Rozdział XII

Ląd! — Charakter zachodnich brzegów Afryki. — Przylądek Monte. — Pierwsza noc przy afrykańskim brzegu. — Osady i pirogi krajowców. — O Krumanach i ich angażowaniu, cechy charakterystyczne, zalety i wady. — Dziwaczne przezwiska. — Rzeczpospolita Liberia, jej początek i historia. — Przybycie do Monrowii. — Przylądek Mesurado. — Krootown. — Natrętni goście.

Dnia 24 lutego ujrzeliśmy wreszcie zachodnie brzegi afrykańskiego lądu. Gdym się obudził około piątej rano, usłyszałem zaraz ów charakterystyczny głuchy szmer fal, bijących o ziemię i zwiastujących bliskość wybrzeża. Równocześnie wszedł do kajuty dyżurny majtek, przynosząc wiadomość od kapitana Boutes, że widać brzegi z lewej burty.

Wyszedłszy na pokład, mogłem rzeczywiście powitać tę Afrykę, do której płynęliśmy; znajdowaliśmy się o kilka staj zaledwie od wybrzeża na wodach Rzeczypospolitej207 Liberyjskiej.

Widok, jaki przedstawiają te brzegi, jest po większej części bardzo jednostajny: linia żółtawa to piasek nadbrzeżny, druga, nieco w tył posunięta, ciemnozielona — to gąszcze lasu dziewiczego, a pod i nad nimi ciemniejsze i jaśniejsze pasy sine — to morze i niebo, tworzące ramy dziwnie prostego pejzażu. Takie mniej więcej wrażenie uderza podróżnika, który się zbliża do brzegów zachodniej Afryki. Tu i ówdzie palma, wznosząca swą piękną koronę wyżej nieco ponad ogólną linię gąszczów, lub faktoria samotna wraz z nielicznymi grupami krajowców, snujących się po piasku, ożywiają jedynie tę monotonność. Tu jednakże ukazał się nam krajobraz w żywszych nieco barwach. Z fal oceanu wznosił się świeży i górzysty przylądek Monte (Cape Mount) pokryty bujną, ku morzu spływającą roślinnością. Ten, następnie przylądek Mesurado, u stóp którego leży stolica tej afrykańskiej rzeczypospolitej, Monrowia, wreszcie Przylądek Palmowy (Cape Palmas), stanowią jedyne prawie punkty wyższe, przerywające te wybrzeża aż do kolonii Złotego Brzegu, którą później poznamy.

Sądziłem, że będziemy po południu dnia tego w Monrowii, u pierwszego celu dwutygodniowej żeglugi naszej z Santa Cruz; około dziesiątej z rana jednakże wiatr ustał zupełnie, a „Łucja” stanęła nieruchoma naprzeciwko malowniczego przylądka Monte. Zjawiło się kilku krajowców, przybywających w długim, z obu stron ostro zakończonym pirogu208 (czółnie krajowym), ofiarując usługi pilota do Monrowii, których nie potrzebowaliśmy, mając ścisłe mapy żeglarskie i wiedząc z instrukcji nawigacyjnych209 francuskiej admiralicji, że wpłynięcie do portu Monrowii nie przedstawia żadnej trudności.

Gdy nawet z nadejściem nocy wiatr się nie wzmagał, zarzuciliśmy dla bezpieczeństwa kotwicę. Noc była niezmiernie jasna i pogodna, długo siedzieliśmy na pokładzie, wpatrując się zadumani w brzegi owego lądu, na których kto wie, jaki los nam był przeznaczony.

Na wybrzeżu migotały ogniska, poruszające się to w prawo, to w lewo, a od czasu do czasu dolatywały do nas dźwięki bębenków i pieśni tańczących z łuczywami krajowców.

