Rozdział XIII

W przystani Monrowii. — Faktorie afrykańskie, ich urządzenie i handel zamienny. — P. Travis. — Charakter miasta Monrowii. — Osada Krootown. — Wizyta u prezydenta. — Stan rzeczy w Liberii. — Europejczycy względem Liberyjczyków.

Zwykle przedstawiają się miasta portowe korzystniej z morza, niż w rzeczywistości wyglądają. Pewne oddalenie, pewna perspektywa, są najlepszymi dekoratorami. Śliczna jest sylwetka Konstantynopola, gdy się patrzy na miasto z wód Bosforu, mniej piękną przedstawia się rzeczywistość dla kroczącego po ulicach jakiejkolwiek jego dzielnicy. Nawet mała Monrowia czyni na przybywającym od strony rzeki korzystne i malownicze wrażenie, po wylądowaniu jednakże znika takowe zupełnie. Miasto ma około 4000 mieszkańców, przedstawia się jednakże raczej jakby długa rozrzucona wieś. Mimo kilkudziesięciu lat istnienia i zawijających licznych corocznie parowców nie pomyślała nawet municypalność232 dotychczas o wybudowaniu porządnej przystani; powiedzmy nawet więcej: jakiejkolwiek w ogóle. Wylądowaliśmy więc przed jedną z faktorii europejskich, mającą swą kamienną przystań prywatną.

Ponieważ to pierwsza faktoria, jaką napotykamy, musimy objaśnić to słowo, gdyż będziemy często takowe napotykali.

Na wszystkich tych wybrzeżach zauważamy domy, bądź kamienne, bądź drewniane, otoczone magazynami i składami, w których większe firmy portowych miast Europy mają swych agentów dla prowadzenia handlu zamiennego z krajowcami. Zarząd takiej faktorii składa się z głównego agenta, zwykle białego, kilku pomocników, również białych, kilku czarnych clerków (uczniów kupieckich) oraz pewnej ilości Krumanów, bednarzy z Accrah233 (Złoty Brzeg)234 lub Sierry Leony. Biali urzędnicy faktorii zamieszkują zwykle górną cześć domu, tj. piętro faktorii, parter zaś takowej zawiera najczęściej składy. Ku niemu ciśnie się zwykle garść Murzynów przynoszących swe produkty krajowe w zamian za importowane artykuły rynków europejskich. Zapas takowych obejmuje w sobie najróżniejsze przedmioty: na pierwszym planie stoją wszędzie rum i dżyn, tytoń, sól, tkaniny, proch, fuzje (najczęściej skałkówki235 lub stare kapiszonówki236), sztaby żelaza, pręty miedziane i mosiężne, po nich następują naczynia fajansowe, kociołki i garnki, długie noże (kotlasy237) wyrabiane specjalnie dla afrykańskiego brzegu, paciorki, a w miejscach więcej cywilizowanych, jak np. tu, przedmioty galanteryjne, garderoby i prowizje.

Przedmiotami wywozu są na afrykańskim brzegu przeważnie: olej palmowy, orzechy palmowe, słoniowa kość, kauczuk, kopal238, kawa, kakao, pistacje (arachides Francuzów), drzewa farbiarskie, heban, coprali (potłuczone kawałki orzecha kokosowego, wysyłane w workach do Europy dla wyrabiania oleju kokosowego), a w niektórych punktach złoto i srebro.

Na tym handlu zamiennym zarabiają faktorie częstokroć kilkaset procentów, europejski artykuł albowiem ocenia się przez takowe podwójnie już po włączeniu kosztów transportu, przy tym zapominać nie należy, że krajowcy nie płacą za kupiony przedmiot pieniędzmi, lecz, jak wspominaliśmy, produktami krajowymi, na których znów faktoria zarabia 100–200%, przyjmując np. wielką beczkę oleju palmowego za 10 funtów szterlingów, podczas gdy wartość takowej na liverpoolskim rynku dochodzi do 25–30 funtów szterlingów.

Faktorii europejskich posiada Monrowia trzy: holenderską, belgijską i niemiecką, które przedstawiają główne tętno handlu Liberii, mając liczne filie w innych jej punktach, jak np. w Buchanan (stolicy prowincji Grand Bassa), Sinoe, Cape Palmes i innych.

