XXII
I tu, w tej zapadłej mieścinie granicznej między Szwecją a Norwegią, w tym malutkim Kongsvinger, podjąłem — teraz już z powagą niemieckiego uczonego i jego sumiennością, a równocześnie z fantastyczną paradoksalnością Słowianina, wobec której utwór Shawa staje się pedantyczną wypociną, a najwspanialsze kpiny Heinego profesorską udręką, by swych uczniów jakimś dowcipem zabawić — wciąż dotąd przerywane studia nad czarami, czarodziejami, czarownicami, studia nad najciekawszą i najmniej zrozumiałą zagadką, która ludzkość przez tyle wieków trapiła i dotychczas trapi!
Jeśli cośkolwiek w moim duchowym życiu wymaga jakiegoś bliższego oświetlenia, to właśnie ten problemat czarów i czarownicy i w ogóle tego wszystkiego, co się czarnoksięstwem zowie — a z górą ćwierć wieku spędziłem na tych studiach.
Po tysiąckroć rozczarowany razy i zrozpaczony, porzucałem te studia i wciąż na nowo i z stokroć razy zwiększoną gorliwością do nich wracałem — najpiękniejsze lata mej twórczości pochłaniało to gorączkowe pragnienie, by tę zagadkę, w której dopatrywałem się źródła najgłębiej utajonych, najwięcej tajemniczych sił ludzkich, rozwiązać.
Oczywiście, że jej nie rozwiązałem, i wątpię, czy ją kiedykolwiek jakiś „śmiertelny” człowiek rozwiąże, ale wpadłem — tak mi się przynajmniej zdaje — na tropy możliwości rozwiązania tego najzawilszego problematu w historii całej ludzkości.
Nie piszę pamiętników — piszę jedynie dzieje mej twórczej duszy — a w tych dziejach te właśnie badania zajęły tak poczesne miejsce, tyle sił na nich strawiłem, tyle na nich duchowej udręki przeżyłem, tyle mnie one nieludzkich wysiłków kosztowały, że dłużej nad tym problematem przystanąć muszę.
Otóż w najskromniejszym zarysie — nawet nie to: to tylko obrys jakiegoś olbrzymiego kształtu, widzianego z perspektywy ptaka, który unosi się nad ziemią na wysokości jakiegoś Gaurizankaru490, a bywało, że ten ptak na te same kształty patrzył z księżyca — teraz już z wolna się opuszcza — jaśniej już i wyraźniej widzi to, co przed ćwierć wiekiem było grubą mgłą spowite —
Kto chce słuchać, niech słucha:
Do niedawna jeszcze narażał się człowiek, który by się ośmielił mówić na serio o czarach lub czarownicach na kpiny i szyderstwo, albo też co najmniej na obrażony zarzut, że pragnie sobie z ludzi zakpić.
Wprawdzie nie przeczono temu, że cała historia ludzkości przez cztery czy pięć wieków wykazuje na prawie każdej swej stronnicy zaciekłą walkę nie tylko Kościoła, ale i władz cywilnych przeciwko czarownicy, ale to była nieszczęsna ofiara ciemnoty, przesądów, łatwowierności ludzi średniowiecza, najwyższej litości godna ofiara, nad którą powołani i niepowołani w nieprzeliczonych pismach przez całe ubiegłe stulecie gorzkie łzy ronili.
Z jednym z najgłębszych, najzawilszych i najwięcej tajemniczych, zagadkowych zjawisk w życiu ludzkości uporano się w niesłychanie płytki, niepoczytalnie płytki sposób, zaprzeczając nawet możności istnienia osobników, którzy rozporządzali całkiem innymi siłami, jakimi przeciętny człowiek w tzw. kulturalnym wieku rozporządza, i oczywiście byli w stanie wywoływać zjawiska, które, o ile ludzi uszczęśliwiały i dobrodziejstwa im świadczyły, ludzkość „cudami” zwała, o ile zaś szkody i krzywdy przynosiły, „czarami” — osobników zaś, którzy „cuda” czynili, zaszczycano nazwą świętych, tych zaś, których „cuda” ludzkość trapiły — czarownikami, względnie czarownicami.
Cud i czar to tylko pozytywny i negatywny biegun niesłychanie wytężonej woli ludzkiej, do ogromu najintensywniejszej twórczości spotęgowanego pragnienia w tak dobrym, jak złym kierunku.
Przeczyć czarom, znaczy tym samym przeczyć istnieniu cudów; jeżeli czarownica nie istniała, natenczas i cała hagiografia katolicka jest taką samą fikcją, jak demonologia.
Tymi samymi siłami, którymi rozporządzał święty, gdy przyłożeniem ręki na czoło i silnym rozkazem: „Wstań!” stawiał sparaliżowanego na nogi, rozporządzała i czarownica, gdy swoim złym wyrokiem — mal occhio — spojrzała na najzdrowszego człowieka i paraliżowała mu członki, i taka sama siła, której bezliczne przykłady przytaczają „Żywoty Świętych”, była w spotęgowanej jeszcze mierze czynna w przeklętym żywocie „Dzieci Szatana”.
A siłę tą, o której mowa, z wolna rozpoznawać poczynamy; przed stu laty była jeszcze „ukrytą”, „okkult” — nauka o tych siłach była znana dla wtajemniczonych pod nazwą okultyzmu — dziś ta siła od jakiegoś pół wieku zatraca już swój tajemniczy urok, staje się jawna, a współczesna nauka gorąco się nią zajmuje; dziś znamy przynajmniej parę jej objawów, przejawiających się w hipnotyzmie, sugestii i — somnambulizmie.
Tak święty, lub święta, jak i czarodziej lub czarownica, to na tym samym pniu wyrosłe osobniki o niesłychanej potędze oddziaływania na ludzi za pomocą do ostatecznych granic spotęgowanej woli, a przy tym o wyjątkowym założeniu, które im pozwalało z sił, ukrytych w każdym człowieku, ale niedających się wyzwolić, w całej pełni korzystać.
