Część I
Trybunał Rewolucyjny. Na estradzie w głębi sąd, przed nim na przeciwległych sobie ławach oba rzędy oskarżonych. Rząd pierwszy: Danton, Desmoulins, Philippeaux, Delacroix, Fabre, Hérault, Westermann. Fabre w fotelu jako główny oskarżony, podkreślono bowiem fingowaną przez niego „conspiration de l’étranger”121, stojącą w zawiłym związku z szantażem Kompanii Indyjskiej, a łączącą wszystkich szesnastu inkryminowanych. W rzędzie drugim dziewięciu ludzi, między nimi Chabot. Jury na ławie wzdłuż ścian. U dołu na przestrzeni kilku metrów szerokości pod ścianami odcięte od reszty sali galerie, zapchane publicznością. Przestrzeń wolna między barierami zawiera kilkanaście krzeseł, lecz i tu publiczność przeważnie stoi.
Tłum składa się z publiczności prywatnej i agentów ligi. Ci są uzbrojeni — z czym się starannie kryją — rozproszeni wśród obecnych porozumiewają się znakami między sobą, potem nawet z Dantonem. Publiczność bardzo różnorodna. Kobiety dwu możliwych do odróżnienia klas, majątkowych oczywiście, w pełnej temperamentu mniejszości. Proletariat przeważa, dziś w usposobieniu złowrogim, zrazu wyczekującym. Ci ulegają hipnozie Dantona z entuzjazmem, gra bowiem na ludzkiej namiętności oburzania się, z wyjątkiem stronników Robespierre’a — w tym stronnictwie więcej kobiet niż w tamtym — których podczas kryzysu reszta wyszydza, maltretuje, więc onieśmiela zupełnie. Młodzież ulega roznamiętnieniu hałaśliwie i zgoła bezmyślnie: ona to przedrzeźnia prokuratora i pierwsza bombarduje sąd. Trochę mieszczan, którzy popierają oskarżonych z pewną godnością; parę dandysów obu płci — oni bawią się i za tym razem, szczują dla zabawy, podniecają się rozkosznie. Pewien procent poważnych — inteligentnych — ludzi z rozmaitych klas; opierają się sugestii najskuteczniej i ostrzegają resztę.
Nastrój zasadniczy: napięcie oczekiwania. Wszyscy wiedzą, że to czwarty dzień, czują zbliżanie się kryzysu. — Z początku przeważają aktywnie dandysi i młodzież: orientacja złośliwie wesoła na tle naprężonej ciszy.
DOBSEN
do Philippeaux
Czy należeliście do osobistych przyjaciół Dantona?
PHILIPPEAUX
Nie. W ciągu ostatnich tygodni przyłączyłem się na parę dni...
FOUQUIER
straszliwie zachrypnięty. Galerie: ledwo dosłyszalne — aż wątpliwe — echo przedrzeźnienia
A to był właśnie decydujący okres!
PHILIPPEAUX
Nie przeczę. — Wnet wszakże stwierdziłem znaczną różnicę w naszych poglądach i celach, więc zerwałem ten przelotny związek.
FOUQUIER
Tymczasem fakty wskazują na to, że wasze ataki w sprawie Wandei były jedną z ról w ich spisku — wyznaczoną i opłacaną przez zagranicę.
PHlLIPPEAUX
O, moi panowie. Życiem moim rozporządzacie, ale od mojego honoru wara wam!
Siada. Nieokreślony szmer uznania.
DANTON
Grubo się mylisz, Phi...
Zachowując ciszę, masa drgnęła — spręża się.
FOUQUIER
Nie macie głosu, Danton!
pierwsze, bardzo stłumione, lecz pewne, wydrzeźnianie i chichot. Cichy syk o spokój
DANTON
Nie mam głosu! — A odbierzże mi go, dalej! — Miej odwagę wyznać publicznie, żeś dostał zaliczkę na nasze głowy!
Tłum się z wolna ożywia; szmer: „Nabiera rozpędu — cicho, słuchajcie!” — głosy podnoszą się zaledwie do szeptu. Za każdą saillie122 coraz powszechniejszy, lecz wciąż silnie stłumiony, chichot i oznaki aprobacji.
DANTON
Nie daj no się oszukać, Fouquier: głowa Człowieka Dziesiątego Sierpnia warta w każdym razie ponad trzydzieści franków!
DANDYSI
półgłosem — nastrój ogólny jak wyżej
O, to, to — doskonale! — dalej, dalej!...
