ODSŁONA 5
U Desmoulinsa. Lucile, 22 lata, siedzi przy lampie i szyje; Camille wbiega zły, zrzuca płaszcz i kapelusz, pada na sofę i przybiera zdeprymowaną pozę.
LUCILE
No? wobec mimicznej manifestacji męża O, mój małżonku! Więc znowuśmy głupstwo strzelili?!
CAMILLE
przybiera swą typową pozycję: łokcie wsparte o kolana, szczęki o pięści
Ech, wiesz, Lucile... ona wstaje i odgrywa błagalną pantomimę Mogłabyś doprawdy przestać błaznować, gdy mnie... prostuje się A przecież, do kata, powinienem się cieszyć!... spojrzał na nią Słyszałem pogawędkę obu tygrysów.
LUCILE
poważnieje i siada obok, zainteresowana
Ach?... No więc?
CAMILLE
wstaje
Wypowiedzenie wojny! zaczyna krążyć, trochę nerwowo
LUCILE
poderwana wstrząsem przerażenia
Co?!...
CAMILLE
wzburzony, nie zważa
Tak jest, świetnie się stało! Robespierre’owi należy się gorzka nauczka: dostanie ją nareszcie! Tak: cieszę się. Cieszę się!
LUCILE
stoi przy stole en detresse67
I jakże się to?!...
CAMILLE
On sam wie doskonale, że Dantonowi nie sprosta. Inaczej nie byłby go przecież prosił — a jakże, Robespierre... pro-sił — o posłuchanie! Inna rzecz, że go Danton nie umiał należycie upokorzyć. To mnie zirytowało. — Słodki Jezu, gdyby tak mnie był... poprosił!!...
LUCILE
pochyla się nad stołem, rozpaczliwie
Ależ słuchaj, Ca...
CAMILLE
obraca się i przystaje
Lucile: pamiętasz, jak on mnie na pośmiewisko wystawiał w klubie? Pamiętasz, co? — Drżeli przede mną, a on błazna ze mnie robił! Ale o upokorzeniach, jakie mi prywatnie na każdym kroku zadawał, o tych nie masz ani wyobrażenia, ani przeczucia. Przechodzą ludzkie pojęcie. — No, ale też powetuję sobie teraz.
LUCILE
prawie krzyczy
Camille! Jakże to się stało? Przecie mówiłeś wyraźnie, że Danton sam pragnie zgody?!
CAMILLE
otrzeźwiał nagle — siada
Ech, bo Robespierre jest obłąkany. Zdaje mu się...
LUCILE
Dziecko, a powtórzże mi nareszcie treść rozmowy!!
CAMILLE
po krótkiej pauzie
Widzisz, tego ja właściwie... nie zrozumiałem. Nie było wyraźnie słychać. Jednym słowem: ja się w tej gmatwaninie już wyznać nie mogę. — Nie, ja nie jetem dobrym politykiem. — Ale co tam! Jestem wielkim poetą; a to chyba więcej znaczy... prawda Loulou?
LUCILE
blada z niepokoju
Oczywiście, ale...
CAMILLE
prostuje się nagle
Ach, przecież pochlebstwa Dantona mogły być formą sarkazmu!... Naturalnie! — O cóż ze mnie za osioł! No, teraz wszystko rozumiem: Danton dał mu tak dotkliwie odczuć jego niższość, że rozsierdzony fanfaron odepchnął zgodę — mimo iż w niej odtrącał ostatnią deskę ratunku!
zrywa się i znów krąży, zacierając ręce
LUCILE
Jesteś tego pewien? — Więc jednak słyszałeś?...
CAMILLE
Nie wszystko, ale to przecie zupełnie jasne. — No, tym lepiej. Zwrócimy mu dług poniżenia... z lichwiarskim czynszem! Od trzech miesięcy wzdycham do tej chwili!
LUCILE
wspiera się osłupiała o stół
A ja od trzech miesięcy przed nią drżałam. Spełniło się moje najstraszniejsze przeczucie.
CAMILLE
przystaje
Lucile, nie mów takich rzeczy, bo i ciebie znienawidzę! Idę się przebrać; czy Horace śpi?
LUCILE
ocknęła się
Tak... nie zbudź mi go!
dzwonek
CAMILLE
ucieka
Wielki Boże! Któż to — może być?! Loulou: nie ma mnie w domu.
Znika. Pukanie; Lucile odpowiada.