Dziś już nawet urzędowa nauka z wolna się godzi na odwieczną okultystyczną naukę, że poza tym widzialnym organizmem tkwi jeszcze inny, tajemniczy organizm, który jest niejako duszą fizycznego, a uposażony w takie siły, że jest zdolen opanować swoją wolę i te nerwy, które naszej woli na zwykłej jawie nie podlegają, a więc nerwy znane nam pod nazwą nerwów sympatycznych w tak zwanym splocie słonecznym — „plexus solaris”. Osobnik, który znalazł możność opanowania tego ukrytego organizmu, opanował tym samym cały system krwionośny, może wywoływać według swej woli stygmaty; może pozwolić ranom krwawić, jeżeli zechce, i na odwrót, zastanowić491 obieg krwi, jest w stanie do tego stopnia zwolnić i opóźnić wymianę materii, że na miesiące całe może się dać żywcem pogrzebać, może zneutralizować siłę przyciągającą i wznieść się w powietrze. Ja sam byłem świadkiem, jak fakir indyjski przerżnął sobie skórę brzucha, obficie krwią broczącą, i ranę w minutę potem już zagoił.
Ten ukryty organizm, znany nauce okultyzmu już na 20 wieków przed Chrystusem jako ciało astralne — w nowoczesnym okultyzmie przyjęto ogólnie nazwę astrosoma — jest źródłem tych wszystkich objawów, szkalowanych przez płytki ach! jak nieskończenie płytki wiek oświecenia jako głupi zabobon.
Olbrzymia, ukryta wiedza Hindusów znała dokładnie ten organizm: w księdze Hatha Yoga szczegółowo opisany jest jej ustrój nerwowy — z tą tylko różnicą, że dla skalpela anatoma jest niedostępny, bo niewidzialny, i z tą różnicą, że mózg tego nerwowego ustroju nie znajduje się w czaszce, ale w okolicy pępka, i z tego mózgu pępkowego rozchodzą się miliardy fluidalnych torów — czyli „nadi”, tworzących około siedemnastu większych ganglij, czyli „chakram”. Opanowanie tych nadi i tych chakramów wymaga nieludzkich i przez całe życie trwających ćwiczeń w najsurowszej, dla nas Europejczyków wprost niepojętej ascezie: każdy z nas przecież czytał najwiarogodniejsze opowiadania podróżników o fakirach, leżących lata całe na łożach, najeżonych kolcami, innych zaś wysiadujących całymi latami w całkiem nieprawdopodobnych skrętach, innych zasię wystających w kataleptycznym stanie na jednej nodze, a każdy z nich jest w stanie w większej lub mniejszej mierze wydzielać swoje „astrosoma” z fizycznego organizmu, wysyłać je na olbrzymie przestrzenie — stąd te zdumiewające przykłady jasnowidzenia — a nawet — podczas gdy fizyczne ciało spoczywa w ciężkim letargu — przybrać to swoje „astrosoma” w nowe ciało — i, o ile opowiadania teozofów i to najpoważniejszych, takich, których ust żadne kłamstwo nie skalało — nie polegają na jakiejś całkiem nieprawdopodobnej halucynacji — ukazać się nagle w całkiem cielesnej formie, zwanej w sanskrycie „nikara manya” — tym wybranym, którzy jakiejś duchowej pomocy potrzebują.
Tą nikaramanyą posługują się wielcy „mahatmi492”, o których pani Bławatska493 dużo majaczyła — jej bym nie wierzył, ale uwierzyć muszę okultyście tej miary, jakim był nieskazitelny Franciszek Hartmann, niezwykle trzeźwy, jasny, a zarazem w naukę hatha yoga wtajemniczony badacz.
Materia — jeżeli o takiej mówić można — z jakiej się „astrosoma” składa, jest to niejako transcendentalna materia, znana od wieków całych pod mnóstwem rozmaitych nazw: akasa w hinduskim języku, kâ u starych Egipcjan, aur Kabbali z pozytywnym biegunem, zwanym od i negatywnym ob, stąd też prawdopodobnie wzięło się u alchemików średniowiecza „aurum”, jako „prima materia”. Okultyści współcześni posługują się prawie wyłącznie nazwą aur i jego pozytywną siłą: od.
Przez tyle wieków ludzkość nic nie wiedziała o elektryczności — dziś elektryczność wprawiłaby jakiegoś naszego przodka w XVIII stuleciu w to samo niesłychane zdumienie, w jakie może stokroć razy potężniejszy substrat wszelakiego światła naszego, elektryczności, magnetyzm, a więc „od”, którego grubym zmaterializowaniem są powyżej wymienione zjawiska, wprawiać będzie może już w tym stuleciu naszych potomków.
Na razie znamy „od” jedynie tylko z promieniowania astrosomy na zewnątrz — „od” tak dobrze znany tym jasnowidzom, którzy wokół głów świętych widzieli dokładnie kręgi światła o takiej mocy, że światło to ślepiło, i znany naszym współczesnym tak zwanym „sensytywom” o tak niesłychanej wrażliwości i pojemności zmysłu wzrokowego, że w najgłębszej ciemności rozpoznawają przedmioty po ich silniejszym lub słabszym promieniowaniu — a trzeba wiedzieć, że promieniują i rośliny, i minerały, również jak człowiek obdarzony astrosomą, czyli duszą.
Promieniowanie to, stanowiące u każdego człowieka pozaskórną świetlistą warstwę, znaną pod nazwą aury — a, jak wiadomo, aurę tą nawet fotografować można, jest równocześnie pośrednikiem między człowiekiem a jego światem zewnętrznym: jednym słowem siedliskiem tego, co czuciem nazywamy. Każdy człowiek ma swoją specyficzną aurę, bezustannie wytryskują z niego te promienie, które widocznie mają znowu specyficzne właściwości, które pozwalają psu ścigać swego pana na milowe odległości, a jeżeli się da psu do powąchania jakiś przedmiot, należący do zbrodniarza, a oczywiście przesycony jego odem, pies niezawodnie pozna właściwości odu, który zbrodniarz podczas swej wędrówki w zetknięciu się z ziemią pozostawił, i pójdzie niechybnie jego tropem.
Nie przez nerwowe ciałka dotyku dostaje się wrażenie czucia do mózgu, ale za pomocą tego promieniowania, które się nerwowymi ciałkami dotyku posługuje li tylko jako aparatem telegraficznym — te promienie są funkcją astrosomy, czyli duszy. Promienie, tryskające obficie z nosa psa, splatają się z emanacjami człowieka i w ten sposób prowadzą go na niezawodny ślad.
I w niczym innym nie polegają te nagłe sympatie lub antypatie, które każdy niemal człowiek odczuwa, gdy się z swoim bliźnim zetknie, i tak tylko zrozumieć można, dlaczego człowiek w jednym mieszkaniu dobrze się czuje, w drugim źle, otoczenie, które jest bardzo przyjemne, może być nagle zepsute przez obecność jakiejś osoby, której się może nawet nie widzi. A tą obecnością niepożądaną jest jego zepsuta aura.
