LIV

Nie mogę wcale pisać, bo niekiedy jestem od samego rana literalnie rozdeptany przez ludzi. Nie trzeba wyrzekać na ich dobroć — ale młyn drobnych stosunków działa na duszę, jak pompa, pozostaje próżnia i świadomość siły, zużytej na coś, czego niema. Z tego powodu ten zalew ludzki — dla ludzi, którzy nie mają dosyć silnie nawiązanego rusztowania psychicznego, może być szkodliwy. To rusztowanie wewnętrzne, ta więźba duszy, to, cobym chciał, żeby się w młodych trzymało, musi być proste i silne, wzniosłe i wielkie, reszta są to sztukaterje, ozdoby w różnych stylach, które czas, wpływy znoszą, nalepiają. Ale więźba zasadnicza niech trwa, nie trzeba jej naruszać, trzeba świadomie jej pomagać do skrystalizowania się. Uczucia wpływają na pojęcia, ale pojęcia wywołują też uczucia; tą drogą ustala się wewnętrzna treść człowieka. W koncepcjach umysłowych — w nieskończoność, w pojęciach społecznych iść do ostatnich krańców wcielania bezgranicznej wszechmiłości. Chrześcijańskość i rycerskość w wielu razach spotykają się w ostatecznych skutkach, pierwsze przez pokorną miłość, drugie przez wspaniałomyślną dumę.

Niech się tylko nie czepiają żadne uprzedzenia, żadne kastowe zacieśnienia, żadne drobne egoizmy jednostkowe ani klasowe. Ustrój społeczny, na który powinno się godzić, powinien iść dalej, niż marzenia socjalistów dzisiejszych. Na to, co jest i co długo jeszcze będzie, patrzmy, jak na przechodnią chwilę.

Żyć w przyszłości, stać ciągle na wirchu, z którego widać najdalsze horyzonty, i szykować skrzydła myśli i czynu do lotu. A w życiu daje to wielką miarę do poznawania ludzi i oceniania ich wartości, ich czynów. Poza tem trzeba być dobrym, jasnym, współczującym, wspaniałomyślnym, rozrzutnym.