W przytułku
Jesień była na świecie — złocista, smutno uśmiechnięta polska jesień. Przekwitły ostatnie już róże, a dzikie wino na werandach i ogrodowych altanach spływało ku ziemi bezwładem czerwonych pnączy. Na horyzoncie rdzawiły się w srzeżodze porannych oparów rozpięte daleko w przestrzeń linie lasów, na plantach ścieliły się cicho zwiędłe liście kasztanów. Z podmiejskich sadów zwozili ogrodnicy resztki spóźnionych w dościgu163 owoców, zabezpieczali inspekta matami przed chłodem poranków i zapuszczali na szyby cieplarń słomiane story. Z flakonów i doniczek po oknach domowych zaciszy wychylały strzępiaste korony płatków chryzantemy, zapowiadały schyłek sezonu smutne astry... Jesień była na świecie — złocista, w przędzę melancholii, w woale mgieł zasnuta jesień...
Jesień była i w duszy Pomiana. Uczucie ogromnego osamotnienia rozpanoszyło się tysiącem korzeni i nadało życiu szare barwy pustki. W krótkim po sobie odstępie czasu spadły nań dwa bolesne, silne jak uderzenie losu ciosy: śmierć ukochanej i nagły zgon przyjaciela. W parę tygodni po ostatniej wizycie rozeszła się wiadomość o tajemniczym końcu Wrześmiana. Zwłoki samotnika, zesztywniałe w spazmie śmierci, z rozkrzyżowanymi rękoma, przerzucone bezwładnie przez parapet okna znaleziono w ustronnej, opuszczonej od lat przez właścicieli willi naprzeciw domu, który zamieszkiwał pod koniec życia.
Tak zeszedł te świata człowiek, z którym łączyły go mocne, duchowe węzły, potężniejsze może, niż sam za życia tego dziwnego marzyciela przypuszczał. Ze śmiercią Wrześmiana coś jakby się w nim załamało; jak gdyby pękła w nim zasadnicza arteria, wiążąca go z życiem i jego sprawami. Zgon przyjaciela nabrał z czasem charakteru symbolicznego, jakiejś jakby wskazówki na przyszłość, czegoś w rodzaju ostrzeżenia. Zabrakło mu jakby drugiej, głębszej struny duszy, zastanowił164 się i skrzepł podziemny, najistotniejszy wart165 jaźni.
Dopóki żył i działał tamten, twórczość Pomiana znachodziła niejako swe usprawiedliwienie w twórczości przyjaciela. Utwory Wrześmiana były poniekąd wyidealizowaniem zagadnień i problemów, które Pomian realizował bardziej po ziemsku, konkretniej i bezpośrednio. Twórczość przyjaciela była ekspiacją ich strony zmysłowej, rodzajem ofiary oczyszczalnej za „grzech” Pomiana. Ci dwaj wyjątkowi ludzie uzupełniali się nawzajem w sposób jedyny i niezwykły; tylko jeden z nich wziął na siebie cały ciężar samozaparcia się i pozostał w cieniu, drugi, lepiej wyposażony do walki wręcz i niewolenia ludzkiej rzeszy, chodził w blaskach sławy i podbojów. Pomian zdawał sobie jasno sprawę z cichej ofiarności druha i gdy go nie stało, nie śmiał i nie chciał działać na własną rękę. A do podjęcia trudu Wrześmianowego i połączenia ról obu nie czuł się już teraz na siłach...
Niby refren natrętny powracała wciąż na pamięć ostatnia ich rozmowa. Poszczególne jej przęsła rozrastały się do rozmiarów wybujałych i przesłoniły sobą inne zainteresowania życiowe. Nie umiał już o niczym innym myśleć. Równocześnie w snach jego zaczął się powtarzać stale pewien motyw. Miał charakter krajobrazowy i zdawał się odzwierciedlać przeżycia rzeczywiste, doznane kiedyś dawniej.
Śnił mu się jakiś dom w odległej dzielnicy miasta, po prawej stronie wąskiej, ostro w górę idącej uliczki. Dom był skądś znany — znajomy i zaułek — lecz że widocznie był w tym miejscu tylko raz jedyny w życiu, trudno by mu było trafić tam na jawie.
Uporczywość sennego obrazu irytowała i zastanawiała. Wyglądało na to, jakby sfera podświadoma jaźni dawała wyraz pewnemu skrytemu życzeniu, które na jawie nie mogło przyjść do głosu.
Znużony monotonią nocnych zwidzeń, postanowił w końcu poszukać tego miejsca i w ten sposób uwolnić się może od jego natręctwa.
Jeżeli senny zaułek odpowiadał rzeczywistemu, należało go szukać w południowej, dość silnie sfalowanej części miasta. W pewne słoneczne, wrześniowe popołudnie skierował Pomian w tę stronę swe kroki.
Instynkt orientacyjny nie zawiódł.
Była to jedna z najstarszych i najuboższych dzielnic, znana mu zaledwie z nazwy, gdyż nigdy tam nie zaglądał. Przed wiekami stanowiła podobno punkt wyjścia i zarodek późniejszego miasta — dziś zeszła do poziomu podmiejskiej suburry166, zamieszkanej przez żywioły niepewne i mętne.
Spodem gliniastego urwiska, na którego zboczach rozsiadły się teraz domki kryte gontami lub ogniotrwałą papą, szło przed laty koryto rzeki; dziś miejsce jej zajął sypki, brudnożółty trakt, wijący się kręto pomiędzy budynkami, porosły tu i tam kępami wikliny; łożysko rzeki przesunęło się na północny zachód, a w ślad za nim przeniosło i tętno miasta.
Pomian szedł powoli ulicą Studzienną, która, przerzynając na skos całą ścianę urwistego zbocza, przecinała się po drodze ze wszystkimi ważniejszymi uliczkami i zaułkami dzielnicy.
W powietrzu wisiała rozpylona złotordzawa, jesienna pomgładź słońca. Z kominów wydobywały się gęste, kłaczaste dymy i ścieląc się ponad dachami, napełniały przedmieście swędem. Tumany kurzu, wzbite przez wozy i furgony, wirowały w słońcu szarymi zwojami i tamowały oddech.
Minąwszy trzecią z rzędu poprzeczkę167, zatrzymał się u wylotu wąskiej, w pancerze parkanu ujętej uliczki. Coś go w niej uderzyło. Spojrzał na tabliczkę przybitą do słupa u wejścia w zaułek i przeczytał: „Ulica Ptasia”.
Nie analizując bliżej uczuć, które go nagle obiegły tłumem, zmienił dotychczasowy kierunek i zaczął piąć się w górę ciasną, zamkniętą z obu stron deskami dróżką.
Iście ptasi tor — myślał, rozglądając się ciekawie dokoła. — A jednak nie wydaje mi się całkiem obcy. Mam wrażenie, że nie po raz pierwszy tędy przechodzę. Tę jarzębinę, wysuwającą gałęzie przez szczerbę w parkanie, przypominam sobie. Jej samotność wśród szarzyzny otoczenia już mnie raz zastanowiła...
W pewnym miejscu parkan skończył się, a zaczęła się linia domów starych, parterowych, wpół zapadłych w ziemię. Otaczały je podwórka brudne, cuchnące mydlinami, urozmaicone tu i tam drzewinami o suchotniczym wyglądzie.
— Beznadziejność! Że też ludzie mogą tak bytować! — zdumiał się, odwracając oczy ze wstrętem w stronę drogi, przed siebie.
Po 10 minutach linia domostw urwała się, przechodząc w podwójne pasmo pustych, marną trawą porosłych wygonów. W górnym końcu jednego z nich, po prawej, zarysował się samotny kompleks zabudowań.
Podszedłszy bliżej, spostrzegł, że stanowią zamkniętą całość okoloną sztachetami i żywopłotem. Mały mostek łączył furtkę wchodową z uliczką; nad furtą na łukowatej wywieszce widniał napis:
„Przytułek dla starców i ubogich”.
Spojrzał w jedno z okien najbliższego budynku. Blask szyby uderzonej rzutem zachodzącego słońca obudził zatarte wspomnienie: ożyło nagle w jaskrawych barwach. Przypomniał sobie teraz, skąd zna to ustronie; przechodził tędy w wigilię niedoszłego z Praderą spotkania. Zatopiony w myślach o nim i o tym, co miał im obu przynieść dzień najbliższy, zabłąkał się w czasie przechadzki wieczornej w uliczkę Ptasią i dotarł aż do przytuliska.