FOUQUIER
Nazywacie się Człowiekiem Dziesiątego Sierpnia... przedrzeźnianie śmielsze i liczniejsze. Zirytowane syki o ciszę ...ale gdy sąd was pytał, czemuście siedzieli na wsi przez cały okres przygotowań, a w domu przez całą prawie noc przewrotu — toście na swą obronę literalnie nic...
SZMER
troszkę głośniejszy — zachwycony, podniecony
Oj, teraz coś będzie... Zaczyna się! Uwaga! — Ty... patrz no... patrz na niego!...
DANTON
Ty, marny pisarczyku z Châtelet123, mnie śmiesz wyzywać?! — Czy myślisz, żem tak jak ty pozbawiony ziarnka godności, bym sobie usta miał kazić odpowiadaniem na twoje smrodliwe oszczerstwa?!
Aprobacja objawiająca się pomrukiem; ubawienie dandysów i młodzieży, ale ponura cisza proletariatu. Dwa szeptane okrzyki; „Brawo Danton! — Dalej, pokaż no im”.
FOUQUIER
Zamiast faktów — frazesy. Za każdym punktem to samo.
DANTON
Aha, frazesy... co? — Słuchaj, Fouquier, dziękuj no ty na klęczkach Panu Bogu, żem nie raczył dotąd zmiażdżyć twych idiotycznych potwarzy... jednym z faktów, jakie znam! — Któż to wymyślił, żem siedział w domu? Robespierre! — Ten sam Robespierre, gwałtowny dzwonek Hermana aż do końca co całą dobę dziesiątego sierpnia przedygotał nie tylko w domu, lecz schowany w piwnicy, zagrzebany w węglach!
ŚMIECH I PROTEST
wciąż półgłosem
A to się odciął! — Niezrównane! — Nieprawda! — Co za podły wymysł!
HÉRAULT
Nic dziwnego, że zazdrości Dantonowi sławy — on, co Maratowi zazdrościł pogrzebu!
Śmiech i protest wybuchają ostrzejszą nutą.
FOUQUIER
uderza teką w stół, gdyż Danton znów usta otwiera
Danton! Straciliśmy trzy dni przez pańskie puste krzyki, pomruk aprobacji drugiego rzędu jeśli nie chcesz odpowiadać — milczże pan nareszcie!
Agenci zamieniają spojrzenia; duszna cisza oczekiwania powraca.
DWA GŁOSY
Hola! On ma prawo gadać! — Nie przerywać oskarżonym!
Niecierpliwy syk o ciszę onieśmiela protestujących.
FOUQUIER
Kto z panów ma co dodać do swojej obrony?
Wśród oskarżonych nagłe poruszenie — przestrach — zamieszanie. Szmer, zrazu szept, wzrasta do stłumionego krzyku.
OSKARŻENI
Co dodać?!... — Ależ ja ani nie zacząłem! — Mnie się w ogóle nie dali odezwać! — A to co ma znaczyć?... Już?! — przecie wrzask Dantona zajął cały czas! — Trzy pytania, i... Cóż to za sposób?!...
HERMAN
Panu przerwano obronę, Philippeaux.
PHILIPPEAUX
ku oburzeniu reszty
Powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia.
FOUQUIER
Więc nikt?
gwałtowny — już nie tłumiony — rozpaczliwy, chaotyczny protest
DANTON
półgłosem do swoich
Cicho... a niechże dopełnią miary!...
Uspokaja po części swój rząd; cichutko brzęcząca cisza.
HERMAN
wstaje
Przesłuchanie oskarżonych jest ukończone; termin przepisany upłynął wczoraj. Zapytuję was zatem, obywatele przysięgli: czy jesteście dostatecznie poinformowani?
Jury spogląda z niepokojem na galerie; narada; wyraźne wątpliwości. U publiczności zmiana orientacji: odtąd przewaga aktywna proletariatu i agentów. Poważna zacięta agresywność, na razie w postaci sprężonej gotowości. Wśród dandysów etc. onieśmielenie i jakby niemiłe przeczucie.
SZMER
pierwszy — nerwowy, szeptem
Aha, już... No, wnet się okaże... O, teraz uwaga!... drugi — zdziwiony Co, już?!... Jakże to być może? — Jak to, przecie ledwo zaczęli!...