Następnego dnia, 25 lutego — była to niedziela — podniesiono przed wschodem słońca kotwicę; wiatr był znów przychylny i posuwaliśmy się szybko naprzód. Od czasu do czasu zauważyć można było na brzegu wioski krajowców, składające się z chat „bambusowych” — tak przynajmniej zwykle je nazywają, choć drzewo, z którego chaty te są zbudowane, nie jest bynajmniej bambusem. Przed każdą prawie z nich spostrzegliśmy wysoki słup, przedstawiający prawdopodobnie fetysz210. Z wiosek tych przypływały ku nam niejednokrotnie pirogi z krajowcami, przywożąc kury lub ryby na sprzedaż, tj. żądając za nie wódki, tytoniu lub innych przedmiotów. Nieraz litość brała, gdy się patrzyło na nadzwyczajne ich wysiłki dopędzenia okrętu, płynącego dość szybko. Jeżeli się to udawało, wtedy podawano im linę z pokładu, do której przywiązywali wątłe swe czółna, płynąc tak wraz z okrętem dopóty, dopóki nie dobili targu lub, jeżeli żądali za wiele, dopóki ich nie odczepiono.

Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej krajowcom zamieszkującymi w ogóle te brzegi. Ktokolwiek poznał tryb życia w zachodniej Afryce, ten wie, jak ważną odgrywają w nim rolę Krumani211, czyli właśnie ci krajowcy. Dzielą się oni na liczne szczepy i osady, mające oddzielne swe nazwy, jak: Kru, Vhey, Bassa, Grebo itp., dla obcych zaś istnieje dla nich wspólna nazwa Krumanów, czyli ludzi z brzegów Kru.

Po zniesieniu niewolnictwa wszystkie faktorie i plantacje europejskie byłyby musiały zwinąć na afrykańskim brzegu swą czynność dla braku robotników, gdyż miejscowi krajowcy nigdzie prawie nie godzą się do pracy. Jedyni Krumani212 nie stronią od takowej, i od Sierry Leony do Kongo wszystkie prawie faktorie i plantacje spomiędzy nich rekrutują robotników.

Werbują ich dla różnych aspirantów i miejsc parowce, obsługujące te brzegi. Niech tylko jeden z takich statków stanie przed jakimkolwiek punktem Liberii, w tej chwili zostaje otoczony przez liczne pirożki nadpływających Krumanów szukających służby, czy to na samym parowcu — gdzie kapitanowie zwykle ich angażują do cięższych robót, by nie narażać białej swej załogi w tym klimacie — czy w faktoriach, w Lagos, Bonny, Kalabarze, Kamerunie, Gabonie lub w innych punktach. Kapitan przegląda swe notatki, patrząc, gdzie przez niego obstalowano Krumanów, i angażuje takowych. Dawniej Krumani godzili się na trzy lub dwa lata, teraz jednakże żaden z nich nie zgadza się na dłuższy termin jak na rok jeden, po upływie którego najmujący plantator lub agent faktorii zobowiązany jest odesłać go na powrót do kraju. Ułatwiają to te same parowce, biorąc za przewóz każdego Krumana w jedną stronę 1½ funta szterlinga. Miesięcznie robotnik taki pobiera od 3 do 5 dolarów, zależy to od jego wzrostu i siły. Niegdyś płacono towarami, przy czym faktorie, naturalnie, niemałe robiły interesy. W niektórych punktach praktykuje się to jeszcze obecnie, Krumani jednakże już są znacznie mędrsi i coraz częściej żądają połowy zapłaty gotówką, czyli jak brzmi kontrakt: „half cash – half goods213. Godząc się, pobiera każdy Kruman zaliczkę w ilości jednomiesięcznej płacy, co do żywności zaś przyjęto raz na zawsze dawać im funt214 ryżu dziennie w dwóch racjach, dodając do tego w niedzielę mięsa lub ryb. Europejczyk, który by względem swych Krumanów nie dotrzymał któregokolwiek z punktów kontraktu, miałby następnie wielkie trudności przy rekrutowaniu nowych, gdyż powróciwszy po odbytej służbie do siebie, Krumani informują się wzajemnie o „złych panach”.

Ubiór ich jest bardzo różnorodny; stanowi go bądź kawał płótna zawieszonego na około bioder lub stara koszula, znoszona przez jakiegoś byłego chlebodawcę, czasem również stary kapelusz, oprócz licznych obrączek i amuletów.

