XXI
Ciężką bolesną nostalgię, jaka mnie każdorazowo podczas mego pobytu w Norwegii trawiła, starałem się neutralizować usilną pracą. W przeciągu jednego roku powstały trzy części mej powieści pt. Homo sapiens476: Na rozdrożu, Po drodze i Malström.
Cały ten cykl właściwie powieścią nazwać nie można.
To, co dotychczas było najważniejszym czynnikiem powieściowym, zepchnąłem na ostatni plan. Czytelnik, który szukał w mych powieściach wydarzeń, konfliktów, zewnętrznych wypadków, ich wikłania i rozwiązywania — czytelnik, który pragnął od powieści jedynie tylko potwierdzenia swego własnego, bezmyślnego życia zewnętrznego, odbicia tej rzeczywistości, jaką żyje, a z nudą odrzuca każdy utwór, który mu wykazuje, że ta rzeczywistość jest doszczętnie fałszywą, majakiem, urojeniem, że poza nią kryje się całkiem inna rzeczywistość, dostępna, a raczej przeczuwalna dla wytężonej do ostatnich granic, w wielkim wysiłku skupionej myśli ludzkiej — taki czytelnik musiał doznać przy czytaniu moich powieści srogiego zawodu.
O co mi chodziło, kiedym zwrócił się po paru poematach do formy powieściowej?
Zdradziłem się z tym, gdym na marginesie tworu Hansa Heinza Ewersa pisał — mea culpa, mea maxima culpa — jedynie tylko o własnym tworze; mnie się o Ewersie nie śniło, gdym pisał wstępy do jego dzieł — te wstępy miały stanowić cząsteczki własnego mego tworu: „Do źródeł Duszy” — własnej duszy mojej. Wyobrażam sobie zdumienie Ewersa, gdy te wstępy mu tłumaczono: siebie w nich doprawdy nie odnalazł ani odnaleźć nie mógł.
To moje, wyłącznie moje wyznanie wiary, mych pragnień, zamiarów, usiłowań, gdym wołał o twór, w którym by się ukazał człowiek w całej pełni swego życia; gdym pragnął ujrzeć go takim, jakim jest, niekrępowanym żadnymi prawami, żadną normą, ujrzeć człowieka bez figowych liści obłudnego świętoszkostwa, niesmaganego bezustannie biczem surowego i zażartego „dompteura477”, jakim jest „prawo” gwarantujące „porządnym obywatelom” tu na ziemi zupełne bezpieczeństwo, a wygodną i przytulną ubikację478 — tam w górze; ujrzeć go w całej pełni wolności instynktów, w całej nieokiełznanej mocy, obecnie silnymi rzemieniami praw spętanych popędów i pragnień.
Pragnąłem rozkiełznać człowieka, ujrzeć go nagim.
Człowiek, dostępny naszej rozpoznawalności, ma, jak wszystko w naturze, dwa bieguny, na jakie go schematyzujący mózg ludzki rozdzielił: południowy i północny, świetlisty i ciemny, dobry lub zły, użyteczny lub szkodliwy; tysiące nazw istnieje na określenie tych wrzekomo479 przeciwnych sobie biegunów, ale nie wolno ich „odkrywać”, bo dla badań twórcy, przynajmniej za moich czasów sprzed ćwierćwiecza, był dla twórcy dozwolony w człowieku tylko mały obręb tej południowej sfery — tej dobrej, szlachetnej, pożytecznej, współbliźniego uszczęśliwiającej — a badania w tej sferze przynosiły twórcom i jeszcze przynoszą zaszczyty, honory i groby „zasłużonych” po śmierci.
W tej sferze odbywa się właściwie wszystko prostym przetargiem, ale od tego są właśnie najwięcej przez społeczeństwo „uznani” twórcy, którzy ten brudny i częstokroć ordynarny przetarg tak umieją uszlachetniać, w takiej słoneczności ogólnie obowiązującej etyki skąpać i taką balsamiczną wonią wszelakich cnót okadzić, że najwięcej cuchnący smród — pachnie.
Biada jednakoż artyście, który wtargnie lub wtargnąć zapragnie w tę drugą hemisferę człowieka, tę ciemną i ponurą z swoim biegunem północnym, sferę ab umbilice et inferius480, jakby zaciekły katar481 powiedział, bo tę hemisferę północną, ciemną, groźną, niebezpieczną i dla wszelakiego „porządku” wrogą, zamieszkuje to wszystko, co się z wszystkich praw i wszelakiej normy wyłamało, co nie kroczy bitym gościńcem, ale „błądzi” krętymi ścieżkami, co chyłkiem przekrada się w grubych cieniach nocy i lęka się światła dziennego: bunt, wywrót i wściekłe, nieokiełznane liberum veto.
Tu nie ma „przetargu”, tu jest straszna, ponura, nieustępliwa walka, tu jest gniew i rozterka, wieczny ból i męka, tu lęgnie się zbrodnia i przestępstwo, dokonuje się łamanie starych i nowych tablic praw i norm, tu bezustannie żarzy się żagiew buntu i zgrzytającej zębami nienawiści.