Zwiedziwszy faktorię, przy której wylądowaliśmy, i zapoznawszy się z jej agentem, podążyliśmy ku domowi p. Travisa, który już był wyszedł naprzeciw nas i przywitał nas po drodze. Był on mieszanej krwi i urodzony w Liberii, studia zaś swe ukończył w Anglii, po czym przez pewien czas był członkiem senatu Liberii. Był to jeden z dość rzadkich wyjątków pod względem charakteru i wewnętrznej wartości cywilizowanego czarnego społeczeństwa, o którym będziemy zresztą później mówili.

Zaszedłszy do jego mieszkania, tj. do domu jego ciotki, wdowy po zmarłym prezydencie Robertsie, na białej twarzy której niełatwo było odgadnąć przymieszki krwi murzyńskiej, odpoczęliśmy w nim na chwilę, podziwiając jego wykwintne urządzenie. Jest to jeden z najlepszych domów Monrowii i to samo możemy powiedzieć o jego mieszkańcach, reszta bowiem miasta przedstawia się dość smutno. Trzy jego główne ulice wytknięto wprawdzie z początku równolegle, również jak i przekątnie, lecz nie myślano bynajmniej o splanowaniu terenu, pozostawiając nawet na nich kawały skał, głazów i pni, bruku zaś nie ma wcale — wszystko porosło wysokim chwastem, przerywają od czasu do czasu koryta wypłukane wodą deszczową lub gdy skończyła się pora sucha, przez liczne kałuże. Zdawać by się mogło, że tych ulic nie używa żadne społeczeństwo ludzkie, a jednak są one w codziennym użyciu 4000 mieszkańców miasta, niestety zbyt niedbałych i apatycznych. Główne budynki, stawiane po części z kamienia i cegły lub drewniane, znajdują się na równoległych głównych „ulicach”. Są to domy konsulów, pani Roberts, dom prezydenta i kilku zamożniejszych Liberyjczyków, kilka kościołów, należących do najrozmaitszych sekt, wreszcie „hotel” p. Fullera, Liberyjczyka, leżący na jednej z mniejszych uliczek. Zwracają na siebie uwagę jeszcze dwa budynki rządowe, w których zbierają się corocznie Izby i w których znajdują się główne biura. Starano się takowym nadać pewien nastrój parlamentarny.

W chwili jednakże, którą opisujemy, miasto nosiło na sobie jakby wyraźne cechy upadku. Pomiędzy domami świeciły tu i ówdzie pustki, w których powstały dzikie gąszcze, a z samych domów niejeden się zapadał lub był opuszczonym. Całość robi przykre wrażenie. W końcu środkowej ulicy prowadzi ścieżka przez głazy i kamienie na szczyt przylądka Mesurado, z którego otwiera się widok na całe miasto. Tu znajduje się też latarnia morska Monrowii; światło jej jest jednakże tak słabe, że nie można jej dostrzec z większej odległości — palą w niej podobno olej palmowy — lecz co gorsza, nie świeci ona regularnie. W wielkim zaniedbaniu znajduje się również cmentarz, leżący nieopodal wieży morskiej oraz szubienicy. Nie ma on nawet ogrodzenia i niejednokrotnie można się spotkać na nim z krowami, kozami lub nierogacizną, również jak i na ulicach miasta. Spostrzeżenie, że czym bardziej podążamy na południe, tym większą znajdujemy niedbałość w usposobieniu mieszkańców, a które już w Europie wyraźnie zauważamy, stanie się tu najpełniejsze. Trudno sobie zaiste wyobrazić, jak mogą Liberyjczycy nie czuć wstrętu do takiego zaniedbania i nieporządku.

Po zwiedzeniu miasta powróciliśmy wraz z oprowadzającym nas p. Travisem do domu p. Roberts, gdzieśmy poznali jej syna, doktora medycyny. O ile się zdaje, jest on jedyny na cały kraj, powracał zaś właśnie z okolic przylądka Monte, w których odbył kilka ekskursji i które opisuje jako kraj bogactw mineralnych.

