XX

I tak byłby mój słynny pobyt w tej mojej „duchowej ojczyźnie” spełznął na niezmiernie dotkliwej nostalgii — sama Norwegia nic mi nie dała — natomiast niesłychanie wiele ta ciężka tęsknota za krajem i bolesne uświadomienie sobie mojej obcości, odrębności i doszczętnej „inności”. A zapewniam, że nie jest słodką rzeczą czuć się wśród obcych „innym” — nie odczuwać nic z nimi razem „wspólnego”. Inna rzecz wśród swoich: być „innym” może nawet dumą przepełniać, podnosić na duchu — he, he — świadome lub nieświadome wyodrębnienie się w rodzimym środowisku może być źródłem bardzo przyjemnego „snobizmu”, dawać nawet dziecinne poczucie wyższości nad swoim otoczeniem — ale inna rzecz, gdy się jest wyodrębnionym, gdy się jest istotnie obcym, zamorskim przybyszem wśród całkiem obcego społeczeństwa.

Ja — dziecko płaszczyzn, równin, „dziadowskich mórz”, całych pustyni piasków — nie lubiłem gór; właściwie nie były to góry w okolicy, którą zamieszkałem, ale płaskozwyża, warstwy płaskozwyż, pnące się jedne nad drugimi coraz wyżej, coraz wyżej; wszystko to obrosłe nieprzebytymi lasami, a gdziem tylko okiem wystrzelił, natychmiast następowało coś w rodzaju reperkusji — pocisk oczu wracał z powrotem i ranił mnie.

Zamykałem wtedy oczy: przenosiłem się myślą nad Gopło, nad Durowskie Jeziora, gdzieś w okolice Łojewa lub Wągrowca; majaczyły się mi ustawicznie toruńskie Majdany, cały mózg zaroił się wspomnieniami z Kujaw, pijanymi chłopami, co po drodze trumny gubili, obłąkanymi torfiarzami, którzy duchy masonów po nadgoplańskich bagnach poświęconymi „trojakami” wystrzeliwali, Rusztyki, co na pohybel Panu Bogu w święto Bożego Ciała ziemię orali, ciemne klasztorne mury nad Wełną z opodal leżącym „cholerycznym” upiornym cmentarzyskiem. Jedyną moją rozrywką było wystawanie godzinami całymi na moście nad bardzo bystro rwącą rzeką Glomen, tej szerokości, co Wisła pod Warszawą, i wpatrywanie się w nieprzeliczone kłody drzew, które gdzieś tam w górach ścinano i wprost do rzeki rzucano. Dniem i nocą wściekała się ta straszliwa drzewna lawa, tworzyła zatory, piętrzyła się w górę, tak że całe pagórki kłód powstawały, rozluźniała się znowu, gdzieś się znowu o jakieś głazy zaparła — świeżo napływające szeregi spiętrzały się na przeszkodach, łamały się, walczyły zacięcie ze sobą, rozbijały się na drzazgi, spychały się wzajemnie z zajadłą zaciekłością, by dostać się w szalejące wiry rozszalałego prądu dzikiej rzeki i tworzyć nowe zapory i coraz wyżej wzrastające szańce.

Wspanialszego, żywszego obrazu najzacieklejszej ludzkiej bitwy nie byłbym mógł otrzymać nad ten, który [dzień] w dzień, noc w noc — a noc tam była bielsza i głębsza od dnia — przed oczy moje wyczarowywała ta straszliwa walka „żyjących” drzew.

Poza tym pławiłem się bezustannie w tej łaźni szatańskiej, jak ojcowie Kościoła nazywają melancholię i tęsknotę, a praca, którą raz po raz usiłowałem się ratować, nie była tak dalece wydajna.

Przez cały, nieomal trzyletni pobyt mój w Norwegii powstała trylogia Homo sapiens, Dzieci Szatana, dramat Dla szczęścia, krwawa tragedia dzieci zdegenerowanego, przekleństwem obarczonego polskiego rodu szlacheckiego: De profundis, i jedyna rzecz, która na pierwszy rzut oka zdawałaby się istnienie swoje Norwegii zawdzięczać: Na drogach duszy — rzecz o potężnym rzeźbiarzu, Gustawie Vigelandzie — bliźniej gwieździe mojej, tylko o nierównie potężniejszym blasku i mocy.

Vigeland — Norweg?!

Och, nie! Nie! On im stokroć razy więcej jeszcze obcy aniżeli ja!

Uosobieniem norweskiej rasy to skryty, przebiegły, chciwy i skąpy Ibsen, genialny chłop norweski z domieszką trochę zepsutej; szlacheckiej rasy duńskiej i z głęboko — nie „sięgającym”, ale umiejącym „obliczać”, świetnie „obliczać”, nawet genialnie „obliczać” — instynktem niemieckiego kupca hanzeatyckiego z Bergen.

