Rozdział XXIII
Wycieczki po wyspie. — Obfitość owoców i inne cechy kraju. — Dżyg. — Różne klasy ludności na Fernando Poo: Bubisi, kolorowe obywatelstwo, Kubańczycy i biali. — Plantacje kakao.
Pierwszych zaraz dni pobytu na pięknej wyspie użyliśmy na zwiedzenie jej północnych brzegów, poprzerzynanych licznymi malowniczymi zatoczkami, pomiędzy którymi pierwsze miejsca zajmują: Gravina, urocza Baya de Venus, Baya San Nicolao i Zatoka Horacjusza.
Codziennie ze wschodem słońca odbijała jedna z naszych szalup od bortu okrętu i po porannej morskiej kąpieli odbywaliśmy owe ekskursje, lądując w licznych punktach, a zawsze żywo ujęci czarami tej przyrody wspaniałej, której siła bez granic w zdumienie wprowadza przybysza.
Tu i ówdzie tylko rysowały się jaśniejsze odcienie drobnych plantacji kakao, należących do czarnych właścicieli; resztę brzegów pokazywał jeden ciemny bukiet lasów. Podczas gdyśmy zwiedzali cieniste ich obszary, posyłałem majtków do skał po ostrygi, których pewne miejsca, głównie zaś wysepki Enrique dostarczają wielką ilość, lub zarzucano sieci, a gąszcze zatoczki niejednokrotnie wyposażały stół okrętowy różnorodnymi owocami, w które obfituje w ogóle Fernando Poo.
Znajdujemy tu wszystkie prawie gatunki Zatoki Gwinejskiej: ananasy, banany, platany, pomarańcze, mandaryny, cytryny, gujawy360, anony361, owoc chlebowy, masło roślinne, papaje. Brak tylko wyspie kokosów, co jest tym więcej zastanawiające, że sąsiednie wyspy, Principe i São Tomé, obfitują w takowe. Tylko na plantacjach znajdują się tu te palmy błogosławione, których drogocenne własności poznałem później dopiero, jak pokaże druga część opisu podróży.
Fauna jest tu mniej rozmaita. Zwierząt drapieżnych nie posiada wyspa wcale, na skłonach jej gór możemy najwyżej upolować, oprócz ptactwa, małpę lub antylopę, krajowcy łapią niekiedy jeszcze wiewiórki lub węże mniejsze. Płazów i owadów tu zresztą wszędzie pełno; pomiędzy tamtymi napotykamy głównie przeróżnych odcieni jaszczurki i kameleony, wśród tych zaś mrówki czarne i białe, w końcu moskity — konieczne i znane zło stron gorących.
Tu musimy się też zapoznać z plagą rozpowszechnioną od kilkunastu lat w całej Zatoce Gwinejskiej, a sięgającą już w dalekie głębie lądu. Każdy Europejczyk, który przez dłuższy czas przebywał w tych stronach, zapoznać się z nią musiał. Jest to pasożyt, zwany przez Anglików „jigger”, „chique”, przez Francuzów „chigoe”, przez Portugalczyków, czyli podług naukowej nazwy: Sarcopsylla penetrans362. Drobniutki „dżyg”, jak nazywaliśmy go zwykle po polsku, wgryza się niepostrzeżenie w nogę, najczęściej w palce u nóg, gdzie sprawia z początku lekkie swędzenie. Zauważa się wtedy drobny, ciemny punkcik, który wkrótce się powiększa i tworzy się wypukłość, dochodząca do ziarnka grochu, a sprawiająca stopniowo ból coraz większy. Pasożyt albowiem otoczył się wtedy już, wgryzając się coraz głębiej pęcherzem, zawierającym liczne jaja, które przedstawiają się jako śliska, lepiąca się materia, jątrząca niezmiernie ciało w zagrożonym miejscu, tj. naokoło jamki robaka. Zaniedbanie takiego dżyga, tj. dopuszczenie złożonych jaj do rozwinięcia się w oddzielne dżygi, może spowodować amputację dotkniętego członka.