Na cóż się przydadzą te bogactwa, jeżeli panują nad nimi ludzie nieumiejący pracować, niemogący się wyrwać z tej letargicznej apatii!

Ponieważ zapowiedzieliśmy na okręcie, że szalupa ma wrócić po nas wieczorem ku wybrzeżom osady Krootown, udaliśmy się więc teraz w tym kierunku i stanęliśmy wkrótce wśród bambusowych chat „niecywilizowanych” mieszkańców kraju: Krumanów. Chaty te były misternie zbudowane z tak zwanego bambusu tutejszego i mat palmowych, każda miała kilka przedziałów, w których zastaliśmy liczne kobiety i dzieci. Przełożony osady nosi oryginalną nazwę: „Two Glasses” (Dwie szklanki) i był przystrojony w dwie koszule, olbrzymi kapelusz i liczne pierścienie. Reszta krajowców, również jak i kobiety, nosiła to koszule flanelowe, to wprost kawałki płótna, zawsze zaś wielką ilość bransoletek i obrączek; dzieci były zupełnie nagie.

Szalupę naszą zauważyliśmy już z daleka; majtkowie wyciągnęli ją na brzeg, czekając naszego przybycia. Zepchnięcie byłoby sprawiło niemałe trudności, z przyczyny znajdujących się w niej sześciu pasażerów, lecz wiemy już, że Krumani nie stronią od pracy, tym bardziej, gdy jest nadzieja otrzymania podarku za wyświadczoną usługę. Na wezwanie więc barczystego naszego Toma przybiegła cała chmara chłopców i przy głośnych okrzykach „hip, hip, hurra!” zepchnęli łódź wraz z nami na morze.

Następnego dnia czekała mnie czynność bardzo uciążliwa, a mianowicie złożenie wizyt u prezydenta rzeczypospolitej i innych dygnitarzy kraju, u których p. Travis ze zwykłą swą uprzejmością już mnie był zameldował. Jest to ciężkim zadaniem odbywać oficjalne wizyty, w kostiumie oficjalnym, około południa, pod słońcem prawie równikowym.

Prezydentem rzeczypospolitej był p. Russel, Mulat, wysoki starzec o długiej siwej brodzie i tak jasnej cerze, że można go było wziąć za Europejczyka. Przyjął mnie w obszernym salonie, przedstawiając członków gabinetu, ministrów, czyli jak ich tu nazywają, sekretarzy rzeczypospolitej. Było ich pięciu, a mianowicie: sekretarz stanu, czyli kanclerz, zawiadujący sprawami zagranicznymi, p. Gibson; sekretarz skarbu, sekretarz spraw wewnętrznych, zawiadujący również oświatą, sekretarz sprawiedliwości, czyli attorney general, bardzo inteligentny i przyjemny p. Grimes, wreszcie sekretarz poczty p. Wiles — wszyscy czarni. Oprócz nich zaś był komendant milicji w okazałym mundurze. Całe zebranie było oprócz tego ostatniego we frakach i białych kamizelkach.

Rozpocząłem rozmowę z prezydentem Russel, objaśniając mu cel naszego przybycia, to jest chęć poznania rzeczywistego stanu Liberii i wyrażając nadzieję, że znajdę u niego poparcie na terytorium liberyjskim. P. Russel zapewnił, że ułatwi nam wszystko, co tylko będzie w jego mocy, i chętnie udzieli nam żądanych informacji. Następnie skierowałem rozmowę na kwestie bieżące Liberii. Wrażenie, jakie wyniosłem z takowej, było mniej więcej takie samo, z jakim powróciłem dnia poprzedniego na okręt: w rzeczypospolitej brak inicjatywy i energii do życia czynnego, istnieje ona z dnia na dzień i jak się zdaje, straciła wielka część jej obywateli ufność w jej siłę żywotną i siebie samych, obawiając się zawikłania własnych stosunków i spraw, gdyż nikt nie prowadzi ich podług pewnego zakreślonego programu. Tak prezydent Russel, jak pan Gibson narzekali na szczupłe fundusze kraju, tj. na dochody tak małe, że trudno opędzić czasem rzeczypospolitej swe wydatki. Finanse Liberii, jak zresztą wszystkie jej instytucje są rzeczywiście w stanie opłakanym — przejrzymy to później. Przed pożegnaniem p. Gibson powiedział mi, że główną nadzieją kraju jest rozwijający się przemysł na plantacjach i farmach Rzeki Św. Pawła (St. Paul’s Birez) i że ma nadzieję, iż zwiedzę takową. Postanowiłem też zaraz następnego dnia to uczynić, by poznać dodatnie strony kraju, ponieważ podług mego przekonania stan jego stolicy i tryb życia w niej panujący przedstawiają tylko strony ujemne.

