XXIV

Ten Kraków taki mały, a taki wielki tem, co w nim jest, więc chodzę i dziwię się, że nie składają mi się nogi jak składane stalugi. Wczoraj rewidowałem malarzy. Setki studjów Stanisławskiego — są rzeczy świeże i nadzwyczaj szczere i są takie, że od wczoraj mam wielką sympatję dla tej paki puchliny. Wyczół namalował «Kaczeńce» — nadzwyczajne. Jego sztuka jest właściwie harmonizowaniem plam kolorowych. «Bo cóż, ja mam tylko ten kolor, a Stanisławski ma światło». Najjaśniejszem światłem jest pani Modrzejewska. Co za młodość duszy, a młodość to jedyna jasność życia. Że ona rozumie i współczuje całemu naszemu ruchowi po tem, co przeżyła.

Laodamja jest cudownem widzeniem, jabym na to patrzał i słuchał stale, ale publiczność nuży się tem, że niema antraktów. Tylko pani Modrzejewska może to grać. Położyłem przy jej sandałach róże; autora tragedji wziąłem za głowę i pocałowałem; on jęczał, jak jedna z dusz: „przyjdę do pana, przyjdę do pana”. Oczy zachodziły mu łzami ze szczęścia, bo widział własną duszę w najcudniejszej, jaką może mieć, postaci. Strasznie mu los sprzyja, że mógł swoją tragedję tak wystawić, i widzieć, i słyszeć! W życiu najwięcej warta młodość, a w sztuce zapał, którego bez młodej duszy mieć nie można. Pani Modrzejewska jest zawsze młoda. Trudna to rola; prawie półtorej godziny Laodamja mówi, i co mówi, i jak mówi. I dla publiczności wytrzymać w milczeniu bez przerwy jest też uciążliwe, jednak wytrzymali.