SCENA IV
BRONKA
patrzy na nią
Lulu, lulu, mój maleńki. No, nie chcesz spać, to powiedz przynajmniej pannie Ewie: dzień dobry!
KAZIMIERZ
ze sztuczną wesołością
Dzień dobry, pani.
BRONKA
wita Ewę
Pomyśl tylko, Ewciu, jak zerwaliśmy się dziś wszyscy wcześnie. Zdaje mi się, że to dzień Bożego Narodzenia... U nas był taki zwyczaj, że ten dzień dzieciom rózgami przypominano, dlatego tak rychło zrywaliśmy się z łóżek.
EWA
Ależ, bój się Boga, to w Wielki Piątek, czy w Wielką Sobotę.
BRONKA
E, to wszystko jedno... Patrz tylko na tego mego wielkiego, łagodnego, dobrego niedźwiedzia. Ach, to poczciwe Kazimierzysko...
KAZIMIERZ
Bronka obudziła się dziś w wybornym usposobieniu.
BRONKA
Masz słuszność... zdaje mi się, że jestem młodym dzieciakiem, gdym jeszcze pięła się na najwyższe szczyty topoli nad tym przeklętym czarnym stawem.
EWA
I znowu ten czarny staw?
BRONKA
macha ręką
E — wszystko jedno. Staw, nie staw, brzytwa czy szubienica, pod kołami pociągu czy też jak najprzykładniej w świecie w swoim łóżeczku... Śmierć śmiercią. Wszystko jedno, jak i kiedy...
Patrz tylko, Ewciu, to poczciwe Kazimierzysko wygląda jak rosochata topola, ach nie, jak ten mój olbrzymi wuj, na którego plecach tak często otrząsałam sobie wnętrzności.
EWA
Coś ty taka wesoła?
BRONKA
chwyta ją za ręce, pieszczotliwie
Widzisz, Ewciu, ja mam często takie jakieś głupie smutki, głupie tęsknoty, którymi sobie i innym życie zatruwam, ale to wszystko mija i wtedy jestem podwójnie wesoła...
Ale patrz tylko, ten Kazimierz do niczego. Ach, jaki ty, Kaziu nudny, jaki nudny... Ewo, wiesz co, gdybyśmy tak razem teraz wybiegły do ogrodu, śnieg po pas głęboki... Och, co za rozkosz brnąć w tym śniegu, rozrywać go piersią i nogami, by tylko, co prędzej zakiełkowała ta martwa, a teraz już odchuchana ozimina...
EWA
udaje, że nie zważa, pobłażliwie
Bronka znowu szaleje. Teraz, w śnieg, w porannej sukni, w pantofelkach?
BRONKA
No i cóż z tego, jam zahartowana. A tyś przecie już ubrana... Chodź, kochana Ewciu, tyś taka zimna, tak marzniesz, a ja cię tak w śniegu rozgrzeję. Całymi garściami śniegu będę tarła twoją twarz, będę myła śniegiem twoje włosy, ach, gdybyś ty wiedziała, jak śnieg umie przytulić, odchuchać, rozgrzać zziębnięte ręce i wymarzłe serce...
EWA
Nie, Bronko,
ja nie potrzebuję śniegu, mnie dobrze z moimi zziębniętymi rękami i zmarzłym sercem. Mojej duszy jeszcze żaden śnieg nie potrzebował przyprószać, by ją ogrzać.
BRONKA
patrzy na nią przeciągle
Nie? Rzeczywiście nie?... No, to chodź, Kaziu, to razem w śnieg polecimy, a pozwolisz się kulać w śniegu? Takiego cudnego bałwana z ciebie zrobię.
Tu ci dwa węgle włożę, będziesz miał oczy, tu ci kawałek błota przylepię, będziesz miał nos, a tu zrobię tak i będziesz miał usta, taką fajkę ci do ust włożę... Och Ewciu, Ewciu, że ty z nami iść nie chcesz. No, chodżże, Kaziu, chodź
Ewciu, Tadeusz tu zaraz przyjdzie.
Głos Bronki z przedpokoju.
Tadeusz! Tadeusz! Ewa sama, przygotujcie nam śniadanie.