Sytuacja obecna miała nawet szczególne podobieństwo do pewnego momentu sytuacji sprzed dwóch lat: podobnie jak wtedy, spojrzał i dzisiaj niespodzianie w to pierwsze okno na skrzydle z zieloną firanką i, podobnie jak wtedy, odbił się w nim refleks zachodu. Lecz była i różnica... Tak, tak... Wtedy, w wigilię groźnego dnia, ujrzał za tą szybą coś więcej. Ujrzał czyjąś bladą, wymęczoną twarz z hektycznymi wypiekami na policzkach — znużoną życiem twarz jakiegoś mężczyzny. Spojrzenia ich spotkały się i splotły na sekundę. Potem opuścił głowę i poszedł dalej, mijając przytułek... Dziś szyba była pusta: odpowiedziała mu tylko czerwonym refleksem słońca... Tak, tak — na tym właśnie polegała różnica między chwilą obecną a tamtą — sprzed dwóch lat...
Wtem zakiełkowała pewna myśl i w paru sekundach rozrosła się do rozmiarów postanowienia; z tym człowiekiem należało się koniecznie zobaczyć. Należało skorzystać ze sposobności i wyszukać go wśród tych biedaków i starców. Coś nieprzezwyciężonego ciągnęło go ku niemu. Kto wie, czy go nie szukał już od dawna? Czy ten uporczywy sen, powtarzający jedno i to samo od paru tygodni, nie był wskazówką, gdzie go należało szukać?
Pociągnął za rączkę dzwonka u furty. Po chwili wyszedł na spotkanie stary, siwy jak gołąb odźwierny.
— W odwiedziny do krewnego? — zapytał, uprzedzając gościa.
— Jestem dziennikarzem — tłumaczył się Pomian naprędce zmyślonym pretekstem. — Chciałbym oglądnąć zakład, o którym słyszałem wiele dobrego.
Starzec uprzejmym gestem ręki przepuścił go do wnętrza.
— Proszę wejść — rzekł, zamykając za nim furtę z powrotem. — Może zechce się pan porozumieć z panem kierownikiem?
— Dziękuję. Na razie poprzestanę na samodzielnej obserwacji. Czy wolno mi przejść się tędy, ogrodem pomiędzy domami?
— Proszę poruszać się z zupełną swobodą. O ile by pan chciał zasięgnąć jakiejś informacji u pana kierownika, proszę zwrócić się do tego domku w głębi na prawo, tam pod kasztanami. Tam mieszka.
— Serdecznie dziękuję.
I wcisnąwszy mu w rękę złotówkę, ruszył przed siebie aleją porzeczkową, która poczynając się tuż niemal koło furtki, wiła się w głąb ku kilku schludnym, czerwoną dachówką krytym domkom.
Pomiędzy ścianą krzewów, ogołoconych już od dawna z jagód, a sztachetami ogrodzenia rozciągały się grządki z warzywem. W jesiennym cieple wygrzewały się okrągłe łby harbuzów i dyń, pachniały obłe stożki ogórków, krwawiły soczyste pomidory; na wyniosłych łodygach kończyły pełny obrót dookoła swej osi zakochane w słońcu słoneczniki, spodem, wyczarowane z ziemi wieloletnią pielęgnacją, wychylały się grube trzony szparagów. A dalej — poprzedzielane miedzami zieleniało zwykłe już pospólstwo buraków, kapusty i kalarep.
U wylotu porzeczkowej uliczki, przed domkiem szarym, z doniczkami fuksji w oknach, siedziało na ławce kilku starców. Jesienna zaduma pochyliła im głowy ku pięściom rąk zaciśniętych na laskach. Nie podnieśli ich ku niemu, gdy mimo168 przechodził — doskonale obojętni...
Parę kroków dalej jakaś staruszka w czarnym szalu zarzuconym na zgarbione plecy skrapiała polewaczką kwiaty; skromne, tanie kwiaty, które widuje się w ogródkach podmiejskich, za szybami chłopskich chat, przy polskich drogach: malwy czerwone i fioletowe, ślazy lilioworóżowe i siwe skabiozy. Obok kopał grządkę wysoki, w szary prochownik odziany mężczyzna; szerokie skrzydło kapelusza ocieniało mu twarz. Gdy Pomian mijał tę parę, ogrodnik nagle wyprostował się i spojrzał na przechodnia. Wtedy Pomian poznał w nim człowieka, którego szukał. Była to ta sama zawiędła, zmęczona już śmiertelnie życiem fizjognomia, którą ujrzał wtedy spoza szyby.
Podszedł ku niemu i, zdejmując kapelusz, przedstawił się.
— Szantyr, emerytowany oficjał169 pocztowy — odparł tamten, odpowiadając na ukłon.
I odrzuciwszy rydel, otarł pot z czoła.
— Uf! — odsapnął tonem naturalnym, jak gdyby rozmawiał ze starym znajomym. — Zmęczyłem się dziś porządnie. Proszę, może pan zechce zaglądnąć do mego pokoju. Mieszkam stąd niedaleko. O, w tym domku na skrzydle. Tam będziemy mogli porozmawiać swobodniej. Przeczuwałem, że tymi dniami pan do mnie zaglądnie.
Pomian słuchał osłupiały.
— Ależ pan mnie nigdy w życiu nie widział! — zauważył tonem protestu.
Szantyr uśmiechnął się.
— Łaskawy pan żartuje. Mógłbym to samo powiedzieć o panu ze względu na mnie. A jednak my się znamy już od dawna. Zresztą — pan tu przyszedł do mnie — wyłącznie po to, by się ze mną zobaczyć.
Weszli do pokoju, miłej, słonecznej, skromnie urządzonej izdebki.
— Tu mieszkam — rzekł gospodarz i wskazał gościowi krzesło. — Za ten pokoik wraz z utrzymaniem oddaję im moją pensyjkę i pełnię funkcję zakładowego ogrodnika.
— Nader miłe zajęcie — odparł Pomian, byle coś powiedzieć. — Obcowanie z przyrodą wpływa dodatnio.
— O tak! Zwłaszcza na mój potargany na strzępy ustrój nerwowy.
Ostatnie słowa Szantyra wywołały w Pomianie szczególne wspomnienia. Nagle przypomniał sobie, że przed laty wyczytał w dziennikach jego nazwisko wplątane w jakąś sensacyjną awanturę.
— Nazwisko pańskie teraz skądś sobie przypominam — rzekł przypatrując mu się z zainteresowaniem. — Pamiętam jak przez sen, lat temu 10, może 11, zdarzył się w mieście jakiś kolosalny skandal, którego ofiarą podobno padł człowiek noszący to samo nazwisko.
Szantyr pochylił smutno głowę.
— Pamięć dobra. Tak: to ja padłem ofiarą niesumienności hipnotyzera.
— Podobno jakiś lekarz?
— Tak: dr Józef Wokierda. Wyzyskując wpływ, jaki zdobył na mnie dzięki długoletnim eksperymentom, skłonił mnie jednym ze swych nakazów hipnotycznych do wykonania czynu haniebnego.
— Lecz prawda podobno wyszła na jaw?
— Tak. Obrońca wykazał moją niewinność. Uwolniono mnie, a zasądzono właściwego winowajcę. Lecz wkrótce potem musiałem zrezygnować z posady. Mój organizm, zrujnowany kompletnie przez doświadczenia tego łotra, nie pozwolił mi dłużej na spełnianie funkcji zawodowych. Wtedy osiadłem na resztę życia w tym ustroniu.
Na chwilę zaległo milczenie. Pomian uczuł pewne zakłopotanie. Znalazłszy się twarzą w twarz z tym człowiekiem, nie wiedział, o co go właściwie zagadnąć. Lecz Szantyr uprzedził go, wyzwalając z nijakiej sytuacji.
— Winien mi pan parę wyjaśnień — rzekł nagle, skupiając na nim spojrzenie sennych, znużonych oczu.
— Proszę. Służę nimi w każdej chwili.
— Oczywiście pamięta pan ten wieczór, dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze, kiedy to pan, przechodząc mimo naszego schroniska, rzucił przypadkowo okiem w jedno z okien?
— No, tak. Pamiętam.
— Pan myślał wtedy o dżentelmenie w wieczorowym stroju, w białej kamizelce, z monoklem w oku.
— Możliwe. Nie pamiętam zresztą. Tak błahy szczegół.
Szantyr zaprzeczył energicznym ruchem ręki.
— Dla mnie nader ważki. Pan musiał myśleć wtedy o tym człowieku w sposób bardzo intensywny.
— Tak? Z czego pan wnosi?
— Bo począwszy od owej chwili, od tego jednego pańskiego spojrzenia, obraz tego wytwornego jegomościa prześladował mnie bez przerwy.
— W jaki sposób?
— Widziałem go wciąż przed sobą oczyma duszy; śnił mi się przez całą najbliższą noc. Pan musiał nienawidzić tego człowieka!
