Rozdział XXIV

Wycieczka do Basiléh. — Okolica w świetle porannego słońca. — Nad kaskadą. — Dumania. — Polskie pieśni u stóp Clarence Piku. — Dalsza droga. — Plantacja. — Albinos. — Owoce pracy p. Lopeza. — Powrót do miasta. — Zaproszenie na wieczór. — Bohater zgiełków. — Przygotowania do niezwykłej wyprawy.

Północne strony górzystej tej wyspy, które zajmują Bubisi miast: Robola, Bassupu, Banapa i Basiléh, niby oddzielne kraiki, mające każde swego naczelnika, czyli kokoróko, zaczynają niedaleko za miastem łagodnie się podnosić i w wysokości mniej więcej 1200 stóp, o jakie trzy godziny drogi od Santy Isabeli, leży plantacja założona przez p. Montes de Occa, byłego gubernatora wyspy, i p. Jeronima Lopeza oraz niewielka willa rządowa, służąca jako stacja sanitarna. Miejsce to nazwali Basiléh (nie Basilea, podług imienia Bazyla, jak przypuszcza wielu mylnie). Nazywa się ono tak dlatego, że należało ono i leży w terenie Bubisów z Basiléh. Tam zaproponował nam nasz przyjaciel z Fernando Poo, Antonio Borges, odbyć wycieczkę, gdyż p. Jeronimo Lopez był dobrym jego znajomym i wiedział o naszym przybyciu.

Zabrawszy więc z sobą Luisa, Krumana, wyruszyliśmy bez przewodnika, gdyż droga prowadzi prostą linią do miejsca, by poznać nieco góry tutejsze i zwiedzić plantacje pana Lopeza.

Słońce stało jeszcze nisko, a nad okolicą leżała parna, mglista powłoka, gdyśmy, mijając plantacje Kubańczyków i witani przez ich liczne: „Buenos dias!371, przeszli przez Rio del Consul, zapuścili się w zielone gąszcze. Droga była, jak wszędzie w Afryce, wąską, wydeptaną przez chodzących po niej Bubisów ścieżynką. Jakże zresztą można było liczyć na lepszą wtedy na Fernando Poo, gdy nawet w mieście ulice były chwastem porośnięte, przez które w pośrodku prowadziła wąska ścieżka, podczas pory deszczowej tak wydeptana, że w powstałych dołkach ciągnęły się długotrwałe kałuże i błota. Jednakże piękność krajobrazów i przyrody tutejszej kazała nam zapomnieć, gdyśmy byli poza obrębem miasta, o niedbalstwie ludzi i pełnymi piersiami oddychaliśmy na swobodzie, dążąc naprzód szybkim krokiem. Zwykle wolna przyroda, powietrze i obszary dziewiczych lasów, ujmują naturę człowieczą, spłaszają troskę z czoła, uspakajają umysł i nawet rany duszy chroniczne już i zastarzałe mniej bolą na chwilę. Poczucie piękna jest silnym, potężnym tchnieniem w duszy ludzkiej. Prawda, że ci, którzy najsilniej je w sobie czują i najpełniej mu się poddają, najciężej częstokroć za to cierpią lub też w nim jedynie znajdują ulgę wśród ciosów życia — przeczucia nieśmiertelnego wśród rysów śmiertelnych.

Żaden głos ludzki nie mącił tego spokoju, tylko szmery odwiecznych olbrzymów leśnych, wrzask papug i świergot ptactwa mniejszego dodawał życia pełnej piękna scenerii. Od czasu do czasu wabił nas szum kaskady, a gdyśmy, opuszczając drogę na chwilę, podążyli za zapraszającym jej głosem, ujrzeliśmy się wśród bazaltowych głazów i grot, pomiędzy którymi srebrny, kryształowy potok, igrając z promieniami porannego słońca, wił się w zgrabnych flory ramionach, jakby w uścisku uroczej bogini.