OSKARŻENI RZĄD 1
szeptem
No, chwila się zbliża... Trzęsiesz się, nie udawaj! To z napięcia. — Uda się. Jestem zupełnie spokojny. — N-nno...
RENAUDIN, naczelnik jury
mimo wyrazu wątpliwości u niektórych
Tak.
podczas narady, i teraz, pierwsze nieuchwytne porozumienie między agentami a Dantonem
DANTON
jakby słowo Renaudina było hasłem — wyskakuje
Rozprawy będą skończone, gdy ja skończę!
pomruk drugiego rzędu. — Nowy wstrząs tłumu, namiętny a poważny
HERMAN
obojętnym gestem przyznaje mu głos, równocześnie dając znak jury, które chętnie siada z powrotem
Pytaliśmy właśnie; czemuż się pan zaraz nie upomniał?
DANTON
Francjo! Dożyłaś dnia, gdy najpotężniejsze filary Wolności zmieszano z tą szwabsko-żydowską hołotą i rzucono na ławę hańby!
szept przejęcia, nawet podziwu. Rzadkie uśmiechy, potrząsania głową
CHABOT
wśród niechętnego pomruku swego rzędu, półgłosem
Żeby ten już raz skończył! Wychwalał się przez trzy dni, a jeszcze mu mało!
DANTON
Ludu! Całe me życie leży przed tobą otworem. Byłem ci towarzyszem i wodzem przez lat pięć. podniecenie wzrasta. Szmer przejęcia Nazwisko moje widnieje jak pieczęć na każdej świętej karcie twoich dziejów. We mnie, Człowieku Dziesiątego Sierpnia, Rewolucja stała się ludzkim duchem, na moim czole świeci znak Wolności!
szmer, choć stłumiony, coraz gwałtowniejszy. Wyraźne przyspieszenie pulsu. Pierwszych kilka oklasków — lecz silnie stłumione, by nie zagłuszać
Wraz z tobą strąciłem z podstaw tron zmurszały... poklask — wciąż pod tłumikiem napiętej uwagi — wzbiera a z kupy gruzów po nim w jeden miesiąc stworzyłem młode mocarstwo!
kilkanaście jawnych oklasków
OKRZYKI
jeszcze bardzo rzadkie
Lud nie zapomniał, Danton! — My pamiętamy, towarzyszu!
GŁOS
nie wiadomo skąd
...Za pomocą ośmiuset tysięcy, co się rozwiały bez jednego kwitka!
groźny szum oburzenia — rzadkie nieśmiałe chichoty
DANTON
ze śmiechem
Oto poziom kłamstw, jakimi chcą zaćmić sławę moich zasług! — Obywatele, żądam od was odpowiedzi. wszelki szmer ustaje Czy nam prawo przyznaje świadków obrony?
GALERIE
Tak! Tak jest! Tak! Tak!!
FUQUIER
Danton! Nie wolno zwracać się do galerii!
Trzy do czterech już nieśmiałych przedrzeźniań. Milkną wobec groźnego milczenia poważnych stronników.
KRZYKI
krótkie, rozkazujące
Cicho! — Nie przerywać! — Niech gada!
DANTON
przez ramię
A pokaż no mi paragraf! Zapominasz, że to ja ten sąd ustanowiłem! Chciałbyś mnie pouczać, co? ponad dzwonkiem Hermana Czy sąd przesłał Konwencji naszą listę świadków?
GALERIE
Tak! — Ta-ak.
DANTON
Gdzież oni? Przecież na większość pytań odpowiemy dopiero, gdy przyjdą! — I jakim prawem Herman chce zamknąć rozprawy?
OKRZYKI
liczniejsze
Słusznie! — Gdzie świadkowie? Nie wolno sędziom odmawiać! — To ich święte prawo! — Stawić tu świadków! — Swiad-kó-ów!!
FOUQUIER
Konwencja odpowie, jak — i kiedy — uzna za właściwe.
Ściszenie lekkiej dezorientacji: Konwencja jest jeszcze świętością.
HERMAN
dyplomatyczniej
Oskarżenie wyszło od Konwencji; jakżeby oskarżyciele mieli świadczyć ku obronie?
Galerie: coraz ciszej; uznają słuszność.