Po wizycie u prezydenta zwiedziłem biura rządowe, archiwum, dwie szkoły, sąd, pocztę i kilka innych instytucji, a poznawszy się następnie bliżej z niektórymi z widzianych u prezydenta członków gabinetu, mogłem wejrzeć nieco głębiej i detaliczniej w położenie rzeczy tego kraju.

Wracając wieczorem ku przystani, zdarzyło mi się widzieć „wojsko” rzeczypospolitej, którego cząstkę ubrano dnia tego w mundury. Nie chcę powtarzać wyrazu „karykatura”, którego już tak często używano przy opisach Liberii, lecz otwarcie mówiąc, wojsko to było rzeczywiście takową, a co najmniej robiło wrażenie dzieci bawiących się w żołnierzy. Część ich była w mundurach, boso, mając karabiny nieczyszczone i różnorodne, inna znów część nie miała wcale munduru ani broni palnej, oficerowie za to (z których zdaje się żaden nie otrzymał wojskowego wykształcenia) przybrani byli w świecące uniformy, brzęcząc usilnie uderzającymi o kamień pałaszami239, z wyrazem twarzy tak wielkiego zadowolenia z siebie, że również jak i ich oryginalne szeregi pobudzali do uśmiechu.

Pobudza do niego także niejednokrotnie, wystrojona publiczność Monrowii. Ostatni dolar musi być wydany, wszelki sposób robienia długów próbowany, aby móc tylko paradować jak dandy240 londyński, co oprócz funduszów nie jest odpowiednie ani ze względu na klimat, chwasty i gąszcze monrowijskich „bulwarów”.

Przejrzyjmy teraz w ogóle maszynę rządową Libery i istniejące w niej instytucje.

Rząd składa się z dwóch izb, tj. senatu i izby niższej, zbierających się corocznie na obrady; każda prowincja, czyli hrabstwo przysyła wtedy wybranych swych posłów. W senacie zasiada pewna ograniczona część liberyjskich nababów241, mających wpływy przez swe kapitały. Posłowie do izby niższej mają być wybierani większością głosów, w rzeczywistości jednakże wybiera wielką część takowych również, jak się zdaje, nacisk wywierany na korzyść takiej lub innej osoby przez tych samych kapitalistów, gdyż biedniejsi mają prawie zawsze długi u bogatszych i stają się przez to niejednokrotnie zupełnie od nich zależni. Wpływ taki zresztą nie jest tu wywierany jedynie na jednostki tylko, lecz nawet na całe postanowienia rządu, który nieraz już był winien pewne sumy prywatnym osobom i faktoriom, nie mogąc ich spłacić.

Do pewnego czasu zasiadali w izbach tylko Liberyjczycy, reprezentanci zaś krajowych plemion, czyli „dzikich”, nie byli powoływani do głosowania. Od r. 1881 jednakże wysyła każde plemię krajowców jednego reprezentanta z tytułem delegata plemienia i z prawem głosu we wszystkich kwestiach tyczących się krajowców wyłącznie242.