Pozostawiając towarzyszów odpoczywających na jednym z głazów przy strumyku, puściłem się po nim pod górę, przeskakując ze skały na skałę, dopóki odstęp wysoki, z którego nowa spadała kaskada, dalszej nie zagrodził mi drogi. Roślinność pokryła tu szemrzące wody, ściśnięte w ważkiej otchłani skał zielonym sklepieniem, a przyjemny, orzeźwiający chłód razem z półmrokiem panującym dokoła wstrzymał me kroki. Oparty o sahhę Bubisów, stanąłem, by nasycić oko! Taka być musiała ojczyzna rusałek, gdy się kąpały w czystych źródłach wymarzonego raju. Szczęśliwa kraino! Jakżeś urocza w dziewiczym twym połysku, z nieskażonym piętnem boskości na czole. Dnie twe płyną spokojnie jak jasne, przezroczyste twe wody — i jeszcześ potężna i wielka, panujesz nad stworzeń koroną. Panuj, panuj, wspaniała Maharani372. Nie ufaj owej koronie stworzeń i spoglądając dumnym twym okiem na nieudolne ich dzieła, u stóp twych leżące, odwróć się z pogardą, gdzie on, człowiek, panuje — tam sny twe przerwane, tam wieje brudami i chłodem.

Czas jednakże w dalszą drogę! Zadumany powróciłem na dół do towarzyszów, którzy już na mnie czekali, i dalej ruszyliśmy pod górę, na której skłonach wkrótce rozległy się nasze pieśni. Po raz pierwszy może słyszało Fernando Poo dźwięki mistrzów i ludu znad Wisły, z dalekiej sarmackiej ziemi, i dumki373 ukraińskie, a może po raz pierwszy też polska stopa stąpała po tym kraju. Zresztą kto wie! Z nieszczęśliwej naszej ojczyzny tylu wyszło pielgrzymów w tym wieku, że wszędzie napotkać ich można, na lądzie i morzu. Słońce tymczasem postąpiło także naprzód w dziennym swym biegu i coraz gorętszymi promieniami zaczęło nam towarzyszyć, lecz strumyków znajdowała się po drodze taka ilość, że co chwila przedstawiał się odpoczynek i kryształowej wody czara, zaimprowizowana z liścia leśnego.

Droga jednakże w drugiej połowie stała się więcej stroma, gdyż odtąd właściwie byliśmy dopiero na skłonie gór, przeszedłszy dolny pas, który niby zielona platforma okala wewnętrzną górzystą masę wyspy. Ścieżki, dążące w różnych kierunkach, świadczyły o bliskości osad Bubisów i sprawiły, że w jednym miejscu zaczęliśmy jednak żałować, żeśmy nie wzięli przewodnika, gdyż się tu rozchodziły i nie wiadomo było, czy puścić się prawą, czy lewą. Poszedłem więc w kierunku, w którym zdawały się leżeć wioski, by spotkać jakiego krajowca i dowiedzieć się, która z dróżek prowadzi do plantacji. Wkrótce też napotkałem przy strumyku kobietę Bubisów nabierającą wodę w duże gliniane naczynie. Na widok cudzoziemca Afrykanka trwożliwie rzuciła garnek i oparła się o drzewo. „Szczególne mam szczęście przestraszać płeć piękną tutejszych krajowców” — pomyślałem i starałem się jej wytłumaczyć, że idzie mi wyłącznie o drogę do Basiléh. Porozumiawszy się, głównie mimiką i powtarzaniem nazwy miejsca, do któregośmy dążyli, uspokoiłem wreszcie zatrwożoną piękność, niezbyt zresztą pociągającej powierzchowności, gdyż była pomazana czerwonawą pomadą roślinną, tolą, i w końcu wskazała ręką na lewo, oddalając się szybko w przeciwległe gąszcze.

Po godzinie dalszej drogi stanęliśmy wreszcie, odgarniając zarośla to z jednej, to z drugiej strony, przed otwartym terenem, zaplantowanym regularnie drzewkami. Kilkunastu Krumanów pracowało nad oczyszczeniem dalszego gruntu, a pomiędzy nimi stał jegomość barczysty w kapeluszu o szerokich polach. Był to gospodarz plantacji, Don Jeronimo. Znajomość była wkrótce zawarta i prowadzeni przez niego zeszliśmy do głębokiego wąwozu, a podniósłszy się znów z drugiej jego strony do pewnej wysokości, stanęliśmy przed białym domkiem, który przy dobrej i jasnej pogodzie zauważa się z morza. Było to sanitarium wyspy, a obecnie mieszkanie gospodarza.

