Zła godzina

W niespełna tydzień po przykrej scenie otrzymał list, w którym jak gdyby nigdy nic upraszała go na „przyjacielską herbatkę”. List po przeczytaniu spalił, a z zaproszenia naturalnie nie skorzystał. W dwa dni potem przyszedł list drugi, zdradzający objawy pewnej skruchy. Amelia prosiła, by się więcej „nie dąsał” i puścił w niepamięć „dziecinne w istocie rzeczy nieporozumienie”. Nazwała go przy tym „dużym dzieckiem, które nie rozumie się na żartach”.

Gdy i na to wezwanie pozostał nieczuły, uderzyła po raz trzeci w ton pokory i prośby: w słowach pełnych żalu błagała o przebaczenie. I na ten list nie odpowiedział. Wtedy przyszła do niego sama w porze popołudniowej, koło trzeciej, kiedy go można było zawsze zastać w domu.

Ujrzawszy jej twarz zmienioną, jakąś dziwnie drobną i wyszczuploną z parą cudnych, błyszczących gorączkowo oczu, uczuł niby wyrzut sumienia i długo trzymał w objęciach tulącą mu się do piersi.

I zrozumieli wtedy oboje, że chwila ta była narodzinami ich miłości.

Amelia zmieniła się do niepoznania. Namiętność jej, przedtem zaborcza i dzika, nabrała odcienia słodyczy i głębokiego liryzmu. I w domu jej zaszły w czasie trzytygodniowej nieobecności Pomiana znamienne zmiany. Po gwałtownej scenie z Justynką oddaliła ją ze służby. Miejsce dorodnej pokojówki zajęła kobieta już starsza, poważna, lubo140 trochę tetryczna141.

Wiadomość ta ucieszyła go bardzo, gdyż widział w tym niewątpliwy zwrot ku zdrowym, normalnym stosunkom. Powoli atmosfera oczyszczała się z nalotów wrogiej mu i wstrętnej jaźni, której dominujący wpływ ciążył dotychczas na wszystkim tym, co dotyczyło Amelii.

Od krytycznego popołudnia, które ich znów zbliżyło ku sobie, nastąpiło w ich stosunku rozstrzygające przesilenie. Zmieniły się upodobania, nabrały zupełnie innego charakteru ich rozmowy i rozrywki. Zaszło piękne i rzadkie zjawisko, które on nazwał po czasie „spirytualizacją żądzy”. Cudowny ptak miłości zawitał wprawdzie późno do ich ogrodu, lecz za to pieśń, którą im zanucił, była tym czystsza, tym silniej uczuciem wezbrana...

Pewnego dnia Pomian, wszedłszy do jej buduaru, z przyjemnością zastał ją przy lekturze Dzikiej kaczki.

— Czytujesz chętnie Ibsena? — zapytał, uśmiechając się zadowolony.

— Tak mi go zachwalałeś, że nie mogłam się oprzeć pokusie.

— No i?

— Potężny i głęboki. Za głęboki dla mnie — rzekła z pokorą, kładąc mu głowę na ramieniu. — Będziesz mi musiał niejedno wytłumaczyć.

— Wybornie! Będziemy czytali razem. A potem pójdziemy do teatru oglądać dzieło wielkiego starca. Właśnie komunikaty zapowiadają wznowienie całego cyklu.

— Doskonale!

— Ale, ale! Przedtem możesz poznać głęboki utwór innego norweskiego pisarza. Jutro grają Björnsona Ponad siły142. Będzie to znakomite przygotowanie do rzeczy trudniejszych, jakimi są wizje sceniczne Henryka Ibsena. No, cóż? Pójdziesz?

— Z prawdziwą ochotą, mój ty słodki nauczycielu!

I poszli nazajutrz wieczorem do teatru.

Wrażenie, jakie zrobił dramat na Amelii, było ogromne. Wychowana pod „troskliwym okiem” śp. męża niemal wyłącznie na banalnych farsach i komediach francuskich lub też na domorosłych, zapatrzonych na tamte sztuczydłach, odetchnęła w szlachetnej i czystej atmosferze prawdziwego piękna. Zwłaszcza zakończenie części pierwszej wstrząsnęło nią do głębi. Utwór wielkiego dramaturga poruszył w jej bogatej i pełnej nieodkrytych dotąd możliwości duszy nowe, nieprzeczuwane przez nią struny. Drzemiące od lat pytania, zbywane zwykle przez Praderę uśmiechem ironii lub lekceważącym wzruszeniem ramion, zmartwychwstały pod ożywczym tchnieniem wielkiej sztuki. Przez parę najbliższych dni żywo omawiała z ukochanym poruszone w dramacie zagadnienia.

— Ostatecznie jednak — zauważyła pod koniec dyskusji — stajemy na rozdrożu. Pastor, zdobywszy się na nadludzki wysiłek woli, którym dźwignął z łoża chorą śmiertelnie żonę, ginie zdławiony szponami okrutnej wątpliwości. Przez chwilę zdaje się, że przebiega scenę olśniewająca błyskawica cudu — rozchylają się tajemnicze podwoje, odsłaniają dreszczem przejmujące perspektywy zaświatów... Niestety, jest to tylko moment.

— Boga nikt nie widział, Amelio: a ten, kto Go ujrzał, przypłacił to życiem lub... rozumem. Ideał jest w śmierci, w nieokreśleniu... A jednak sam fakt, że ta ciężko chora kobieta powstała z łoża boleści na wezwanie dzwonu, który on rozkołysał, mówi mi dużo, bardzo dużo. Może więcej, niż przypuszczał sam dramaturg.

— Świadczy o potędze woli jej męża.

— Tak, tak: tak to się mówi. Wola, sugestia... piękne, „naukowo” brzmiące ogólniki. Dla mnie jest on dowodem, że tkwią w nas tajemnicze moce, które, przełamując prawa fizyczne, trwają zwycięsko i poza rubieżami życia i śmierci. Dla mnie ta scena końcowa, poprzedzająca bezpośrednio tragiczny zgon pastora, świadczy o istnieniu w duszy ludzkiej sił, które nie giną i nie rozwiewają się z rozkładem naszej ziemskiej powłoki. Człowiek jest istotą nieśmiertelną, Amelio!

Słuchała w zamyśleniu.

— Kazik nie wierzył w życie po śmierci — rzekła nagle tonem sprzeciwu — i wyśmiewał tych, co okazywali skłonność do transcendentalnych mrzonek. A przecież miał umysł potężny.

— To jeszcze nie kwestia. Taki Pitagoras, Platon, Dante, Szekspir, Słowacki lub Dostojewski byli chyba jaźniami potężniejsi od ministra Pradery, a wierzyli... Zresztą w ostatnich czasach tzw. nauki metapsychiczne dostarczają na to coraz to więcej, coraz to bardziej przekonywujących dowodów. Weźmy np. choćby tylko jedno ich specjalne odgałęzienie, znane pod nazwą mediumizmu.