Twardy, zaciekły, nieustępliwy, fanatyczny, wpół obłąkany — w Norwegii jest między chłopstwem „cichy obłęd” prawie endemiczną chorobą — zażarty chłop w Ibsenie, to Brand z całą swoją piekielnie ciasną a piekielnie mocną ideologią; chytry, przebiegły, kłamliwy, dziwowiskami i uroczyskami lasów, jezior, tajemnicami gór, bezustanną walką z złośliwymi beugami kłamstwa nauczony chłop, nieumiejący już całkiem odróżnić jawy od snu, to Peer Gynt. Zdegenerowana szlachecko-duńska krew odezwała się w Ibsenie w Upiorach i Rosmersholmie, ale ponad wszystkim panuje w jego duszy zimny obrachunek niemieckiego hanzeaty: ścisła, kapitalna, a równocześnie nieskończenie pedantyczna konstrukcja, niesłychana znajomość najwyrafinowańszej algebry myśli, jaką zastosował w konstrukcji budowy swoich dramatów — i ta ostatnia zdolność przeszkodziła Ibsenowi, by mógł się stać „idealnym” typem Norwega: zbyt złożony i skomplikowany.

Ale w każdym razie — Ibsen jest Norwegiem.

I Norwegiem jest w większej jeszcze mierze Bjørn Bjørnson: „niedźwiedź, syn niedźwiedzia!” Jego to przodkowie zwalili z tronu już na początku XVI stulecia ostatnią możnowładczą rodzinę szlachecką w Norwegii, mimo że na oścież otworzyli wrota dla łupieskiej Danii, która Norwegię ujarzmić miała, zepsuć i znieprawić duńską krwią. Norwegia była przez kilka stuleci „Kaledonią” dla wszystkich zbrodniarzy, wszystkiego, co w Danii się „psuło” lub doszczętnie było „zepsute” — czytajcie Hamleta — ale Bjørnsonowie nie ustawali w zaciekłej, nadludzkiej walce przeciw zdegenerowanemu, złemu, doszczętnie zgniłemu wrogowi duńskiemu: Bjørnsonowie łączą się z Szwedami, wyrzucają Duńczyków, zawierają — zbyt słabi jeszcze — na razie przyjazną unię z Szwedami, niszczą zaciekle każdy ślad dawniejszego panowania duńskiego — o ile szlachcic duński nie wyrzekł się swego szlacheckiego przydomku i wyprzysiągł się wszystkich szlacheckich przywilejów, był spod praw wyjęty (swoją drogą na nic się to nie zdało, bo nigdzie tak kastowość nie kwitnie jak w Norwegii). Równocześnie wprowadzają Bjørnsonowie w imię sprawiedliwości i ludzkości Żydów do Norwegii — do 1813 roku stopa Żydów nie postała w Norwegii, a wpuścili ich na rzewną i niesłychanie sentymentalną prośbę, a raczej dosyć ckliwy poemat Wergelanda469 o tym biednym Żydzie, którego nawet morze lękało się wyrzucić na brzeg norweski (przypominacie sobie moją rozmowę z Munchem: najtwardsze, najdziksze narody są najwięcej sentymentalne!) — spóźnione ideały wielkiej rewolucji francuskiej jęły święcić triumfy w Norwegii i na razie zdawało się, że zapanowała miłość i braterstwo pomiędzy pobratymczymi narodami: Szwecją a Norwegią.

Ale niezadługo spostrzegli Bjørnsonowie, że był tylko jedyny uczciwy Szwed, a ten ukradł „tylko” krowę! I rozpoczęła się z początku nieśmiała, potem już coraz jawniejsza walka pomiędzy Norwegią, dążącą do zerwania unii, a Szwedami, którzy tak byli splątani przenajróżnorodniejszymi interesami z Norwegią, że zerwanie unii groziło bankructwem Szwecji. Cała Norwegia podzieliła się na fanatyczną prawicę, wierną królowi szwedzkiemu, i nierównie fanatyczniejszą „lewicę”, dążącą do zerwania tej unii, a na czele tej lewicy stanął „graf-bonde” — hrabia-chłop, a właściwie udzielny książę-chłop: wielki poeta norweski, ten mi współczesny Bjørn Bjørnson! Jedyny polityk, nawet demagog, ochlokratyczny trybun, krzykacz, jeżeli chcecie, zaciekły wichrzyciel, zapamiętały wyznawca norweskiego liberum veto, który był równocześnie istotnie wielkim twórcą!

