciekłość przeciw kobiecie, to sadystyczne znęcanie się nad kobietą w samym sobie — cała ta zębami zgrzytająca, rozszalała walka z kobietą, w której nawet już wprost ohydną bronią się posługiwał, jak w Giftas (po niemiecku Ehegeschichten, książka, którą sam nazywał najbrutalniejszą, jaka w ogóle została napisana) — to walka z tym szatańskim demonem w sobie samym: kobietą!
W całej historii literatury wszechświatowej widnieje tylko jedno, jedynie jedno nazwisko istotnie twórczej, na gigantyczną miarę zakrojonej genialnej kobiety — nazwisko, płonące niesamowitym ogniem, w jakim po raz pierwszy „maciczna” dusza mężczyzny się objawiła — a nazwisko to, to właśnie Strindberg!
Poza Strindbergiem cała twórczość kobieca jest tylko mizerną literaturą — z śmieszną karykaturą apokaliptycznej „futatrice”, panią George Sand379 na czele.
Z tego punktu widzenia nabiera cała twórczość Strindberga jakiejś tajemniczej grozy, jakiegoś piekielnego zmagania się dwóch pierwiastków w duszy każdego człowieka: męskiego i żeńskiego, u normalnego człowieka w odpowiedniej mierze dwóch zrównoważonych pierwiastków. Każdy mężczyzna ma w swej duszy domieszkę kobiecości i na odwrót — każda kobieta jakąś domieszkę duszy mężczyzny, a wtedy stosunek wyrównany: podział na dwie odrębne płci dokonany. Ale straszny zamęt i ciężka rozterka powstaje w duszy człowieka, kiedy w mężczyźnie przeważy pierwiastek kobiecy i na odwrót, w duszy kobiecej — pierwiastek męski.
A, abym był już całkiem jasno zrozumiany: każdy człowiek, zarówno kobieta jak mężczyzna, jest dwupłciowo założony.
W okresie dojrzewania obydwa te pierwiastki silnie się w duszy każdego chłopaka i każdej dziewczyny zmagają — chodzi o to, który pierwiastek przezwycięży. W tak zwanych „anormalnych” wypadkach zwycięża w duszy dojrzewającego chłopca pierwiastek żeński i na odwrót: w duszy dziewczęcia pierwiastek męski, i tym smutnym, rozpaczliwym zwycięstwem tłumaczy się ten dla „zdrowego” człowieka niezrozumiały, a tak barbarzyńsko prześladowany objaw tak zwanego homoseksualizmu.
Ten homoseksualizm niekoniecznie musi się objawiać w życiu jedynie tylko w przejawach płciowych, najczęściej manifestuje się w życiu psychicznym — stąd wydaje mi się poniekąd słuszne rozróżnianie twórczych geniuszów, a choćby nawet talentów, na męskie i kobiece.
W najwyższej mierze męskim geniuszem był Mickiewicz, pierwiastek kobiecy przeważał w Słowackim; męskim na wskroś był Kochanowski, na wskroś kobiecy Janicki i Klonowicz; cała męska potęga talentu przejawia się w naszych czasach w Kasprowiczu, a pierwiastek kobiecy przeważa szalę w ogromnym talencie Kazimierza Tetmajera.
Ale to wszystko jest jeszcze równowaga.
Całkowite wytrącenie z tej równowagi przedstawia w literaturze z jednej strony Strindberg, z drugiej może jedyna tylko św. Teresa; w malarstwie Rafael, z drugiej jedyna jedna Rosa Bonheur380; w muzyce wolne miejsce obok Mozarta, i pewno już po wszystkie wieki wolne pozostanie.
Wyobrażam sobie, jakim dziwacznym paradoksem wydaje się wam wszystkim to całe moje rozumowanie, a przecież napotyka się już na ślady nawet w oficjalnej nauce, że te moje teorie, które głoszę już od trzydziestu lat, nie są wcale bezpłodne.
Na tej samej kanwie myśli dzierzga świetny psycholog Freud381 w Wiedniu bogate i ciekawe wzory swoich teorii, a przed paru laty doczekałem się tej satysfakcji, że na kongresie psychologów w Wiedniu powoływano się na moje De profundis382 jako na wnikliwy opis tego, co dwadzieścia lat później miało się nazwać w niemieckiej psychiatrii Dämmerungszustand383.
O, qualis artifex pereo!384
Sam wariat, byłbym był został istotnie świetnym psychiatrą. Przez całe życie wgrzebywałem się w te nieznane, opętane, obłąkane, wariackie stany duszy człowieczej, że mimo woli musiałem się poniekąd obłędem moich bohaterów zarazić, a dziwne: wielki Forel385, dla którego żywię jak najgłębszy szacunek, wyspowiadał się przed swoimi słuchaczami z tej samej „zawodowej” choroby:
Moi-même, je suis absolument fou!386
Ale dosyć tych jowialnych wynurzeń — teraz już całkiem na serio.