— Stoliki wirujące, co? — uśmiechnęła się z lekceważeniem. — Brałam raz udział w tych eksperymentach, lecz nie nawróciły mnie. Wszystko można tu wytłumaczyć podświadomym działaniem ludzkiego fluidu czy innej jakiejś (mniejsza o nazwę) energii, wypływającej przez kończyny palców z naszego organizmu; nie potrzeba aż uciekać się do pomocy „duchów”.

— Zapewne, lecz są objawy głębsze i bardziej zagadkowe. Czy widziałaś kiedy fenomen materializacji?

— Nie. Słyszałam tylko o nim. Wspomniał mi raz o tym Kazik.

— Czy wątpił też w realność tych objawów?

— To: nie, lecz sądził, że fantomy są tworem samych mediów i nie mają nic wspólnego z zaświatem.

— Pomijając na razie kwestię interwencji świata duchów przy tej kategorii zjawisk, czyż nie zastanawia sam fakt materializacji, tego dziwnego, nieprawdopodobnego wprost kształtowania się widm, które czasem wykazują własności ciał żyjących, z krwi i kości? Czyż nie przekracza wszystkich dotychczas znanych i uznanych zasad fizyki i biologii objaw wydzielania się z medium tajemniczej ektoplazmy143, owo cudowne samorództwo ludzkich i zwierzęcych kształtów, wywracająca na nice dotychczasową wiedzę o człowieku partenogeneza fantomów144?... Tu, tu właśnie widzę przejście z tego brzegu na tamten; tu, w zagadkowym półmroku przyćmionych świateł przerzuca się most na tamtą stronę.

— Podobno przychwytywano media na oszustwie — broniła opornie swego stanowiska Amelia.

— To jeszcze nie dowód, że wszystkie te zjawiska są tworami szarlatanerii. Objawom wątpliwym lub podrobionym można przeciwstawić setki i tysiące obserwowanych pod ścisłą, prawdziwie naukową kontrolą, wykluczającą szalbierstwo. O tych rzeczach nie można wydawać sądu na ślepo, Melu: trzeba je widzieć na własne oczy, jak ja je widziałem. Fenomeny naprawdę zdumiewające!... Miałbym wielką ochotę zabrać cię z sobą przynajmniej raz na seans, niewierny Tomaszu.

Thank you very much145: nie jestem ciekawa. Czuję wstręt do tych doświadczeń. Wydają mi się czymś obcym i wrogim naturze.

— Mam nadzieję, że z czasem zmienisz zdanie.

— Być może. Na razie wolę pozostać w sferze normalnych objawów życia.

I na tym wyczerpali dyskusję.

Wkrótce jednak potem zakradło się w „sferę normalnego życia” Amelii coś, co przyśpieszyło znacznie spełnienie przepowiedni kochanka.

W ciągu miesięcy zimowych spostrzegł Pomian, że nerwy jej zaczynają nie dopisywać. Bez powodu przerywała rozpoczętą rozmowę i zdawała się czegoś nasłuchiwać. Czasem ni stąd, ni zowąd zmieniała ułożone od paru dni plany, odkładając pewne czynności na później. Często sprawiała wrażenie roztargnionej i czegoś wyczekującej. Dawniej własnowolna i trzeźwa aż do przesady, teraz stała się przesądna i jakby spętana przez błahe i nic nieznaczące względy. Poniedziałki np. nabrały dla niej własności dni feralnych i zaczęła przypisywać specjalne znaczenie podarkom otrzymywanym od kochanka; pięknej, w kształcie iglicy wysadzanej perłami broszki, ofiarowanej przez niego w dzień jej imienin, nie przyjęła z obawy, by „się nie pokłócili” lub by „jej coś złego nie spotkało”.

— Od pewnego czasu — tłumaczyła mu trochę zakłopotana — przekonałam się, że nie należy przyjmować z rąk przyjaznych żadnych rzeczy ostrych, jak noże, scyzoryki, szpilki itp. Ponadto słyszałam, że perły przynoszą nieszczęście.

Pomian potrząsnął głową z niedowierzaniem, lecz ostatecznie wobec zdecydowanej odmowy musiał ustąpić.

Pewnego wieczora, gdzieś w połowie marca, zastał ją w jasno oświetlonym saloniku w towarzystwie nowej pokojowej, pani Michalskiej, która trzymając Amelię w ramionach, zdawała się ją z jakiegoś powodu uspokajać i pocieszać. Spostrzegłszy wchodzącego, poczciwa kobieta odetchnęła z ulgą:

— Bogu najwyższemu chwała, że wielmożny pan nadszedł!

— Co się tu takiego stało? — zapytał zaniepokojony.

— At, proszę wielmożnego pana, jakieś zwidzenia czy coś takiego. Wielmożna pani niech sama opowie.

I dyskretnie usunęła się do swego pokoiku po drugiej stronie przedsionka.

Pomian usiadł obok ukochanej i ująwszy za ręce, obserwował ją zatroskany.

— Co tobie, Mela?

— Musisz sprowadzić się na stałe do mnie. Nie mogę dłużej pozostawać w tym domu, zwłaszcza w porze wieczornej.

— Masz rozigrane nerwy, najdroższa. Może lepiej zmienić mieszkanie?

— To nic nie pomoże; zawlokę ze sobą to samo i na nowe miejsce. Musisz mieszkać ze mną, Tadziu. Oczywiście nie tu, przy Lipowej, lecz gdzie indziej. Upatrzyłam już dla nas piękną, dwupiętrową wilkę na „Dębinowej Kępie”.

— To szczególne!

— Cóż w tym tak nadzwyczajnego?

— To dziwne, że właśnie tam upatrzyłaś dla nas mieszkanie. Właśnie tam... na „Dębinowej Kępie”...

— Czy łączą cię z tą okolicą miasta jakie wspomnienia?

— Wspomnienia... Czy ja wiem?... Może majaki snu... niedobrego snu... Lecz mniejsza o to.

— A zatem zgadzasz się?

— Jeżeli ci się tam tak bardzo podoba, owszem. Ale wracając do twego obecnego stanu: czy to, co odczuwasz tutaj, jest zwykłym nerwowym niepokojem, czy też jest to coś bardziej określonego?

— Od paru dni słychać w pokojach szmery i dźwięki; meble bez powodu wydają cichy, suchy trzask, odzywają się jakieś szepty... Początkowo myślałam, że ulegam złudzeniom, i dlatego nic ci o tym nie mówiłam. Przed chwilą, zanim wszedłeś, usłyszałam stąd w sypialni odgłos, przypominający ludzki stęk. Gdy krzyknęłam, nadbiegła Michalska i zaczęła mnie uspokajać. Wtedy nadszedłeś.

