SCENA VII

Wchodzi Tadeusz, rozwija kosztowny jedwabny szal u nóg Bronki.

Tym szalem powinienem był zasiać drogę od sanek aż do progu naszego domu, gdyś przed chwilą wybiegła na moje spotkanie. Tymczasem ja, ostatni z ostatnich, zapakowałem tę cudowną tkaninę pod siedzenie i całkiem o niej zapomniałem.

BRONKA

rzuca mu się na szyję

Mój złoty, mój ty słodki, mój ty niepoprawny rozrzutniku!

KAZIMIERZ

patrzy na nich chwilkę, potem wstaje

No zostawiam was waszemu szczęściu, ja tymczasem parę listów napiszę.

A na kolację, na tę wielką uroczystość, trzeba będzie chyba frak przywdziać.

BRONKA

A jakbyś ty mi się śmiał inaczej na oczy pokazać?

KAZIMIERZ

A więc do widzenia!

Och, kiedyż ten śnieg padać przestanie!

Ej, Tadeuszu, jakiś ty szczęśliwy, że śnieg ci duszy smucić nie potrzebuje wychodzi.