W tym wszystkim tkwi jedna z najgłębszych koncepcji myśli ludzkiej, która od kilku tysięcy wieków ludzkość trapi, wprawdzie tylko w najgłębszych, okultystycznych objawieniach:
Androgynizm!
Najstraszliwszą może męczarnią, jaką Bóg człowieka po jego „upadku” ukarał (jakie niesłychane, przedziwne tajemnice kryją się w czelustnych kryjówkach biblijnego opowiadania o grzechu pierworodnym!) — to było rozszczepienie płci, spolaryzowanie jej na męski i żeński biegun.
Taki Gaurisankar udręki dla rodu ludzkiego tylko jeden Bóg był w stanie obmyślić.
Człowiek był przed oskorupieniem się tu na ziemi androgyną — kobietą i mężczyzną zarazem (drwinki Platona w jego Symposion są tylko chytrą obsłonką najgłębszej prawdy okultystycznej, której zdradzić nie chciał ani nie mógł; wielki kabalista, jeden z najprzedniejszych mistrzów różokrzyżowców, Kunrath, zbadał tę tajemnicę, znał ją zapewne Hoene-Wroński387; może ten androgynizm jest tą tak rozpacznie poszukiwaną tajemnicą dwudziestej drugiej karty Tarota388) — do mnie zaleciał na jeden błysk sekundy pyłek tej świadomości androgynicznego bytu z jakiegoś tajemniczego, międzyplanetarnego świata i jąłem bełkotać onej nocy, kiedym powrócił z pierwszej mej wizyty u Oli Hanssona:
I czemu kocham kobietę?
Każda linia, w którą jej ciało wciąż na nowo w bezustannych przemianach się przeobłócza, teint jej twarzy, timbre jej głosu, zapach, jaki jej ciało promieniuje: to linie, barwy, zapachy, w których najgłębsza moja istota znalazła swój najpotężniejszy hieroglif.
Ta kobieta — tam na zewnątrz, która jest w stanie o te najtajniejsze struny mego bytu potrącić i je rozegrać, wkrada się bezopornie do mego mózgu i kocham ją wtedy z tym samym głębokim, niczym niezawarunkowanym uczuciem, z jakim kocham ziemię, która mą duszę w te, a nie w inne formy ukształtowała.
W kobiecie kocham siebie, jedynie siebie, moje do najwyższej mocy spotęgowane, ukryte Ja, które się nagle w Miłości przejawia — wszystkie te, na wszystkie strony porozrzucane, w tysiącach skrytek mego mózgu śpiące stany, w jakich najgłębsza zawartość istoty tajemnicami Nieświadomego spowita spoczywa. I nagle poczyna się to wszystko naokoło tej przeze mnie ukochanej kobiety gromadzić, koncentrować, jak opiłki żelaza wokół bieguna magnesu: wszystkie te rzeczy, które dotychczas to tu, to ówdzie, w tym lub owym stanie świadomościowym przypadkowo odnajdywałem, teraz nagle skupiają się w jedną całość, tysiące rozbieżnych promieni zlewają się w jednej soczewce — wszystkie te wrażenia, z których każde poszczególne reprezentowało najwyższą miarę rozkoszy, jaką w całkiem innych wrażeniach odczuwałem, teraz zazębiają się w jednym kół zespole — najodleglejsze punkty równej ciepłoty i równego ciśnienia atmosferycznego łączą się za pomocą izotermów i izobarów: więc to, co kocham, to ta kobieta — czy poza mną nie wiem? ale ta we mnie, która tę tajemną koncentrację wywołuje — i kocham moją izotermę i izobarę najgłębszych i najintensywniejszych uczuć rozkoszy.
A że tę właśnie kobietę kocham, a nie inną, to tylko kwestia mej organicznej konstytucji, kwestia, do jakiego stopnia jestem w stanie rozkoszować się jakąś formą, a żadne uczucie przykrości nie jest w stanie się w to uczucie rozkoszy zakraść; do jakiego stopnia jestem w stanie przeżywać wewnętrznie melodie ruchów, a żaden dysonans żadnym zgrzytem mi ani na chwilę jej nie zepsuje: jednym słowem to wielkie pytanie, do jakiego stopnia jestem w stanie przeżywać psychiczne stany jeszcze jako rozkosz — a to „jeszcze” to właśnie najwyższe i najintensywniejsze jej napięcia.
Najgłębsza i najtajniejsza zawartość mej, jedynie mej istoty, to jeden aspekt mej miłości, drugi zaś to nieświadome uczucia najwyższej miary tego, co we mnie najgłębszym uczuciem rozkoszy jest w stanie się rozżagwić.