ROBESPIERRE
wchodzi z ukłonem
Czy zastanę męża pani?
Lucile zdrętwiała z radosnego zaskoczenia.
LUCILE
bez ruchu, za późno
...Owszem. Przyjdzie za chwilę. Czy zechce pan poczekać?
ROBESPIERRE
zdejmuje i odkłada kapelusz, laskę, rękawiczki
Z przyjemnością.
LUCILE
zbliżyła się do niego bez szmeru, od tyłu. Gdy on się prostuje i odwraca — chwyta go za obie ręce. Stoi tuż przed nim, na środku pokoju
Maxime... cóż to za szczęście, że pan dzisiaj przyszedł!...
ROBESPIERRE
zdumiony, zakłopotany
Czemuż mam przyp...
LUCILE
wpatrzona w niego całą siłą duszy
Sam Bóg musiał pana przysłać... Chyba nie po to, żeby ze mnie zakpić?!... O jakże się pan straszliwie zmienił. Ledwo śmiem mówić po imieniu...
ROBESPIERRE
Tak. Postarzałem się bardzo.
Nie ruszają się z miejsca.
LUCILE
O nie! Tylko... znalazłszy określenie, wybucha nerwowym śmiechem Robespierre wyrósł het poza wieże Notre-Dame; za to Maxime — przestał istnieć.
ROBESPIERRE
zamyślony, przed siebie
Jeszcze — nie.
LUCILE
Maxime... czy to prawda, ż-że grozi... zaostrzenie stosunków? szybko tłumiąc zaskoczenie, Robespierre potwierdza z naciskiem Więc w panu jedyna nadzieja. nie puszczając mu rąk, pociąga go na sofę Jestem bezradna, Maxime. Jestem w rozpaczy. Camille to nieodpowiedzialny dzieciak, którego trzeba pilnować i prowadzić za rękę. Tymczasem ja się sama w świecie nie wyznaję! — Podjęłam się zadania, do którego nie dorosłam. Za słaba jestem i za głupia. — Czemu się pan od niego odsunął, Maxime? Czemu go pan... opuścił?...
ROBESPIERRE
Bóg mi świadkiem, że było na odwrót. I że go trzymałem z wszystkich sił.
LUCILE
nieufnie
Tak?... Myliłam się widocznie... znów patrzy mu w oczy Bądź pan raz jeszcze człowiekiem, Maxime! Pan jest szlachetny. Znam pana. O, przebacz mu pan... jeszcze ten raz! — I weź go pan pod swoją opiekę!
ROBESPIERRE
Po to przyszedłem. Ponadto: ja osobiście nie mam mu co przebaczać.
LUCILE
To znaczy, że... O, Maxime! — Więc mogę być naprawdę spokojna?! Mogę go panu powierzyć?!...
ROBESPIERRE
zamyślony
Nie wiadomo, pani Lucile, komu z nas dwojga... bardziej na nim zależy. krótka pauza Ale nie wiadomo również, czy on mi zaufa. z nagłą, tłumioną namiętnością Lucile: wpływ pani ważniejszy od mojego. Niechże pani mnie pomoże!
LUCILE
pod sugestią, ale tonem wątpienia
Sądzi pan? — Więc cóż mam zrobić?
ROBESPIERRE
Musi pani zerwać za wszelką cenę związek Camille’a z Dantonem i jego grupą.
LUCILE
przerażona
Ja!... Ależ Maxime: ja, kobieta, nie mogę się w te rzeczy przecie wtrącać! — Byłaby to niedelikatność tak... odstręczająca, że bym zmąciła nasz stosunek raz na zawsze!
ROBESPIERRE
Nie. Raczej przeciwnie. — Ale gdyby nawet: może jednak lepiej poświęcić własną godność i miłość niż... jego życie?
LUCILE
cofa się torsem. Ręce jej opadają
...Je — jego...
ROBESPIERRE
Przy Dantonie Camille pójdzie na dno, Lucile! — Czy pani wie, co znaczy dno? To stan duszy, w którym się człowiek staje zdolny do szantażu, fałszerstw i szachrowania tajemnicami rządu! Niechże pani złoży ofiarę ze swej wytwornej delikatności, Lucile! I niech mnie pani wspiera wszelkimi środkami!
Camille wbiega i przystaje, zdrętwiały — z grozą czując drgnienie własnej radości.