Wyjęcie go zaś zaraz w początku nie przedstawia żadnych dolegliwości i dokonywa się drewienkiem lub szpilką. Idzie tylko o to, by doznawszy owego swędzenia, wiedzieć, co ono znaczy, i zaraz wykorzenić zło w zaczątku, czego najczęściej dokonywa czarny służący. Europejczyk niechcący narażać się na cierpienia spowodowane przez dżygi powinien w ogóle z jednym z czarnych swych służących odbywać co wieczór przegląd nóg, gdyż takowy nie przepuści nigdy dobrze znanego mu ciemnego punkcika, tj. pojawiającego się dżyga363.
Plaga ta nie jest początkowo afrykańska, sprowadził ją okręt przybywający kilkanaście lat temu z Brazylii, wyrzucając swój balast — piasek, który zawierał niemiłych przybyszów, w bliskości miejsca Fernao Vaz. Odtąd dżyg rozpowszechnił się z zastraszającą szybkością po całym brzegu Zatoki Gwinejskiej.
Co do klimatu, wyrobiono wyspie Fernando Poo w Europie tak niesłuszną reputację, że w chwili przybycia sądziliśmy, iż to jeden z najniezdrowszych punktów tych stron. Jakże jednak zmieniła się moja opinia pod tym względem następnie, po licznych i częstokroć długich tu pobytach. Tak Góry Kameruńskie, jak i Fernando Poo powinny już od dawna być sanitarnymi strefami dla całego zachodniego brzegu Afryki. O stosunkach klimatycznych tutejszych pomówimy zresztą później w swoim czasie, gdy dobrze poznamy wyspę; pozostawię to więc również do drugiej części tego opisu.
Przypatrzmy się tymczasem teraźniejszemu życiu tej kolonii, drobnej jeszcze i nieznacznej co prawda, lecz mającej bezwarunkowo wielką przyszłość przed sobą.
W chwili naszego przybycia do Fernando Poo ludność tej wyspy składała się z czterech głównie żywiołów:
Pierwszy, najliczniejszy, stanowili i stanowią dzicy krajowcy — Bubisi364, w liczbie mniej więcej 30 000. Rozproszeni po lasach i skłonach gór, przychodzą oni do Santy Isabeli tylko w nielicznych gromadkach, przynosząc kalabasy z olejem palmowym, orzechy palmowe oraz drób (kury przeważnie) i zamieniając te produkty na towary europejskie w miejscowych faktoriach. W życiu zaś społecznym wyspy stanowią oni odrębną, nieprzystępną dla innych całość, niepragnącą mieć żadnej styczności ze światem cywilizowanym (do którego Bubisi czują po prostu wstręt), prócz owych niezbędnych stosunków handlowych przy zamianie produktów.
Żadną miarą nie można Bubisów zmusić do pracy, choćby za wysokie wynagrodzenie. Wyrabiają oni w gąszczu swój olej, polują i hodują swój jams, lecz do innego zajęcia, do jakiejkolwiek pracy w służbie innych, do zgodzenia się np. na plantacje nikt ich skłonić nie zdoła.
Po dwóch latach dopiero, po częstych odwiedzinach wyspy i jej lasów, mogłem bliżej nieco poznać tryb życia i obyczaje tajemniczego tego plemienia, obyczaje tak dziwne i odrębne od innych szczepów sąsiedniego lądu, że w drugiej części podróży dłużej zatrzymam się przy Bubisach.
Drugą pod względem ilości klasę mieszkańców stanowi czarne obywatelstwo „cywilizowane” (najczęściej tylko w porównaniu z krajowcami), reprezentujące drobny handel, mniejsze plantacje oraz, choć w słabym jeszcze stopniu, rzemiosła.
Ludność ta, która się wytworzyła z potomków oswobodzonych dawniej i osiedlonych tu, jak wspomniałem wyżej, niewolników, przedstawia mieszczaństwo Santy Isabeli i nie jest liczniejsza nad 1500–1800 dusz. Ponieważ rodzice ich przesiedleni zostali przez Anglików i przez długi czas pozostawali pod wpływem i rządami angielskich misjonarzy, więc też dzisiejsi przedstawiciele tej klasy mówią po angielsku, najczęściej żargonem kolonialnym. Uważają język ten za swój ojczysty i zachowują zwyczaje przeważnie angielskie, częstokroć sparodiowane, a zawsze prawie nacechowane brakiem zamiłowania do czystości i ścisłości. Kolorowi ci obywatele są przeważnie protestantami, należąc zwykle do jakiejkolwiek z wegetujących wszędzie w koloniach przeróżnych sekt angielskich.