Że aura, a raczej od, jest siedliskiem wszelkiego czucia, udowodnił to niezbicie słynny badacz Rochas494, który z początku bardzo odpornie do nauk okultystycznych się odnosił. Wprawiał szczególnie sensytywne osobniki w stan somnambulizmu — w jakim siedlisko czucia całkiem na zewnątrz się wyłoniło — ciało pozostało bez czucia, można je było na wolnym ogniu smażyć: nic nie czuło — jeżeli zaś ukłuło się powietrze, w którym czucie — a więc od w koncentrycznych warstwach wokół danego osobnika się ułożyło, wywoływało to silną reakcję, czyli tak zwaną reperkusję, równie silną i wtedy, gdy się, dajmy na to, oddało na działanie tego eksterioryzowanego odu jego fotografię — kłuło się tą fotografię, przesyconą danym odem w drugim lub trzecim pokoju, odczuwał zahipnotyzowany osobnik dotkliwy ból w tym miejscu, z którego od był wzięty, a nietrudno by było, gdyby manipulacja stała się odpowiednio brutalna, przyprowadzić osobnika do poważnej choroby.
To, co dziś tak i Rochas lub Durville495 eksperymentalnie dokonuje, było aż zbyt dobrze znanym wszystkim czarnym magom, a nikt sprawniej nie eksperymentował, jak służebnice i posługaczki magów — czarownice.
Wiadome przecież, że prosty cieśla zręczniej pracę wykona aniżeli nawet uczony architekt.
Jeżeli czarownica chciała jakiegoś człowieka dotkliwie na zdrowiu uszkodzić, a nawet zabić, starała się przede wszystkim dostać się w posiadanie włosów, zębów, paznokci swojej ofiary lub też kawałka koszuli, a ponieważ koszula była w całym średniowieczu niezmiernie rzadką rzeczą, starczyły szczątki odzienia, kawałek zdartej podeszwy choćby, boć to wszystko było odem człowieka przesiąknięte, a od jest niezniszczalne, a gdziekolwiek się go przeniesie, nie traci raportu z macierzystym odem.
Toteż, gdy czarownica ulepiła woskową figurkę, wgniotła w nią przedmioty, należące do swej ofiary, i miejsca te kłuła szpilką lub nożem, ofiara odczuwała nieznośny ból: często tworzyły się rany, nie wiadomo dlaczego i czemu, a jeżeli „wola i imaginacja” czarownicy — niezbędne warunki pomyślnego przebiegu zbrodni — były niezwykle silne, następowała powolna śmierć.
Eksperymenty Rochasa, a szczególniej Durville’a wykazały, że przy usilnym i długim hypnotyzowaniu dany osobnik pogrąża się w coraz głębszy stan somnambulizmu. Wyeksterioryzowane warstwy formują się z lewej i prawej strony w dwa słupy, które się z wolna do siebie zbliżają, a w końcu zlewają się w jeden fantom o całkiem ludzkiej formie, w jak najdokładniejszy pierwowzór tej bezdusznej masy, jaką stanowi fizyczne ciało człowieka.
To znaczy: dusza — astrosoma — wyłoniła się całkiem z fizycznego ciała, a z nią razem wszystkie zdolności umysłowe, a więc nie słyszy ani nie widzi, ani nie czuje to, co człowiekiem nazywamy, a co jest tylko oskorupieniem duszy i służy tylko za bezwolne narzędzie dla duszy, dopóki się w ciele znajduje — lecz jedynie tylko wyzwolona z swego więzienia „dusza” — astrosoma.
Otóż czarownice znały cały szereg narkotyzujących „maści”, powodujących stan somnambuliczny.
By wyłonić duszę z ciała, na to potrzeba — przynajmniej w znanych nam eksperymentach — silnego hipnotyzera, ale mamy również mnóstwo przykładów, że są osobnicy, którzy sami umieją się wprawić w stan tego somnambulizmu — i ten autosomnambulizm można było osiągnąć — o ile możność jego nie była już danemu osobnikowi wrodzona i w każdej chwili mógł się w ten stan wprawiać — za pomocą przeróżnych narkotyków, tak zwanych maści czarownic, złożonych z tak potwornych ingrediencji, jak sadło nowo narodzonego dziecka, krwi nietoperza, ropuchy i węża, poza tym trujących roślin, sproszkowanej wątroby wisielca — mnóstwo przepisów pozostało po dziś dzień: nie dochowała się tylko tajemnica, w jakim ilościowym składzie maść ta się sporządzała. Wytrawne i doświadczone czarownice nie potrzebowały się nawet posługiwać żadnymi środkami: wystarczała im jedna chwila snu, by już dusza mogła ciało opuścić i kierowana wyćwiczoną wolą tam się udać, gdzie czarownica zechciała.
Stąd jej zdumiewające jasnowidzenie, które jej pozwalało widzieć i poznać wszystko, co się w okręgu kilkunastu mil naokoło działo, ale — co dla niej było najważniejsze: zapoznać się z tak zwaną w okultyzmie: „signatura rerum”.
Każde stworzenie, każda roślina, każdy metal ma osobną swoją sygnację, które dla widzącego zdradza wszystkie jego właściwości i przeznaczenie — a nie ma nic w całym świecie, coby duszy nie posiadało — ta sygnatura, niewidzialna dla zwykłego oka, uwidacznia się oku wyzwolonej z ciała duszy — astrosomy. Dusza roślin, czyli „Leffas”, jak ją wielki Paracels nazywa, zdradza wszystkie swoje tajemnice astrosomie człowieka, którą Paracels nazwą „Evestrum” ochrzcił. Leffas roślin w zetknięciu się z Evestrum czarownicy nie mógłby nawet ukryć swych tajemnic, bo zdradzał się różnorodną skalą barw, a i dusza ludzka jest barwna, zależnie od jej doskonałości, zbrodniczości lub w ogóle namiętności, jakimi jest szamotana. W jasnowidztwie widziała czarownica obieg soków w roślinach, znała wpływ światła na nie; już to kiedy tworzyły jadowite fermenty, a kiedy do leków się nadawały, a dzisiejszy hodowca maków, z których opium wytwarza, czarownicy zawdzięcza ściśle określony czas, w którym właśnie mak tak dojrzewa, by wywar jego soków mógł się na tę szatańską truciznę przemienić.