W służbie i przy robocie Kruman jest niezmęczony, ale tylko wtedy, gdy go krótko trzymają; wtedy można z nim po prostu cudów dokonać. Przede wszystkim jednak trzeba mu dawać wszystko, co mu się należy, za wyjątkowo dobrą pracę czasem obdarowywać kieliszkiem rumu lub liściem tytoniu, a gdy co przeskrobie, bez ceremonii chwytać za bambus. Są oni niezmiernie przywiązani do kraju swego i do takiego stopnia solidarni między sobą, że za nic w świecie Kruman nie wyda Krumana. Przy tych wszystkich zaletach mają oni też, jak wszystko na świecie, i swoje wady. Jedną z głównych jest niepohamowany popęd do kradzieży. Jeżeli takowa się udała, jeżeli zdołali okraść swego pana umiejętnie i w znacznych rozmiarach, widzą w tym po prostu czyn bohaterski, choć nie gardzą równie żadną drobnostką. Rzemiosło to wydaje im się tak wygodne, że przyuczają do niego swe dzieci za młodu i karzą je surowo za nieudane ćwiczenia.

Postać tych Murzynów zwraca na siebie uwagę silną, niejednokrotnie piękną budową ciała; jest to prawdopodobnie najsilniejszy szczep na zachodnim brzegu Afryki. Charakterystycznym znakiem, po którym łatwo poznać każdego Krumana, jest skośna kresa na czole, ciemnoniebieskiego, a czasem czarnego koloru. Kiedy Kruman dojdzie do kilku lat wieku, cechują go już tym znakiem. Odbywa się to w następujący sposób: Rodzice nacinają mu skórę na czole, poczynając od góry czoła do dołka między oczami, częstokroć nawet przedłużają tę linię do końca nosa. Następnie każą dziecku palić fajkę napełnioną rośliną kone, która przy paleniu wydziela płyn burego koloru, czasem zielonawego. Malec przykrywa fajkę ręką, na której zbierze się ów sok, w którym znowu ojciec macza koniec palca i wprowadza go w ranę dziecka. Po zagojeniu pozostaje owa linia ciemnoniebieskiego koloru, która zdobi czoło każdego Krumana. Niektóre z ich plemion wypiłowują oprócz tego trójkąty pomiędzy dwoma przednimi zębami górnej szczęki. Tatuowanie to nie razi jednakże tak bardzo, jakby się zdawać mogło, z przyczyny ciemnej cery; przeciwnie, pomiędzy młodymi Krumanami napotyka się częstokroć przyjemne bardzo twarze, co się głównie zauważyć daje, gdy się nieco wypaśli w jakiej faktorii podczas roku kontraktowej służby; u siebie w domu są zwykle chudzi i zgłodniali. Okrągłość form trzyma się ich zwykle bardzo niedługo po ukończeniu służby, wtedy albowiem pakują swe zarobione skrzynki dżynu, paczki tytoniu, kapelusze, koszule kolorowe i pieniądze (jeżeli nie zakupili i za nie podobnych przedmiotów) i powracają na brzegi krumańskie do swych rodzin. Kupują sobie żony, rozdają część swej chudoby215 krewnym i spijają się z nimi, dopóki nie dochodzą na nowo do biedy i nie są przez to zmuszeni zgodzić się znów do faktorii. Nazwiska ich własne zdają się Europejczykom zwykle zbyt trudne do spamiętania, każdy więc Kruman ma swe angielskie przezwisko, wybierane bądź przez niego samego, bądź też nadane mu przez białego chlebodawcę, który w tym wypadku nie odznacza się najczęściej dowcipem, gdyż trudno znaleźć coś więcej niedorzecznego nad te przezwiska Krumanów. Napotyka się prawie zawsze następujące: Blackwill, Seabreeze, Yellowwill, Spider, Upside Down, Teaspoon, Spyglass itp., czyli spolszczone: Czarna Wola, Wiatr Morski, Żółta Wola, Pająk, Do Góry Nogami, Łyżka do Herbaty, Spluwaczka etc. Daleko było by rozsądniej zachować ich nazwy krajowe, które bynajmniej nie są takie trudne np. Gimdu, Nuba, Ble, Pide, Tung itd. Mają rację Francuzi, mówiąc: „Des goûts et des couleurs il ne faut pas disputer216. Krumani są jednym z bardzo nielicznych szczepów w Afryce niehołdujących zwyczajowi obrzezania.