W tej hemisferze przebywać artyście jest surowo wzbronione pod groźbą klątwy, a jeżeli który odważy się zapuścić swoje zagony w tę interdyktem objętą ziemię, wtedy całe społeczeństwo rzuca się na niego z oburzeniem, czyni go banitą i stawia poza nawias swoich „ulgowych” praw.
I otóż po dziś dzień nie znamy człowieka w całej pełni, bo tak nieskończenie mało twórców miało odwagę przełamać kanon społeczny, tak mało, którzy według słów prof. Brücknera482 odważyli się tworzyć to, co w „czystą szlachetną anielskość” rodzimej literatury wnosi „nieczysty ton”, jakim jest prawda o człowieku, przez co już samo zostali objęci ostracyzmem społeczeństwa i uznani za współwinnych i współświadomych potworności duszy ludzkiej, jaką kusili się w swym tworze odsłonić.
Miałem odwagę zstąpić w czeluście duszy ludzkiej, obtłuc fikcyjnego bałwana, w jakim literaci kazali mi widzieć człowieka, z grubej warstwy bibuły i papier-mâché483 i pokazać go, jak istotnie wygląda, choćby nawet w odległym przybliżeniu, choćby nawet w karykaturalnej grotesce, i od razu dostałem się — po napisaniu Homo sapiens — na czarną listę tych, których Verlaine Poètes maudits, a Huysmans certains nazywa484.
A przecież ja nic innego nie zrobiłem, jak tylko to, że pokusiłem się o odtworzenie człowieka, jakich setki spotykałem i w ciągu mego życia bezustannie spotykać miałem.
Mniejsza o to! Jeszcze o co innego mi chodziło.
Wyrzuciłem z mych powieści wszystko, co dotychczas jedyną jej wartość stanowiło.
Wszystko, co się dawniej powieścią nazywało, stało się w mych powieściach jedynie celem, by ukazać ukryte w głębi duszy moce i przejawy, ujawnić źródła ich pochodzenia. Wszystko, co było w pochłanianych dotąd powieściach jedynym celem, stało się u mnie rzeczą podrzędną, śmiesznym akcydensem. Fabuła najprostsza w świecie, bez żadnych zawikłań, które by mogły uwagę czytelnika w naprężeniu utrzymać: nie wiadomo, co, gdzie i kiedy się coś dzieje — wyrzuciłem z mych powieści wszelkie opisy, wszelkie przejawy zewnętrzne, które by nie były albo być nie mogły psychicznymi projekcjami danego stanu, w którym się dany osobnik znajduje — boć przecież jasne, że zrozpaczony człowiek nie będzie się zachwycać jakimś krajobrazem albo choćby i najfantastyczniejszym zachodem słońca; milczałem, gdy mój bohater wygadywał rzeczy, jakich bym ja sam nie był w stanie wypowiedzieć, bolałem niewymownie, gdy popełniał czyny, które mnie grozą przejmowały — przywarłem do duszy ludzkiej z tą samą ciekawością, z jaką się anatom-fizjolog do interesującej sekcji zabiera.
Pragnąłem dać człowieka w całej jego „pełni” — w jego wniebo- i w piekłowzięciach; dać duszę człowieka gubiącą się w otchłaniach bólu, w tych ciemnościach, w których groza, przerażenie, rozpacz i najstraszliwsza udręka istnienia wszechwładnie panuje, nierozwiązalne, piekielnym strachem duszę ludzką skręcające zagadki w ciężkich snach się wiją, rozpasana „chuć” szatana parzy się z bolesną tęsknotą duszy wygnanej z raju, a potworne okrucieństwo pławi się w mistycznych zmrokach najgorętszych wzniesień ku Bogu.
Całe nieporozumienie — fatalne nieporozumienie, że chciano czytać moją powieść tak, jak się czyta Kraszewskiego lub Sienkiewicza.
Opuszcza się rzeczy, które stanowią istotną kanwę powieści — w moim znaczeniu — to znaczy cały świat myśli i zagadnień, które twórca w danej formie pragnie uwięzić, a szuka się tylko treści. I w tą ubożuchną treść wkłada każdy czytelnik lub krytyk według swego psychicznego założenia to właśnie i to jedynie, co go najwięcej zajmuje i myśli jego pochłania.
Szuka przede wszystkim zmysłowej podniety.
A wszechwładnie opanowuje umysł przeciętnego czytelnika pornokracja.
Czytelnik lub krytyk, zamieszkujący niezmierne obszary pornokracji, a co jest równoznaczne z obłudą, wstydzi się sam siebie; a maską jej na zewnątrz to ten piekielny cant (wytwór angielskiej umysłowości, a Anglia, jak wiadomo, jest najrozpustniejszym społeczeństwem w Europie), ta ohydna, potworna obłuda, która w każdym utworze szuka przede wszystkim pornografii, a doszuka jej się niechybnie w najskromniejszym akcie miłosnego złączenia, choćby ono w twórczej duszy z najczystszego źródła wypływało — najczystsze naczynie zapełni po brzegi niechlujną treścią własnej fantazji, a gdy tego dokona, rzuca się z sadystyczną wściekłością na cały utwór.