Siła wykonawcza spoczywa w rękach prezydenta wybieranego na dwa lata, którego gabinet składa się, jak już wspominaliśmy, z pięciu tek, tj. spraw zagranicznych, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych, skarbu i poczty. Honoraria tych pierwszych urzędników kraju są bardzo szczupłe. Prezydent rzeczypospolitej pobiera 600 dolarów rocznej pensji, sekretarz stanu 300, również jak i sekretarz skarbu, reszta zaś liberyjskich ministrów pobiera po 200 dolarów, gdy zaś skarb jest pusty, objaśnił mnie jeden z dygnitarzy, w takim razie trzeba na pewien czas stać się wierzycielem takowego, najwyżsi więc urzędnicy, jak np. minister poczty i inni, zajmują się równocześnie handlem i niejeden podróżnik będzie zdziwiony, gdy po rannej oficjalnej wizycie, np. jako ministra, zobaczy takowego po południu jako gospodarza maleńkiego sklepiku i sprzedającego pudełko zapałek, chustkę do nosa lub paczkę tytoniu.

Roczne dochody rzeczypospolitej wynoszą zaledwie 60 000 dolarów, oprócz tego posiada Liberia dług stały w Anglii i niejednokrotnie czasowy w faktoriach. Jakże też ma być inaczej? Rzadko kto chce pracować, choć kraj jest tak niezmiernie przez przyrodę udarowany, jedną zaś z ustaw konstytucyjnych jest prawo zabraniające białym posiadać jakąkolwiek własność ziemską na gruncie rzeczypospolitej. Otóż jedna z głównych przeszkód do rozwoju kraju — czarni obywatele po największej części nie mają ani energii, ani kapitału, nie chcą zaś przypuścić tych do własności gruntu, pomiędzy którymi znalazłoby się i jedno, i drugie, czując, iż wtedy staliby się proletariatem Liberii, a nie rządzącymi.

Pod względem oświaty, będącej pod zarządem sekretarza spraw wewnętrznych, posiadała Liberia w r. 1880 43 szkoły rządowe, obsługiwane przez 44 nauczycieli, a uczęszczane przez 1430 uczniów i uczennic243. Podług sprawozdania złożonego przez prezydenta Gardnera ze swej czynności w grudniu 1880 r., do szkół tych uczęszczała dość znaczna ilość dzieci krajowych plemion: Golah, Vhey, Dey, Bassa i Grebo.

Wykształcenie, jakie dają te szkoły, jest naturalnie elementarne, lecz można napotkać wielu Liberyjczyków piszących dość dobrym stylem i szkoły te byłyby zadowalające, gdyby ich uczniowie, wychodząc z nich, brali się do pracy i stawali się rzemieślnikami bez zarozumiałości i niestosownych pretensji. Jeżeli jednakże pobyt w tych szkołach ma powodować wytworzenie „kolorowego dżentelmena”, w takim razie nie odpowiadają one bynajmniej celowi. Oprócz tych szkół posiada Liberia jeden instytut naukowy wyższy, nazywający się Liberia College, a stojący pod dyrekcją dra E. Wilmot Blyden, człowieka, który jest na swoim miejscu, który otrzymał staranne wychowanie w Ameryce i tam odbył swe studia uniwersyteckie. Szkoła ta, którą rząd liberyjski zajmuje się jako tako, wytworzyła rzeczywiście kilku dość wszechstronnie wykształconych młodych Liberyjczyków i jest, zdaje się, na dobrej drodze. Obecnie p. Blyden zamierza wykładać w niej również język arabski244, co jest myślą rzeczywiście praktyczną, biorąc pod uwagę, że cała Liberia jest niejako wybrzeżem wielkiej części zachodniego Sudanu245, w którym wszędzie panuje język arabski i z którym Liberyjczycy — gdyby mieli nieco szersze poglądy i mniej wygórowane aspiracje — powinni zespolić się jak najbliżej. Byłoby to dla nich wielką korzyścią, wyrobiliby sobie wtedy może cywilizację swoją wspólnymi siłami i swymi środkami, a stanęliby zapewne na silniejszych podstawach niż dziś, gdy wszystko u nich jest pożyczane.

Na czele ministerium246 sprawiedliwości stał podczas naszego pobytu najbardziej może wykształcony Liberyjczyk, p. Grimes, który skończył uniwersytet w Anglii. Nie wystarczają jednakże jednostki, jeżeli całość jest niedojrzała i najlepsze dążenia owych pozostaną niewykonalne w społeczeństwie niedbającym o siebie. Jurysdykcja więc liberyjska nie była dotąd w stanie wzbudzić wielkiego zaufania, również jak i posiedzenia izb, których sprawozdania247 zajmują się przeważnie tworzeniem nowych sekt religijnych i dawaniem rozwodów, doprowadzających do koniecznych w tym kraju następstw, tj. prostytucji kobiet.