— Zwykłe halucynacje akustyczne wywołane lekkim rozstrojem nerwów. Ponadto meble może się pozsychały: ogrzewasz pomieszkanie dość silnie.

— Nie, nie! Nie wmówisz we mnie, że wszystko to — to wrażenia czysto subiektywne. Poza tym jest coś innego.

— Zmienisz zatem mieszkanie; będziemy razem i wszystko wróci do dawnego porządku.

— Ale dzisiaj już zostaniesz tutaj, Tadziu — prosiła, oplątując mu szyję ramionami.

Zamknął jej usta pocałunkiem na znak zgody...


Najbliższy czwartek spędzili razem już na nowym mieszkaniu w willi „Pod Olchami”. Dworek był zaciszny, w odległej dzielnicy miasta, a właściwie już na przedmieściu, otulony zewsząd spławami jodeł i sosen. Stąd z wysokości drugiego piętra ścielił się przed nimi rozległy, zimowy krajobraz. Pod wieczorną zorzę, co czerwoną łuną gorzała na horyzoncie, strzelały w niebo stężałe w mrozie ściany borów, wirowały spóźnione ptaki. Białym od śniegu szlakiem gościńca, który gubił się gdzieś tam w komyszach świerczyny, pędziły cwałem sanie; głos dzwonków rześki, srebrzysty docierał do uszu wyraźnie poprzez czyste jak kryształ, szklące się miriadem igiełek powietrze.

Odeszli od okna.

— Zmierzcha się — rzekła cicho, podchodząc do żyrandolu. — Trzeba zaświecić.

— Nie psuj nastroju! Czyż nie piękniejsza ta szara godzina rozświecana szkarłatnym blaskiem kominka? — odpowiedział i przyciągnął ją łagodnie ku sobie.

Przez chwilę trwali w rozkoszy pocałunku, zanurzeni w gęstniejącym mroku... Wtem wstrząsnął ciszą głuchy łoskot w sąsiednim pokoju. Amelia wzdrygnęła się i, wydawszy nerwowy okrzyk, przywarła do jego piersi.

— Słyszałeś?

— Coś spadło w salonie. Pójdę popatrzyć.

— Nie, nie! Nie zostawiaj mnie tutaj samej w ciemnościach!

— Więc najpierw zapalę lampę.

Oswobodziwszy się łagodnie z jej ramion, zaświecił żyrandol i nacisnął taster od lampy w salonie.

— Spadł wazon z palmą, którą ci dziś przysłałem — stwierdził, wszedłszy do sąsiedniego pokoju.

Spojrzała nań z przerażeniem:

— Zły znak na początek. I to w dodatku podarunek od ciebie na nowe mieszkanie. Czy wazon ocalał?

— Nie. Pogruchotany na drobne kawałki. Trochę to dziwne; spadł przecież z nieznacznej wysokości.

Stropieni i smutni podnieśli palmę i przesadzili tymczasowo do glinianego naczynia. Reszta wieczoru upłynęła im nieswojo...


Wypadek z wazonem był przygrywką do szeregu innych objawów, które zdradzały niedwuznacznie charakter prześladowczy i napastliwy. Niemal żadnego wieczora nie obyło się bez podejrzanych szmerów lub niemiłego wypadku. Bez widocznego powodu meble przewracały się, cienie sprzętów nabierały konturów podobnych do maszkar, po pokojach szczelnie zamkniętych i dobrze ogrzanych przeciągały chłodne powiewy.

Najgorsze były noce. Amelia spała w tym czasie krótko i nerwowo. Niejednokrotnie budziła się nagle zlana zimnym potem przerażenia i skarżyła się, że czyjaś ręka przesuwa się po jej twarzy chłodnymi, wilgotnymi palcami lub że czuje na szyi oddech ciężki, lodowaty.

Pomian, widząc jej mękę, namawiał, by poszła z nim do jednego z wybitnych neurologów. Odmówiła: nie wierzyła w skuteczność lekarskich zabiegów.

— To nie są nerwy, Tadziku. Sam w to nie wierzysz. To jest coś całkiem innego.

Wreszcie odważył się powiedzieć jej prawdę.

— Po rozwadze — rzekł pewnego rana, gdy znękana po nieprzespanej nocy drzemała oparta o jego ramię — doszedłem do przekonania, że z niewiadomych mi bliżej przyczyn rozwinęły się u ciebie własności mediumiczne.

Ocknęła się i popatrzyła mu zdumiona w oczy:

— A gdyby tak było w istocie?

— Moim zdaniem najlepiej byłoby porozumieć się z jakimś zawodowym medium i za jego pośrednictwem zbadać sprawę. Może poda nam środek, przy pomocy którego zdołamy uwolnić się od tego prześladowania.

— Uczyń, jak uważasz za stosowne — zgodziła się znękanym głosem.

— Pomówię z dr. Toczyskim, eksperymentującym od dłuższego już czasu z niezwykle bogato wyposażonym w mediumiczne właściwości osobnikiem, który występuje pod imieniem Monitora.

— Proszę cię tylko bardzo o to, byś sobie zastrzegł u niego dyskrecję. Nie chciałabym, by sprawa nabrała rozgłosu i stała się tematem rozmów dla naszej plotkarskiej socjety.

— Zrobię wszystko, by uniknąć niepożądanego pieprzyku sensacji.

A jednak mimo usiłowań Pomiana nie udało się nadać seansowi charakteru bezwzględnie prywatnego. Toczyski, dowiedziawszy się, o co idzie, z góry zapowiedział, że w posiedzeniu weźmie udział paru wybitnych lekarzy-psychiatrów i kilku profesorów w charakterze rzeczoznawców i kontrolerów. Obawy Pomiana, wywołane względami na dyskrecję, uspokoił zapewnieniem, że wszelkie szczegóły pozostaną okryte ścisłą tajemnicą i że protokół posiedzenia odda mu do cenzury.

Seans odbył się 10 kwietnia w pogodny, wyjątkowo piękny i ciepły odwieczerz. Koło godziny szóstej po południu, gdy już mroki przedwieczorne zaczęły otulać ziemię, zebrali się uczestnicy posiedzenia w willi „Pod Olchami” na drugim piętrze, w zacisznym salonie Amelii. Nastrój był poważny, skupiony i pełen oczekiwania. Monitor, jak zapewniał jego impresario i psychiczny kierownik, dr Toczyski, był usposobiony znakomicie i obiecywał „wyjątkowe rzeczy”.