DANTON
Słyszycie ten nędzny wykręt?!
rzadki, niepewny pomruk potwierdzenia
Ludu francuski! Od tej parodii sądu dzwonek ja, Danton, odwołuję się do ciebie! wstrząs. Nowe napięcie. Cisza skupienia Mnie, tytana Rewolucji — nikt prócz ciebie jednego nie ma prawa sądzić!
stłumiona aprobacja
Skoro Konwencja zwleka z wysłaniem świadków — żądam, by tu, przed trybunał opinii publicznej, wezwano mych oskarżycieli: oba Komitety.
napięcie bez tchu. Nieartykułowane wyrazy przejęcia, podziwu, aprobacji — wciąż jednak półgłosem
A wówczas z naciskiem — gdy się obie strony wypowiedzą — ty, ludu, rozstrzygniesz, kto z nas dwu: ja, czy też wszechmocny Komitet Ocalenia — kto z nas dwu jest winny.
otwarty poklask. Namiętne przejęcie
CAMILLE
A kto ostatnim obrońcą Wolności!
FOUQUIER
Nie macie prawa prowokować audytorium!
głos mu się łamie i tonie
Dzwonek opętany. Poklask wzbiera w ciągu kilku sekund w burzę. Krzyk nie tłumiony — zatargi z przeciwnikami — u neutralnych zdumienie, niepokój, przestrach i dezorientacja.
STRONNICY
Wam gadać o prawie! — Żądamy obecności Komitetów! Niech tu staną Komitety! — Komitety niech przyjdą! — Wysłać natychmiast po Komitety! — Łatwo oskarżać za plecami! — Niech się Komitet zmierzy z Dantonem! — Komitety! — Komite-e-tyy!!!
NEUTRALNI
O co im chodzi?... — Kiedy oni mają rację. — To pachnie umówionym zamachem. Bądźmy ostrożni! — Ależ to już zakrawa na rozruchy! — Chodźmy stąd, póki czas! — Na Boga, co się tu dzieje?! — Czy oni powariowali?!...
PRZECIWNICY
nieliczni
Opamiętajcie się! — Ludzie! Poszanowania dla sądu! — Prowokacja do rozruchów!! — To akcja wroga!
Strzeżcie się od udziału! — Bronicie spiskowców i zdrajców!!
Rzucają się na nich, zamykają im usta, biją ich nawet. — Ciekawi — na przykład Pâris — włażą na krzesła.
HERMAN
dłonie u ust
Roz-pra-wy zamknię-te!!
Poruszenie w zbitej masie. Agenci porozumiewają się i przebijają tuż za rząd pierwszy na właściwej galerii; ci ze środka pchają się stopniowo ku przodowi.
OSKARŻENI
Łotrostwo! — Bezeceństwo! — Słowa mi pisnąć nie dali! — Kneblują nas! — To nie proces, to jatka!
DANTON
spostrzegł Pârisa
Pâris! Leć do Konwencji! Krzyknij, że wzywamy Komitety! Że bezprawnie tłumią nasz głos!
Pâris przeciska się.
FOUQUIER
Przysięgli odchodzą na naradę!
Połowa wstaje, reszta odmawia, bo nie śmie. Starcie gwałtowne. Renaudin zdecydowany, nieustraszony, daremnie stara się przekonać resztę.
DANTON
Ludu! Ten proces, to jawny mord masowy w biały dzień!
STRONNICY
neutralni i przeciwnicy cichną, częściowo wchłonieni
Słyszycie?! — To nie sąd, to rzeź! — To mord! — Hańba!!!
Czterej żandarmi ustawiają się na brzegu estrady. Pod groźną presją Hermana, Fouquiera i Renaudina jury podnosi się lękliwie i zdąża za przewodnikiem ku drzwiom na lewo. Tłum rzuca się w ich stronę. Prawie powszechny krzyk.
TŁUM
Stać! — Ani kroku dalej! — Nie ruszcie się! — Nie pozwalamy! — Nie wolno! — Rozpraw nie było! — Nie damy wam powtórzyć drugiego września124!!
GŁOSY
wyraźne, wyskakują kolejno
Żądamy natychmiastowego zwolnienia! — Żądamy zwolnienia bez narad!
CHÓR
Zwolnić — zwolnić — zwolnić natychmiast! — Zwolnić Dantona! — Zwolnić wszystkich! — Tak! Zwolnić ich! — Niech żyje Danton!
HERMAN
Wezwę — wojsko — na salę!!
Krzyk, ryki, pisk kobiet — teraz podnosi się wycie i świsty. Ligowcy wyciągają broń, jeszcze ją kryjąc.
