SCENA III
BRONKA, KAZIMIERZ
BRONKA
podchodzi ku portierom, przez które Tadeusz wyszedł, rozgląda się, a potem podchodzi do Kazimierza i chwyta go za rękę.
Czy ty wiesz, dokąd on teraz poszedł?
KAZIMIERZ
Wiem.
BRONKA
Ty wiesz? Ty tego nie możesz wiedzieć Czy ty sądzisz, że on poszedł twoje sprawy załatwiać?
KAZIMIERZ
Wiem, że nie.
BRONKA
z mocą
Do Ewy poszedł, do Ewy, do Ewy!
Milczenie.
BRONKA
To tak być musi?
KAZIMIERZ
Ha, taki los człowieczy, jak człowieka szarpnie taka straszna tęsknota, by wyjść poza siebie i wszystko, gdy żadne szczęście, żadna rozkosz nie wypełni duszy, nie jest w stanie ujarzmić tego wewnętrznego niepokoju, okiełzać tego wściekłego rozpędu, który gna, gna i gna człowieka na oślep, po trupach, po ofiarach swej zbrodni, przed siebie naprzód...
BRONKA
przestraszona
To silniejsze niż huragan, co odwieczne dęby z korzeniami wyrywa?
KAZIMIERZ
Silniejsze.
BRONKA
Nieprzezwyciężalne?
KAZIMIERZ
Nie.
BRONKA
tajemniczo
Ale silniejsze od Ewy, nieprawda?
KAZIMIERZ
potrząsa głową
Niestety, nie.
BRONKA
zrywa się
Nie, mówisz, nie.
Powiedz mi, czemu nie, czemu nie?
KAZIMIERZ
Bo Ewa jest tą tęsknotą. On za nią nie tęskni, on może jej wcale nie widzi, nic o niej nie wie, ale widzisz to tak, jakby była w nim, jakby go szarpała, jakby go smagała w jakiś straszliwy pościg.
BRONKA
Za czym, powiedz mi, za czym?
KAZIMIERZ
Tego nikt nie wie, nie wiedział, nie rozumiał ani nie zrozumie. Milczenie.
BRONKA
Cóż ja pocznę nieszczęśliwa? Och i ja tęsknię, i ja tęsknię, ale za jego duszą. Boże najdroższy, jaka ja ślepa byłam, jak moja dusza oślepła od tego szału i teraz dopiero zrozumiała, że on nigdy do mnie nie należał.
KAZIMIERZ
smutno
Słuchaj, Bronka, ja na oczach twojej duszy tej operacji robić nie chciałem. Wiedziałem dobrze i widziałem, że on nigdy twoim nie był, dlatego byłem tak smutny. Głęboki smutek pokrywałem maską nudy i zobojętnienia, co mi się zresztą nie zawsze udawało, ale myślałem, że się te chmury rozproszą...
BRONKA
Czemuś mi tego nie powiedział, czemuś mi tego zaraz nie powiedział? Byłabym miała czas ochłonąć, a tak to spadło nagle jak grom. Dusza moja jak piorunem roztrzaskana wierzba, tysiąc szczap wokół korzeni, które się już też z ziemi wynurzają. Czemuś mi nie powiedział? Czemuś mi oczu nie roztworzył?
KAZIMIERZ
Słuchaj mnie, Bronka, spokojnie, zaraz zrozumiesz, dlaczego.
BRONKA
Kaziu, jakiś ty dziwny, co ci się stało?
KAZIMIERZ
Co mi się stało? Toś ty też dopiero teraz przejrzała, coś już od tygodnia powinna była wiedzieć?
BRONKA nieśmiało patrzy na niego wylęknionymi oczyma.