Co chemia zawdzięcza alchemikom, chirurgia katom, tyleż botanika — czarownicy. Ona właściwie jest twórczynią tej, że tak powiem, astrologii botaniki, dziś dawno zapomnianej, ale tu i ówdzie pojawiają się znaki, że dzisiejsza botanika coraz usilniej bada wpływ światła na rośliny, zwłaszcza gdy zrobiła spostrzeżenie u pierwotnych ludów, z jaką starannością wybierają czas i porę dnia, w jakich tną drzewa lub zbierają zioła.
Może i uczonego profesora wpędziłaby czarownica w kozi róg swoimi niesłychanymi toksykologicznymi wiadomościami truciznoznawczymi.
Ona właściwie jest twórczynią toksykologii — zapalczywa trucicielka umiała nawet z ziół leczniczych wydobyć jad trucizny, a tym samym wywarem, którym goiła chore płuca, wywoływała — tylko w innych dawkach — owrzodzenie, a może nawet i ten słynny „święty ogień”, w którym ciało płatami całymi, jakby spalone, od kości odpadało.
A zresztą, czym było dla jej astrosomy, która przenikała najgrubsze mury, przyssać się do ciała swej ofiary i wpromieniować w niego cały zaciekły jad swej zemstą i złością przepojonej duszy?!
Dzisiejsza nauka operuje mikrobami, lasecznikami, a kto wie, czy ta nasza cała bakteriologia nie jest właśnie przesądem, a głęboką, utajoną wiedzą, była znajomość magii słowa?!
Cóż my wiemy o słowie? Powtarzamy bezmyślnie, że na początku było słowo, codziennie przypominamy sobie, że słowo stało się ciałem, ale któż zdaje sobie z tego sprawę, co to znaczy?
Widział kto słowo? Pewno, że byli ludzie, którzy je widzieli, niezadługo pokaże nam fotografia, jak ono wygląda, ale na ogół jest słowo słowem i niczym więcej. A tymczasem słowo jest rzeczą istniejącą, działającą, raniącą, kojącą — to przecież nie słowo, które dziecko pieści, ale kochający fluid tego słowa, nie słowo rani, ale ukryta w nim jadowita dusza słowa. Słowo jest skorupą, którą można hieroglifem uwidocznić — najlepszy dowód, że słowo jest poniekąd rzeczą, jeżeli w ten sposób się objawia — ale ten hieroglif, nierozwiązalnie spętany z mówionym słowem, zdradza duszę słowa.
Weźcie alfabet hebrajski, a z zdumieniem dowiecie się, że alef — to piersi, a bet — to dom, a gimel — to pełnia itd. Dowiecie się dalej, że alef to równocześnie powietrze — mem — woda, a schin — ogień — a dwudziestudwóm głoskom nadał Bóg formę i różnoraką tajemniczą postać, a gdy zaś głoski te jął kombinować w najrozmaitszych permutacjach, stworzył Bóg duszę wszystkiego, co ma być stworzone i co już jest stworzone. Tak poucza Sepher Iesira, pierwsza księga Kabbali — Maassa Bereschith.
Kto znał znaczenia głosek, kto umiał kombinować je w słowa tak, żeby się stały twórczymi fluidami, ten mógł się słowem posługiwać jako prośbą, która niebiosa przebija i przed tron Boga się dostaje, lub niszczącą klątwą, która stokroć razy gorsze choroby wywołuje aniżeli miriady mikrobów.
A jasnowidząca czarownica znała duszę słowa, tej biednej skorupy, którą język, podniebienie lub zęby kształtują, i umiała się nią posługiwać — zresztą posiadała w tym względzie ogromną tradycję.
Już pierwsi demonolodzy, którzy specjalne dzieła o czarownicy i czarach pisali, mówią o stowarzyszeniu czarownic i czarodziejów — tych jest względnie mało, bo na jednego mężczyznę przypada co najmniej sto kobiet — jako o ściśle zorganizowanej sekcie — illa nefandissima secta — a lata, w których z gwałtowną szybkością sekta ta po całej Europie rozszerzać się rozpoczęła, przypadają według ich spostrzeżeń na początek XIV wieku.
Do tego czasu nie ma rzeczywiście śladu czarownic; wprawdzie było mnóstwo procesów o czary — znano już wtedy czarowanie za pomocą woskowych figurek — papież Jan XXII wydał aż trzy bulle, przeklinające czarnych magów, którzy na jego życie czyhali: znano również mnóstwo uroków, za pomocą których czarodzieje i nekromanci operowali, ale właściwa czarownica pojawia się dopiero między 1300 — a 1350 rokiem i po raz pierwszy wynurza się w tym czasie słowo sabat — szatańska synagoga czarownic; w tym to czasie znachodzą496 się pakta czarownicy z szatanem i w tych latach ustala się cała liturgia szatańska na sabacie.
Usilne, nowoczesne badania stwierdziły, że na ślad czarownic, jako już poniekąd zorganizowanego stowarzyszenia „wrogów ludzkości”, trafiano po raz pierwszy w południowej Francji i to w czasie, kiedy po krwawych walkach z potwornym okrucieństwem, zażartą nieludzką krwiożerczością niszczono resztki sektę katarów, sektę albingensów, która przez dwa stulecia była tak groźna dla Kościoła Katolickiego, jak nie była nią nawet Gnoza w pierwszych trzech stuleciach po Chrystusie. Zniszczona jeszcze w okresie pogańskiego wszechwładztwa, odżyła na nowo w potężnej nauce boskiego Mani, dostała się przez Konstantynopol do Bułgarii, gdzie otrzymała nazwę bogumilców, a stąd rozprzestrzeniła się przez Hiszpanię, północne Włochy, a główną, najważniejszą i najgroźniejszą twierdzą i ostoją stała się dla niej południowa Francja z wszystkimi jej bogatymi i kwitnącymi miastami, z wszystkimi warownymi zamkami i twierdzami — a otoczona czułą i troskliwą opieką książąt Raymondów swobodnie rozwijać się mogła.