WRZASK
Wojsko! A wzywaj! — Dalej, spróbuj tylko! — Waż no się nas tknąć! — Poczekaj, bando! — Prędzej, wzywaj! — Boją się więźniów pod strażą! — Tchórze! — Tchórze! — Mordercy!!!
OSKARŻENI
Bandyci! — Hycle! — Płatne zbiry rządu! — Zdrajcy! — Mordercy! Lokaje Pitta!
Zaczynają bombardować sąd kulkami z papieru. Lud naśladuje. Rzucają wnet wszystko co pod ręką. Liga przestaje się kryć; wśród szału większość tłumu przyłącza się do nich. Grupują się dokoła zbrojnych.
CAMILLE125
Ludu! Mordują nas! Broń swych obrońców!
DANTON
Odwagi, bracia! Przemoc przeciwko przemocy!!
Żandarmi gotowi do boju. Herman nie daje im wyciągać broni. Na jego znak woźny wybiega.
TŁUM
szał
Niech żyje Danton! — Hurra Danton! Precz z trybunałem! — Precz z Komitetem! — Precz — precz — precz z Komitetem!! Na latarnię! Na latarnię Trybunał! — Komitet na gilotynę!! — Na gi-lo-ty-y-nę!!!
WESTERMANN
wskakuje na ławę
Razem szliśmy na Zamek w noc przewrotu — razem chodźmy dziś! Ça ira!126
Na to hasło ligowcy popychają tłum naprzód. Wyłamują i przeskakują barierę, rzucają się ku estradzie. Oskarżeni czekali na tę chwilę, by skoczyć w tłum. Widzą jednak, że żandarmi nadstawiają na nich broń — i zatrzymują się na część sekundy, jeszcze na estradzie. Wtedy cicho, błyskawicznie wkracza wojsko i odgradza estradę od publiczności. Tłum cofa się falą i zastyga w zawieszeniu.
W próbie ucieczki jeden Philippeaux nie brał udziału. Został sam jeden na ławie, ze skrzyżowanymi nogami, jak w salonie.
Duchowa jedność masy rozbita. Odtąd nieufność wzajemna, a po części wytrzeźwienie definitywne, przeszkadza nowemu zespoleniu i wszelkiej akcji.
Oskarżeni, rząd pierwszy; odrzuceni z powrotem na ławę, pilnowani.
DELACROIX
Trudno... przegraliśmy...
FABRE
Miałem nawet chwilę nadziei...
HÉRAULT
śmieje się przez łzy
Oj... zmęczyłem się.
CAMILLE
wibrującym półgłosem
Nieprawda! Lud nas nie opuści!
WESTERMANN
głośno
Nie dajcie się nastraszyć! My też mamy broń!
znaczące spojrzenia wśród sędziów
DANTON127
Zdrajcy z Komitetu zerwali maskę! Salwami chcą was zmusić do milczenia!
SZMER
1: osłupienie, oburzenie
Co... bagnety?! — Strzelać do nas chcecie! Do bezbronnego ludu!... Gorzej niż za tyrana! 2: energiczna aprobacja A widzicie? Teraz nas wyrzucą. — Słusznie, cóż mieli począć? — Jak się publiczność zachować nie umie... 3: trzeźwi Ludzie, miejcie rozum! — Danton to agent Pitta! — To zamach na rząd, a wy, durnie, pomagacie!
Rozmach złamany. Masa rozsypuje się wewnętrznie w oczach.
HERMAN
Obywatele, nie traćcie głowy! Z waszych uniesień korzysta wróg!
Nagle pustka nieufności dokoła ligowców, którzy daremnie starają się ukryć. Cisza dezorientacji.
FOUQUIER
wyraźnie wśród ciszy
Obywatele przysięgli, proszę.
Jury exit.
Galerie:
PROTEST
nikły, chwiejny
Ależ... nie wysłuchaliście... A świadkowie? — Jakże można...
Złowrogie milczenie; onieśmielony protest rozpływa się w nim.
OSKARŻENI, RZĄD 2
Jesteśmy straceni! — Już po nas! — A wszystko przez Dantona! Danton wszystkiemu winien!
DANTON
Ludu! Najwierniejszych przyjaciół despotyzm zarzyna ci w oczach — a ty byś stał i patrzył?!
Galerie: wstrząs konwulsywny — ale już bardzo słaby.
HERMAN
Danton! Przestańcie podżegać, bo każę was wyprowadzić!