CAMILLE
tłumi ją wybuchem pasji
Powiedziałem wyraźnie, że nie ma mnie w domu!
Robespierre uważa, by go niczym nie drażnić. Nie uśmiecha się więc.
LUCILE
wstaje
Wstydź się, Camille. — Nie będę wam przeszkadzać; zobaczymy się jeszcze, Maxime!
Robespierre wstaje i kłania się. Lucile odchodzi.
CAMILLE
przystaje przed nim z założonymi rękami
Jakeś ty śmiał wejść tutaj?
ROBESPIERRE
Muszę pomówić z tobą o rzeczach ważnych, Camille. Ale naprzód siądź albo stań z boku: niewygodnie mi mówić z zadartą głową.
Camille siada rzeczywiście, nachylony w swej typowej pozycji.
CAMILLE
Pomówić — znamy się. Przyszedłeś się nade mną znęcać. prostuje się Wiesz co: nasza rozmowa nie przedstawia widoków. Lepiej nie zaczynać.
ROBESPIERRE
Jesteś w niebezpieczeństwie. Chcę cię ostrzec.
CAMILLE
na sekundę zachwiany
Ja, w nie...
ROBESPIERRE
korzysta czym prędzej
Od jutra, Camille, zacznie się między Dantonem a nami stan wojenny. Tego ty jeszcze nie znasz. Przyszedłem cię... poprosić: nie wybieraj stanowiska lekkomyślnie. Nie przeczuwasz, co ci teraz grozi. Przyjaźń Dantona nie jest bezinteresowna...
CAMILLE
Przyjaźń Dantona, Robespierre, przede wszystkim nic cię nie obchodzi. Następnie: jestem dorosły i potrafię ustrzec się sam. — A śmierć mnie, bojownika wolności, nie przeraża.
ROBESPIERRE
Śmierć to głupstwo. Ale istnieje także... deportacja do Cayenne68. Lub ucieczka w przebraniu, o głodzie, do kraju wroga. — To już są rzeczy... godne zastanowienia.
CAMILLE
Tchórzostwa we mnie nie przebudzisz; a przyjaźń nasza silniejsza od twojej zawiści. Nie zerwiesz jej.
ROBESPIERRE
Barykady martwej retoryki. — Czemu ty nie śmiesz być sobą, Camille? Czy sądzisz, żeś gorszy od innych?
Męska przyjaźń to może najszlachetniejsza odmiana stosunków ludzkich. Ale twój związek z Dantonem nią nie jest, chłopcze. Pierwszy warunek przyjaźni — to wzajemna niezależność. Tymczasem tyś się zaprzedał w poniżającą, sentymentalną niewolę, a Danton bez skrupułów eksploatuje twój talent dla własnych mrocznych celów. — To dwuznaczna spółka, nie przyjaźń.
CAMILLE
mocno wstrząśnięty
Nie zrozumiesz mnie nigdy, Robespierre.
ROBESPIERRE
Camille: wiesz o tym, prawda, że jako polityk jesteś skończone zero?
CAMILLE
Może być.
ROBESPIERRE
Nie może być, tylko raz jest, mój drogi. — A co do mnie, wiesz: po pierwsze, że jestem bezwzględnie uczciwy; po drugie, że popełniam stosunkowo najmniej pomyłek wśród nas wszystkich, milczenie Camille: wiesz o tym, czy nie?
CAMILLE
przytłoczony
No tak, wiem. I owszem.
ROBESPIERRE
Więc oskarżając mnie w „Vieux Cordelier” o ukryte ambicje i błędy — postępowałeś wbrew własnemu przekonaniu. Camille podnosi czoło z krótkim, przestraszonym spojrzeniem Oto do czego cię doprowadzono. Danton nie lubi się narażać... a prowadzi trzy podziemne intrygi de front69. Wybiera sobie zatem młodzieńca, którego dziewicza niewinność zna oficjalną tylko postać polityki — a i w tej nie umie się połapać; następnie wszczepia mu idee — o, bardzo wzniosłe w formie ogólnych maksym, lecz w zastosowaniu działające... inaczej, niż sobie naiwny mówca wyobrażał.
Nawołując do miłosierdzia i tolerancji sądziłeś, że ratujesz Ojczyznę. Tymczasem uratowałeś kontrrewolucję od bankructwa. W tym był cel Dantona.
Camille: zrzuć czym prędzej zakażony łachman tej „przyjaźni”.