Odpocząwszy nieco i odświeżywszy się, wyszliśmy na werandę. Śliczny widok rozpościerał się przed nami: olbrzymi taras lasu, utworzony przez przyrodę, spadał stąd do morza. Santa Isabel, niby mała biała plamka, rysowała się u jego stóp wraz z malowniczą zatoką, a w niej, niby srebrzyste wstęgi, można było zauważyć prądy morskie, ciągnące się to w tym, to w owym kierunku. Temperatura przy tym była świeża, lekki wietrzyk wiejący z gór, czynił ją jeszcze przyjemniejszą, a niebo czyste i błękitne, jak rzadko w górach, dopełniało całości panoramy rzeczywiście wspaniałej.

Za chwil kilka przybył młody albinos o rudych włosach i oczach przymrużonych, jak gdyby raziło go światło, i prosił na śniadanie, które minęło nam nader wesoło. Plantacja, jak opowiadał nam energiczny jej gospodarz, dzięki umiarkowanej swej temperaturze, której średnia ma wynosić nie więcej nad 20° Celsjusza, uwieńczyła jego starania i oczekiwania w zupełności i rzeczywiście wkrótce przekonaliśmy się o tym, oglądając ją pod jego przewodnictwem. Kakao, kawa i tytoń stanowiły główną jej część, lecz oprócz tych roślin prosperowało tu mnóstwo innych w dość znacznej ilości. I tak zauważyłem: wanilię, cynamon, indygo, herbatę nawet, a co na główną zasługuje uwagę: chinę374, która jeżeli tu się zaaklimatyzuje, będzie nieoszacowanym dobrem dla krajów tych, gdzie Europejczyk i czarny wiele jej zużywa corocznie. Oprócz tych artykułów p. Lopez hoduje jarzyny europejskie, które z małymi wyjątkami udają się bardzo dobrze tu w górach, jak równie też w Górach Kameruńskich. Tak np. pomidory, ogórki, sałata, rzodkiewki, także kapusta i kalarepa, pietruszka i marchew udają się wyśmienicie. Kartofle, niestety, dotychczas nie dawały dobrych rezultatów — rośliny pędzą w górę, rozwijają wiele liści, lecz mało samych ziemniaków, choć może przy dalszych próbach i szczególnym obchodzeniu się z nią i ta ważna jarzyna się tu przyjmie. Zastępuje ją zresztą poniekąd w tych stronach jams i coco (Colocasia esculenta375).

A jednak twierdzą niektórzy, że ląd ten nigdy nie będzie mógł żywić kolonistów. Ośmielam się stanowczo zaprzeczyć temu, co do niektórych jego punktów. Gdy lasy ustąpią, warunki się zmienią i niejeden kraj Afryki stanie się prosperującą kolonią rolniczą; o jednym tylko pamiętać będzie trzeba, że z początku zawodów i ofiar będzie wiele.

Powracając ku wąwozowi, zauważyłem chatę, a w niej hawańczyków zajętych robieniem cygar. Praca szła im niezmiernie szybko, widać było wielką wprawę, a Don Jeronimo stał przy tym, spoglądając z widocznym zadowoleniem na owoce długoletniej pracy ciężkiej i uczciwej. Z całego serca ci życzymy tych dobrze zasłużonych owoców, zacny gospodarzu — oby jak najwięcej znalazły naśladowców.

Kilka godzin tak zeszło na zwiedzaniu plantacji, aż wreszcie pożegnaliśmy się z wyjątkowo energicznym Hiszpanem, który nas jeszcze odprowadził spory kawał drogi, i szybkim krokiem poczęliśmy schodzić z gór. Teraz milczało towarzystwo zmęczone trochę, a przy tym spieszące się na dół do miasta przed zachodem słońca. Prędzej też jak w tamtą stronę odbyła się droga na powrót i około szóstej wieczorem stanęliśmy w porę w Santa Isabeli.

Jeden z plantatorów zaprosił nas był na ten wieczór do siebie, po krótkim więc odpoczynku udaliśmy się do niego. Jak zwykle pomiędzy kolorowymi — a taki był zapraszający — panowała wystawa376 w przyjęciu nad stan. Sprawia to naturalnie w końcu ubóstwo, a nie jest zresztą wcale oczekiwane przez gościa przybywającego w te strony, przygotowanego na skromniejsze ramy życia domowego tu, poza obrębem Europy.