Jakoż nie zawiódł nadziei. Gdy po kilku minutach zupełnego milczenia jeden z obecnych zapalił lampę okrytą czerwonym abażurem i przyćmione, gorące światło rozlało się po wnętrzu, Monitor był już w stanie głębokiego transu.

— Czy masz jakie specjalne życzenie? — zapytał go Toczyski, spostrzegłszy niespokojne, odpychające ruchy rąk medium.

— Wyłączyć! — zabrzmiał w odpowiedzi senny, jakby zautomatyzowany głos Monitora. — Wyłączyć!

— Wyłączyć z łańcucha? Kogo? Powiedz!

— Amelię!

Toczyski zwrócił się zakłopotany do pani domu:

— Wybaczy łaskawa pani formę i treść życzenia. Lecz w transie wolno medium nie liczyć się ze względami towarzyskimi. Obecność łaskawej pani w łańcuchu widocznie mu przeszkadza; prawdopodobnie płyną od niej prądy, które utrudniają wywiązanie się jego teleplazmy.

— Czy mam opuścić pokój? — zapytała Amelia, powstając.

— Broń Boże! Wystarczy, jeśli łaskawa pani usiądzie tam w głębi, poza obrębem naszego koła... No cóż? — zwrócił się z kolei do Monitora, gdy pani Pradera zajęła miejsce w „pasie neutralnym”, w kącie salonu. — Czy teraz jesteś zadowolony?

— Zaśpiewajcie coś! — odparło medium swym bezdźwięcznym, monotonnym głosem.

— Zanućmy mu coś z Marty146. To jego ulubiona melodia.

W pokoju rozległa się po chwili łagodna, sentymentalna aria ze starej, romantycznej opery Flotowa.

— Przyćmić światło! — wypłynął rozkaz z zaciśniętych kurczowo ust Monitora. — Otworzyć okno!

Gdy blask lampy nabrał odcienia soczystej, głęboko stonowanej czerwieni, a przez uchylone okno zaczął wsączać się do wnętrza chłód wiosennego zmierzchu, stan śpiącego uległ widocznej zmianie. Ciało jego zaczęło wyginać się w nerwowych podrzutach, z piersi wydobywały się nieartykułowane dźwięki, podobne do jęków.

— Proszę obostrzyć kontrolę! — polecił dr Toczyski.

— Trzymam oburącz jego rękę prawą i wyczuwam wciąż pod stopą jego prawą nogę — odpowiedział mu jego kolega, siedzący po prawej stronie Monitora.

— Lewy bok nie mniej dobrze zabezpieczony — upewnił kontroler z przeciwnej strony.

— Może pan zechce sprawdzić stan rzeczy przy pomocy ślepej latarki? — zwrócił się Toczyski do Pomiana. — Tylko ostrożnie! Proszę uważać, by światło nie padło mu na oczy.

— Wszystko w porządku — stwierdził Pomian, puszczając wąski pęk czerwonych promieni w kierunku nóg śpiącego. — Skrępowany należycie.

I zgasił latarkę.

Nad głowami obecnych ukazały się drobne, błękitne światełka i zaczęły bujać w powietrzu.

— Pierwsze objawy — objaśnił Toczyski. — Dziś zaczynamy od fenomenów świetlnych.

Z kąta pokoju zabrzmiały ciche akordy pianina.

— Teraz przestaniemy śpiewać — rzekł dr Toczyski.

Pomian obrócił się w stronę, skąd dochodziły dźwięki.

— Czy to pani gra, pani Amelio?

— Nie. Siedzę po przeciwnej stronie pokoju — doszedł go głos jej drżący i jakby oddalony.

Niewidzialne dłonie przebiegały po klawiszach, wyczarowując melodię Pana wioski z Widm Moniuszki.

W ponuro-szkarłatnym blasku żyrandolu twarz medium wykrzywiła się spazmem męki.

— A-a-a... A, a, a...

— Powoli bierze go w posiadanie jego Spiritus Rector147 — tłumaczył sytuację stojący poza łańcuchem lekarz. — Tym mianem określa zwykle tajemniczą jaźń, która się przez niego przejawia.

— A-a-a... A-a-a... — jęczał śpiący.

Po twarzy Toczyskiego przemknął cień niepokoju.

— Coś dziś zbyt się męczy — szepnął do siedzącego obok profesora.

— Ha! Kto to?! — zarzęził nagle Monitor. — K—t—o— t—o? — powtórzył słabiej, jakby borykając się z niewidzialnym przeciwnikiem, i zamilkł obezwładniony zupełnie...

Z okolicy łonowej, z ust i spod pach medium zaczęły wywiązywać się szarobiałe pasma ektoplazmy. Wkrótce Monitor zniknął niemal cały w mlecznych jej otokach. Wysiąk był wyjątkowo silny...

Pomian odwrócił głowę ku Amelii. Siedziała skurczona w kącie pokoju, obserwując rozszerzonymi źrenicami narodziny fantomu. Wtem z dzikim okrzykiem porwała się z miejsca, wlepiając oczy w przestrzeń w pośrodku łańcucha. Pomian skierował spojrzenie w tę samą stronę i uczuł dreszcz grozy...

W pośrodku koła utworzonego przez uczestników seansu unosiło się ponad ich głowami widmo mężczyzny: potężna, wyrazista twarz o wydatnych, silnie rozwiniętych szczękach i szerokim, olimpijskim czole.

— Minister Pradera! — szepnęło parę głosów, rozpoznając rysy wielkiego męża stanu. — Minister Pradera!

Na twarzy fantomu zaigrał złowieszczy uśmiech. Prawe oko zbrojne w monokl zacisnęło się silniej dookoła szkiełka i zadrgało nerwowym skurczem. Wśród śmiertelnej ciszy widmo zawahało się, zakołysało i zaczęło posuwać się w stronę Amelii.

Nieszczęśliwa, nie mogąc oderwać oczu od twarzy męża, bezwiednie cofała się przed nim wzdłuż ściany.

— Precz! — zagrzmiał nagle głos Pomiana, który nieludzkim wysiłkiem opanowawszy przerażenie, usiłował zastąpić drogę przeciwnikowi. — Precz stąd!

Lecz poraził go niewidzialny prąd i odepchnął daleko w kąt salonu. Zatoczył się jak pijany i oparł plecami o ścianę. Zwycięskie widmo pędziło dalej przed sobą wiarołomną żonę. Nikt nie śmiał stawiać mu oporu; wszyscy jak zaczarowani stali pod urokiem grozy.

Gdy Pomian, przyszedłszy do siebie po zadanym sobie ciosie, rzucił się ponownie na ratunek ukochanej, było już za późno. Zaszczuta w róg pokoju, odcięta od żywych przez nieubłaganą marę, zaniosła się nagle obłąkanym śmiechem i wskoczywszy na sofę, runęła przez otwarte okno w dół...