CAMILLE
Choćby te potworności były prawdą — a nie mam powodu ci wierzyć — ja Dantonowi dotrzymam wierności. Jeżeli on mnie zdradza — to jego rzecz. Po cóż bym ja miał wyrzekać się honoru?
ROBESPIERRE
Świetny sposób dbania o swój honor... przez zdradę stanu. — Bo tym są twoje napaści na rząd — wspierane przez wszystkie obozy reakcji!
CAMILLE
definitywnie traci grunt. Wstaje
Więc rzucę pióro — i z odkrytą piersią przed ciosami Dantona zasłonię. Straciwszy we mnie miecz — odnajdzie tarczę.
ROBESPIERRE
Do twarzy ci w tym heroizmie, co? I przyjemnie? — A czy wiesz, że wzbudzasz we mnie litość?
CAMILLE
spręża się
Czy chcesz dostać w twarz?
ROBESPIERRE
No, nareszcie! By z ciebie jedno drgnienie prawdziwego życia wymęczyć — trzeba rozdrapać do krwi twoją próżność. Na tym jednym punkcie jeszcze reagujesz... biedny głupcze!
CAMILLE
zwija się w fotelu, nakrywa czoło pięściami
Och, ty... ty... bydlę!!!
ROBESPIERRE
Widzisz, jakiś ty bezbronny, Camille? Wobec zarzutów jak wobec pochlebstwa. Pchnięciem palca można cię przewrócić!
Dotąd groziło ci najwyżej więzienie; za to podczas kryzysu odpowiada się za każde słowo — życiem. Dla Dantona jesteś pionkiem w grze. Na samym wstępie każe ci się skompromitować bezpowrotnie, bo zna twoją... chwiejność; potem tobie poruczy każde niebezpieczne posunięcie. Ty się nie poznasz na zbrodniczym sensie własnych tyrad; i ani się nie obejrzysz, jak wieko nad tobą zapadnie.
Warto iść na śmierć, ba, nawet do Cayenne, za sprawę, dla której się działa i żyje. — Ale za chwilę upojenia rytmem niezrozumiałych słów?...
CAMILLE
po dłuższym milczeniu
No, Robespierre: dopiąłeś celu.
Strzaskałeś moje iluzje na wieki. Zdemolowałeś wszystko, co w mojej duszy było do zburzenia. Ciesz się.
ROBESPIERRE
Cieszę się serdecznie — bo to „wszystko” było gąszczem kłamstw. — Byle tylko nie odrosły, Camille!
CAMILLE
Max... Robespierre: twoja obecność sprawia mi ból fizyczny. Odejdź.
ROBESPIERRE
Muszę mieć naprzód gwarancję, że zerwiesz z Dantonem i zachowasz ścisłą neutralność.
CAMILLE
odżył
Teraz to już za nic, najdroższy! Za — nic! Taki wstyd krwią tylko zmyć można. Teraz będę się po prostu pchał na gilotynę.
ROBESPIERRE
No — spróbuj. Spróbuj wynagrodzić stratę dwu lat życia — doskonałym nonsensem śmierci. Życzę ci tylko, abyś na katowskim wózku nie przejrzał monstrualnego komizmu w takim załatwieniu sprawy. To by już był zaprawdę... szczyt.
Szach-mat, Desmoulins.
CAMILLE
naraz podnosi się ciężko i staje przed nim
Wynoś się. Robespierre potrząsa głową wolno, poważnie. Camille zaczyna drżeć Wynoś się... wynoś się... b-bo cię uderzę!... Robespierre wstaje nagle i kładzie mu ręce na barki. Camille skręca się zrazu Www!... Nie!! Nie rusz!!! Uspokaja się i rozpręża. Twarz niespodziewanie przybiera wyraz adoracji. Podnosi ręce ku piersi Robespierre’a i opuszcza. Robespierre wciska go powoli w fotel.
ROBESPIERRE
... czyli że można zacząć nową partię.
Siada sam. Camille trwa zamyślony w typowej pozycji.
CAMILLE
po chwili opuszcza splecione ręce między kolana. Ku podłodze
Więc ty byś mnie przyjął z powrotem, Maxime?...
ROBESPIERRE
Przyjacielu: ja nie zwykłem witać gości słowami: „jakeś ty śmiał”.
CAMILLE
Po tym wszystkim, com przeciw tobie naszczekał... Robespierre wzrusza ramionami Boże mój, wielki Boże... jakże ty mną gardzisz!