Och! ten ohydny, potworny, niechlujny cant krakowskiego cenzora za czasów, gdym wydawał „Życie” w Krakowie!
Tolerował najsprośniejsze utwory istotnych pornografów w „Bocianie”485 — podczas długiego pobytu w Europie nie znalazłem równie niechlujnego pisma — a konfiskował „Szatana” Vigelanda i zniszczył mi ostatecznie „Życie” konfiskatą mego De profundis!
Jestem bardzo spokojny człowiek, ale ile razy to sobie przypomnę, że ośmielano się przyczepić do mego utworu epitet pornografii, to pięście486 mi się z wściekłości zaciskają.
Ohydnej, niechlujnej zbrodni, jaką krytyka, a w ślad za nią całe społeczeństwo, na moim tworze przez cały szereg lat popełniało, nie wynagrodziłaby nawet „wielka wstęga” za zasługi literackie!
Aż nazbyt świadom jestem mej niemocy wobec zamierzonego celu:
Wolno widzieć w moim tworze niedołęstwo artystyczne, wynikające stąd, że myśl u mnie góruje nad wszelką treścią, że tęsknota moja o całe niebo potężniejsza od tego, com stworzyć zdołał; wolno upatrywać się niezdarnych przejaskrawień w usiłowaniu, by myśl moją uczynić czytelnikowi zrozumiałą; wolno ręce załamywać, gdy się staczam z czysto artystycznej linii w zaciekłym pragnieniu, by czytelnikowi łopatą moje zamierzenia do jego łba wszuflować, ale niechlujstwem jest dopatrywać się w moim tworze pornografii.
Tej szukajcie gdzie indziej!
Szukajcie jej w państwie przewielmożnej madame Delmonse z słynnej powieści markiza de Sade Justine487, która wykłada teorię najpotworniejszego z wszystkich cant’ów — cant płciowy:
Nikt nie żąda od nas cnoty, tylko maski cnoty.
Jestem nierządnicą jak Messalina, a wszyscy wierzą lub zdają się wierzyć, żem czysta jak Lukrecja. Jestem gorszą ateistką od Vaniniego, a wszyscy wierzą, z porozumiewawczym uśmiechem wierzą, że jestem pobożniejszą od św. Teresy. Jestem fałszywą jak Tyberiusz, a zezując na otoczenie, tłumiąc w sobie ryk śmiechu, twierdzą, że jestem szczera jak Sokrates. I pewną rzeczą jest, żem trzeźwa i wstrzemięźliwa, mimo że Apicjusz nie dorównałby mi w najwyrafinowańszej sztuce rozpusty. Oddałam się najniechlujniejszemu występkowi, zdradzie, podłemu oszustwu, plugawej ohydzie, ale spytaj się wszystkich moich bliźnich, a wszyscy unisono powiedzą: Madame Delmonse jest aniołem!
Tylko, jedynie tylko podwładni i wielbiciele wszechmocnej madame Delmonse wietrzą w każdym dziele sztuki — pornografię.
Krytycy, ajenci śledczy cant’u i pani Delmonse, wypatrujący i węszący wszędzie pornografię, winni się wstydzić swej haniebnej misji.
Pornografią staje się utwór artysty jedynie tylko wtedy, gdy się przyodzieje w ohydne domino488 „moralnego” oburzenia — nagość może być święta, ale przyodziana w przejrzyste tiule, przezroczyste jedwabie staje się sprośna i lubieżna.
I cudownie uzmysłowił tę myśl genialny malarz i głęboki myśliciel Goya w swych dwóch obrazach: Maja desnuda i Maja vestida489.
Tyle prostackich ogólników — tak! tak! dziś dzięki mej odwadze staje się ten mój spóźniony protest lichym ogólnikiem — w kierunku tej prasy, która się z taką wściekłością pieniła na każdy mój twór i prokuratorii go denuncjowała, i zalewała mnie całą siklawą pomyj „moralnego oburzenia”; a przecież dziś jeszcze starają się ludzie „dobrej woli” twór mój uwięzić w Enfers Giftkammer bibliotek — a czym najwścieklejsze erotyczne stronice w moim tworze wobec tych erotycznych rewelacji współczesnych mi — i to niezmiernie poważnych autorów polskich!
A może — a może: gdyby nie Przybyszewski, wszystko byłoby jeszcze w literaturze polskiej sielskie i anielskie i mielibyśmy dotychczas małpie, cnotliwe nadczłowieczeństwo papierowego manekina, jaki jeszcze w tworze Sienkiewicza paraduje?!
A co? Czym nie zasłużył na grób zasłużonych?
He, he!
To co najmniej mi się należy za ten „nieczysty ton”, który według prof. Brücknera wniosłem do świątnicy piśmiennictwa polskiego!