Sekta ta przyjmowała dwóch równie potężnych i równie odwiecznych bogów, jednego, który w niewzruszonym majestacie panuje nad światem niebieskim, który nigdy nie zniechluił się jakimś tam tworzeniem tak nędznego tworu, jakim jest ziemia, drugim zaś bogiem — to ten, który owładnął ziemią i wszechwładnie nad nią panuje — Czarny Bóg, czyli Szatan. Zwolennicy tej sekty byli zaciekłymi wrogami Kościoła Powszechnego, nie uznawali żadnych sakramentów, prócz Chrztu a przede wszystkim wykpiwali niemiłosiernie sakrament Pokuty, Ciała i Krwi Pańskiej, nie uznawali zupełnie boskości Chrystusa; a Matkę Boską spotwarzali niechlujną nienawiścią. Jehovah Starego Testamentu, którego z wzgardą odrzucali, był dla nich podłym oszustem, najwyższej pogardy godnym kłamcą i krwawym oprawcą. Jedna księga w Starym Testamencie tylko znalazła w ich oczach łaskę — to księga Job, a z Nowego Testamentu najwyżej cenili listy apostoła Pawła i na niego zawsze się powoływali, właśnie na tego apostoła, który, jak to z jego listów wynika, o historycznym Chrystusie, zdaje się, nic nie wiedział, jak również nic o ewangeliach, bo jednego słowa z nich nie cytuje.
Sekta ta, która powstała na gruzach dawno już zamarłej gnozy, była niewątpliwie w posiadaniu ezoterycznych tajemnic, przeznaczonych li tylko dla wybranych i żyjących jedynie w ustnej tradycji. A ktokolwiek zajmował się choć trochę starożytnymi misteriami, które najwyższy może rozkwit znalazły w gnostycznych kultach i kulcie Mitry, wie, jak olbrzymią rolę odgrywała w tych misteriach wszelkiego rodzaju magia, a że ona „białą” nie pozostała i z natury rzeczy musiała się przerodzić w najczarniejszą z czarnych, o to postarał się Kościół swoimi nieludzkimi prześladowaniami, w rozpasanej zwierzęcości prześcigającymi o całe niebo prześladowania chrześcijan za czasów najwięcej krwiożerczych Cezarów. Włosy na głowie stawają z przerażenia, z jaką potworną, rozjuszoną furią szalał Kościół przeciwko wyznawcom Mani, a całkiem zrozumiałe, jak zaciekłą, nieubłaganą nienawiść, jakie rozbestwione pragnienie zemsty wywołało to prześladowanie w tych rozbitych resztkach, kryjących się w niedostępnych pieczarach górskich, jaskiniach, do których dostęp nawet dla oczu tak przebiegłych psów gończych, jakimi byli zbiry Świętej Inkwizycji, nie był dostrzegalny.
Pisma katarów zostały doszczętnie zniszczone, ale żadna siła nie zdołała zniszczyć ustnej tradycji, ani ezoterycznych tajemnic, których już przed ciekawością wyznawców ustrzec nie zdołano, ani nie chciano, bo tajemnicami tymi osłonięte były magiczne środki, przechowywane od najdalszego zarania ludzkości, a które teraz stały się straszną bronią odwetu i pomsty.
Z rozbitków potężnej ongi sekty potworzyły się małe gminy, ukrywające się w czeluściach niedostępnych gór, przytulające do swego łona rozbitków i innych, najwięcej prześladowanych sekt, z których najsilniejszą była sekta Vaudois; przytułek w tych gminach znajdowali wyrzuceni z łona Kościoła renegaci kapłani i klerycy — z rodu wagantów najrozpustniejsi i najwięcej do wszelkiego rodzaju zbrodni pochopni — nie dziw więc, że pierwotnie czysta nauka jęła się paczyć, wykoszlawiać, a w końcu nie pozostało nic, prócz wykarykaturzonej czarnej magii, rozporządzającej mniej lub więcej skutecznymi środkami — nic prócz zębami zgrzytającej, niestety bezsilnej chuci zemsty, która mogła tylko znaleźć upust w potwornych parodiach obrządków kościelnych, kradzieży hostii i plugawienia ich, zniszczenia i opluwania krzyżów przydrożnych, palenia kościołów, wszelkiego rodzaju świętokradztw i bluźnierstw, torturowania w nieludzki sposób sług kościelnych — dominikanów — psów Pana Boga, o ile ich, zabłąkanych w świętym zelotyzmie, uchwycić zdołano.
I w tych ciemnych jaskiniach, w których wieczny mrok panował, jakiego nawet skąpe kaganki oświetlić nie zdołały, bo lękano się, by światło nie naprowadziło zbirów do tych kryjówek, odbywały się te piekielne msze rozpaczy, najstraszliwszej udręki, msze w rozbestwionej żądzy pomsty i najzażartszej nienawiści.
Zwalono i podeptano krzyż, a na ołtarzu ukazał się kozioł, odwieczny znak zodiakalny, kozioł Mandes Egipcjan, czarny kozioł pokuty Hebrejów, kozioł wszechwładca, w którego znaku dusze ludzkie wstępowały do niebios i zstępowały na ziemię, zarazem kozioł, symbol rozrodczej chuci, a potem rozpusty, jaką ludzkość się upijała, by o nędzy swej zapomnąć497; kozioł — mściciel, który coraz straszniejsze i potworniejsze formy przybierał, im miał być większym postrachem dla znienawidzonego Kościoła.
I kozioł-Szatan, ulepiony z Bóg wie jakich form i elementów, rozbitych szczątków tych form, w jakich ta czarna potęga w najrozmaitszych religiach się plastycznie objawiała, stał się teraz naprawdę jedynym bogiem, a zarazem i arcykapłanem, i, aby oddać cześć temu, nad czym zapanował, to znaczy materii, całowano go w najmaterialniejszą i najwięcej smrodliwą część ciała. I tak z wolna utworzył się teraz już całkiem skonsolidowany rytuał, polegający na doszczętnym wywróceniu na opak rytuału katolickiego Kościoła.
Święconą wodę zastępowała przy chrzcie uryna szatana, kadzidło — asa foetida lub dym jadowitych, smrodliwych roślin, kropidło — ogon koński, chleb — sperma męska, a krew Pańską krew menstruujących niewiast.