ROBESPIERRE
Kiedy on musi mieć swój melodramat!
CAMILLE
dziwnie zmieniony — podnosi czoło
Wielki jesteś, o, Robespierre — lecz zamiast serca nosisz w piersi wypaloną cegłę. wstaje nagle i opiera się o poręcz jego krzesła A czy ty wiesz, że wzbudzasz we mnie litość?
ROBESPIERRE
podnosi wysoko głowę, lecz nie widzi rozmówcy
Tym defektem anatomicznym?
CAMILLE
Tak. — Ja jestem o całe niebo szczęśliwszy... z wzrastającą czułością zaciska zęby ...już chociażby w tym nawet, że mogę cierpieć... jak potępiony... coraz ciszej; głos mu się żarzy zielonooki potworze... przez ciebie.
ROBESPIERRE
klasnął palcami, lecz zresztą ukrywa swe zażenowanie
Camille, nie nudź.
CAMILLE
coraz żarliwiej
Ja cię nie nudzę. Wprawiam cię w zakłopotanie diabelne. Wyprowadzam cię z równowagi. — Czyżbyś mi śmiał odmówić tej niewinnej satysfakcji — za pewne słowa... za pewne spojrzenia... po których dotąd noszę szkarłatne pręgi na twarzy?...
ROBESPIERRE
Mnie trzeba być towarzyszem, chłopcze. Z przyjaciółmi wedle sonetów Shakespeare’a nie mam co począć; a niewolników — traktuję jako takich.
CAMILLE
Będę ci towarzyszem. Będę ci wszystkim, czym zechcesz. Przefasonuję własną naturę od stóp do głów wedle twego życzenia... na dowód „wzajemnej niezależności”, której żądasz. wraca na swoje miejsce Cóż mam teraz zrobić?
ROBESPIERRE
Uwolnić się natychmiast od Dantona. Potem staniesz po stronie rządu albo zachowasz neutralność; to już twoja rzecz.
CAMILLE
Rzekłeś. Z miejsca piszę do Dantona. ze śmiechem On się tam już postara, żeby i reszta wiedziała... słyszę go stąd.
ROBESPIERRE
ostrożnie
To... nie wystarczy, Camille. — Bo wasz związek nie był sprawą czysto prywatną...
CAMILLE
lekko zaniepokojny
A więc?...
ROBESPIERRE
po kilku sekundach namysłu
Voici: jutro rano wystąpisz w Konwencji, odwołując — ale bez tych twoich typowych zastrzeżeń! — swe napaści na Komitety. Potem napiszesz, jako numer ósmy „Cordeliera”, podobną rewokację dotyczącą treści numerów poprzednich. Camille drętwieje. Oczy mu się rozszerzają Wreszcie musisz zarządzić publicznie, by zniszczono cały nakład numeru siódmego wraz z rękopisem. — To wszystko.
długa, straszna cisza
CAMILLE
przechyla się nareszcie wstecz z długim, przerywanym westchnieniem
A — ach... Tak!!! wybucha histerycznym śmiechem, zapada się Ooo, Maxime, Maxime, Maxime!...
Pada głową na stół wstrząsany łkaniem.
ROBESPIERRE
wstaje bez szmeru — podrywa go za ramiona z cichą brutalnością
Histeryczny maniaku, co tobie znów jest?!!
CAMILLE
uwalnia się dzikim szarpnięciem; patrzy mu w oczy od dołu, zaciekle
Zrozumiałem cię nareszcie... najdroższy. wstaje, przybiera arogancką, wygiętą pozę efeba — wsuwa rękę do kieszeni, wyciąga z niej jakiś łańcuszek i zaczyna go podrzucać, mówiąc z głową nieco przechyloną Okazuje się zatem, że jednak... jednak mam pewną wartość, ja fagas, dureń, ja skończone zero? Więc jednak wart jestem aż tak wiele, że Nieskazitelny, by mnie zdobyć, poświęca... swoją ludzką godność?... nieporozumienie: Robespierre’owi zdaje się, że Camille przejrzał jego najprywatniejsze uczucia. Blednie do szarości, z gniewu i lęku równocześnie. Camille widzi ten objaw — i przypisuje mu zgoła inne przyczyny
Boisz się nas... boisz, Nieugięty, Niezwyciężony! Bo-isz się!! Dlatego poniżyłeś się dwa razy, jakby się nie poniżyła ostatnia kurwa! — Daremnie łasiłeś się u stóp Dantona: przepędził cię! Więc mnie przynajmniej chciałeś zbałamucić. Jam przecie taki głupi! Prawda? — Tylko że jednak słowa moje w druku niecą pożary ducha od Kanału aż po Pireneje; więc trudno gardzić taką bronią... gdy się dygoce w śmiertelnym strachu o swą skórę? — Myślałeś, że wystarczy palcem kiwnąć — co?... Myślałeś! Któż by się twoim oczom oprzeć zdołał? — Piękne są, owszem; ale zdrady dla nich nie popełnię.