Tyle o niecywilizowanych mieszkańcach tych stron.

Rzućmy teraz okiem na kraj, w którym Krumani są tubylcami — na Rzeczpospolitą Liberyjską. Co to za rzeczpospolita, tu w Afryce leżąca, jak ona powstała i jakie są jej historia i położenie obecne.

Czytałem w Europie, przed wyjazdem do Afryki, wiele różnorodnych zdań o ciekawym tym państwie czarnych, starających się żyć na stopie europejskiej lub amerykańskiej raczej, słowem na stopie świata cywilizowanego. Misyjne raporty wychwalały rezultaty osiągnięte przez czarne to społeczeństwo, podnosząc je pod niebiosa. R. Oberlander znowu w dziele swym West Afrika oraz uczeni inni przedstawili je jako „karykaturę cywilizowanego państwa”. Postanowiłem więc dla wyrobienia sobie własnej opinii o nim poświęcić o ile możności najwięcej czasu na obcowanie z Liberyjczykami dla poznania wewnętrznych stosunków ich społeczeństwa.

Historia Liberii jest następująca:

Z początkiem tego wieku rozpoczął się w Ameryce, której dzisiejsza Liberia zawdzięcza swe istnienie, ruch niezwykły pomiędzy licznymi tam znajdującymi się Murzynami. Ruch ten stał się następnie przyczyną ciągłych i długich zaburzeń, aż wreszcie wybuchnął pod postacią krwawych rewolucji.

Po kilkukrotnych powstaniach ogłosili Murzyni niepodległą rzeczpospolitą na wyspie Haiti. Gdy zaś czarni przebywający w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki stawali się przez ciągłe rozruchy coraz większym ciężarem dla rządu, zaczęto obradować nad rozstrzygnięciem kwestii murzyńskiej w Ameryce. Było to rzeczywiście zadanie niełatwe. Po uwolnieniu niewolników znalazło się w Stanach Zjednoczonych blisko ćwierć miliona czarnego proletariatu217, niewiedzącego co począć z sobą. Wielu z nich wpadło z ciężkiego niewolnictwa w drugą krańcowość: w zupełne lenistwo, do którego każdy w ogóle Murzyn ma nadzwyczajny pociąg; inni wprost pracy znaleźć sobie nie mogli i i zaczęli wkrótce zaludniać wiezienia. Sprawiło to, jak zresztą i ich przeszłość niewolnicza, że biali zawsze prawie pomiatali nimi, z drugiej strony znów sami Murzyni zaostrzali te stosunki przez pewnego rodzaju arogancję, do której po polepszeniu swego losu mają wielkie skłonności. Położenie czarnych stało się z tych przyczyn po prostu nieznośne. Po nieudanych więc i nieszczęśliwych powstaniach, wywołanych przez eksniewolników Denmarka, Veseya i Nat Turnera, powstała wreszcie tak między białymi, jak i czarnymi w Stanach Zjednoczonych myśl przesiedlenia tych ostatnich tam, skąd niegdyś wywieziono ich praojców jako niewolników, tj. do Afryki.

Nie będziemy tu rozbierali kwestii, czy był to pomysł szczęśliwy, czy nie, gdyż zdaje się, że byłoby to przedwczesne. Rozpatrzmy tylko przebieg urzeczywistnienia planu, a następnie dotychczasowe rezultaty.