KAZIMIERZ
Nie lękaj się, Bronka, nic strasznego... Powiem ci prosto i szczerze. Z wolna w ciągu długich tygodni pokochałem cię moją pierwszą miłością, bom, Bronka, nigdy dotąd nie kochał. A dusza moja była zimna, biała i czysta jak ten śnieg, tam, na polu. Dlaczegom cię pokochał, dlaczego z godziny na godzinę miłość moja się pogłębiała i silniej, silniej się we mnie rozrasta, toś może zrozumiała z tego wszystkiego, com ci o sobie mówił. Zresztą, to zupełnie obojętne...
tylko nie bądź tak przerażona. Mogłabyś wtedy z przerażeniem się cofać i z pokoju uciekać, gdybym ja liczył na twoją wzajemność, ale ja na nią nie liczę ani też jej nie chcę. Chociażbym wiedział, żeś mi wzajemna, tobym ani na chwilę się nie wahał wzajemność twoją ze wstrętem odrzucić. Nie dlatego, żeś moją bratową, ale dlatego, że dusza twoja o inną się otarła, silniejszą może od mojej.
BRONKA
Cicho, Kaziu, ja ciebie nie rozumiem.
KAZIMIERZ
zmęczony
To nic nie szkodzi, umiem myśleć dzień i noc o tobie, kochać cię i pieścić, i umiem nie myśleć o tym, że jesteś żoną mego brata, i umiem ani na chwilę, choćby najodleglejszą myślą nie zbrukać ciebie w godności pani domu moich praojców i żony mego brata, którego tak samo kocham, jak ty.
BRONKA
podchodzi ku niemu i głaszcze cicho jego włosy
Nie mów już o tym, nie mów.
KAZIMIERZ
Oczywiście, że ci już o mojej miłości mówić nie będę. Tylko rozumiesz tę tęsknotę człowieka, który przeważnie żył w mętach, w brudach życia, w całym tym błocie, co się światem i życiem nazywa? Zapragnąłem schwycić to błędne światło, co mknie nad tym bagnem i kałużą życia, chciałem odczuć tę rozkosz, gdy wypowiem to słowo „kocham”.
Milczenie, trzymają się za ręce i siedzą obok siebie. Po długiej chwili.
KAZIMIERZ
Jestem szczęśliwy, że zrobiłem taki piękny obrachunek z całym moim życiem... Jedna moja troska, jeden straszny ból: jak ty to ścierpisz?
BRONKA
przerażona
Co ścierpię, co?
KAZIMIERZ
Słuchaj, Bronka, z rozkoszą patrzałem, jak człowiek w tobie w ciągu ostatnich dni rósł i potężniał, jak walczyłaś z sobą, z jakim strasznym trudem jęłaś sobie uświadamiać wszystko to, co na dnie twej duszy drzemało. Cieszyłem się już, nie jak człowiek, który kocha, ale jak artysta, gdyś nowe słowa tworzyła dla wszystkiego tego, co dusza twoja w tych cierpieniach rodziła... Bronka, bądź silną i piękną, pochwyć w górze w sam czas ten obuch, który ci ma głowę zmiażdżyć.
BRONKA
rozdrażniona
Co mnie może zmiażdżyć?
KAZIMIERZ
twardo
Tadeusz twoim nie był i nie będzie. Dusza jego poleci, a chcesz trupa mieć przy sobie, to miej.
BRONKA
Kłamiesz.
KAZIMIERZ
smutno
Gdybym nie gardził twoją wzajemnością, to może bym się do tak nędznych środków uciekał; gdybym ciebie nie kochał, gdybym nie miał tej krwi w sobie, która we mnie płynie, to może bym się cieszył, że ci mogę serce rozranić. Nie mówiłem ci tego wszystkiego, chociaż o wszystkim wiedziałem, a teraz, gdy już nic zmienić się nie da, pragnąłbym zahartować twoją duszę...
BRONKA
patrzy na pół błędnie na Kazimierza
Więc dobrze! Będę teraz silną, będę piękną. A ty, ty mi pomożesz?
KAZIMIERZ
W czym ja ci mogę pomóc?
BRONKA
z tłumionym krzykiem
Ja ją zabiję, zabiję, zabiję! I ty mi pomożesz!
KAZIMIERZ
Ja — nie.