U Wrześmiana (Wyjątki z pamiętnika Tadeusza Pomiana)

Wczoraj odwiedziłem Wrześmiana w jego pustelni. Ledwie go poznałem! Ten człowiek gaśnie w oczach! Postarzał się, posiwiał, zdziczał. Żyje w odosobnieniu niemal zupełnym. Odsunął się od świata i ludzi w odległy, podmiejski zakątek i tu w ciszy głębokiej spędza długie, samotne godziny. Jest mi dziwnie bliski ten nerwowy, 34-letni starzec. Tak bliski, że czasem zdaje mi się, jak gdyby był mym drugim „ja”, tylko widzianym od wewnątrz. Jest to jakby drugie, nieznane światu oblicze mej jaźni. Bo właściwie zrąb, o który oparte są nasze twórczości, jest jeden i ten sam; różnica cała między nami polega na tym, że ja szedłem drogą podboju i niewoliłem ku sobie tłumy, gdy on, nieuleczalny marzyciel, zadowalał się wpływem na dusze wybrane. Utwory moje, syte barwami życia i pulsacją krwi, pociągają za sobą tysiące, którym zdaje się, że przemawia ktoś do nich podobny — twórczość Wrześmiana, dyskretna, przesłonięta kwefem mistycznej mgły, księżycowa, oczarowuje tylko ludzi wyjątkowych. Różnica charakteru raczej, temperamentu, nie istoty twórczej. Podobno jeden z jego „przyjaciół” powiedział mu raz w przystępie szczerości, że „nie jest naturą zdobywczą”. O tak, niewątpliwie — Wrześmian nigdy nie miał zamiaru „zdobywać”. Był na to za subtelny, myślowo za wytworny i za głęboki. Dlatego nigdy nie był pisarzem popularnym.

Natomiast miał naśladowców i popularyzatorów. Szalone pomysły jego, pełne ześrodkowanej treści, działały zapładniająco na talenty niższe, ale obdarzone tzw. sprytem literackim. Twórczość Wrześmiana stała się wkrótce wygodną kopalnią, zbiornikiem tematów dziwnych i wyjątkowych, z którego można było bezkarnie czerpać pełnymi garściami. Nota bene148 oficjalna krytyka nigdy ani słówkiem o tym nie pisnęła. Owszem, pisano dużo i pochlebnie o zręcznych naśladowcach, starannie zakrywając faszynami milczenia właściwe źródło. Bo i po co? Wiedziano przecież powszechnie, że Wrześmian nie umie się „rewanżować”, że do żadnej kliki literackiej nie przystąpi i do podstawiania nogi drugim za żadną cenę nie pomoże. Powoli, z upływem lat wytworzyła się dookoła jego osoby przeraźliwa pustka, owa zionąca chłodem splendid isolation149, która była jego dumą i nagrodą.

Lecz właśnie tego osamotnienia, tej pięknej samowystarczalności nie mogli mu ludzie darować. Ponieważ nie umiał i nie chciał płaszczyć się i schlebiać, nie raczył zabiegać o łaskawe względy i względziki i nie świecił baków150 byle komu — szła w jego ślady cicha, systematyczna zemsta „obrażonych”. Mała, ludzka, arcyludzka zawiść kierowała jej ruchami, zaprawiała jadem i żółcią bratnie pióra, zacinała ostro stalówki. Atakowano, jak kto umiał i na co kogo stało. Były sztychy otwarte i maskowane, wypady wprost i okrężne, spoza opłotków, drogą objazdową. Nie brakło i paru ordynarnych napaści, nie obyło się i bez kilku większych i mniejszych podłostek.

Kiedy mimo rodzimych tłumików nazwisko Wrześmiana zaczęło przedostawać się poza rubieże kraju i grono zwolenników i szczerych przyjaciół czyniło starania, by wprowadzić jego dramat na sceny zagraniczne, odezwały się głosy „odradzające”; troskliwi o prestige polskiego dramatu ziomkowie usiłowali rękami i nogami nie dopuścić do realizacji scenicznej utworu, który zbyt odchylał się od swojskiego szablonu i nie otrzymał przepustki na eksport w literackiej komorze celnej.

Najzabawniejsza była nieporadność ataków. Ponieważ żaden z tych panów nie mógł zaczepić ideowych podstaw twórczości Wrześmiana, ile że żaden z nich nie posiadał wystarczającej kompetencji, przeto unikano starannie dyskusji na temat filozoficznych i psychologicznych jego założeń, czepiając się kurczowo zewnętrzności i błahostek. O tym, co nowego, co oryginalnego wnosił ze sobą Wrześmian do poezji i sztuki, nie mówiło się wcale lub, jeśli się mówiło, to z lekceważeniem, powierzchownie i, co gorsza, w oświetleniu fałszywym, wykazującym zupełny brak zrozumienia. Do utworów wibrujących twórczą męką, nasyconych grozą życia i zdumieniem nad jego przejawami, zabierali się panowie krytycy tak sobie po gospodarsku, z zakasanymi rękoma i z blagierską nonszalancją, jak gdyby chodziło o ocenę zbiorku kabaretowych piosenek lub arabskich awantur jednego z naszych najserdeczniejszych wesołków151. Po prostu, bez ceremonii i wielkiego zachodu streszczało się utwory, i to w sposób nieudolny, często błędny lub wręcz opaczny, zaopatrując te mizerne i niedające najmniejszego pojęcia o dziele artysty skróty w jakiś banalny lub złośliwie płytki komentarz.

Ze zdumieniem odczytywałem nieraz te „recenzje” i „oceny”, pisane typowym dziennikarskim żargonem, pełne błędów, przekręceń tekstu i grubiańskich zaczepek.

Najkomiczniejszym ze wszystkiego było drapowanie się w bezstronność i przedmiotowość. Ci zdawkowi i trywialni poławiacze szczególików zewnętrznych, wypisujący gorliwie z utworów Wrześmiana wszelkie rzekome usterki i potknięcia, a przemilczający z umysłu152 to, co tchnęło poezją głębi i piękna, zastrzegali się uroczyście, że nie czynią tego dla jakiejś małostkowej i czczej szykany.

Niektóre z tych artykulików dławiących się nadmiarem własnego jadu były dla nas obu źródłem nieustającej wesołości. Bawiły nas zwłaszcza sprzeczności, w jakie popadali panowie recenzenci; jedna taka ocena zdawała się zwalczać wprost drugą, lubo153 obie schodziły się na bratnim terenie niechęci do Wrześmiana.