W 1816 r. utworzyło się w Stanach Zjednoczonych towarzystwo pod nazwą North American Colonisation Society, które postanowiło działać łącznie z Afrykańskim Instytutem w celu nabycia na zachodnim brzegu Afryki obszaru ziemi i przesiedlenia na takowy czarnych kolonistów z Ameryki. W marcu 1818 r. przybyło też do angielskiej kolonii Sierra Leone dwu delegatów towarzystwa: Samuel Mills i Ebenezer Burges, duchowni, w celu wyszukania tam, stosownie do zleceń otrzymanych w Ameryce, potrzebnej im ziemi. Gubernator angielski oświadczył jednakże, że „rząd Jej Królewskiej Mości nie może ani uważać za odpowiednie, ani ścierpieć u siebie kolonistów amerykańskich o zupełnie różnych zasadach politycznych”. Wtedy delegaci udali się na wysepkę Sherboro, leżącą nieco na południe od Sierra Leone, i nabyli tam od krajowców pożądany dla nich kawałek ziemi. Wybór ten jednakże okazał się wkrótce bardzo niefortunny, z emigrujących albowiem już w 1820 r. 88 czarnych kolonistów umarła zaraz czwarta część na febrę218 tamtejszą; wraz z nimi umarli wszyscy prawie biali, których im dodano na przewodników. W następnym roku 1821 przybył nowy transport pod dowództwem duchownego p. Andrews, lecz i z nich umarła znaczna część wraz z samym p. Andrews. Poznano wtedy w Ameryce, że trzeba się będzie postarać o inny, zdrowszy punkt dla przedsięwzięcia. W tym celu wysłany został pod koniec tego samego 1821 r. dr Ayres, który też przeniósł pozostałych kolonistów z wyspy Sherboro na przylądek Mesurado, gdzie nabył kawał ziemi już 15 grudnia 1821 roku, przesiedlenie zaś nastąpiło w czerwcu 1822 r. Nabyty kraik nazwano Liberią, a wybudowana u stóp górzystego przylądka osada otrzymała nazwę Monrowia (Monrovia) na cześć rządzącego wtedy prezydenta Stanów Zjednoczonych, Monroe. W tej początkowej swej fazie kolonia miała niewiele więcej nad 400 kilometrów kwadratowych obszaru, na którym każdy kolonista otrzymywał 5 morgów219 gruntu, żonatym zaś dodawano 2 morgi dla żony i 3 dla dzieci. W roku 1823 po krótkiej bytności w Ameryce przywiózł Ayres znów przeszło 100 czarnych kolonistów, nieco później zaś w tym roku przybył nowy transport i ludność kolonii zaczęła stopniowo wzrastać. Teraz jednakże rozpoczęły się trudności innego rodzaju: plemiona tubylców, od których Ayres był zakupił początkowe terytorium Liberii, zaczęły żałować, że takowe odstąpiły — rozpoczęły się niesnaski między nimi a kolonistami. 11 listopada 1823 r. krajowcy napadli na miasto w liczbie kilkuset i byliby może kres położyli dalszemu rozwojowi osady, gdyby nie dzielna obrona takowej, prowadzona przez niejakiego Jehudi Ashmun, który był pierwszym prawodawcą Liberii i pierwszym jej obrońcą. Drugi napad krajowców, którzy w grudniu tego samego roku zjawili się w dwa razy większej liczbie, rozpędził na szczęście amerykański okręt wojenny. Załoga tego ostatniego osłoniła nawet Monrowię rodzajem twierdzy, która też ostatecznie odstraszyła krajowców. Liberia stanęła teraz pod protektoratem220 Stanów Zjednoczonych Ameryki i w następnych latach przybyło znów kilkuset nowych kolonistów z zachodu. W r. 1826 otworzono w Liberii pierwszą drukarnię, która przychodziła w pomoc kościołom i założonym szkołom.

Dnia 26 lipca 1847 r. rząd Stanów Zjednoczonych zwinął wreszcie swój protektorat i Liberia ogłosiła się niepodległą rzeczpospolitą. Jakkolwiek ta zmiana wbiła Liberyjczyków w dumę, jest to jednak rzeczą bardzo wątpliwą, czy przyniosła im korzyść, czy nie lepiej byliby zrobili, pozostając pod flagą amerykańską. Dobrobyt kraju byłby w takim razie o wiele większy, a na zewnątrz zasłaniałaby ich flaga potężnego państwa zamiast flagi niepodległej Liberii, której bezsilność dobrze już im się dała we znaki. Pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Liberyjskiej był Mulat221, p. J. J. Roberts, który cieszył się ogólnym poszanowaniem i był wybierany kilkakrotnie. Po nim nastąpił Stefan Allan Benson, którego przyjmowano w r. 1862 podczas podróży po Europie na różnych dworach.

