XXIX

Pogarda dla natury, to obcinanie rozmyślne wiążących z nią oczy i duszę nici, może doprowadzić do zubożenia pierwiastków artystycznych, do zdania się na łaskę ograniczonych środków palety, zwłaszcza w zakresie barwy. Odrzucając motyw barwny pewnego nastroju natury, nie będzie się miało przed oczami wyobraźni żadnego określonego zagadnienia kolorystycznego i, raz namieszawszy na palecie pewien ton barwny, będzie się przezeń prowadzonym, nie mogąc nad nim panować, ponieważ nie będzie się miało żadnej wskazówki barwniczej. Mechanizm wzroku jest tego rodzaju, i to ubóstwo kolorystyczne, monotonja, brak dekoracyjności wszystkich dawniejszych akademicznych kierunków z tego właśnie wynikały. Nie podporządkowując tonów barwnych pod żaden naturalny motyw oświetlenia, nie pamiętając o barwach lokalnych przedmiotów, plam, godzi się na pierwszą lepszą przyprawę brudną, która ma tylko tyle wartości, że jest ciemniejsza; ale raz położona, ponieważ malarz nie ma w pamięci żadnego motywu kolorystycznego, nie może być naruszona, bo niema do tego pobudki, i obraz musi być pozostawiony w tym stanie, bardzo dalekim od tego, do czego malarstwo jest zdolne. Trzeba się strzec, żeby nie zacząć wyrabiać barw barchanowych, które są nędzą po kantorach fabrycznych, w umysłach ludzi, których oczy zerwały wszelki związek z naturą. Teoretyczna dla niej pogarda prowadzi do tego, że człowiek przez sumienność, przez chęć bycia z sobą w zgodzie, zaczyna ją lekceważyć wzrokiem, patrzeć płytko, niedbale, niechlujnie i pewnego smutnego dnia może się znaleźć w położeniu istoty zaatrapowanej — w położeniu nędzarza, dla którego dostępu niema do skarbów przepychu barwnego, a który musi wlec na sobie szare, brudne łachmany monotonji i maniery niedołężnej. Żeby tego uniknąć, trzeba w wyobraźni możliwie jasno wykrystalizować motyw kolorystyczny, naturalny obrazu i dążyć do jego zmaterjalizowania z możliwą ścisłością odrazu, bez smarowania byle czem, bez szukania osobno linji, osobno plamy i tonu. I trzeba strasznie prosto, szczerze obcować z naturą.