Tak np. jeden z nich, uznawszy twórczość mego druha za chorą, utrzymywał z powagą diagnosty, że Wrześmian pisze w gorączce i zapada na malignę. Drugi znów, kolega tamtego po zawodzie, zapewniał uroczyście publikę, że Wrześmian robi szaleństwo na zimno.

Tu mimo woli potrąciłem o jeden z „zasadniczych” i „kardynalnych zarzutów”, czynionych tej odskakującej od normy twórczości. Część krytyków uznała ją za niezdrową, mianowicie „neurasteniczną”, kto wie? — może wprost szkodliwą. A więc? — Écrasez l’infame154! Precz z nim! Niechaj nie mąci spokojnych i ustałych wód! Nam bowiem trzeba literatury „zdrowej”, dużo, dużo słońca i śmiechu. Więc śmiejmy się, panowie i panie! Śmiejmy się i weselmy, bo życie krótkie i należy go umieć używać. Śmiech jest zdrowy i potrzebny do trawienia! Śmiech jest objawem plemiennej siły! Niech więc żyje śmiech i swojscy wesołkowie! Niech nam błaznują i wywracają koziołki!

Obok szlachetnej grupy dbałych o zdrowie literatury „sanitariuszy” mógł się Wrześmian poszczycić drugą, nie mniej szczerą i... głęboką kategorią przeciwników, których ochrzcił mianem „witalistów”. Panowie ci „wyczuwali” w jego twórczości pewne ubóstwo życiowego materiału, którym operuje. Wrześmian, zdaniem jednego z tych znawców sztuki, mało czerpał z przeżyć własnych, a po tematy do swych utworów sięgał do podręczników psychologii i psychopatologii oraz do pewnych, dość mu zresztą obcych wewnętrznie, wydarzeń, które znał z opowiadań przygodnych i przekształcał po swojemu.

Co za zdumiewająca bystrość spostrzeżenia i co za znajomość źródeł! Myślałbyś, że się Wrześmian przed nim spowiadał lub że go szanowny krytyk podpatrzył przez dziurkę od klucza.

A obok tego taki sąd z innej strony: — Cała twórczość Wrześmiana ma jakąś logikę fanatyzmu i czasem coś prawie oszałamiającego w swym irracjonalizmie.

Komu tu dać wiarę?

Sądzę, że bliższym prawdy był chyba ten drugi.

Zresztą opinie o tym dziwnym człowieku zmieniano zależnie od potrzeby i okoliczności. Pewien „wybitny” recenzent przyznawał zrazu łaskawie, że Wrześmian pisze stylem zwartym, lapidarnym i dziwnie mocnym — stylem chwytającym półtony i półdźwięki, które zazwyczaj drżą w powietrzu niepostrzeżenie, że wydobywa w nieporównanych często skrótach mistyczny kształt wnętrza, którego istotę zaledwo przeczuwamy. Ten sam krytyk w parę lat potem, porósłszy trochę w piórka, wydał o tymże stylu opinię wręcz przeciwną. Teraz zdaniem jego utwory Wrześmiana pisane były językiem „ubogim”. Parbleu155! Podziwiam stałość i wytrawność sądów!

Do ostatniej, najpospolitszej kategorii oceniaczy muzy Wrześmianowej należeli specjaliści od „wpływologii”. Zdaniem ich Wrześmian pozostawał pod silnym oddziaływaniem wszystkich możliwych i niemożliwych fantastów świata, od papy A. Hoffmanna156 i E. Poego157 poprzez Stevensona158, Villiersa de l’Isle Adam159 do współczesnego mu Meyrinka160161. Wrześmian był tym i tamtym, tamtym i owym, był nimi wszystkimi po trosze — tylko nie sobą, tylko nie Wrześmianem. Bo i jakżeby inaczej być mogło? Gdzież by też u nas coś podobnego?...

Wrześmian czytał przygodnie te elukubracje i uśmiechał się. Były z jednej strony zbyt zjadliwe, by je brać za wyraz szczerego przekonania, z drugiej zbyt płytkie i jednostronne, by się z nimi liczyć. W każdym razie świadczyły o tym, że go zauważono, i to — z niemiłym zdziwieniem.

Chociaż się o to nie starał wcale, skupiła się koło niego mała, ale doborowa gmina duchowa, której został przewodnikiem. Kilka jednostek wybitnych, o strukturze duchowej głębokiej i skłonnej do mistycznego na świat spojrzenia, otoczyło go życzliwą opieką. W słońcu tej przyjaźni talent jego niezwykły dojrzał i rozwinął się w pełni. Lecz zamiłowanie do życia samotnego i izolacji wzrastało z rokiem każdym i rozluźniało węzły towarzyskiej zażyłości. Równocześnie brak bezpośrednich „chwytów”, jakich każdy ambitny człowiek dokonywać musi w łonie życia, jeżeli pragnie wybić się na jego powierzchnię, spowodował, że przestano się nim z czasem zajmować. Od szeregu już lat Wrześmian milczał i nie ogłaszał swych utworów. Odciąwszy się od ludzi czterema ścianami mieszkania gdzieś w podmiejskim ustroniu, znikał niemal zupełnie z widowni świata.

Szanując jego wolę, nie narzucałem mu się od dłuższego już czasu swoimi wizytami, jakkolwiek lubił mnie i czułem, że towarzystwo moje nigdy mu nie ciążyło. Dopiero wczoraj, tj. w miesiąc niespełna po straszliwym zgonie Amelii, odważyłem się na ten krok, pchany ku temu niezwykłemu człowiekowi jakimś tajemnym nakazem.

Zastałem go w małym, szarym domku u wylotu podmiejskiej ulicy, opartego łokciami o parapet otwartego okna i zapatrzonego przed siebie. Był tak głęboko zamyślony, że nie zauważył mej obecności w pokoju. Dopiero gdy dotknąłem jego ramienia, ocknął się z zadumy i żywo obrócił się ku mnie.

— Co za niespodzianka! — rzekł, serdecznie ściskając mi rękę. — Myślałem już, że zapomniałeś o mnie zupełnie.

— Nie chciałem tylko być natrętny. Wiem, że nie lubisz zbyt częstych odwiedzin.

— To prawda, lecz ty jesteś w mym domu zawsze mile widzianym gościem.

— Dziękuję ci. Prawdę mówiąc, sprowadza mnie interes.

— Proszę, o co idzie? — zapytał, skierowując na mnie spojrzenie swych szarych, wyrazistych oczu.

— O nic konkretnego. Szukam u ciebie pewnego rodzaju wsparcia moralnego i pewnych wyjaśnień specjalnej, trochę nieuchwytnej natury. Jestem, uważasz, od dłuższego już czasu, powiedzmy, od dwóch lat, jakby wyważony z zawiasów; potrzebuję twojej rady i pragnę poznać twój pogląd na zajmującą mnie obecnie sprawę. Może potrafisz rozwikłać lub przynajmniej rozjaśnić trochę ponury problem, który mnie prześladuje od tak już dawna.