Liturgia sataniczna sama, to cały szereg magicznych zaklęć, które na ludzkość najstraszniejsze nieszczęścia zwalić miały, szereg najdzikszych przekleństw i złorzeczeń, a ktokolwiek zada sobie trud, by wniknąć głębiej w te najpoczwarniej poprzekręcane wykrzyki, zaklęcia, wywoływania, ujrzy z zdumieniem, że to tylko jedno wielkie zlewisko magicznych zaklęć w najrozmaitszych językach — począwszy od Aie, niewątpliwie wykoszlawione Evohe Greków, poprzez liturgię Mitry, w której Boga chwalono nie tylko szeregiem poszczególnych głosek, wygwizdywanych, ryczanych, wykichanych, wychrząkiwanych, a nawet wiatrami puszczanych, aż het do już jasno rozeznawalnych zaklęć praktycznej Kabbali żydowskiej, której tajemnic uczeni żydowscy pilnie strzegą i do tego stopnia, że tylko coś niecoś przedostało się do rozmaitych grimorii i enchirydii Zachodu.
Słowo, które w ustach maga było twórczą, niszczącą potęgą, a potem stało się tylko martwym, fonetycznym dźwiękiem, nabierało pierwotnej siły i mocy w ustach jasnowidzącego, z pęt ciała wyzwolonego ciała astralnego czarownicy: bezsens stał się nagle przeraźliwym sensem, potężną bronią, a przeważnie narzędziem śmierci, skuteczniejszym, aniżeli najgroźniejsze anathema papieskie, najwięcej srogie i krwiożercze wyklęcia kościelne.
Papieże średniowiecza znaleźli w czarownicy bez porównania groźniejszą współzawodniczkę: jej pioruny istotnie zabijały — z gromów papieskich nic sobie już wtedy nie robiono.
Że podczas tej mszy, a może po jej ukończeniu, odbywały się niesłychane orgie, o tym nikt, który jako tako jest obeznany z ówczesną etyką seksualną — a nigdy nie była tak rozbestwioną, jak poonczas, kiedy każdy klasztor żeński według świadectw św. Brygidy był ohydnym lupanarem — wątpić nie może. Zresztą orgiastyczne te obrządki były uświęcone tradycją gnostycznych sekt, jak eutychianów, barborianów a przede wszystkim harpokratów. Opis tych orgii, który dał ojciec Kościoła, Hipolit drugi, wydawał się tylko chęcią spotwarzania gnozy, tymczasem prawowierna księga gnostyków, najważniejszy dokument gnostyczny, a raczej ewangelia gnostyków, Pistis Sophia ubolewa rozpacznie nad wynaturzeniem się gnozy w tym do najpotworniejszych konsekwencji doprowadzonym uświęceniu materii, a zarazem pragnieniu wyzwolenia się z niej przez jej systematyczne niszczenie w najwyuzdańszej rozpuście.
W tych niedostępnych, ostatnich kryjówkach na śmierć szczutego zwierza, jakim była ta biedna gromadka wszelakiego rodzaju heretyków, w nienawiści ku obcej, zniekształcająca własną wiarę, powstał niewątpliwie rytuał, jak również i liturgia obrzędów szatańskich, jakie odbywały się w Wogezach i Alpach francuskich, hiszpańskich Sierrach, w niemieckim Harzu na Brocken, a równocześnie na naszej Łysej Górze — obrzędów, znanych pod nazwą Sabatu!
I w tych kryjówkach, w atmosferze rozpaczliwej nienawiści, wśród bezustannych wieści dochodzących z siół i miast o coraz to nowych, potwornych zbrodniach sprawiedliwości boskiej, popełnianych na wyznawcach Czarnego Boga, a które o pomstę do ojca wszystkich nędzarzy i wydziedziczonych wołały, tworzyły się kadry wojska szatańskiego, istotne bojówki, przeważnie z kobiet złożone. Przeciwko wojsku Boga Kościoła stanęło w pogotowiu do ciężkiej, ukrytej, podstępnej walki wojsko Szatana Synagogi, gorliwie wspomagane przez zębami zgrzytających, gorzej od plugawego robactwa tępionych pariasów w tłuszcz cnoty i bogobojności porosłej ludzkości: a więc przez Żydów, Cyganów i trędowatych.
Kobieta, u której mózg maciczny z jego furią, rozpętanymi namiętnościami, zdolnością do uczuć takich nienawiści, takiej złości i chuci zemsty, jakich mężczyzna z swoim refleksyjnym mózgiem głowy odczuć nie jest wstanie, była główną sprężyną tych zgromadzeń, ich duszą i w rozszalały bieg smaganą krwią, inna rzecz, że mężczyzna był ich organizatorem i instruktorem.
Niewątpliwie istniały pod nadzorem jakiegoś istotnego czarnego maga, którego oczywiście tylko w najrzadszych wypadkach władza świecka, czy też kościelna ująć była w stanie, prawdziwe szkoły najpierwotniejszej czarnej magii, tak jak istniały w XVII i XVIII wieku w Wogezach i Alpach sabaudzkich szkoły, w których wychowywano małoletnie dzieci za pomocą surowej ascezy, somnambulizmu i innych, nieznanych dziś praktyk na jasnowidzów, proroków i natchnionych kaznodziei, a którzy w zdumienie współczesną ludzkość wprawiali i poważne wyłomy w Kościele Katolickim czynili.
I w tych szatańskich konwiktach uczyła się czarownica zaklęć, których znaczenia nie rozumiała, ale nadawała im moc jasnowidztwa, uczyła się, jak astrosomę z ciała wyłaniać, odbierała recepty na sporządzenie tych jadowitych wywarów, które tak skutecznie ludzkość dziesiątkowały nie za pomocą pojedynczych zbrodni, ale wskutek wywoływania całych epidemii, a jeżeli dzisiejszy lekarz dumny jest, że umie wytworzyć sztuczną kulturę mikrobów, to czarownica umiała wywołać choroby, których li tylko towarzyszącym zjawiskiem są wszelkiego rodzaju laseczniki.
Tak twierdzi przynajmniej „monarcha omnium arcanorum”, monarcha wszelkich tajemnic, jak go współcześni nazywali, ojciec całej nowoczesnej medycyny, którego niesłychane znaczenie teraz dopiero naszym współczesnym świta, Theophrastus Paracelsus Bombastus498, w swej książce De peste: ten sam Paracelsus, który zerwał doszczętnie z całą ówczesną medycyną i stworzył podwaliny do tej, która dopiero w naszych czasach poczyna się z ciemnych, gęstych mroków nieuctwa i głupoty dźwigać, ten sam boski Paracels, który twierdził, że jeżeli się gdziekolwiek czegoś nauczył, to u czarownic, katów, znachorów-owczarzy.
