XXVII

Trzeba wyrzucić z użycia wyraz knot, jest on wstrętny, jak i sam stan, w którym się go robi. Obraz może się nie udać, ale w mnóstwie wypadków malarz sam nie jest w stanie ocenić tego, co zrobił. Jest to stan, przez który wszyscy przechodzimy. Setki obrazów moich kolegów i moich poszły w nicość, bo człowiek nie miał żadnej zdolności ocenienia swego malarstwa, a wymagania myślowe i czuciowe, które mu stawiał, albo się nie dawały malarstwem wyrazić, albo też on sam, jako widz, był różnym od siebie, jako twórcy, i nie mógł się porozumieć. Owszem, trzeba być niezadowolonym. Przeć się naprzód, męczyć się, żeby wydobyć coś, co może nie da się wydobyć, albo nie dawało się dotąd. Ale nie każdy nieudany obraz jest knotem. Nie wpuszczać do pracowni teoretycznego rozstrząsania warunków tworzenia, tworzyć taką sztukę, jaką w tej chwili może się, — a będzie się coraz bliżej tej, którą się chce tworzyć.

Poprostu trzeba siebie wychowywać jako malarza. Ja sam długo nie wiedziałem zupełnie, jakiej właściwie sztuki szukam. Nie teoretycznie; teorja była, ale to, co się stawało, było inne od teorji, i człowiek ciągle myślał, że to wcale nie to, że gdzieś jest coś, ale nie wiedział, jak to coś wygląda.