— A to dlaczego? — zapytał Pomian, blednąc mimo woli.
— Pańska nienawiść ku niemu udzieliła się i mnie. Wie pan, co mnie u niego najwięcej drażniło?
— Nie domyślam się.
— Jego monokl: ten wstrętny, wyzywająco wciśnięty w oko monokl i jego uśmiech: uśmiech zdobywcy i triumfatora... Kim jest ten człowiek?
— Nie wiem — skłamał Pomian, unikając jego wzroku.
— Pan wie, lecz nie chce mi powiedzieć. Nie pytałbym o to, gdyby nie pewne szczegóły związane z tym człowiekiem, które zauważyłem w parę dni potem.
— Jakie szczegóły?
— Właściwie nie tyle szczegóły, ile przedmioty.
— Mówi pan niejasno.
— Mówię więcej niż pan, chociaż powinno być odwrotnie.
Powstał i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. Twarz jego poorana zmarszczkami zabarwiła się silniej ceglastym rumieńcem.
Pomianowi przyszła nagle do głowy pewna myśl. Ujął go za ramię i patrząc mu mocno w oczy, rzekł równo, spokojnie, tonem nakazu:
— Pan teraz zmęczony i senny. Niech pan usiądzie i odpocznie.
Na twarzy Szantyra pojawił się wyraz zdumienia, potem psiej uległości i pokory. Bez słowa usłuchał rozkazu i usiadł, wlepiając zeszklone snem oczy w przestrzeń. W następnej sekundzie spał już głęboko.
— Cofnijmy się o dwa lata wstecz! — rzekł Pomian, siadając naprzeciwko niego. — Jest dzień 22 września.
Szantyr milczał. Tylko oczy podeszłe białkami w górę drgnęły lekko.
— Zbliża się pora południowa — precyzował sytuację Pomian. — Na świecie jest dużo słońca... Zbliżamy się do pałacyku przy ul. Jasnej...
— Tak — potwierdził chrapliwym głosem śpiący — zbliżamy się do domu przy ul. Jasnej...
— Co tam widzisz?
— Przechylony przez parapet loggii widnieje z daleka...
— Kto? — nastawał sugestioner170.
— Człowiek w wieczorowym stroju, w białej kamizelce... Ten wstrętny, brutalny cynik, błyskający ku mnie szkiełkiem monokla...
— Dalej! — zachęcał Pomian. — Dalej! Co czynisz? Co zamierzasz?
— Wytrącić mu trzeba to szkiełko, wyrzucić ze ślepia! Niechaj dłużej nie szydzi ze mnie! Zedrzeć z niego tę kamizelkę, oskubać z piórek tego eleganta!...
Zapadło znów milczenie. Tylko pierś Szantyra podnosiła się szybko, a oddech stał się krótki i świszczący.
— W ręce ściskam nóż — wyznawał po chwili przerwy — dobry, tęgo wyostrzony nóż ogrodnika. Idę prosto przed siebie. Niesie mnie moc ciemna, nieznana — czuję w sobie siły olbrzyma; nic mi się nie oprze... Ten mur?... Fraszka!... Wspinam się po gładkiej ścianie jak mucha, wdzieram jak lunatyk... Nic mnie już nie wstrzyma... A szczęście mi sprzyja; nikt nie widzi: ulica pusta — jak wymiótł... Jestem już w ogrodzie po drugiej stronie... Dotychczas mnie nie zauważył; pali dalej spokojnie cygaro odwrócony ode mnie... Dzielą nas od siebie zaledwie 3 metry... Głupstwo! Przebywam je po rynnie, po gzymsach... Ha! Odwrócił się i spostrzegł! Za późno!... Nie uniknie ciosu!... Giń, nędzniku!...
Tu Szantyr zerwał się z krzesła i podniesioną do góry ręką powtórzył okropny gest. Lecz wysiłek wyczerpał go zupełnie i z pianą na ustach potoczył się jak kawałek drewna na podłogę.
— Katalepsja — mruknął Pomian, przenosząc bezwładne ciało na sofkę. — Ulżę ci trochę, biedaku!
I kilkoma pociągnięciami usunął sztywność członków. Lecz go nie obudził.
— Odpocznij chwilę — wydał rozkaz tymczasowy. — Mam ci jeszcze coś do powiedzenia.
Po 5 minutach przerwy, gdy rysy Szantyra złagodniały, a oddech stał się równiejszy, zapytał:
— Gdzie są te rzeczy?
— W szafie, w kącie na lewo.
— Wydasz mi je natychmiast po przebudzeniu. Za 5 tygodni, licząc od dnia dzisiejszego, przyjdziesz rano o ósmej na dworzec Kolei Południowej. Weźmiesz z sobą wszystko, co posiadasz, prócz mebli. O przyszłość swą bądź spokojny! Myślę teraz za ciebie. Pojedziesz tam, gdzie ci wskaże bilet jazdy. O resztę się nie troszcz! Inni będą dbali o ciebie. I jeszcze jedno, najważniejsze. O wszystkim tym, co zaszło między nami dzisiaj, i o pamiętnym dniu 22 września zapomnisz na zawsze! Rozumiesz mnie?
— Ro-zu-miem — zabrzmiała odpowiedź zmatowana, ledwo dosłyszalna.
— Nawet w snach nie wolno ci o tym marzyć!... A człowieka z monoklem się nie bój! Nie powróci więcej do ciebie. Od dziś dnia człowiek ten przestaje dla ciebie istnieć. Gdy za chwilę zbudzisz się i wydasz mi rzeczy przechowane, odejdziesz stąd do ogrodu, do twojej cichej pracy.
I położywszy mu dłoń na czole, potarł je parę razy. Szantyr otworzył oczy i powiódł nimi zdumiony po otoczeniu. Potem dźwignął się z sofy i jak automat zbliżył się ku szafie. Pomian czekał w milczeniu. Tamten otworzył drzwi i szukał czegoś na dole.
— Jest — mruknął, wydobywając z głębi małe zawiniątko.
I podał je gościowi.
Pomian rozwinął. Była to biała kamizelka z dużą, rdzawą plamą krwi po prawej stronie; podobnej barwy plamy, jakby od dotknięcia pokrwawionych palców, widniały na dolnym jej brzegu. W jednej z kieszonek tkwił monokl.
— Wszystko w porządku — rzekł zawijając z powrotem i związując starannie sznurkiem pakunek. — Dziękuję panu za ten mały a cenny podarek.
Lecz Szantyra już w pokoju nie było...
Gdy wkrótce potem Pomian zmierzał aleją ogrodową ku wyjściu, ujrzał go w dali kopiącego spokojnie swą grządkę.
— Do widzenia! — rzucił mu półgłosem pożegnanie. — Do widzenia za 5 tygodni!
I minąwszy furtę, zaczął schodzić Ptasią ku miastu.
„Gotówem171 umrzeć — czegoż chcecie więcej?”
Kiedy 30 października rano koło dziewiątej wstąpił Pomian na trzeci peron dworca Kolei Południowej, zastał tam już oczekującego go Szantyra. Czas był najwyższy: pociąg odchodził za 10 minut.
Wcisnął mu w rękę bilet jazdy, wsadził do wygodnego przedziału i, poklepując zachęcająco po ramieniu, rzekł:
— Jedzie pan na Węgry, do Budapesztu — prosto, bez przesiadania. Pańskie papiery i paszport w porządku. Proszę — oto są.
I podał mu małą, ceratową teczkę.
— Znajdzie pan tam także pieniądze potrzebne na początek.
Szantyr uczynił gest wzbraniania się:
— Mam przecież swą pensję.
— Nic nie szkodzi. Zresztą ja spowodowałem ten wyjazd i ja muszę ponosić konsekwencje. W Peszcie wyjdzie po pana do pociągu mój kuzyn, który tam stale mieszka z rodziną. Dobrzy, zacni ludzie; zajmą się panem jak krewnym. A zatem — do widzenia!
Uścisnął mu rękę i zbiegł po stopniach wagonu. Pociąg ruszył...
Pomian opuścił dworzec i w zamyśleniu poszedł szeroką, w dwa rzędy lip ujętą ulicą Kolejową.
Tak tedy wszystko skończyło się — myślał, mijając powoli zabudowania dworca towarowego. — Oto epilog. Jakżeż odmienny od tego, jaki przypuszczałem jeszcze pół roku temu! A zatem właściwym sprawcą zamachu jestem ja — nikt inny, tylko ja! Szantyr rozwiał aureolę tajemniczości, która dotychczas otaczała zgon ministra. Prysła jak bańka legenda o interwencji sił wyższych. I dziś stoję samotny ze swym straszliwym czynem. Nikt się nim ze mną nie zechce podzielić! Nikt, nikt! Odpowiadam za wszystko ja sam. Co za ruina!