A kobieta, którą kocham, to jestem to utajone, mnie samemu nieznane Ja: tajemnicze arrière fond całego mojego Bytu, miara najwięcej spotęgowanych mych sił psychicznych, obszar, w którym mój „transcendentalny subiekt” — istotne moje Ja — na chwilę w najwięcej zdumiewających przejawach błyskawicznie się odsłania389.
To całe moje młodzieńcze rozumowanie, może być bardzo niedołężne, może nawet dla obcego na pierwszy rzut oka ciemne i zawiłe — sam bym teraz potrzebował długiego wykładu, by ten w jeden kłąb splątany bezmiar do samego jądra rzeczy docierających myśli rozwikłać i to, co w nim istotnie głębokie, uzasadnić — ale to właśnie stanowiło podłoże mej ówczesnej twórczości.
W żadnym z tych pięciu poematów, jeżeli te wybuchowe „rapsodie” tak nazwać zechcemy (Requiem aeternam, Wigilie, W godzinie cudu, De profundis, Nad morzem), nie ma tego, co istotnie kobietą nazywamy; to oderwane planety od gorejącego słońca, własnej Duszy w jej najpotężniejszym rozmachu: dzikie, czasami potworne wizje w partenogenetycznych porodach, wulkaniczne wybuchy, w których Dusza z własnej ognistej lawy pragnie sobie objawić to, za czym w rozpacznej tęsknocie kona.
Androgyne!
W tej idei androgynizmu — może być niejasnej, przeczuwającej tylko, niezdarnie wyrażonej, w mękach porodu chaosu, który gwiazdy rodzi, spłodzonej, w tym potworku do ostatecznych dla mnie przystępnych granic wytężonej myśli — tkwi klucz nie tylko dla moich poematów, ale dla całego mojego tworu.
Jaka cudowna tajemnica kryje się w kabalistycznym: Ani w’atach. Ja — Ty: Dwój-Jednia! Maluteńka łódeczka zarazem na spienionych, niebo szturmujących falach Oceanu.
A — „ani w’atach” — to ja sam! „Ja sam” w każdym człowieku:
Androgyne!
Jak fatalnie wypaczył ten cały szereg myśli Weininger, który ponoć się bezustannie z moją książczyną: Ola Hansson nosił, w swej osławionej książce: Geschlecht und Charakter!
Ale temu zdumiewającemu, cudownemu dziecku, które przeraża wprost ogromem w kilku latach zdobytej wiedzy, bogactwem tragicznie nieuporządkowanych myśli, lękiem i trwogą przejmuje swymi karkołomnymi salto mortale dowodzeń i kategorycznych twierdzeń (tak kategorycznie umie twierdzić tylko mózg, par excellence kobiecy, stąd jego bliskie pokrewieństwo z Strindbergiem w nienawiści ku kobiecie); — wszystko mu się wybacza, temu przerażająco genialnemu dzieciakowi, pierwszemu w dziejach piśmiennictwa, który zdołał sobie niemal całą Europę podbić (prawda, zapomniałem, że istniał przed nim Rimbaud!); z pobłażliwym, a nawet podziwiającym uśmiechem patrzy się na rozbryzgi jego fajerwerków gasnących w ciemnej nocy, wybacza mu się wszystkie jego myślowe eskapady, jego nieuporządkowane, chaotyczne wywody, które, jak Niemiec mówi, za kłaki są przyciągane (an den Haaren herbeigezogen), wszystkie jego dowodzenia, które by można z daleko większym skutkiem użyć jako przeciwnych argumentów, wywracających doszczętnie ten cały jego gmach z lotnych kart — to wszystko mu się wybacza, a przystaje się z głęboką czcią przed tą wielką a świętą pokorą, jaką Weininger w swoim życiu objawiał:
Nie mógł przejść obok żadnego żebraka, by mu nie dać hojnej — tak, tak! — hojnej jałmużny, a zaczem ją dał, zdejmował przed żebrakiem kornie kapelusz.
On — żyd: jeden z ostatnich, istotnych chrześcijanów390!
Nie dziw, że właśnie on mógł o Chrystusie z tą wielką miłością pisać i najpiękniejsze kartki swego tworu Chrystusowi poświęcić — on — żyd!
Przeczytajcie Totenmesse (Requiem aeternam): antycypacja tego typu człowieka, jakim był Weininger, tego certain, który nagle, jak piękny kwiat w strasznym upale słońca, przy drodze się spalił; tego młodzieniaszka, ale cent fois grandeur naturelle391 — a znajdziecie klucz do tej rozpacznej duszy, tak strasznie spragnionej miłości, a która w swej niemocy mogła się tylko zdobyć na cyniczną radę wobec kobiety:
„Ofelio, idź do klasztoru392!”