W ostatnich jednakże czasach rząd hiszpański zaczął pilniej śledzić za owymi misjami, pragnąc mieć w swych koloniach ludność uważającą się za hiszpańską, nie zaś angielską. Zaczyna się takowa też już przekształcać i w niedalekiej przyszłości będziemy prawdopodobnie widzieli na miejscu pp. Johnsonów, Davisów etc. jakiego Don Diega X., Don Pedra Y. lub Don Pabla Z., co się zresztą kolorowym bardzo podoba. Szumne nazwisko albowiem oddziaływa niezmiernie na wyobraźnię kolorowego dżentelmena: niejednokrotnie napotyka podróżnik pomiędzy nimi: pp. Walterów Scottów Miltonów, Szekspirów, Beaconsfieldów lub Diazów da Cunha, markizów de Cintra itp.
Trudniej będzie z kobietami, które są pod tym względem zwykle najważniejszym czynnikiem — i jeżeli rząd hiszpański chce jak najprędzej dopiąć swego celu, niechaj posłucha tej rady: niech sprowadzi do Fernando Poo kilkadziesiąt kolorowych przedstawicielek płci pięknej, mówiących wyłącznie po hiszpańsku lub choć po portugalsku, co bynajmniej nie byłoby trudne, i śledzi za postępami. „L’effet sera merveilleux”365 — odparł mi na to pewien Francuz, znający dobrze tamtejsze stosunki, i na pewno miał rację.
Zajęciem tej klasy ludności jest przeważnie skupywanie oleju od Bubisów i sprzedawanie takowego bądź do faktorii, bądź wprost do Europy. W tym celu niejednokrotnie cała rodzina wyrusza z różnymi towarami do gąszczu, do osad Bubisów, przebywa tam przez kilka lub kilkanaście dni i powraca z nabytym olejem do Santy Isabeli. Celują w tym skupywaniu przede wszystkim kobiety.
Kawalkada tego rodzaju wygląda niejednokrotnie bardzo oryginalnie. Do starej, obszernej i zwykle nieporządnie utrzymywanej łodzi wciska się pomiędzy niezliczone mnóstwo pudeł, skrzyń i pak cała kolekcja członków wybierającej się w drogę rodziny i domowników: sama „coloured lady”, najczęściej bardzo słusznej tuszy, kilka innych „dam” w powiewnych długich spódnicach, sporządzonych na wyrost, gdyż „damy” te mają te same inklinacje zaokrąglania swej śmiertelnej powłoki, kilku chłopców w wytartych ubraniach i kapeluszach, wreszcie pół tuzina piszczących Murzyniątek. Wszystko mieści się, gdzie może, na pakach lub pomiędzy nimi, i żywo gestykulując, odpływa całe towarzystwo do tego lub owego punktu wyspy, skąd prowadzi najbliższa droga do osady Bubisów obranej jako miejsce zamiany.
Niektórzy z tych czarnych dżentelmenów posiadają własne drobne faktorie, właściwie sklepiki tylko; inni znów farmy, małe plantacje, na których hodują przeważnie: kakao, kawę, oprócz jamsu coco i batatów.
Nie wszyscy jednakże z nich zajmują podrzędne stanowiska. Jest tu kilku czarnych plantatorów o bardzo znacznych obrotach handlowych. W zatoce San Carlos np., na zachodnim brzegu wyspy, leżą plantacje niejakiego Vivoura, czarnego właściciela, który zaczął swe interesy kilkanaście lat temu z kilkoma dolarami w kieszeni, dziś zaś jest on nababem wyspy, posiadając milionowy majątek — rozległe pola kakao, kawy, tytoniu, trzciny cukrowej i kilka własnych faktorii.
Pod względem rzemiosł przedstawia owa klasa ludności jeszcze niewiele ruchu. Santa Isabel posiada pomiędzy nimi kilku cieśli, stolarzy, ślusarzy, kilku krawców, szewca jednego. Oprócz tego nic lub niewiele więcej.
Trzecią kategorię ludności stanowią wspomniani deportowani powstańcy z wyspy Kuby, czarni i Mulaci, w liczbie 150–180. Są oni tu wolni zupełnie, wzbroniono im jedynie opuszczać wyspę do chwili oczekiwanej przez nich ustawicznie amnestii. Rząd wydaje im nawet tygodniowe porcje żywności, przez co zresztą pobudzał bezwiednie część Kubańczyków do lenistwa.