Zatrzymał się i usiadł na jednej z ławek. Z mgławicy ubiegłych dni wyłonił się ponury cień ręki kapłańskiej wzniesionej do błogosławieństwa...
— Ha, ha, ha! Ten cień miał kontury Kozła-Bafometa!
— Umbra benedicentis Maledictus adumbratur172 — przypomniały się słowa ilustrujące diaboliczną projekcję.
— Ha, ha, ha! Oto symbol mojej działalności na tej biednej ziemi! Oto odwrotna strona moich „szczytnych” poczynań! Oto rewers mojej ideologii! Symboliczny sprawdzian jej etycznej wartości!... Kto wie, może Pradera miał słuszność? Może to ja uległem okropnej pomyłce? Może życie musi już być takie? Może ono zawsze będzie tylko wielkim kompromisem? Może duch, przyoblekając ciało, zawsze będzie musiał z niejednego zrezygnować?...
On — Pradera — wielki, ziemski minister, był tego życia najdorodniejszym wyrazem — a ja go zniszczyłem. Kto zaręczy, czy nie popełniłem zbrodni przeciwko życiu?...
Życie! Życie! Czarowne i pełne ponęt jak młoda, urodziwa kobieta i jak ona pełne grzechu!
Gdzie tu prawda? Którędy droga? Jak okiem sięgnąć — manowce, wertepy. Nigdzie punktu oparcia, nigdzie drogowskazu! Myśl obłąkana tuła się po bezdrożach bez wyjścia...
Pozostaje etyka, moralność... Ha, ha, ha!... Etyka normatywna, etyka-regulatorka stosunków społecznych... Sumienie! Sumienie!...
On miał sumienie. Dlatego wysłał stąd Szantyra i przywłaszczył sobie dowody jego zbrodni, by świadczyły przeciw niemu, przeciw Pomianowi. Należało uwolnić ze szponów władz tego dekarza, tego biedaka, na którego z kolei padły w ostatnich czasach ich podejrzenia. Podobno naprawiał w owej fatalnej godzinie dach pałacyku przy ul. Jasnej i słyszał krzyk mordowanego. Słyszał, lecz nie zgłaszał się do zeznań przed sędzią śledczym z obawy, by go nie posądzono o zbrodnię...
Biedny głupiec!
Aż miesiąc temu doniósł ktoś, że go widziano w owej chwili na dachu. Gotowi go skazać!...
Lecz nic z tego! On im wskaże rzeczywistego mordercę. Wyda się dobrowolnie w ich „sprawiedliwe” ręce. Uwierzą mu. Muszą uwierzyć. Ma na to „dowody”.
Spojrzał na mały swój pakunek starannie związany szpagatem i uśmiechnął się.
— Oto corpus delicti. Oto mój finał i mój los!...
Opuścił ławkę, przeszedł przez Kasztelańską i wstąpił do sklepu z kwiatami. Tu wybrał parę chryzantem i kilka herbacianych róż.
— Jej ulubione kwiaty; ta mocna, demoniczna kobieta kochała się w subtelnych barwach i woniach. — Wskoczył do przejeżdżającego tramwaju i niebawem znalazł się w bramie Cmentarza Głównego...
Nad miejscem wiecznego spoczynku unosiła się jeszcze poranna mgła. Przejrzyste jej żgła173 okręcały się dookoła trzonów stel grobowych woalami smutku i żałoby. Inne, niby wyciągnięte wstęgi, snuły się wzdłuż cmentarnych alej ciche, samotne, tułacze...
Było pusto. Nikt o tej wczesnej godzinie nie odwiedzał zmarłych.
Pomian skręcił w uliczkę drugą na prawo i zatrzymał się przed jej grobem.
Wyglądał pięknie. Geniusz śmierci pochylony w zamyśleniu nad mogiłą miał słodycz smutku niewysłowioną. Tulipany w doniczkach przyniesione przez kochanka tydzień temu dotychczas nie powiędły; ich śnieżne, zadumane kielichy chwiały się łagodnie w porannym wietrze.
Pomian usunął zeschłe wieńce i zastąpił je świeżymi kwiatami. Potem usiadł na ławce wkopanej w ziemię po lewej stronie grobu, wydobył z portfelu podobiznę Amelii i długo wpatrywał się w nią z bolesnym zachwytem...
Nagle usłyszał szelest kroków. Podniósł głowę i zobaczył nadchodzącą z głębi alei smukłą, czarną postać duchownego. Rysy księdza, poważne a łagodne, wydały się znajome. Te oczy słodkie, błękitne, przesłonięte nalotem mistycznej zadumy, nie były mu obce.
— Ksiądz Alojzy! — szepnął, chowając fotografię ukochanej i powstając z ławki. — W tym miejscu i o tej godzinie... Dziwne spotkanie...
I zbliżył się ku niemu, składając ukłon pełen szacunku. Ksiądz odpowiedział nań trochę zdziwiony.
— Wybaczy ksiądz doktór, że go zatrzymuję — lecz szczególny zbieg okoliczności, który sprowadził nas obu na to miejsce w tej chwili, jest dla mnie wskazówką, że tak mi postąpić należy. Nieprawdaż, mam zaszczyt rozmawiać z księdzem kanonikiem, Alojzym Korytowskim?
Na ustach kapłana pojawił się łagodny uśmiech.
— Zaszła jakaś pomyłka — odpowiedział, patrząc z zainteresowaniem w nerwową twarz Pomiana. — Pan wziął mnie zapewne za kogo innego; nazwisko moje: Jan Sowiński.
— A jednak jestem przekonany, że się nie mylę co do osoby. Jestem Pomian, z zawodu literat. Czy rzeczywiście nazwisko moje jest księdzu kanonikowi zupełnie obce?
— Nazwisko: nie; jest znane w świecie ludzi inteligentnych, lecz osoby dotychczas nie miałem sposobności poznać. Miło mi bardzo, że dziwny istotnie przypadek pozwolił mi zawrzeć z szanownym panem osobistą znajomość.
I uścisnął mu serdecznie rękę.
Jakiś czas szli w milczeniu pomiędzy grobami. Czasem liść zeschły zaszeleścił im pod nogami, czasem muszka jesienna zabrzęczała w przelocie.
— Przepraszam za ciekawość — odezwał się w pewnej chwili Pomian — lecz pytanie moje związane jest z rzekomą pomyłką co do tożsamości księdza kanonika. Czy ksiądz prałat Dezydery Prawiński jest jego przyjacielem?
Ksiądz Sowiński podniósł lekko brwi.
— Nie znam go osobiście.
— To szczególne! A jednak przysiągłbym, że obu księży dobrodziejów gdzieś razem spotkałem.
— W takim razie towarzyszem księdza prałata musiał być ktoś inny, bardzo do mnie podobny.
— Ksiądz kanonik jest dla mnie wcieloną antytezą księdza Prawińskiego — zauważył wymijająco Pomian. — Może właśnie dlatego widziałem go u jego boku. Zdaje mi się, że kwestia identyczności nazwiska tutaj obojętna. Imię Alojzego mogło być tylko dla mnie symbolem.
Ksiądz słuchał ze skupioną uwagą. W pewnym momencie podniósł głowę i popatrzył mu głęboko w oczy.
— Może ma pan słuszność. Może w jakim widzeniu sennym prawem kontrastu wynurzyły się panu obok siebie nasze dwie postacie?
Pomian zaprzeczył ruchem głowy:
— Było to coś silniejszego niż senne marzenie. To było przeżycie.
— Gdzie i kiedy?
— Nie wiem dokładnie. Nie bardzo dawno. Było to w stanie dla mnie wyjątkowym... Czy w ciągu ostatnich dwóch lat nie przytrafiło się księdzu kanonikowi nic nadzwyczajnego? Jakieś zdarzenie, jakiś sen niezwykły, wyjątkowy?
Ksiądz Sowiński zamyślił się.
— Hm — rzekł po chwili — rzeczywiście wśród snów moich, które mam zwyczaj spisywać, zwrócił moją uwagę jeden dość dziwny. Śniło mi się może półtora roku temu, że brałem udział w jakiejś ponurej procesji... Pamiętam tłum wielki ludzi gdzieś poza miastem, na polach, i olbrzymi, czarny, dębowy krzyż na barkach pokutników...
Pomian chwycił go nerwowo za rękę:
— Tak, tak — tę samą procesję widziałem i ja wtedy — i tych samych, śmiertelnie smutnych ludzi, uginających się pod brzemieniem krzyża... A dalej? Czy żadnych dalszych szczegółów ksiądz sobie nie przypomina? — pytał gorączkowo, wpierając się spojrzeniem w twarz duchownego.