— Czy chodzi o zagadnienie psychicznej natury?

— Nie: raczej metafizycznej. Idzie tu o śmierć Pradery.

Wrześmian poruszył się na krześle niespokojnie.

— Rzecz dziwna; i mnie zajęła silnie ta sprawa od samego początku. Czy oprócz tego, co wyczytałeś z gazet, możesz mi udzielić specjalnych wiadomości? Czy zdobyłeś jakie nowe szczegóły na własną rękę?

— Nie słyszałeś nic o jego żonie? — odpowiedziałem pytaniem.

— Nie. Od paru miesięcy żadna wiadomość z zewnątrz nie przedostała się do mojej samotni. Nie czytuję dzienników.

— Amelia Pradera zginęła miesiąc temu śmiercią samobójczą. Ponieważ okoliczności, które poprzedziły zgon tej niezwykłej kobiety, złączone są ściśle z moimi osobistymi przeżyciami i mimo woli przyczyniłem się do straszliwego jej końca, muszę cię zaznajomić z pewnymi szczegółami. Wolałbym milczeć, gdyby nie głębokie przekonanie, że przebieg i tragiczne zakończenie mojej z nią przyjaźni związane są podziemnymi węzłami ze śmiercią jej męża. Sądzę, że znajomość pewnych momentów z ostatnich miesięcy życia Amelii może ułatwić ci zadanie. Naturalnie liczę na pełną dyskrecję.

Wrześmian odpowiedział uśmiechem zamyślenia.

— O tej chyba nie potrzebujesz wątpić — rzekł, patrząc mi badawczo w oczy. — Musi ci jednak bardzo zależeć na tym, jeśli zdobywasz się aż na taką ofiarę.

— Tak. Czuję, że od tego zależy moja przyszła postawa do życia, może w ogóle moje dalsze istnienie. Chcę wiedzieć, kto z nas miał rację: ja czy on? Czy śmierć jego mam uważać za wyraz sympatii okazanej mi przez siły wyższe, których jestem sprzymierzeńcem, czy też była ona tylko dziełem tzw. przypadku. Pragnę dociec, czy wysiłek całego życia był potrzebny, czy to, o co walczę, o co w gruncie rzeczy walczymy obaj, i ja, i ty, jest dobre i ewolucyjnie dodatnie czy też względne i problematyczne. Przypuszczam, że ty, jako stojący dalej od kotłowiska zdarzeń i wypadków życiowych, a za to głęboko zanurzony w świecie metafizycznych dociekań, zdołasz łatwiej ode mnie pochwycić niewidzialne fale, płynące wciąż stamtąd ku naszym brzegom. Ufam twej intuicji.

— Zdaje mi się, przeceniasz me siły — odparł, zapuszczając roletę i zapalając lampę, bo zaczynało już ściemniać się na dworze.

— Wiem, co mówię. Zresztą posłuchaj!

I krótko, ograniczając się do momentów najważniejszych, opowiedziałem mu dzieje mej znajomości z Amelią. Słuchał z uwagą, nie przerywając ani słowem. Gdy skończyłem, przez długi czas siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym w mroczniejący cieniami kąt pokoju.

— Ostatecznie — rzekł, przenosząc powoli oczy na mnie — Pradera poniósł powtórnie porażkę. To, na co liczył, powierzając ją twej opiece, fatalnie zawiodło. Amelia padła ofiarą jego mściwości. Zwyciężyły ją płeć i jej nieodłączna sojusznica, miłość.

— Tak, lecz te fakty nie dają mi bezwzględnej pewności, że wypłynęły z woli mocy wyższej, że leżą rzeczywiście na linii wstępnej ewolucji i przyczyniły się do usunięcia z drogi przeszkód, wstrzymujących lot Ducha.

— No tak — pewności tu nie ma. Przyznam ci się otwarcie, że o śmierci Amelii na razie nie mogę ci nic ważkiego powiedzieć; fakt spadł na mnie zbyt nagle, bym mógł już dzisiaj ocenić głębsze jego znaczenie. Zresztą chodzi tu o kobietę; w podobnych wypadkach sprawa wikła się i komplikuje bardzo, bo wchodzi w grę żywioł seksualny, poniekąd autonomiczny, który często nie styka się wcale z rubieżami wyższego rzędu. Nie wykluczam wprawdzie głębszych związków, jakie może posiada twoja tak tragicznie sfinalizowana afera miłosna, lecz na razie nie umiem ich uchwycić. To pewna, że pod koniec swego życia Amelia nie była istotą normalną i że bezpośrednia przyczyna jej śmierci, zdaje się, wyszła z „tamtej strony”. Zresztą, jak ci wiadomo, rozstrzyganie w podobnej kwestii jest rzeczą bardzo ryzykowną. Objawy, które towarzyszyły jej dniom ostatnim, można tak rozmaicie tłumaczyć...

— Masz słuszność. Lecz jeśli przyczyny jej lęku nie były wytworem halucynacji ani skutkiem objawów telekinetycznych jej własnej jaźni, tylko miały podłoże rzeczywiste...

— Oczywiście w takim razie Pradera własnoręcznie zepchnął do grobu narzędzie swej nieudałej162 zemsty.

— Spostrzegłszy, że okazało się nieprzydatne.

— Naturalnie. Ale istnieją też inne możliwości.

— Tak, tak. Wiem o tym, niestety.

— Więcej natomiast mógłbym ci powiedzieć o śmierci jej męża.

— Pogląd twój na nią już ustalony?

— Raczej ograniczony do trzech ewentualności. Tzw. ogół przyjmuje powszechnie możliwość czwartą, tzw. przypadek, który ja tutaj stanowczo wykluczam.

— Dlaczego?

— Nie wierzę we wpływ przypadku na życie ludzi niezwykłych. Obserwacja wieloletnia przekonała mnie, że sfera jego działania jest znacznie węższa, niż się zwyczajnie przypuszcza. Pradera był indywidualnością zbyt silną, by o losie jego mógł rozstrzygać czynnik tak kapryśny. Przypadek kieruje przeważnie życiem ludzi słabych, którzy nie posiadają własnej osi.

— Jakież zatem przyjąć należy zdaniem twoim możliwości?

— Śmierć Pradery mogła być gromem, który cisnęły weń moce tajemne z tamtego brzegu.

— Te same moce, z którymi walczył przez całe życie.

— Lub których istnienia nie chciał uznać. Do pewnych granic pozwoliły na ekspansję wrogiej im jaźni ludzkiej, lecz kiedy ta posunęła się w swym zuchwalstwie za daleko, zdruzgotały ją.