Paracelsus w istocie był wtajemniczony w praktyki czarnoksięskie i czarownicze, dał całe mnóstwo ich recept, ale w takich obsłonkach i w tak tajemniczych symbolach, że jego rewelacje są raczej zaciemnieniem, i nie dziw: tak potężnie zwarta organizacja, jaką była sekta czarownic i czarodziejów, śmiercią każdą zdradę karała, i ta kara nie ominęła istotnie tego szczytnego monarchę: jednej nocy został w tajemniczy sposób w Salzburgu zamordowany.
Dla okultysty sprawa ta jest całkiem zrozumiała.
Czarownica żyła niejako na dwóch platformach — w naszym świecie widzialnym i w tym, który stanowi jego duszę, w świecie astralnym; opanowała do pewnego stopnia one astralne prądy tej tajemniczej siły, której grubym zmaterializowaniem: to nasze światło i elektryczność; mogła nimi poniekąd kierować, jak dziś nasz technik kieruje elektrycznością, posługiwać się nimi, by wywoływać wiry i burze, które się odbijały zaburzeniami na ziemi, jadem swej astrosomy je zatruwać, sprowadzać na ziemię epidemie.
Przecież i my mówimy o zatrutym powietrzu, tylko to nie powietrze zatrute, ale astralne fluidalne prądy, które zepsuciu i zatruciu ulegają przez wojny, mordy, rozpustę, a usilnie przestrzega Paracels przed powietrzem bydłobójni, lupanarów, kryjówek zbrodniarzy — aby uniknąć astralnego zakażenia.
A astralnym zakażeniem był niepojęty wpływ, jaki czarownica, gdziekolwiek się pokazała, na swe otoczenie wywierała. Ni stąd, ni zowąd zjawiła się nagle w jakiejś wsi lub miasteczku, a nie upłynęło parę miesięcy, a już, jak twierdzi uczony demonolog Prierias, sekretarz papieski, przyprowadzała na sabacie dziesiątki niewiast, spragnionych chrztu szatańskiego, gorliwych wyznawczyń tej nowej wiary, z którą żadna porównać się nie da, bo z żadną nie było związanych tyle nieludzkich rozkoszy, żadna nie mogła tak nasycić swoim obrządkiem rozpętanych zmysłów — bo żadna nie posiadała święta nad wszelkie święta: święta najwyuzdańszej rozpusty i ostatecznego nasycenia zgłodniałych demonów żądz — nie posiadała sabatu.
Sabat stawał się tak piekielnym narkotykiem, wobec którego opium wydaje się być niewinną zabawką, jakimś marnym surogatem, a czarownice baskijskie, badane przez wielkiego demonologa De Lancre’a jednogłośnie stwierdzają, że rozkosze przeżywane na sabacie są tak niesłychane, iż czas między jednym a drugim wydaje im się całą wiecznością i nic nie da się porównać z tęsknotą, z jaką wyczekują znaku wyjazdu na tą mszę szatańską.
„Wszystko ad majorem Dei gloriam!” — jęczał wyznawca Kościoła w krwawym, przeraźliwie ciężkim jarzmie duchowieństwa ówczesnego; „Wszystko ku większej chwale Szatana, na pohybel Trójcy Świętej, czerwonej meretrix Marii i jej bękarta Filipa!” (tak Chrystusa nazywały) — rżały w opętanym, niszczącym szale wyznawczynie jedynego swego Boga, Szatana, rozwścieczone czarownice.
I była czarownica nie tylko doskonałą i zapamiętałą trucicielką, nie tylko umiała w zmowie z Szatanem, wężem, który się w ogon gryzie, a więc z zatrutym fluidem astralnym, wzniecać choroby i epidemie, sama wywoływać konanie na wolnym ogniu znienawidzonego osobnika z pomocą stapiania woskowego homunculusa; nie tylko była ukrytą sprężyną w hipnozie lub somnambulizmie nakazanych morderstw, usłużną pomocniczą przy usuwaniu znienawidzonych małżonków, niewygodnych spadkobierców, zręczną akuszerką przy spędzaniu płodu; nie tylko umiała tak kierować astralnymi prądami, że wysuszała łąki i urodzajne łany żyt, wyniszczała trzodę chlewną, a bydło samym spojrzeniem zabijała, ale głównie była znienawidzona i lękana499 jako dzieciobójczyni — właśnie dlatego, że Chrystus tak dzieci ukochał, a ponieważ je kazał przyprowadzać do siebie, więc z dzikim szyderstwem wysyłała mu je pomordowane, a żywe prowadziła na sabat i już w najrychlejszym500 wieku zaprawiała je w miłości i czci dla Szatana.
A swoją drogą potrzebowała gwałtownie dzieci, jak najwięcej dzieci: przecież najważniejsza ingrediencja501 jej maści i wywarów to tłuszcz dziecka, móżdżek, wątroba lub żółć; przy tym ofiara dziecka (z którego buchającą żywą krew chwytała w fiole, flaszki i koneweczki, którymi polewała wywary jadowitych roślin lub macerujących się kości wisielców i z cmentarzysk wygrzebanych trupów) była najmilsza jej panu i władcy.
A to zapotrzebowanie dzieci wzrosło jeszcze, gdy sabat przeniósł się do kościołów i klasztorów, a nawet przeważnie do kaplic prywatnych książąt, zarówno duchownych i świeckich, kiedy to „czarna msza” weszła w powszechne użycie.
Za czasów Ludwika XIV, jak świadczą akty „Chambre ardente”, specjalnego wydziału sądownictwa dla praktyk szatańskich, uprawiano po zaułkach Paryża jak najformalniejszy handel dziećmi — jedno dziecko kosztowało talara. Kto by nie uwierzył, niech sobie przeczyta protokoły tego tajnego sądu.
Jedna sama La Voisin, czarownica i powiernica madame de Montespan, kochanki Ludwika XIV, wymordowała przy mszach czarnych przeszło 700 dzieci, a własna jej córka musiała się przed połogiem bardzo starannie ukrywać, by kochana babunia i jej dziecka nie zamordowała.
Co do liczby tych dziecięcych ofiar, a może i wyrafinowanego okrucieństwa, z jakim je mordowano, przewyższał La Voisin chyba tylko jeden Gilles de Rais502, tak zwany Barbe Bleue, który tymi zbrodniami chciał Szatanowi wyłudzić sztukę robienia złota.