— Nie... Nic więcej nie pamiętam. Gdy obudziłem się, miałem oczy łez pełne i czułem w powietrzu zapach zgaszonych świec...
— Tak — to było wtedy... Ten moment przeżyliśmy wspólnie. Tylko ksiądz we śnie — ja w jakimś innym, wyjątkowym stanie... Zawarliśmy znajomość na błoniach zaświatów...
Ksiądz Sowiński położył mu łagodnie rękę na ramieniu.
— Tajemnicze są i niezbadane drogi dusz — rzekł cicho, zapatrzony w perspektywy cmentarne. — W tym, co pan pisze, znalazłem dużo, dużo prawdy. Niektóre z pańskich poglądów, aczkolwiek wypowiedziane w formie, której nie pochwalam, odpowiadają mi w zupełności. Czytając pańskie utwory, miałem niejednokrotnie wrażenie, że królestwo Ducha znalazło w panu jednego ze swych najdzielniejszych bojowników.
— A jednak... — rzekł Pomian, zatrzymując się nagle na ścieżce. — A jednak, księże, ja zabiłem człowieka.
I opuścił głowę pod ciężarem wyznania.
— W pojedynku? — usłyszał po chwili pytanie księdza.
— Nie: skrytobójczą myślą. Nasłałem nań człowieka drugiego...
I zachwiał się pod ciosem samooskarżenia...
Ksiądz ujął go silnie pod ramię.
— Synu mój! — mówił cicho, kojąco. — Wina twoja wielka przed Bogiem, lecz i żal wielki, serdeczny... Co możesz powiedzieć na swoją obronę?
— Człowiekiem, który zginął z mojej przyczyny, był minister Pradera.
Ksiądz puścił jego ramię i mimo woli cofnął się o parę kroków. Po chwili zwiesił ponuro głowę.
— Rozumiem — szepnął. — Teraz rozumiem wszystko. Byliście jak ogień i woda.
— Uczyniłem krok fałszywy.
— Tak. Uciekając się do jego metod prowadzenia walki, zstąpiłeś mimo woli do jego poziomu.
— Straciłem przytomność — przyznał Pomian i skłaniając pokornie głowę, ukląkł na ścieżce.
— Za chwilę — rzekł głęboko wzruszony — pójdę wyznać swą winę. Pragnę ekspiacji. Ojcze, czy możesz mi w imię Boga jako kapłan odpuścić ten mój grzech największy?
Ksiądz położył mu dłonie na głowie i przez chwilę cicho modlił się. Potem podniósł w górę rękę i kreśląc nad nim znak krzyża, rzekł głośno:
— Ego te absolvo!... Odejdź w pokoju!...
Gdy po chwili Pomian podniósł głowę, księdza Sowińskiego już przy nim nie było...
Dojrzewało południe. Październikowe słońce, zakreśliwszy słaby łuk na niebie, przeważało się ku zachodnim jego rubieżom. Nad miastem unosiła się miedziana omrocz kurzu i dymów. Zanurzone w niej niby w ciężkim, roztopionym złocie wieżyce kościołów, banie cerkwi i cylindry kominów rysowały się na turkusowym tle nieba w konturach zatartych, zgaszonych, na pół wizyjnych. Po skwerach, wzdłuż alej parkowych, po ogrodach strząsał wiatr jesienny ostatnie liście, odsłaniając kośćce drzew czarne, sztywne i sieroce. I szły od tych drzew na miasto żałość i melancholia... W atmosferze drzemało coś niby ważkie, przebolesne zamyślenie. Po ulicach tułał się smutek — przechodzień bezimienny, snuły zdane na łaskę wichrowego losu wiotkie przędze „babiego lata”, chwiały w sieci przeplotów druty kolei elektrycznej...
Na gładkich, lśniących taflami białego marmuru stopniach terasy u wejścia do gmachu Sprawiedliwości zaczerniała postać Pomiana. Szedł szybkim, nerwowym krokiem. W pewnej chwili drgnął, przystanął i zaczął nasłuchiwać... Wybijały dwunastą w południe miejskie zegary. Zaczął ratuszowy, podjął arię farny, potem zagrał mariacki, po nim inne po kolei... Ostatni, niby dalekie westchnienie ulgi, rozbrzmiał głos dzwonów na Dębinowej Kępie...
„Dzwony Bugaju” — przemknęła dziwna myśl i sczezła zgaszona przez bezpośredniość chwili.
Pożegnał spojrzeniem zalane przez słoneczną roztocz miasto i wszedł do wnętrza sądowego gmachu.
— Pan sędzia śledczy, Góralski, przyjmuje? — zapytał, podchodząc do loggii woźnego.
— Proszę. Właśnie skończył przesłuchanie. Tędy, przez te oszklone drzwi, w parterze, drugie biuro na prawo.
— Dziękuję.
Pomian zapuścił się w długi, mroczny korytarz...
Pisałem w czasie od 31 X 1923 do 9 VIII 1924.
Przypisy:
1. pęcze — dziś raczej: pąki (kwiatów, tu: róż). [przypis edytorski]
2. pierzeja (archit.) — ściana zabudowy ulicy albo placu, złożona z szeregu frontowych elewacji budynków stojących wzdłuż tejże ulicy a. ściany placu. [przypis edytorski]
3. srzeżoga a. śreżoga — (daw.) zjawisko optyczne, jakie dają promienie światła przeświecające przez mgłę, dym, zapylone a. mocno rozgrzane powietrze, co sprawia wrażenie wibracji, migotania obrazu. [przypis edytorski]
4. sublimat — chlorek rtęciowy, stosowany m.in. jako środek dezynfekcyjny. [przypis edytorski]
5. kosm — dziś raczej: kosmyk; strzępek, strzęp. [przypis edytorski]
6. kamlot (z fr. camelot) — uliczny sprzedawca, sprzedający „z ręki” (niemający stoiska); tu: sprzedawca gazet. [przypis edytorski]
7. ad hoc (łac.) — doraźnie, bez uprzedniego przygotowania. [przypis redakcyjny]
8. szampion (z fr. champion) — mistrz w zawodach (początkowo szczególnie zapaśniczych); dziś czytany raczej za wymową angielską: czempion. [przypis edytorski]
9. lubo (daw., przestarz.) — tu: chociaż. [przypis edytorski]
10. parweniusz (z fr.) — dorobkiewicz, który wszedł do warstwy ludzi zamożnych i nieumiejętnie ich naśladuje; parweniuszowski: właściwy parweniuszowi, charakterystyczny dla parweniusza. [przypis edytorski]
11. studium średnie — tu: szkoła średnia. [przypis edytorski]
12. dysertacja — rozprawa naukowa. [przypis edytorski]
13. pięstuki (neol.) — pięści, kułaki. [przypis edytorski]
14. arywizm (z fr.) — karierowiczostwo. [przypis redakcyjny]
15. Czufut-Kale — aluzja do sonetu Mickiewicza Droga nad przepaścią Czufut-Kale. [przypis redakcyjny]
16. rozdal (neol.) — rozległa dal. [przypis edytorski]
17. podwal a. podwala (neol.) — podwalina; fundament. [przypis edytorski]
18. narożnia (neol.) — narożne pomieszczenie. [przypis edytorski]
19. loggia — przylegające do budynku, otwarte na zewnątrz pomieszczenie (rodzaj altany, pawilonu a. krytego balkonu) ograniczone rzędem arkad, zastępujących jedną z zewnętrznych ścian. [przypis edytorski]
20. blachman — bielmo. [przypis redakcyjny]
21. enuncjacja — oficjalna deklaracja. [przypis edytorski]
22. supozycja — tu: sugestia; przyjęte tymczasowo założenie, o którym jeszcze nie wiemy, czy jest prawdą czy fałszem. [przypis edytorski]
23. gilet (z fr.) — kamizelka. [przypis redakcyjny]
24. five o’clock (ang.) — popołudniowe przyjęcie. [przypis redakcyjny]
25. wiśny (daw.) — giętki, gibki. [przypis redakcyjny]
26. płatniczy — tu: kelner, u którego opłaca się rachunek. [przypis edytorski]
27. esplanada — promenada; szeroka ulica z aleją spacerową; pierwotnie: pas przestrzeni ciągnący się wzdłuż fortyfikacji, najczęściej pomiędzy miastem a twierdzą. [przypis edytorski]
28. kuluar (z fr.) — tu: korytarz; pomieszczenie na zewnątrz sali reprezentacyjnej (sali obrad, sali widowiskowej, widowni teatru), pełniące funkcje komunikacyjne i rekreacyjne w czasie przerw w obradach, imprezach, przedstawieniach. [przypis edytorski]
29. sunt lacrimae rerum (łac.) — łzy są skutkiem czynów. [przypis redakcyjny]
30. sic transit gloria mundi (łac.) — tak przemija sława świata. [przypis redakcyjny]