Siedząc przy wieczerzy, usłyszeliśmy nagle wielki zgiełk na placu, a wyszedłszy na werandę domu, dostrzegłem na rogu jednej z ulic grupę czarnych otaczającą w wielkiej agitacji olbrzymią jakąś postać, broniącą się wobec całej zgrai. Wkrótce też usłyszałem wyzywające francuskie wykrzykniki z niecenzurowanego słownika marynarskiego. Był to nasz przywódca majtków, Guedan — zawadiaka pierwszej klasy. „Ciekawym, co on znów zbroił?” — zawołał K. Tomczek, ale już za chwilę zjawiły się dwie figury z laskami i galonami377 na rękawach — czarni policjanci miejscowi, gestykulując i rozprawiając w żargonie jakimś anglo-murzyńsko-hiszpańskim. Mogłem tylko zrozumieć: „majtek! — pijany! — potłukł! zbił!”

— Dlaczego żeście go nie zaaresztowali? — zapytałem się.

— Nie daje się, senor! — zawołali, patrząc zadyszani na mnie.

Roześmieliśmy się wszyscy na te słowa biednych stróżów publicznego porządku miasta Santa Isabel, dodając, by posłali po rezerwę. Zmieszani, wrócili na nowo na miejsce zgiełku, z widocznym postanowieniem wziąć się odważnie do swego zadania. Widząc jednakże, że takowy tylko się wzmaga, a olbrzymi majtek gotów rzeczywiście posunąć się za daleko, poszedłem sam za nimi. Ujrzałem kilkunastu Krumanów, widocznie tylko co powstałych od palącego się na ulicy ogniska, naokoło którego byli ucztowali przy hałaśliwych swych bębnach i śpiewach, a w pośrodku nich stał herkulesowy nasz botsman, będący już pod dobrą datą378. Wybił on dwie szyby w domu Krumanów — oto powód ogólnego wzburzenia umysłów. Policjanci starali się go schwycić, lecz powitani niełagodnym uściskiem dłoni broniącego się, odskoczyli na powrót, podczas gdy Guedan rozwodził donośnym głosem: „Nom de nom, par exemple!... ah ça! vous me prendre!... moi?... ha, ha, ha! nom d’un!379. Tu posypały się wykrzykniki przyjaźni, nieco za otwartej dla uszu słuchających. Aby nadać słowom swym więcej siły przekonawczej, schwycił jednego z gapiących się Murzynów i rzucił go o ziemię. Powstała nowa wrzawa, lecz tu nadszedłem sam, a rozogniony majtek, spostrzegłszy to, poskromił swe popędy: „Allons, allons, Guedan... qu’est-ce que vous faites la... allez a bord!380. Uspokoiłem go. „Y’a pas d’danger M’sieur, sommes un peu amusés381 — i potaczając się ruszył ku przystani, przerywając swój odwrót od czasu do czasu monologiem lub przelotnymi wykrzyknikami, stosującymi się do pozostałej czarnej gromady, która otrzymawszy zapłatę za zbite szyby i butelkę dżynu, rozeszła się uspokojona.

Następnego dnia szykowano jedną z naszych szalup, „Warszawiankę”, do podróży niezwykłej jak na małą szalupę. Postanowiłem albowiem wyruszyć na rekognoskowanie382 przeciwległego lądu Gór Kameruńskich, by obrać miejsce na zbudowanie stacji i potem z okrętem wyruszyć do obranego już miejsca. K. Tomczek należał naturalnie do tego. Mieliśmy 24 mile do przebycia na otwartym morzu w czterowiosłowej szalupie i rozpoczęto przygotowania niezwłocznie, by wyruszyć następnego dnia o świcie.

Dziś, po dwóch blisko latach, kreśląc te słowa, mimo woli zadumać się muszę nad tym. Było to szaleństwem, do którego rwała się żądza jak najprędszego dotarcia do celu; lecz ileż takich szaleństw popełnia człowiek w życiu, unoszony niepohamowaną siłą, goniąc za urzeczywistnieniem wymarzonej swej myśli! Nad nimi, zdaje się, osobna czuwa Opatrzność.