Siłę zbrojną Liberii mieliśmy już sposobność widzieć przedtem, dodać tylko należy, że armii stałej Liberia nie posiada wcale, lecz każdy mężczyzna od 15 do 50 lat powinien w razie potrzeby stanąć pod bronią; istnieje jednak tak nazwana milicja i cząstka wolontariuszów, których mundury zauważyliśmy wyżej.

Marynarki nie posiada Liberia obecnie wcale. Dawniej miała ona jeden okręt, darowany jej przez Stany Zjednoczone Ameryki, gdy takowy jednakże się rozbił, skasowali marynarkę w zupełności i dziś nie ma nawet okrętów kupieckich liberyjskich, choćby dla obsługi własnych punktów brzegowych.

Flaga liberyjska, którą czasem zauważyć można powiewającą nad latarnią morską na przylądku Mesurado, jest kopią flagi Stanów Zjednoczonych Ameryki, tylko że zamieniono gwiazdy znajdujące się na polu niebieskim — księżycem. Co do monety, wybija Rzeczpospolita Liberyjska tylko miedziaki i banknoty papierowe, przyjąwszy za jednostkę monetarną amerykański dolar, dzielący się na centy. Banknoty te jednakże nie mają kursu poza granicami rzeczypospolitej, a w jej obrębie nawet upadła ich wartość do minimum. Natomiast posiada Liberia już order wspaniały wraz z gwiazdą i wstęgą, nazywający się „Redemption Cross”248, a noszący napis: „Love of liberty brought us here249.

Oto mniej więcej treść uwag nad Liberią, jakie skreśliłem podczas pobytu na tych brzegach, a zauważyć mogłem, że zgadzały się one w zupełności z opinią, jaką wyniósł również stąd dzielny mój towarzysz K. Tomczek, obdarzony jasnym i bystrym poglądem na stosunki, które obserwował. Pod jednym względem jednakże muszę stanąć w obronie Liberyjczyków (w których obronie zresztą będziemy mieli sposobność stanąć jeszcze raz na Rzece Św. Pawła, ukazującej Liberyjczyka jako farmera w daleko lepszym świetle niż jako mieszkańca miasta w Monrowii), a mianowicie pod względem arbitralności, jakich dopuszczają się zwykle Europejczycy na tych brzegach. Czując brak sił społecznych, czyli bezbronność państwową Liberii, dopuszczają się tak pakboty europejskie, jak i faktorie różnych nadużyć, jak np. przy odbieraniu i wydawaniu poczty, opłacaniu cła i samowolnym zawijaniu do portów nieotwartych dla handlu.

Przyczyną tego postępowania, a raczej pobudkami do niego jest pewnego rodzaju lekceważenie ze strony Europejczyków dla wszystkiego, co podchodzi pod rubrykę „coloured gentlemen250. Z daleko większym poważaniem patrzy zwykle Europejczyk na przeciętnego mieszkańca centralnego Sudanu niż na te jednostki, o których nie można powiedzieć, że są dzicy ani też najczęściej, że są cywilizowani, które wstydzą się, że są czarnymi, a nie mogą być białymi.

Wróćmy teraz na okręt, by przygotować się do drogi na Rzekę Św. Pawła, gdzie poznamy lepsze strony Liberii, tj. życie jej farm — jedyną nadzieję na przyszłość.

Było dość późno, gdyśmy stanęli na pokładzie „Łucji-Małgorzaty”, poleciłem więc zaraz Tomowi przyprowadzić jutro przed wschodem słońca kilku Krumanów, by nie narażać naszych majtków na całodzienne wiosłowanie pod gorącymi słonecznymi promieniami tych stron. Wycieczkę obliczyłem na dwa dni, spakowano więc namiot, prowiant i inne części bagażu i byliśmy gotowi do drogi.