Powoli terytorium rzeczypospolitej zaczęło się powiększać, bądź przez traktaty zawarte z krajowcami, bądź drogą zdobyczy, tak że w danej chwili należy do niej linia brzegowa od rzeki Mannah222 (na północno-zachodzie) do rzeki San Pedro223 (Liberyjczycy utrzymują nawet, że do rzeki Fresco224) na wschodzie. Podzielono kraj cały na pięć prowincji, czyli hrabstw, a mianowicie: Cape Mount, Mesurado, Grand Bassa, Sinoe i Maryland ze stolicą Cape Palmas, drugim miastem kraju po stolicy rzeczypospolitej. Wewnętrzną granicę Liberii przedstawia mapa rządowa jako leżącą mniej więcej o sto mil morskich od brzegu.

W r. 1862 Liberia zajęła się badaniem swego kraju; wysłano wtedy Beniamina Andersona w głąb do plemienia Mandingów. Opis tej podróży następnie wydany został pod tytułem Narrative of a journey to Musardu, the capital of the Western Mandingoes. By Beniamin Anderson. Później poznamy też mapę rządową, zestawioną przez tego czarnego geografa, B. Andersona, a przedstawiającą między innymi linie jego podróży. Ta ostatnia miała dla Liberii również znaczenie polityczne, gdyż stworzyła pewne stosunki między rzeczpospolitą a Mandingami, których część nawet przyłączyła się wskutek tego do Liberii, choć władza rzeczypospolitej nad ową częścią kraju Mandingów jest w istocie nominalna.

Drugim, mniejszym przedsięwzięciem tego rodzaju (tj. w celu zbadania nieznanego wnętrza kraju) było wysłanie przez rząd liberyjski mniejszej partii225 eksploracyjnej pod dowództwem liberyjskiego majora p. Powella (w marcu 1873 r.), jak świadczą akta rządowe, udzielone mi uprzejmie przez pp. Travisa i Grimesa, których poznamy w Monrowii226.

Partia ta wysłana została do wnętrza Grand Bassy dla zbadania skutków wybuchu wulkanicznego, jaki podług doniesienia krajowców miał tam miejsce w 1872 r. w odległości 60 mil na wschód od Ediny, punktu, z którego wyruszyła ekspedycja. Droga jej prowadziła najprzód po rzece św. Jana (St. John’s River), następnie przez dwa dni lądem do celu wyprawy. Skonstatowano227, że wybuch miał miejsce pomiędzy dwoma łańcuchami pagórków rozdzielonych strumieniem, a mianowicie z zachodniej strony wschodniego łańcucha, u stóp jednego z jego pagórków, gdzie znaleziono przepaść, spadającą na 400 stóp. Poruszona ziemia zajmowała obszar 16 akrów228, krater zaś był o średnicy 150 jardów229. Nieopodal od tego miejsca znaleziono, jak twierdzi dokument, wielką ilość magnezji, a na jednym z pagórków obfite zapasy białego marmuru. Jeden z pagórków, stojący w bliskości rzeki St. John, miał przeszło 1000 stóp wysokości, nieco dalej zaś na zachodzie, mniej więcej w odległości 15 mil od owego pagórka, znaleziono pokłady rudy żelaznej.

W ogóle jednak rząd liberyjski uczynił bardzo niewiele nie tylko dla poznania bogatych krain leżących przy jego wewnętrznych granicach, ale nawet dla zbadania własnego terytorium. Można śmiało powiedzieć, że oprócz linii brzegów morskich i wąskiego pasa wzdłuż niej się ciągnącego oraz wybrzeży większych rzek cały kraj jest nieznany.

W ostatnich latach rozwój rzeczypospolitej liberyjskiej zaczął ciągnąć się bardzo wolnym krokiem. Kredyt jej tak moralny, jak i materialny upadł znacznie, szczególniej od roku 1872, w którym jeden z prezydentów rzeczypospolitej, Roye, zaciągnął państwową pożyczkę w Anglii, przy czym dopuścił się malwersacji na 200 000 dolarów, sumy ogromnej wobec szczupłych funduszów kasy liberyjskiej. Złożono go wprawdzie z urzędu i uwięziono w Monrowii, gdzie utonął niedaleko przylądka Mesurado, chcąc się ratować ucieczką i przepłynąć na znajdujący się tam właśnie parowiec z Europy, lecz kraj miał długie i ciężkie kłopoty z wypłatą tego długu, do którego zresztą wkrótce przyłączyły się i inne. Tak mniej więcej przedstawia się w streszczeniu dotychczasowa historia Liberii.