Nieskończenie szczęśliwszy od Mickiewicza, wydawcy „Trybuny Ludów”, natchnionego proroka, który zastępcę Chrystusa zawstydzał, wielkiego a świętego ideologa, który legiony żydowskie w Konstantynopolu tworzył, mógł Bjørnson odegrać w życiu swego narodu tę olbrzymią rolę, jaką szczęśliwie do końca doprowadził: niepodległość Norwegii to głównie jego dziełem!

Ten twórca cudownego hymnu narodowego norweskiego: Ja, vi elsker denne landet, ja, vi elsker det!470 w równie pięknym muzycznym hermelinie norweskiego kompozytora Nordraka — ten genialny chłop-prorok, który stworzył obok Tołstoja Potęga ciemności najwspanialszy dramat ubiegłego stulecia Over aevne („Ponad siły”), był najszlachetniejszym typem, na jaki się chłopska, a taka tylko istnieje — na wskroś chłopska Norwegia zdobyła.

A jaki on był dumny ten Bjørn-Bjørnson, że żadnego innego języka nie znał, prócz własnego. — Za to nikt tak nim nie włada, jak ja nim władam! — powiedział mi to z wielką dumą. Na szczęście, że znałem już norweski język, bobym się z nim nie mógł porozumieć. Równocześnie zwrócił mi uwagę na swoją wspaniałą kamizelkę (niczym słynne kamizelki Wagnera): — Trzeba bacznie zważać — powiedział — na architekturę swego ciała. Pan nie wie, jaką ta architektura zewnętrzna odgrywa ważną rolę w życiu artysty i polityka!

Bjørn-Bjørnson był najczystszym typem Norwega — był nim i poniekąd Arne Garborg.

Ale nie ten Arne Garborg, który z fanatyczną wiarą słuchał światoburczych ewangelii doszczętnie zgniłego proroka potwornie wypaczonego i do ostatniego absurdu doprowadzonego nihilizmu życiowego, Hansa Jaegera; nie ten Arne Garborg, który pisał powieści na tle seksualnej nędzy chłopskich studentów; większej jeszcze nędzy Zmęczonych ludzi, tej samej nędzy, jaka się w sercu młodej, namiętnej dziewczyny rozgrywa, która nie może się wydobyć spod opiekuńczych skrzydeł „mamusi”; ale ten Garborg, który zerwał doszczętnie wszystkie więzy, jakimi go Hans Jaeger starał [się] z „zgniłym” Zachodem związać: splunął na całą Europę i jął tworzyć wspaniałe chłopskie epopeje; a ponieważ wypieszczony, a nawet rozmamlany język duński, jakim dotychczas wszyscy norwescy pisarze się posługiwali, doszczętnie mu się obmierził, począł pisać w chłopskim, starym narzeczu norweskim, zwanym maal, swoją drogą narzeczu, które nawet dla przeciętnego inteligenta norweskiego jest mało zrozumiałe.

Minimalnie mało z Norwegii jest w Knucie Hamsunie, a zdawałoby się, że ten Per Pedersen (Knut Hamsun jest jego pseudonimem) powinien był najwięcej w swoim tworze ujawnić cały olbrzymi zasób swoich chłopskich sił — nic z tego! Na twór jego złożyły się przeważnie wpływy literatury rosyjskiej — w pierwszym rzędzie Dostojewski i Garszin, a głównie amerykańskiej — Bret-Harte471 i Marc Twain — nie znaczy to, bym chciał istotną wielkość tego wielkiego artysty obniżać, podkreślam tylko fakt, że i ten pisarz nic specyficznie norweskiego nie dał. Ciekawy, w wysokim stopniu charakterystyczny i znamienny fakt dla umysłowości norweskiej inteligencji, że żaden pisarz europejski nie jest tak ceniony, powiedziałbym nawet więcej jeszcze: uwielbiany i ubóstwiany, jak Dostojewski, a nie widziałem żadnego pisarza norweskiego, który by się z najgłębszą czcią nie korzył przed Anną Kareniną Tołstoja i jego Kreutzerowską sonatą.

A już ta „młoda” Norwegia, którą poznałem — a trafiłem właśnie na czas zupełnego wyjałowienia — tkwiła wszystkimi korzeniami w Francji, a dziwna rzecz: utknęła na Maupassancie! Ale wracam do mego założenia:

Vigeland — Norweg?! — pytałem. I powiedziałem jeszcze, że on Norwegom więcej może jeszcze obcy jak ja. Nie zapomnę nigdy, gdy po raz pierwszy wystawił cały szereg swoich utworów. W niewielkiej sali w Krystianii (dziś — aby wyodrębnić naród norweski jako taki, który nic nie ma wspólnego ani z Danią, ani z Szwecją — ochrzczono Krystianię mianem Oslo) zebrała się cała inteligencja ówczesnej Krystianii, cały zastęp najwięcej znanych artystów — malarzy, rzeźbiarzy, ba! nawet muzyków. Patrzono na cały ten niesłychany twór Vigelanda, jako na całkiem coś obcego, a największy (?), najwięcej ceniony krytyk, Krystian Krohg, którego obrazy wiszą na honorowym miejscu w „Narodowym Muzeum”, stwierdził, że takie groźne potworności, jakie Vigeland przedstawia, to nudna i tania robota.