31. szyderski — dziś: szyderczy. [przypis edytorski]
32. podobno (daw.) — prawdopodobnie. [przypis edytorski]
33. ordynek (daw.) — ustalony porządek. [przypis edytorski]
34. intérieur (fr.) — wnętrze. [przypis redakcyjny]
35. prochy (daw.) — tu: kurze. [przypis edytorski]
36. kaduk (daw.) — diabeł. [przypis edytorski]
37. stalka (daw.) — przedmiot zrobiony ze stali; tu prawdopodobnie: stalówka (część pióra osadzana na obsadce i po zanurzeniu w atramencie służąca do pisania). [przypis edytorski]
38. mneme (gr.) — pamięć. [przypis redakcyjny]
39. kańczug — bicz spleciony z rzemieni, osadzony na krótkim kiju; narzędzie dyscyplinowania i wymierzania kary. [przypis edytorski]
40. belwederek (wł.) — budynek na wzniesieniu, z którego roztacza się rozległy widok. [przypis redakcyjny]
41. kornet — białe, sztywne nakrycie głowy zakonnicy. [przypis edytorski]
42. virgo immaculata (łac.) — dziewica niepokalana. [przypis redakcyjny]
43. stola (łac., z gr.) — długa, fałdzista szata kobieca w staroż. Rzymie. [przypis redakcyjny]
44. mensa (z łac.) — tu: stół. [przypis edytorski]
45. paschał — w chrześcijaństwie: wielka, ozdobna świeca będąca symbolem Chrystusa zmartwychwstałego, zapalana podczas niektórych uroczystości w okresie wielkanocnym. [przypis edytorski]
46. asfodel (z łac.) — złotogłowy; gatunek rośliny o wąskich, trawiastych liściach i żółtych, gęstych kwiatostanach. [przypis redakcyjny]
47. leggio (wł.) — pulpit do czytania. [przypis redakcyjny]
48. Teresa, św., właśc. Teresa z Avili (1515–1582) — wielka mistyczka hiszpańska. [przypis redakcyjny]
49. Przed życiem czuję — nie przed śmiercią trwogę (...) Ciebie więcej nie kochała ona!... — Cytowane wyjątki według parafrazy Z. Krasińskiego [przyp. autora]. [przypis autorski]
50. Visiones ancillae Domini (łac.) — Wizje służebnicy Pańskiej [przyp. autora]. [przypis autorski]
51. Antoni Szandlerowski (1878–1911) — poeta i dramatopisarz Młodej Polski, w którego twórczości egzaltowany erotyzm łączył się z motywami mistyczno-religijnymi. [przypis redakcyjny]
52. zastanowić się (starop.) — zatrzymać się. [przypis redakcyjny]
53. dościgły — tu: dojrzały. [przypis edytorski]
54. paramenty (łac.) — szaty, naczynia i sprzęty liturgiczne. [przypis redakcyjny]
55. cyborium (łac.) — naczynie w kształcie puszki, służące do przechowywania hostii. [przypis redakcyjny]
56. ubikacja (daw., z łac.) — tu: pomieszczenie. [przypis edytorski]
57. Diavolo maledetto del Christo! (wł.) — Diabeł przeklęty przez Chrystusa. [przypis redakcyjny]
58. dzwonki z Loretu — dzwonki wyrabiane we włoskim sanktuarium maryjnym Loreto, którym przypisywano moc zabezpieczającą przed złem, np. przed skutkami burzy i piorunów. [przypis redakcyjny]
59. Horae diurnae (łac.) — godziny dnia; tu: książki do nabożeństwa, zawierające modlitwy na różne godziny dnia. [przypis redakcyjny]
60. kustodium (łac.) — naczynie do przechowywania konsekrowanej hostii. [przypis redakcyjny]
61. lawaterz (łac.) — miednica ozdobna do mycia rąk przed mszą. [przypis redakcyjny]
62. firnizowany (z niem.) — pokryty pokostem. [przypis redakcyjny]
63. lavabo (łac.) — umywalnia. [przypis redakcyjny]
64. siurpryza (daw., z fr.) — niespodzianka. [przypis edytorski]
65. karło (daw.) — rodzaj niewysokiego krzesła z podłokietnikami, o nogach z przodu i z tyłu uformowanych w kształt cyfry X; niekiedy z oparciem, częściej bez, czasem wyściełane materiałem lub skórą. [przypis edytorski]
66. in saecula saeculorum (łac.) — na wieki wieków. [przypis redakcyjny]
67. humillimus servus (łac.) — najniższy sługa. [przypis redakcyjny]
68. Laudeutur Jesus Christus (łac.) — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. [przypis redakcyjny]
69. Maledicatur autem Satanas, creatura Gehennae (łac.) — Zelżony zaś niech będzie szatan, nędzny pomiot piekła. [przypis redakcyjny]
70. kontenans (daw., z fr.) — pewność siebie, odwaga. [przypis edytorski]
71. abominacja (z łac.) — wstręt, odraza, obrzydzenie. [przypis edytorski]
72. tuwalnia (z łac.) — rodzaj szala z delikatnej materii, poprzez który ksiądz ujmuje monstrancję w czasie błogosławieństwa. [przypis redakcyjny]
73. bursa (z łac.) — [tu:] rodzaj jedwabnego futerału na przechowywanie pateny, czyli małego metalowego talerzyka, na którym kładzie się hostię w czasie mszy. [przypis redakcyjny]
74. wiatyk (z łac. viaticum: prowiant na drogę) — w chrześcijaństwie (zwł. w katolicyzmie) komunia święta podawana choremu na łożu śmierci; ma ona stanowić „pokarm w drodze do życia wiecznego”: stąd nazwa. [przypis edytorski]
75. palka (z łac.) — podwójna, kwadratowa chusta do nakrywania kielicha i pateny. [przypis redakcyjny]
76. korporał (z łac.) — biały, lniany obrusik, na którym kładzie się hostię w czasie mszy. [przypis redakcyjny]
77. puryfikaterz (z łac.) — białe ręczniczki do wycierania rąk i kielicha w czasie mszy. [przypis redakcyjny]
78. humerał (z łac.) — białe, lniane chusty, wdziewane przez księdza pod albę i ornat. [przypis redakcyjny]
79. umbraculum (łac.) — rodzaj ekranu, którym przesłania się monstrancję z Najświętszym Sakramentem w czasie kazania. [przypis redakcyjny]
80. posowa (daw.) — sufit, powała. [przypis edytorski]
81. ego te absolvo (łac.) — formuła, którą ksiądz kończy spowiedź: rozgrzeszam cię. [przypis redakcyjny]
82. pletnia — plecionka. [przypis edytorski]
83. na pięstuki — na pięści. [przypis edytorski]
84. demonolatria (z łac.) — kult demonów. [przypis redakcyjny]
85. autodafe (z port.) — palenie na stosie. [przypis redakcyjny]
86. lubież — lubieżność. [przypis edytorski]
87. winować (starop.) — obciążać winą, oskarżać. [przypis edytorski]
88. triangał (z łac.) — świecznik trójramienny. [przypis redakcyjny]
89. Ecce homo! (łac.) — Oto człowiek! [przypis redakcyjny]
90. pawęż — tarcza. [przypis edytorski]
91. Benedico vobis (łac.) — błogosławię wam. [przypis redakcyjny]
92. rzęsny — dziś raczej: rzęsisty. [przypis edytorski]
93. przymiot a. przymiotna choroba (daw.) — kiła, syfilis. [przypis edytorski]
94. Dni Krzyżowe — w chrześcijańskim kalendarzu liturgicznym: wiosenne dni modlitw o urodzaje i za głodujących, obchodzone przez trzy kolejne dni poprzedzające uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, wypadającą tradycyjnie w czwartek 40 dni po Zmartwychwstaniu, czyli święcie Wielkanocy, zapoczątkowane w połowie V w. przez św. Mamerta, biskupa Vienne. Ponieważ Wielkanoc jest świętem ruchomym, obchodzonym w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca i może wypaść najwcześniej 22 marca, a najpóźniej 25 kwietnia; Dni Krzyżowe mogą wypaść, zależnie od roku, w ostatnie dni kwietnia lub później, aż do początków czerwca. [przypis edytorski]
95. syrynga (z wł.) — strzykawka lekarska. [przypis redakcyjny]
96. trójgran — trójkąt. [przypis redakcyjny]
97. bugaj (daw.) — kępa młodych pędów drzew lub krzewów; tu: włosy. [przypis edytorski]
98. miriadem — dziś popr. r.ż.: miriadą. [przypis edytorski]
