SCENA VIII

BRONKA

patrząc za Kazimierzem

Co Kaziowi brak? On taki dziwnie smutny, zamyślony.

TADEUSZ

Źle ci z nim? Jeszcześ się do niego nie przyzwyczaiła?

BRONKA

Ach, wiesz przecie, jak mi dobrze. On tak działa, jak to łagodne, bezżarne słońce jesienne. Trochę z nim smutno, ale dobrze i cicho.

TADEUSZ

A tak, tak. Ród nasz ginie. On i ja, myśmy ostatnie, słabe, jesienne latorośle na starym, a kiedyś tak krzepkim pniu naszego rodu.

BRONKA

W Kazimierzu ród wasz ginie, tak, ale nie w tobie. Ach, jakiś ty silny, mocny, jak ci szczęście i moc z twarzy bije.

TADEUSZ

obejmuje ją, prowadzi do kominka i sadza obok siebie

To twoja miłość, twoja miłość dała mi tę moc i siłę.

BRONKA

A twoje oczy jak węgle płoną, jakbyś cały świat chciał zagarnąć, to znowu takie słodkie i dobre,

żebym je mogła całować — całować bez końca — bez pamięci...

TADEUSZ

kładzie głowę na jej piersi

Ty moje szczęście jedyne, jak ja kocham tę twoją piękną miłość.

BRONKA

bawi się jego włosami

Ach, jakie ty masz dziwnie miękkie włosy. Wiesz, mam wrażenie, że się włosów nie dotykam, tylko jakiejś nieskończenie miękkiej, puszystej roślinności... Wiesz, przed dworem mego ojca był kłąb takiej delikatnej, puszystej trawy, nie uwierzysz, z jaką rozkoszą tarzałam się w niej. Tak bym się w twoich włosach tarzać chciała.

TADEUSZ

A pamiętasz, jak się wtedy koń pod tobą spłoszył?

BRONKA

Byłam w śmiertelnym lęku, straciłam przytomność, a równocześnie czułam dziwną rozkosz być niesioną przez to silne, nieokiełznane, harde, piękne zwierzę.

TADEUSZ

A pamiętasz, gdym cię tak schwycił i na piersi podrzucił, i obnosił dokoła pokoju?

BRONKA

Mój ty — ty jedyny. Podobno jest jakiś zwyczaj, że młoda dziewczyna powinna przy ołtarzu płakać, rozpaczać, alem ja nie płakała — krzyczeć, krzyczeć pragnęłam ze szczęścia i uniesienia, krzyczeć z radości, że niezadługo popędzimy sankami w uprzęży twych dzikich ogierów do ciebie, do twego domu...

TADEUSZ

Pamiętasz tę noc styczniową, niebo się skrzyło, zmarzły śnieg się skrzył, a konie pędziły, że całe pianą były zlane.

BRONKA

Och, przytul mnie tak, przytul do siebie, tak jak wtedy, gdyś mnie całą pod twoje wilczury6 schował.

Ale powiedz, dlaczegoś ty, gdyśmy już w domu stanęli, dostał nagle takiego zimnego, stalowego błysku w oczach?

TADEUSZ

Kładłem krzyżyk na moją przeszłość.

BRONKA

Jakąś ty miał przeszłość?

TADEUSZ

Jaką przeszłość... Ho... bogatą i strasznie smutną przeszłość... Całą Golgotę męczarni i bólu, całą Gehennę wewnętrznych walk, szamotań się ze sobą, upadków, rozpaczy, pogardy dla siebie i całego świata...

BRONKA

Kochałeś kiedy?

TADEUSZ

Czy ja wiem, czy to była miłość? Może być, że mi się zdawało, że kocham. Nie chcę stawiać teorii, co jest miłością, a co nią nie jest, ale zdaje mi się, że w każdej miłości musi być duma, królewska pewność siebie i tej istoty, którą się kocha, a tę pewność uczułem jedynie przy tobie.

BRONKA

głaszcze go

Tadek, bądź szczerym. Mówiłam dziś z Kazimierzem dużo o Ewie.

TADEUSZ

zdziwiony, trochę chmurny

O Ewie?

BRONKA

Tak, o Ewie. Co się pan mój tak zachmurzył?

TADEUSZ

Nie, tylko mi się przypomniało, że już w pierwszych tygodniach po ślubie chciałaś się przed nią pochwalić naszym szczęściem, a ja niczego nie pragnę, tylko żyć z tobą, jedynie z tobą, bo szczęście w miłości jest niezmiernie delikatne i może być zakłócone lada drobnostką.

BRONKA

lękliwie

Jaką?

TADEUSZ

Najczęściej atmosferą obcego człowieka. A ty wiesz, że Ewa bardzo się zmieniła... Kazimierz cichy i smutny, słusznie powiedziałaś, działa dobrze i łagodnie jak słońce jesienne, ale ona jak krater wygasły na pozór, ogień z niego lada chwila wybuchnąć może.

BRONKA

Skąd ją tak dobrze znasz?

TADEUSZ

Skąd? Przecież wiesz, że ją raz po raz widywałem. Zaciekawiła mnie, jak Kazimierza jeszcze do niedawna zaciekawiał jakiś nieznany obraz albo jakiś okaz egzotyczny, kwiat lub zwierzę.

BRONKA

nieśmiało i lękliwie

Tadziu! Tadziu!

TADEUSZ

zdziwiony

No, co, moje dziecko, co?

BRONKA

Widzisz, słyszałam, że miłość słabnie, gdy ludzie zawsze są ze sobą razem, że potrzeba im chwilowego rozłączenia, że trzeba im raz po raz iść samopas, by miłość w ustawicznej świeżości podtrzymać i by z większą jeszcze tęsknotą do siebie wracali... Nie wiem, co mi tę myśl podsunęło, ale ja chciałabym, byś teraz na polowanie jeździł, byś sąsiadów odwiedzał... a znowu nie mogłabym tak sama cały dzień siedzieć, na ciebie czekać...