Wkrótce zresztą wylądujemy na jej ziemi i poznamy z bliska położenie obecne.

Około dziesiątej z rana ujrzeliśmy przeszło 100 stóp wysoki przylądek Mesurado, pokryty również jak i przylądek Monte bujną, ciemną roślinnością, przyciągającą ku sobie żywymi barwami oko podróżnika. Miasta Monrowii nie widać z morza, leży ono ukryte w zieleni z drugiej strony pagórka nad ujściem jednego z ramion Rzeki Św. Pawła, zwanym Stocton Creek, naprzeciw ślicznej wysepki, położonej w tym ujściu: Perseverance Island. Na niej to wylądowali koloniści, przybywając tu po raz pierwszy. Przed przylądkiem zaś spostrzegamy krajobraz czysto afrykański, a mianowicie szerokie wybrzeże piaszczyste z wielką ilością bambusowych chat, a więc podróżnikowi wprzód rzucają się w oczy strzechy pierwszych, dawniejszych mieszkańców kraju niż domy obecnie rządzących przybyszów, Liberyjczyków.

O jedenastej z rana byliśmy na miejscu. Zaledwie spadła kotwica, gdy zostaliśmy otoczeni mnóstwem pirogów230 krumańskich, z których zręczni wioślarze niezwłocznie też zjawili się na pokładzie. Z początku nie chciałem ich puścić, oczekując na jakiegoś urzędnika portowego lub szalupę sanitarną, przed przybyciem której nie wolno się właściwie komunikować z kimkolwiek przybywającym z portu; tak przynajmniej bywa w każdym cywilizowanym państwie i tak też opiewały nasze instrukcje nawigacyjne. Musiałem jednak przyjść do przekonania, że tu nie dbają o to, co sprawiło na nas pewnego rodzaju niekorzystne wrażenie. Krumanów tymczasem przybywało coraz więcej i wkrótce zalegli cały pokład. Jeden miał na sobie starą jakąś flanelową koszulę, inny tylko olbrzymi kapelusz, ten znów kawał płótna zawiązanego naokoło bioder, a starsi i poważniejsi podszarzane europejskie cylindry lub wypłowiałe resztki jakiego angielskiego munduru. Każdy zaś miał na szyi zawieszoną blaszankę, z której na wyścigi podawał różnego rodzaju świadectwa, ofiarując hałaśliwie i natarczywie swe usługi. Krajowcy ci są niezmiernie bystrzy: instynktem, można by powiedzieć, wynajdują w jednej chwili, kto dowodzi, toteż gdziekolwiek się ruszyłem, miałem za sobą całą bandę. Zgodziłem jednakże tymczasowo tylko jednego, Toma herkulesowej budowy, na czas pobytu naszego w Monrowii, za 2 szylingi231 dziennie, a na pierwsze zajęcie poleciłem mu wyekspediować ziomków swoich z pokładu, gdyż kapitan Boutes, który był już stracił cierpliwość, czuł, jak widziałem, chętkę do wzięcia na pomoc linki okrętowej, co w wolnym i republikańskim państwie, i to zaraz na wstępie, jakoś nie uchodziło.

Wreszcie byliśmy wolni, spuszczono szalupy i po śniadaniu posłałem nowo najętego Toma do miasta, by odszukał owego p. Travisa i wręczył mu list, otrzymany dla niego w Orotawie od p. Wildpreta, wraz z mym biletem, zapytującym, czy może mnie przyjąć, gdy słońce nieco mniej będzie się dawało uczuwać. Szanowny p. Tom nie spieszył się z powrotem i odpowiedzią, siedzieliśmy więc na pokładzie pod markizą, delektując się wybornymi teneryfskimi cygarami i kawą, blisko do piątej po południu. Wreszcie Murzyn wrócił, przywożąc uprzejme zaproszenie p. Travisa, z którego też zaraz skorzystałem, i popłynęliśmy do przystani Monrowii.