99. flagelanci (z łac.) — biczownicy. [przypis redakcyjny]
100. zapust (starop.) — zagajnik. [przypis redakcyjny]
101. wdychiwał — dziś raczej: wdychał. [przypis edytorski]
102. podobno (daw.) — tu: prawdopodobnie, zapewne. [przypis edytorski]
103. kaprawy — zaropiały i zaczerwieniony (o oku); mający zaropiałe, zaczerwienione oczy (o człowieku). [przypis edytorski]
104. kmotr (z średniow. łac. compater: współojciec) — kum, ojciec chrzestny. [przypis edytorski]
105. indagacja — badanie, wypytywanie. [przypis edytorski]
106. clou (fr.) — przen.: główny punkt, największa atrakcja. [przypis redakcyjny]
107. finale (wł.) — finał, zwieńczenie. [przypis edytorski]
108. niedogarek — niedopałek. [przypis edytorski]
109. saprisiti! (fr.) — Do licha! [przypis redakcyjny]
110. taster (z niem.) — przycisk. [przypis edytorski]
111. une femme superbe (fr.) — pyszna kobieta. [przypis redakcyjny]
112. znachodzić (daw.) — znajdować. [przypis edytorski]
113. encore une fois (fr.) — jeszcze raz. [przypis redakcyjny]
114. mademoiselle (fr.) — panna, panienka. [przypis edytorski]
115. Encore une fois, belle Esmeralde (fr.) — jeszcze raz, piękna Esmeraldo. [przypis edytorski]
116. comme il faut (fr.) — jak należy. [przypis redakcyjny]
117. Appassionata — sonata f-moll Ludwika van Beethovena. [przypis redakcyjny]
118. Rabelais, François (ok. 1484–1553) — francuski pisarz, lekarz, były zakonnik; autor arcydzieła francuskiego renesansu, pełnej rubasznego humoru powieści (epopei) satyryczno-fantastycznej Gargantua i Pantagruel, pisanej w l. 1532–1564, podejmującej krytykę instytucji kościelno-feudalnych, dogmatów, średniowiecznej metafizyki i scholastycznego system wychowania, kładącej tym samym podwaliny pod nowoczesną myśl odrodzenia. [przypis edytorski]
119. Brantôme, właśc. Pierre de Bourdeille (1535–1614) — pisarz francuski, autor Pamiętników (fr. Memoirs), dających obraz obyczajów epoki, opisujących ważne postaci ówczesnej Francji i Europy, zawierających anegdoty dotyczące pojedynków itp.; pierwsze tomy, opublikowane w latach 1665–1666, zawierały głównie Żywoty znakomitych ludzi i wielkich rycerzy francuskich (4 t.) oraz Żywoty znakomitych ludzi i wielkich rycerzy obcych krajów (2 t.), najbardziej znany tom stanowią jednak Żywoty pań swawolnych. [przypis edytorski]
120. connaisseurs des affaires d’amour (fr.) — znawcy spraw miłosnych. [przypis redakcyjny]
121. Maupassant, Guy de (1850–1893) — francuski pisarz, przedstawiciel naturalizmu; autor m.in. powieści Bel-Ami (1885) oraz wielu opowiadań wyrażających ostrą krytykę obyczajowości mieszczańskiej. [przypis edytorski]
122. Flaubert, Gustave (1821–1880) — pisarz francuski, twórca prozy z nurtu realizmu, uważany też za jednego z pierwszych przedstawicieli naturalizmu, sformułował postulat bezosobowości, autor m.in. powieści: Pani Bovary (Madame Bovary, 1857), Salambo (Salammbô, 1862), Szkoła uczuć (L’Education sentimentale, 1869), Kuszenie św. Antoniego (La Tentation de Saint Antoine, 1874); sławę przyniosła mu Pani Bovary, powieść o prowincjuszce, która porzuca dziecko, zdradza i doprowadza do bankructwa męża, po czym popełnia samobójstwo; po publikacji Flaubertowi wytoczono proces, uznając jego książkę za deprawującą. [przypis edytorski]
123. Balzac, Honoré de (1799–1850) — francuski prozaik okresu romantyzmu, nazywany „mistrzem realizmu”, autor monumentalnego cyklu powieściowego pt. Komedia ludzka (obejmującego m.in. powieści: Ojciec Goriot, Stracone złudzenia, Kobieta trzydziestoletnia), pokazującego życie społeczne, polityczne i obyczajowe we Francji od czasów rewolucji francuskiej do rządów Ludwika Filipa. [przypis edytorski]
124. Zola, Émile (1840–1902) — francuski pisarz, główny teoretyk i przedstawiciel naturalizmu; opublikował 20-tomowy cykl powieści Rougon-Macquartowie, przedstawiający pełny obraz epoki (Nana, Germinal, Ziemia, Klęska); autor najważniejszego artykułu krytycznoliterackiego pt. Powieść eksperymentalna, przedstawiającego teorię oraz estetykę naturalizmu; w 1898 zaangażował się w obronę Alfreda Dreyfusa, fr. oficera niesłusznie oskarżonego o zdradę, publikując na pierwszej stronie paryskiego dziennika „L’Aurore” artykuł J’Accuse!... (Oskarżam!), zarzucając władzom antysemityzm i działania niezgodne z prawem. [przypis edytorski]
125. Huysmans, Joris-Karl, właśc. Charles-Marie-Georges Huysmans (1848–1907) — francuski pisarz i krytyk sztuki, skandalista. W swej najsłynniejszej powieści À rebours (Na wspak, 1884) sportretował „dekadenta doskonałego”, diuka des Esseintes; powieść zyskała specyficzny rozgłos, ponieważ w 1895 r. podczas procesu przeciwko Oscarowi Wilde’owi, oskarżyciel odwołał się do niej jako przykładu literatury „sodomicznej”. [przypis edytorski]
126. Prévost, Antoin (1697–1763) — francuski pisarz, prekursor romantyzmu we Francji, autor powieści Historia kawalera des Grieux i Manon Lescaut, poświęconej problemowi mechanizmu działania namiętności. [przypis edytorski]
127. Louÿs, Pierre, właśc. Pierre Félix Louis (1870–1925) — francuski pisarz i poeta, mistrz fr. literatury erotycznej; założyciel (1891) czasopisma literackiego „La Conque” (Muszla) poświęconego twórczości fr. parnasistów i symbolistów, ale publikującego także utwory debiutantów, takich jak Paul Valéry czy André Gide. Używał różnych pseudonimów, m.in. Pierre Chrysis, Peter Lewys i Pibrac. Autor m.in. zbioru erotyków pt. Astarte (1894), zbioru erotycznych lesbijskich utworów pisanych prozą poetycką pt. Pieśni Bilitis (wyd. w 1894 r. jako rzekome teksty jednej z gr. poetek staroż. z kręgu Safony, imieniem Bilitis; do trzech utworów z tego tomu Claude Debussy skomponował muzykę); powieści: debiutanckiej, opisującej życie kurtyzany w staroż. Aleksandrii pt. Afrodyta (oryg. Aphrodite — mœurs antiques, tj. „Afrodyta — antyczne obyczaje”, 1896) oraz Kobieta i pajac (oryg. La femme et le pantin 1898; adaptację filmową stanowi ostatni obraz Luisa Buñuela pt. Mroczny przedmiot pożądania), a także czysto libertyńskie w duchu: Les Aventures du roi Pausole („Przygody króla Pausole’a”, 1901) czy Pervigilium Mortis (1916). [przypis edytorski]
128. Boccacio, Giovanni (1313–1375) — włoski pisarz, humanista; autor zbioru stu nowel zatytułowanego Dekameron, rozwinął prozę artystyczną, gatunek noweli oraz stworzył tzw. teorię sokoła (kluczowego, powracającego w noweli motywu). Wiele spośród jego tekstów ma zabarwienie erotyczne. [przypis edytorski]
129. Aretino, Pietro, właśc. Pietro Bacci (1492–1556) — włoski pisarz, publicysta i szantażysta, zw. biczem książąt; pochodził z Arezzo (stąd jego przydomek Aretino); uważany za twórcę pornografii, znany jako autor Żywotów kurtyzan (1536) oraz dialogów i rozważań włożonych w usta kurtyzan, odzwierciedlających renesansową swobodę erotyczną (Rozważania, oryg. Ragionamenti 1536–1556). [przypis edytorski]
130. Annunzio, Gabriele Michele Raffaele Ugo d’ (1863–1938) — włoski lotnik wojskowy, poeta, dramaturg, prozaik oraz polityk; znany zwłaszcza dzięki powieści Triumf śmierci (1894); często wskazywany jako jeden z prekursorów włoskiego faszyzmu. [przypis edytorski]