Odwraca się i odchodzi ku oknu.
ROBESPIERRE
idzie za nim, drżąc ze zmęczenia
Chłopcze, co tobie jest? Jak możesz mi podsuwać podobne motywy? Przecie ty mnie znasz...
CAMILLE
odsuwa się lękliwie
Nie znam cię. Nigdy cię nie znałem. Nie rozumiem waszej przeklętej polityki. — Widziałem w tobie olbrzyma... Ty łotrze nędzny... ubóstwiałem cię...
Opiera ramię o szybę, opuszcza na nie głowę.
ROBESPIERRE
ujmuje go za ramiona, wspiera się prawie na nim
Camille... Camille, dziecko moje... Camille — miej litość... nade mną...
Camille otrząsa się brutalnie. Robespierre opiera się o futrynę.
CAMILLE
głosem tak twardym i suchym, że aż kruchym
Dość tego, Robespierre. Nie poniżaj się bezcelowo. Przegrałeś. odwraca głowę, patrzy na niego Tchórzu... podły — kłamliwy — tchó-rzu... krzyk, który tłumi, wciskając twarz w zagięcie łokcia Aaaaoou!!!
Wybucha ponownie łkaniem. Pauza.
ROBESPIERRE
nieswoim głosem, jak w transie
Przyszedłem — w ostatniej — chwili. — Jeśli... nie usłuchasz, jesteś stracony. serce zaczyna mu bić tak gwałtownie, że się lekko chwieje i tchu złapać nie może. Wobec niesamowitej zmiany głosu Camille obrócił się zdumiony. Zaczyna przeczuwać prawdę; nareszcie cichnie zupełnie. Robespierre kontynuuje jak pod hipnozą Nie powiedziałem... budzi go przeszywające spojrzenie Camille’a. Cofa się szalonym wysiłkiem, który mu łamie głos ani słowa za wiele.
Opiera się ciężko o futrynę. Mruga jak oślepiony.
CAMILLE
uspokojony odwraca się z powrotem. Pogardliwie
Ach, no tak.
ROBESPIERRE
dźwiga się, cicho
Camille, przysięgam, że mówiłem prawdę.
CAMILLE
tłumi bez trudu ostatnie drgnienie przeczucia
Nie wstrzymuję pana, Robespierre. Robespierre odrywa się od futryny. Idzie ku przodowi po swoje rzeczy Brama może być zamknięta; zaraz przyślę panu klucz. kłania się oschle Żegnam.
ROBESPIERRE
pełnym głosem
Bądź zdrów. Camille wychodzi; Robespierre opada na kanapę i odpoczywa, patrząc tępo w przestrzeń. Wstaje na wejście Lucile Może mi pani zechce dać klucz. Zostawię u stróża.
LUCILE
Maxime... Robespierre... na Boga, co się stało?!... A ja panu tak bezwzględnie zaufałam!...
ROBESPIERRE
Nie ręczyłem za powodzenie.
LUCILE
Po co pan do nas przyszedł... właśnie dziś?... Tego mi pan przecie nie powie. Głupia jestem, że pytam. — Na Boga, zlituj się pan i powiedz mi prawdę!! — Błagam pana: powiedz mi prawdę!!!
ROBESPIERRE
Powiedziałem pani prawdę. — A skoro mi pani już nie wierzy... cóż pomoże więcej słów? — Proszę o klucz.
LUCILE
No, teraz to już absolutnie nic nie wiem.... O, jak pan mógł!! — Nie. Przepraszam pana. podaje mu klucz. Robespierre całuje ją w rękę Proszę, niech się pan na mnie nie gniewa!...
ROBESPIERRE
Nie miałbym przecie za co — ale cóż na tym obecnie zależy? exit