Żaden spowiednik nie nasłuchałby się chociaż i przez najdłuższe życie choć w tysiącznej części tak potwornych zbrodni, jakie wysłuchiwał na każdym sabacie ten straszny, groźny „Principe del regno doloroso”, jak Dante Szatana nazywa: snać go to już nudziło, bo jak jedna czarownica zeznaje, miał on minę wielkiego, ale znudzonego pana, minę obojętną i melancholijną, a ta wielkopańska mina stawała się wtedy tylko groźna i straszna, tak że czarownice drżały i trzęsły się z lęku, jeżeli któraś z nich nie zdążyła w międzyczasie nic więcej zdziałać nad wywołanie pomoru bydła lub uroczenia jakiegoś dziecka, którego matka nie zdążyła ochronić czerwoną chustką przed wzrokiem czarownicy.
Wtedy wpadał w straszny gniew, a pięście jego biły jak młoty z żelaza, toteż nie dziw, że niejedna czarownica, jak to często z ich zeznań wynika, musiała przez parę dni ten nieszczęsny sabat odleżeć.
Przeciwko tej piekielnej, przeklętej — „nefandissima” — sekcie przybrał Kościół niesłychanie groźną postawę. Przez trzy czy cztery wieki, bo od końca XIV stulecia aż pod koniec XVIII, tępił z straszliwym, zaciekłym okrucieństwem to szatańskie plemię, ale tępił na oślep, z tą dziką furią, jaka opanowała krzyżowców podczas wojen krzyżowych przeciw katarom. Gdy zdobyto twierdzę Maurilac, krzyczał jakiś mnich w świętym uniesieniu: „Wymordujcie wszystkich, Bóg już się rozezna, kto mu przynależy! Caedite omnes, Deus cognoverit, qui sunt eius!”
I wymordowano 40000 mieszkańców, jedna żywa dusza nie pozostała, a wśród tych mieszkańców zaledwie połowa była katarami.
I wymordowano według tej samej sentencji około osiem milionów niewiast, wśród których drobny tylko ułamek stanowiły istotne czarownice, a między nimi jedna wspaniała i dumna baskijska czarownica, młoda i piękna Dejortzabel, która istotnie Szatana ukochała.
Gdy jej pachołek przyrzekł, że, jeżeli mu się odda, wypuści ją na wolność, splunęła mu w twarz z wyniosłą pogardą: „Ja, która byłam kochanką Szatana, miałabym się tobie oddać, marny służalcze sprawiedliwości ludzkiej?!”.
I między nimi straszliwa Necato, jedna z najsłynniejszych czarownic z wzrokiem o tak piekielnej mocy, że siły jego nikt wytrzymać nie mógł, brodata, na całym ciele kłakiem czarnym obrosła, o głosie grubym, męskim, nieartykułowanym głosie charczących basów, a poza tym bez wyraźnej płci, bo była hermafrodytą. A tyle zbrodni popełniła i z takim szatańskim cynizmem się do nich przyznawała, że niedługo było potrzeba ją przesłuchiwać: starczyło tylko parę zeznań, by zgotować jej taką śmierć, aby istotnie czuła, że umiera.
To wszystko wydaje się tak niesłychanie niewiarogodne i tak zdumiewające właśnie w tych czasach, w których niezwykłe „cuda” się dzieją i za takie byłyby uznane jeszcze jeden wiek temu — dziś te cuda nazywamy „wynalazkami” — a nikomu nie przyjdzie na myśl, że większym cudem jest dzisiejsze szybowanie w powietrzu aeroplanem, aniżeli poonczas wskrzeszenie zmarłych lub, co się „czarem” nazywało: odwrotną stroną „cudu” — zabijanie ludzi na dystans.
Udało nam się po tysiącach wieków ujarzmić elektryczność, siłę znaną doskonale hierofantom egipskim i Mojżeszowi, uda się niezawodnie może już za jakąś setkę lat ujarzmić tę siłę, którą okultyzm od kilku tysięcy lat zna pod nazwą „od”, a wtedy będzie to wszystko, co dziś gusłami, czarami, przesądem nazywamy, czymś tak zrozumiałym i tak powszednim, jak jest dziś siła elektryczna. A wtedy z całkiem innym zainteresowaniem będziemy się wczytywać w dzieła wielkich demonologów, którzy czarodziejskim praktykom czarownic i czarodziejów grube tomy poświęcili. Wyobrażam sobie, z jaką zachłanną ciekawością będą studiowane dzieła Prieriasa, De demonomania Bodinusa, Disquisitiones magicae — Del Rio, dzieła Grillanda, Sinistrari d’Ameno o sukubach i inkubach; a przede wszystkim Glanvilla: Sadducismus triumphatus i de Lancre’a: De l’inconstance des demons!
To wszystko, co dziś jeszcze jest ciemną, zawikłaną zagadką, spowitą w nieprawdopodobne tajemnice, wtedy się niewątpliwie rozjaśni, a z ciężkim wstydem przyjdzie nam żałować, że tak przedwcześnie nasz głupi i śmieszny sąd o czarownicach wydaliśmy.
W tym pobieżnym szkicu o czarownicach mogłem oczywiście zaledwie rąbek tajemnicy odsłonić, ale sądzę, że wskazałem ścieżkę, na której, usilnie i wytrwale krocząc, już teraz znaleźć można możliwość, na razie przypuszczalną tylko, by dotrzeć do jądra tej zdumiewającej zagadki.
Ludzkość dziś się już w znacznej mierze wyleczyła z tej wściekłej neofobii, która kazała jej się wyśmiewać z każdego nowego odkrycia: przecież chyba wiadomo, na jakie prześladowania byli narażeni wielcy rewelatorzy, z jaką nienawiścią prześladowano wszystko, co zdawało się wywracać na ręby ustalone przekonania. Od czasów, gdy człowiek siecią telegraficzną odrutował Ziemię, gdy elektrycznymi prądami powietrza potwierdził okultystyczną naukę o telepatii i o telekinezji, gdy zdołano powietrze do tego stopnia opanować, że żegluga powietrzna pewniejsza niż wodna — ludzkość spokorniała.
A tę ludzkość czeka jedno olbrzymie odkrycie: tej tajemniczej siły astralnej, niewidzialnej, zaledwie przeczuwalnej w promieniach radioaktywnych i röntgenowskich, a wtedy cały okultyzm przestanie być okultyzmem i problem czarownicy tak samo rozwiązany zostanie, jak transmutacja metalów — a sabat nie będzie stanowił większej zagadki od stworzenia kamienia filozoficznego.