131. nowym błazeńskim pomysłem — aluzja do różnych efekciarskich demonstracji wojennych i politycznych pisarza. [przypis redakcyjny]
132. Strindberg, August (1849–1912) — pisarz i malarz szwedzki, ustanowił nowy język literacki i formę nowoczesnego dramatu, zaszczepił w Szwecji europejskie prądy literackie (np. naturalizm, ekspresjonizm); autor m.in. dramatów Ojciec (1887), Panna Julia (1888), Pierwsze ostrzeżenie (1892), Do Damaszku (1898), Zbrodnie i zbrodnie (1899), Gustaw Waza (1899), Sonata widm (1907); powieści Czerwony pokój (1879), Historie małżeńskie (I, 1884; II, 1886), Spowiedź szaleńca (1888), Inferno (1897), eseju z zakresu krytyki sztuki Nowe sztuki czyli rola przypadku w powstawaniu dzieła sztuki oraz obrazów w duchu ekspresjonizmu, m.in. Kraina czarów (1894) czy Miasto (1903), a także eksperymentalnych fotografii (m.in. cyklu autoportretów z lat 1886, 1893 i 1906). [przypis edytorski]
133. mizogin (z gr.) — wróg kobiet. [przypis redakcyjny]
134. Otto Weininger (1880–1903) — filozof i psycholog austriacki, autor głośnego dzieła Płeć i charakter. [przypis redakcyjny]
135. Safona VII/VI–VI p.n.e.) — grecka poetka liryczna, autorka pieśni weselnych, hymnów, liryki miłosnej lesbijskiej; według legendy nieszczęśliwa w miłości popełniła samobójstwo, rzucając się w morze ze Skały Leukadejskiej. [przypis edytorski]
136. Sacher-Masoch, Leopold von (1836–1895) — pisarz austriacki, autor sensacyjnych powieści o tematyce perwersyjno-erotycznej, np. Wenus w futrze. [przypis redakcyjny]
137. Sade, Donatien Alphonse François de (1740–1814) — francuski pisarz, libertyn, głoszący jako wartość życie w zgodzie ze skrajnie pojętą wolnością jednostki, przekreślającą ograniczenia ze strony moralności, religii czy prawa i nakazującą podążanie za wszelkimi popędami i pragnieniami; w ostatniej dekadzie XVIII w. był jednym z najpopularniejszych pisarzy paryskich, następnie zaś najbardziej tępionym przez cenzurę (zacierano wszelkie ślady jego publikacji); większość swego życia spędził w więzieniu lub na wygnaniu; od nazwiska markiza de Sade pochodzi nazwa jednego z zaburzeń preferencji seksualnych, sadyzmu. [przypis edytorski]
138. subretka (z fr. soubrette) — pokojówka, służąca; typ postaci wywodzący się z komedii dell’arte, występujący w operetce i operze komicznej. [przypis edytorski]
139. Laissez... C’est mon affaire (fr.) — Daj pokój... To moja sprawa. [przypis redakcyjny]
140. lubo (daw.) — choć, chociaż. [przypis edytorski]
141. tetryczny (daw.) — zgorzkniały, zgryźliwy, gderliwy; właściwy tetrykowi. [przypis edytorski]
142. „Ponad siły” — głośny dramat pisarza norweskiego Björnstierne Björnsona (1832–1910). [przypis redakcyjny]
143. ektoplazma (z gr.) — wydzielina z organizmu medium, z której formują się fantomy. [przypis redakcyjny]
144. partenogeneza fantomów (z gr.) — dzieworództwo, samorzutne powstawanie fantomów. [przypis redakcyjny]
145. thank you very much (ang.) — Dziękuję panu bardzo. [przypis redakcyjny]
146. coś z Marty — jakąś melodię z opery Fryderyka von Flotowa (1812–1883) Marta. [przypis redakcyjny]
147. Spiritus Rector (łac.) — duch kierujący. [przypis redakcyjny]
148. nota bene (łac.) — co warto zauważyć. [przypis edytorski]
149. splendid isolation (ang.) — wspaniałe, wyniosłe odosobnienie. [przypis redakcyjny]
150. świecić baki komu (daw., przestarz.) — pochlebiać komu, nadskakiwać z uniżonością, zasługiwać się dla pozyskania względów. [przypis edytorski]
151. arabskie awantury jednego z naszych najserdeczniejszych wesołków — mowa o znanym humoryście, poecie i powieściopisarzu Kornelu Makuszyńskim, autorze m.in. zbioru parafraz baśni, zatytułowanego Awantury arabskie (1913). [przypis redakcyjny]
152. z umysłu — tu: umyślnie; z premedytacją. [przypis edytorski]
153. lubo (daw.) — choć, chociaż. [przypis edytorski]
154. Écrasez l’infame! (fr.) — Zniszczcie nędznika! [przypis redakcyjny]
155. Parbleu! (fr.) — Dalibóg! [przypis redakcyjny]
156. Hoffmann, Ernst Theodor Amadeus (E.T.A.), właśc. Wilhelm Hoffmann (1776–1822) — niemiecki pisarz, rysownik i kompozytor epoki romantyzmu, jeden z prekursorów fantastyki grozy. [przypis edytorski]
157. Poe, Edgar Allan (1809–1849) — amerykański poeta i prozaik, krytyk literacki; przedstawiciel romantyzmu; w swojej twórczości nie stronił od elementów fantastyki, makabry i horroru. [przypis edytorski]
158. Stevenson, Robert Louis (1850–1894) — szkocki prozaik i poeta, autor reportaży, przedstawiciel neoromantyzmu w literaturze, do jego najważniejszych utworów literackich należą: Wyspa skarbów, Porwany za młodu oraz Dziwna historia dra Jekylla i Mra Hyde’a. [przypis edytorski]
159. Villiers de l’Isle Adam, Jean-Marie-Mathias-Philippe-Auguste de (1838–1889) — francuski poeta i dramaturg symbolista oraz pisarz naturalista, znany przede wszystkim dzięki powieściom kryminalnym; przez znaczną część życia borykał się z problemami finansowymi, z których wybawiło go wydanie w 1883 r. Opowieści okrutnych; był również autorem jednego z najważniejszych dramatów symbolistycznych pt. Axël (1885, wyst. 1894). Urodził się w zubożałej rodzinie szlacheckiej pretendującej do miana „starożytnego rodu”, jego ojciec tytułował się margrabią, on sam otrzymał tytuł hrabiego, który nosił z upodobaniem; na łożu śmierci wziął ślub z Marią Dantine, aby przekazać synowi swoje nazwisko. Opiekę nad rodziną i spuścizną literacką powierzył Stefanowi Mallarmému, z którym się przyjaźnił, oraz Huysmansowi. [przypis edytorski]
160. Gustaw Meyrink (1868–1939) — pisarz austriacki, fantasta. [przypis redakcyjny]
161. Meyrink, Gustav, właśc. Gustav Meyer (1868–1932) — austriacki pisarz epoki modernizmu; urodził się w stolicy Austro-Węgier jako nieślubne dziecko wirtemberskiego dyplomaty Karla von Varnbülera i aktorki Marii Meyer; jeden z czołowych twórców fantastyki grozy, dandys, okultysta i mistyk, buddysta, znawca kabały i amator fenomenów parapsychicznych; uznawany niekiedy za prekursora surrealizmu oraz powieści egzystencjalnej; autor powieści Noc Walpurgii i Golem. [przypis edytorski]
162. nieudały (daw. forma) — dziś popr.: nieudany. [przypis edytorski]
163. dościg — tu: dojrzewanie. [przypis edytorski]
164. zastanowić się — zatrzymać się, ustać, stanąć. [przypis edytorski]
165. wart — tu: nurt. [przypis edytorski]
166. suburra — przedmieście. [przypis redakcyjny]
167. poprzeczka — tu: przecznica. [przypis edytorski]
168. mimo (daw.) — tu: obok. [przypis edytorski]
169. oficjał — urzędnik. [przypis edytorski]
170. sugestioner — tu: hipnotyzer. [przypis edytorski]
171. gotówem (daw.) — skrót od: gotów jestem. [przypis edytorski]
172. Umbra benedicentis Maledictus adumbratur (łac.) — Cień (ręki) błogosławiącego rysuje (postać, kontur) Przeklętego (tj. szatana Bafometa) [Przypis autora]. [przypis autorski]
173. żgło — całun. [przypis redakcyjny]