BRONKA
śmieje się wzgardliwie
I ty, ty powiedziałeś, że mnie kochasz? I ty, z którego słów wyczuwałam, że wszystko jesteś w stanie dla mnie zrobić i każdą ofiarę dla mnie z siebie ponieść, teraz się cofasz?
KAZIMIERZ
Ja się wcale nie cofam, nie pojmuję tylko, dlaczego bym miał przykładać rękę do takiej bezcelowej i bezmyślnej zbrodni, którą może co najwyżej obłęd samiczki podyktować, ale nigdy prawdziwa siła i piękność kobiety.
BRONKA
coraz gwałtowniej
Człowieku, co ty mówisz; czy ty nie masz krwi i serca? Powiedz, jak ty kochasz, czym ty kochasz? Ta twoja miłość nie jest niczym więcej, jak tylko pieszczeniem się dźwiękiem pięknych słów i niczym więcej, jak tylko rozkoszą sennych rojeń i majaczeń.
KAZIMIERZ
patrzy na nią przeciągle
Obłędny ból przemawia przez ciebie, a zresztą masz słuszność, niezdolny jestem, a może za silny do waszej krwiożerczej miłości, jej krwiożerczej cnoty i jej krwiożerczej zbrodni...
BRONKA
Nie odchodź, nie odchodź, mój bracie jedyny. Widzisz, już oprzytomniałam, tyś, tyś jeden przemówił do mojej duszy. Widzisz, ja też mam duszę, Kaziu, taką skołataną duszę, ale dosyć dużą na to, by ogarnąć całą piękność i dobroć twoich słów, by pomieścić chociaż cząstkę twojego smutku i twojej tęsknoty. Bo, powiedz szczerze, Kaziu, ty też tęsknisz?
KAZIMIERZ
Teraz nie, teraz nie. Przez ciebie dokonała się we mnie moja tęsknota.
BRONKA
powtarza bezmyślnie
Przeze mnie... przeze mnie... przeze mnie...
Kaziu, czyś ty mi rzeczywiście mówił, że mnie kochasz?
KAZIMIERZ
zamyślony
Mówiłem.
BRONKA
I mówiłeś, że gardziłbyś mną, gdybym ci się odwzajemniła?
KAZIMIERZ
Mówiłem.
BRONKA
I mówiłeś, żeś za dumny, za czysty, by najlżejszą myślą pożądania skalać panią domu twych praojców i żonę brata twego?
KAZIMIERZ
Mówiłem — i to jest całą treścią mej duszy.
BRONKA
chwyta go nagle za ręce
Och, ty, bracie mój.
Tak mi się dusza wyczerpała, takam senna, tak bym chciała, byś mnie kołysał, kołysał bez końca, do takiego cichego, wiecznego snu, boś taki nieskończenie, nieskończenie dobry...
Kaziu, ty wiesz, czym ja jestem?
KAZIMIERZ
Wiem.
BRONKA
Powiedz mi, powiedz, czym jestem?
KAZIMIERZ
Białym, czystym śniegiem, który na zmarzłą grudę ziemi opadnie, ugrzeje, otuli tego trupa, dopóki nie odżyje, budzić się nie pocznie, i z ciepłego już łona, z ziarn, zda się zmarzłych ziarn, nowe, świeże kiełki puszczać pocznie...
BRONKA
w zamyśleniu
A zdawało się, że to ziarno w ziemię zasiane dawno już wymarzło.
KAZIMIERZ
Wymarzło w mrozie, wygniło w błocie...
BRONKA
Ziarno kiełkuje, a śnieg taje... Masz rację — jestem śniegiem.
Dlaczego Ewa nie śpi? Słyszysz?
Kazimierz nasłuchuje.
BRONKA
Słyszysz? Teraz idzie po schodach na dół... Za chwilę tu będzie.
Ach, Kaziu, jaka ja dziwnie wesoła i szczęśliwa.
Lulu, lulu, mój maleńki, lulu... No, śpijże wreszcie, niesforny dzieciaku.