— I ja tak dotychczas rzecz tę ujmowałem.

— Więc dziś zmieniłeś pogląd?

— Dziś nie wiem nic. Straszliwe wstrząśnienie, jakiego doznałem wskutek śmierci Amelii, zachwiało we mnie dawniejszą wiarę. Jakiś kamień obsunął się w gmachu mej myśli i grozi ruiną. Otworzyły się we mnie nagle nowe perspektywy.

— Jakie?

— Nie umiem ci ich określić. Są mętne, szare... Czuję strach przed nimi i boję się spoglądać w tę stronę.

— W takim razie może lepiej było nie przychodzić z tym do mnie? Może właśnie jedna z pozostałych dwóch ewentualności zaprowadzi nas w te strony, których unikasz.

— Nie cofam mej prośby. Pomóż mi zapuścić się w te posępne dziedziny.

— Praderę mogła zabić zbiorowa wola pewnej grupy społecznej. Minister miał wielu przyjaciół, ale też i niemało wrogów; otaczały go wiry najrozmaitszych uczuć ludzkich. Mogło się zdarzyć, że chwilowo wzięły górę prądy mu wrogie; może skorzystano z momentalnej próżni, jaka wytworzyła się koło niego: może Pradera wstąpił dnia fatalnego w pas neutralny, ułatwiający dostęp siłom nieprzyjaznym... Może wyzyskano jakiś moment w jego życiu...

— Jakiś moment? — podchwyciłem. — O czym myślisz?

— Mam na myśli moment zawahania się, chwilę zwykłej ludzkiej słabości, lęku, obawy... Śmierć, wiadomo, rzuca się najchętniej na organizmy wewnętrznie osłabione...

— Szczególna myśl — szepnąłem, zapatrzony w skupioną twarz przyjaciela — szczególna myśl... Czy słyszałeś co o naszym niedoszłym spotkaniu?

— Wiem o wszystkim. Miało nastąpić właśnie w dniu krytycznym. Kto wie, może był wskutek tego wewnętrznie mniej odporny...

— A trzecia możliwość?

— Ministra mogła też usunąć ze świata silna, skoncentrowana wola jednostki. — Oczywiście we wszystkich trzech wypadkach bezpośrednią przyczyną jego śmierci była ręka ludzka, która tu odgrywała tylko rolę ślepego narzędzia. Zbrodnia ta posiada pewne charakterystyczne cechy, które doprowadziły mnie do wniosku, że nie jest ona realizacją samodzielnej myśli. Mam wrażenie, że morderca działał pod wpływem tajemniczego nakazu. Stąd rys niesamowitości znamienny dla tej sprawy, stąd też i szalone trudności, na jakie od samego początku natknęły organa śledcze.

— Że pewien specyficzny nastrój większego zbiorowiska ludzkiego może wywołać odpowiadający mu czyn: to wydaje mi się możliwe — zauważyłem, korzystając z przerwy w toku jego wywodów. — Lecz co do tego, by skoncentrowana wola jednostki mogła pchnąć kogoś do podobnego dzieła, mam poważne wątpliwości. Chyba że ten ktoś otrzymał nakaz w stanie hipnozy.

— Niekoniecznie. Przy wielkim nasileniu myśli możliwe jest coś podobnego i w stanie jawy. Naturalnie nie każdemu i nie z każdym to się uda. Przypuszczam, że w tym wypadku zbrodniarz musiał być osobnikiem bardzo słabej woli i podatnym na wpływy woli cudzej... Myśl ludzka jest potężna, a zgęszczona do pewnego, dość wysokiego napięcia, może dokonać cudu.

— Czy znalazłeś we własnym życiu na to dowody? — zapytałem wpół przekonany.

Wrześmian podniósł się powoli z miejsca i zbliżył ku oknu.

— Popatrz tam, naprzeciw — rzekł, podnosząc roletę.

Podszedłem i spojrzałem we wskazanym kierunku. Po drugiej stronie ulicy bielejącej wąskim pasem przy świetle księżyca wznosiła się na tle topól i cyprysów samotna willa.

— To moja dziedzina — rzekł głębokim, wzruszonym głosem. — To dom moich spełnień.

— Dom twoich spełnień — powtórzyłem machinalnie, wsłuchując się w dźwięk tych słów dla mnie niezrozumiałych.

— Opuszczona willa, którą zapełniłem tworami mej myśli — tłumaczył, wpatrując się w przeglądający tajemniczo spośród cyprysów dom.

— Twoja własność? — rzuciłem naiwnie pytanie.

Uśmiechnął się.

— Duchowa. Nikt mi jej dziś już nie wydrze. Ha, ha, ha! Gdyby jej lekkomyślny właściciel teraz powrócił i zechciał tu zamieszkać, „straszyłoby” w tym domu. Niebezpiecznie jest mieszkać w przestrzeni wypełnionej po brzegi ludzką myślą.

— Mówisz dziwnie — szepnąłem, wodząc oczyma po alei żałobnych krzewów wiodącej do drzwi wchodowych, po frontonie trójkątnym domu, po błyszczących w refleksach miesięcznych szybach.

— Słyszysz szept wodotrysków? — pytał zniżonym głosem. — Fontanny dżdżą cicho, fontanny...

— Pieśń wody — dopowiedziałem, poddając się nastrojowi.

Wrześmian wyciągnął rękę w stronę milczącej willi.

Oni są tam już wszyscy — mówił powoli, z namysłem. — Czekają na mnie... Lada dzień wezwą mnie do wnętrza...

— O kim mówisz? — spytałem zdumiony.

Ci ludzie: te twory, dzieci mojej myśli, dla których porzuciłem słowo, by je wcielić w kształty, by one żyły.

— To obłęd!

— To wyższa rzeczywistość: to słowa, które się stały ciałem...

— To wampiry oszalałej myśli!

— Być może to upiory... Lecz te są pierwszą na ziemi, najwyższą, bo najtrudniejszą realizacją myśli, więc pójdę ku nim, pójdę...

— Wrześmianie, opuść to miejsce i przenieś się przynajmniej na jakiś czas do mnie! — błagałem, otrząsając się z ponurego czaru.

— Przenigdy!... Wczoraj już otrzymałem od nich pierwszy znak. Wkrótce spodziewam się dalszych... Będą niecierpliwić się i naglić... Jestem im potrzebny — żyć beze mnie nie potrafią... Jam — ich rodzic... Odejdź teraz stąd, proszę cię, odejdź!... Chcę pozostać sam, zupełnie sam...

Spojrzałem nań w tej chwili. Miał obłęd w oczach. Więc uląkłszy się jego szaleństwa, odszedłem bez słowa...