Ohé, ohé!

A jednym z najpotężniejszych twórców, jakich Norwegia wydała, bo twórców, którzy całej ludzkości przynależą, których według orzeczenia Słowackiego, gdy mu wypominano niezrozumiałość Króla Ducha, i dziecko, i mędrzec jest w stanie zrozumieć, i „najlepszy” Europejczyk, po równi z jakimś najwięcej europejskiej kulturze obcym Hindusem, to właśnie Vigeland.

Nie widzę potrzeby powtarzać tu tego, co o tym niezrównanym twórcy pisałem swego czasu w mojej książce: Na drogach duszy — jednego słowa nie zmieniłbym teraz z tego wszystkiego, co o nim przed trzydziestu laty pisałem, z gorętszym może jeszcze uwielbieniem mówiłbym dziś o tym zdumiewającym twórcy, który jedyny dał mi to — oczywiście w innym znaczeniu — co Michał Anioł w swej florenckiej Sacristia nuova472.

Fachowym krytykom wyda się to moje orzeczenie bluźnierstwem — niechaj nim będzie — ale mój instynkt ku rzeczom wielkim jakoś mnie nie myli.

Muncha uważano za obłąkanego jakiegoś pacykarza — dziś Munch wszechświatową sławą; nikomu się nie śniło o Theotokopulos Graeco, kiedym jął jego wielkość z zażartą namiętnością głosić w Krakowie; kto wiedział poonczas coś o Goyi473, kiedym nie znał dość słów uwielbienia dla tego jasnowidza — eh! śmieszne, bym się miał tym chełpić, czego fachowy krytyk sztuki nie posiada — to jedno jest pewne: maluczko, a Vigeland zostanie opatentowany — teraz już oficjalnie — jako potężny rewelator, o całą głowę przerastający zbyt przecenianego Rodina474.

I w jednym okazała Norwegia swoją wyższość kulturalną nad umysłową nędzą w Polsce.

Państwo norweskie zakupiło „Piekło” Vigelanda do muzeum w Trondhjem, którego jest najwspanialszym klejnotem, a mnie skonfiskowano cały nakład „Życia” w Krakowie za reprodukcję małego fragmentu tego „Piekła”; państwo norweskie poruczyło Vigelandowi odnowę cudownej gotyckiej katedry w Trondhjemie w zakresie rzeźbiarskim, a równocześnie dobijał mi „Życie” książę Puzyna475 wraz z panem Banachem bezustannymi konfiskatami.

Ile ja nocy spędziłem z Vigelandem na rozmowach o rzeźbie gotyckiej! Żadnej innej rzeźby nie uznawał — od razu stała się dla niego niesłychanym objawieniem. To, co tylko przeczuwałem, objaśniał mi, uwidaczniał paru kreskami; wtajemniczał mnie w te niesłychane cuda, stworzone przez nieznanych a potężnych mistrzów; porzucił całą swoją pracę, bo twierdził, że teraz dopiero uczyć się poczyna; wnikał w te niesłychane tajemnice gotyku, dostępne tylko jasnowidzom; odciął się od całego świata, aż wreszcie całkiem już w dzwonnicy katedry zamieszkał.

Czasami znajdował tylko pokaleczone szczątki jakiejś rzeźby, tułów bez głowy lub też na odwrót, czasami jakąś płaskorzeźbę, ale tak zatartą, jak talar w dwuwiekowym obiegu — wszystko to do nowego życia powołał, a najbystrzejsze oko nie byłoby poznało, gdzie skończyła się praca twórcy, a gdzie rozpoczęła się praca odnowiciela — rewelatora.

Vigeland był i jest dotychczas moim najintensywniejszym przeżyciem dla mnie jako artysty, na równi z Szopenem, Schumannem, twórcami katedr gotyckich — Notre Dame w Paryżu, katedry w Bourges i Chartres, katedry w Toledo, na równi z Munchem, Ropsem, Goyą, Theotokopulos Graeco, na równi z Edgarem Poe, Barbey d’Aurevillym, Dostojewskim, Kasprowiczem, ale dosyć: całą litanię nazwisk musiałbym spisać, gdybym choć w części chciał spłacić dług wdzięczności tym artystom, którym najpiękniejsze chwile mego życia zawdzięczam, i tym twórcom, między którymi szczęśliwy los pozwolił mi żyć.