Mimo to jednakże rozpoczął się z ich przybyciem, jak nadmieniłem w ostatnim rozdziale, właściwy ruch plantatorski na wyspie i powstały pierwsze plantacje tytoniu. Odpowiadało to poniekąd nadziejom, jakie rząd hiszpański pokładał w przesiedleniu pewnej liczby Kubańczyków do tej kolonii. Był to w ogóle dawny plan władzy, a powstania na Kubie dostarczyły materiału i wytworzyły oficjalny powód do przymusowego przesiedlenia. Pobyt wygnańców na Fernando Poo dodał wyspie również więcej żywiołu i cech hiszpańskich, tak upragnionych przez rząd.
Pod względem inteligencji należeli ci Kubańczycy do najróżniejszych warstw swego społeczeństwa. Jedni mieli własne plantacje lub posady, bądź rządowe, bądź prywatne — ci zajmowali lepsze domki Santy Isabeli. Inni znów pracowali jako robotnicy na polach lub wyrabiali cygara, mieszkając w nędznych chatach, czyli raczej szałasach, zbudowanych z gałęzi bambusów i liści palmowych.
Niejednokrotnie, gdy upał całodzienny ustąpił miejsca wieczornemu chłodowi, powiodła mnie droga za miasto, ku tym chatom, w których często i chętnie przebywałem. Ostre, szare ich dachy spostrzec można było z daleka wśród bananów, kasawy366 i grządek tytoniu, a zwykłe „Buenas tardes, senor”367 zapraszało wejść do ich wnętrza i pogawędzić z mieszkańcami. Główną część tego wnętrza zajmował zwykle przygotowany zapas schnącego tytoniu, wiszący dokoła na ścianach i zapełniający cały kąt wysokiego dachu, na wilgotnej ziemi zaś stał stary, brudny tapczan, skrzynia, zawierająca nieliczne ruchomości gospodarza, a służąca równocześnie za stół, na niej stara blaszanka od sardynek napełniona olejem palmowym i przedstawiająca przy pomocy skręconego z czegośkolwiek knota — lampę; kilka kur dreptających dokoła i wygasłe ognisko z kociołkiem — oto prawie i cała chudoba wygnańca!
Dziwny czułem czasem pociąg do tych ludzi, a sympatia nasza była zdaje się wzajemna. Często wynurzali mi oni tu swe smutki i żale, a wśród tych postaci nieokrzesanych, zdziczałych niejednokrotnie i namiętnych taka nurtowała w głębiach dusz miłość i tęsknota do kraju zamkniętego dla nich i oddalonego tysiącami mil, że niejednokrotnie czułem się głęboko poruszony i następowały chwile, w których słowa są głuche. Milczałem też wtedy, przysłuchując się dalszemu ich opowiadaniu. Kubańczycy zaś czuli, że to milczenie więcej im znaczyło niż zwykłe: „Esperanza, amigos, esperanza!”368 podawane im często przez innych. W tych gawędach wieczornych poznałem niejeden rys z ich życia i bytu — mogę powiedzieć niejako historię Murzynów w Ameryce — a gdy zapadała noc i czas mi było wracać do domu, żegnali mnie tak serdecznym „Gracia, senor!”369, jak gdyby to trochę uczucia było dla nich już wilią powrotu do ojczyzny.
Była to jednakże, mimo to, garść ludzi gwałtownych i burzliwych najczęściej.
Po tych wieczorach smutku i tęsknoty następowały inne, zupełnie odmienne i nietrudne do pojęcia. Wtedy czara uczuć wrzących w sercu zaszumiała i jak z wulkanu wybuchały dzikie namiętności. Przy tańcach i szklance nietrudno im było porwać się do noża i zamiast cichej, skarg pełnej gawędy w chacie za miastem zaharcowały w tiendzie370 niedzielnej inne instynkty — rozbujało do szału, instynkty pragnące rumu, krwi, nieładu i wrzawy. Komisarz policji bywał wtedy bezsilny.