Na jego znak dwaj żandarmi przysuwają się do Dantona.
SZMER GROZY
Co... oskarżonego?! — A tak! Sam sobie winien! — Ależ to bezprawie!... — Psst! Bądź no ty cicho! — Mnie już się w głowie kręcić zaczyna...
DANTON
Tym dopełniłeś miary, Herman! Milczałem do tej chwili; teraz — powiem — prawdę. nastaje cisza wyczekiwania. Sprzeczka między Hermanem, który odradza, Fouquierem, który nalega, i naczelnikiem oddziału, który się waha — o wykluczenie Dantona. Przy dwu ostatnich słowach następnego okresu krótka, oniemiała pauza Czy wiecie, czemu ich opłacono, żeby mnie zgładzili? — Bo ja jestem jedyną dziś przeszkodą — między Robespierre’em — a władzą królewską.
Galerie:
SZMER
1: napięcie wobec sensacji
Co... co... co on powiedział?!... — Słyszeliście?! — Robespierre!... — władzą królewską... — cicho, uwaga! — Ale Robespierre!!... 2:oburzenie — głośniej Co za bezwstydne oszczerstwo! — Przecież to on sam gramolił się na tron!
Spiskowcy, zapomniani, nabierają otuchy. Ostrożne znaki, spojrzenia.
FOUQUIER
Sam się tym kłamstwem gubisz, Danton!
Wraca do rozmowy, kilkakrotnie przerywanej, by słuchać; potem coraz gwałtowniejszej.
Galerie:
OKRZYKI
pasjonowanej ciekawości
Nie przerywać! — Niech mówi! — Chcemy wiedzieć! — Mów, Danton! Mów!
DANTON
Robespierre skrada się ku tronowi od lat pięciu! Jak chciwiec złoto, tak on bez wytchnienia zgarniał władzę! — Ja jeden stałem dotychczas na straży, ale mnie zdrajca podłym podstępem powalił!
Zatrzymuje się na parę sekund, by obserwować efekt.
Galerie:
SZMER
coraz silniej roznamiętniony
A wiecie, to może być prawda... Co znowu! Dziecinne bujanie! — Gdzież by Robespierre... Hm, a kto wie?...
DANTON
Ludu paryski! Zdobywco Bastylii! Wolność ginie, a ty śpisz?! — Rząd tchórzliwy poddał się już: dotąd mówiono jeszcze „tak chce Komitet”; od trzech dni mówi się jawnie „tak chce Robespierre”!
Wybieraj, ludu. Dziś ostatnia chwila! W twoich rękach byt Republiki! Pozwól nas zarżnąć, pójdź w ślady Konwencji, a zaprzedasz się w niewolę, jakiej Francja jeszcze nie zaznała, a okryjesz się hańbą, której wieki z ciebie nie zmyją!
OSKARŻENI, RZĄD 2
szeptem, w napięciu
Patrzcie! Patrzcie! Poruszają się, fakt! — Uratują nas jeszcze, zobaczycie! — Tylko teraz ostrożnie! — Ani mrugnąć, aż...
oskarżeni, rząd pierwszy tak samo
HÉRAULT
Odwagi! Jeszcze nie po nas!
CAMILLE
A widzicie, nie mówiłem?! Lud nie da nas...
DELACROIX
Nie dajcież się znów nabrać!
Galerie:
SZMER PODNIECENIA
Wiecie, ja od dawna podejrzewałem... — Wiedziałem, że coś za tym tkwi! — Robespierre już w dziewięćdziesiątym drugim... Ty... daj no pokój. On wie, co gada. — Wiesz, że Robespierre zamierza porwać królewicza? Fakt!...
OKRZYKI
frenetyczne młodzieńcze głosy — toną w pustce
Robespierre morduje Wolność! — Sięga po koronę! — Musimy mu przeszkodzić, bracia! — Nie cofać się przed zbirami tyrana! — Ratujmy Wolność! — Ratujmy Dantona!
Milkną wobec zabójczego braku rezonansu, trzeźwieją stopniowo.
SZMER LEKCEWAŻENIA
Ośle, bądźże cicho! — Ostrożnie... to szpicel. — No, teraz to już pusty hałas... — Uspokój się, zaraz przestaną. — Wstydźcie się, wariaci! — Wiesz, takie bujdy!... Daj pokój; wierzą mu, idioci. — Miałeś rację, ma najętych ludzi tutaj. — No, teraz nie ma już obawy.