Inną ujemną stroną osiedlania Kubańczyków na wyspie Fernando Poo była ta okoliczność, że przybyli oni sami, tj. bez żon i rodzin. Brakowi temu zaradzali jak mogli, naturalnie na niekorzyść małżonków i ojców kolorowych dam Santy Isabeli, co sprawiło, że zapatrywania się matrymonialne tych ostatnich stawały się coraz bardziej elastyczne, a wreszcie wyswobodziły się zupełnie spod jarzma wszelkiego niedogodnego porządku rzeczy, dopasowując się do upodobań chwili. Za pierwszymi przykładami pospieszyła też niebawem cała młoda kolorowa generacja.
Przy opisie częstszych i późniejszych odwiedzin wyspy Fernando Poo, poznamy oryginalne zaiste sceny z życia domowego i rodzinnego, obserwowane wśród kolorowego obywatelstwa.
Arystokrację wreszcie miejscową stanowią biali, w chwili naszego przybycia bardzo jeszcze nieliczni. Oprócz gubernatora, kilku oficerów i urzędników oraz załogi z pontonu „Trinidad”, było wtedy w Fernando Poo ogółem ośmiu białych, a mianowicie: trzech agentów angielskiej faktorii, należącej do firmy John Halt et Comp. z Liverpoolu, dobry nasz przyjaciel Jeronimo Lopez, którego wkrótce poznamy na pięknej jego plantacji, agent domu A. Gazulla z Walencji, proboszcz miejscowy, oraz angielski misjonarz z żoną, jedyną białą kobietą na wyspie. Europejczyków tych jednakże podróżnik rzadko spotyka na ulicach, jak zresztą wszędzie w koloniach podzwrotnikowych. Upał całodzienny zatrzymuje ich w domach, dopiero wieczorem, około szóstej, odbywa białe towarzystwo swe spacery, a z nim wybitniejsi i ambitniejsi reprezentanci kolorowego obywatelstwa, starającego się zwykle kopiować mniej lub więcej skrupulatnie ruchy i zwyczaje Europejczyków.
Spacery te odbywają się najczęściej za miasto, ku mostowi nad Rio del Consul, lub po pięknych cienistych alejach, ciągnących się przez kilka kilometrów i należących do najpiękniejszej plantacji, aczkolwiek wtedy bardzo zaniedbanej, plantacji pp. Gazulla et Comp.
Mówiąc o plantacjach, nie mogę nie nadmienić, że stanowią one (głównie zaś plantacje kakao) coraz większą ponętę tak dla białych, jak również dla cywilizowanych czarnych. Jest to albowiem przedsiębiorstwo zupełnie pewne, a dające niezmierne zyski, wynoszące przeciętnie 50–100%.
Wyspy Fernando Poo, São Tomé i Principe są głównymi i jedynymi prawie dotychczas punktami eksportującymi kakao w Zatoce Gwinejskiej. Dziwna ta roślina, której owoce w kształcie niewielkich melonów nie wyrastają z gałęzi, lecz z pnia, częstokroć obwieszonego nimi, znalazła sobie tu grunt odpowiedni i prosperuje w zupełności.
Urządzenie plantacji kakao jest zupełnie analogiczne z urządzeniem plantacji kawy. Podczas gdy kawa jednakże wymaga wiele pracy ręcznej przy oczyszczaniu ziarn, zbieranie kakao, przeciwnie, odbywa się bez wszelkich prawie zachodów. Robotnicy odrywają od pnia dojrzałe melony, łamią je, wyrzucają ziarna na maty do osuszenia, a następnie, gdy takowe nastąpiło, zbierają je w workach, zawierających 100 funtów każdy, a cenionych na rynku w Liverpoolu po 60–70 szylingów (30–35 rs.).
Kwadratowy kilometr zasadzony drzewami kakaowymi (dającymi pierwsze plony po trzech latach), zawiera zwykle 250 000 roślin. Przypuśćmy więc, biorąc wyjątkowo złe warunki, że jedno drzewko daje tylko 1 franka dochodu w przeciągu roku: otrzymamy z tego wcale pokaźną sumę 250 000 fr., w której koszta wynoszą zaledwie 1/5 część, stąd 200 000 fr. czystego dochodu.
„W takim razie — odpowie sceptyk — wszyscy plantowaliby kakao”.
„Zapewne — muszę zauważyć — lecz okoliczność, że klimat zabierze 50% z tych wszystkich, rzuca najczęściej strumień zimnej wody na plantatorskie zapały Europejczyków w tych stronach”.