Obraz trzeci
Wielka sala balowa przeistoczona na czarodziejski pałac. Tłumy publiczności. Na galeriach, w lożach pięter i parteru wychylone ku głębi rażąco-białe gorsy koszul, koafiury i obnażone ramiona kobiece. Wnętrze sali tak doszczętnie zapełnione jest przez publiczność w fantastycznych kostiumach, w strojach balowych i frakach, że dla tańczących został jedynie wąski, dwumetrowej szerokości, przesmyk, jak elipsa obiegający wokół salę. W przesmyku tym krążą, kołują do taktu walca i marząco wypoczywają pary tańczące. Muzyka rozkołysała już ludzką masę. Wysoce artystyczne a oryginalne upiększenie sali za pomocą witrażów i specjalnie w tym celu wykonanych obrazów przez najmodniejszych artystów — dodaje zabawie szczególnego uroku. Balkon przystrojony jest fryzem, zwieszającym się na salę. Żyrandole elektryczne, przyćmione fantastycznymi przezroczami, rzucają światło podnoszące nastrój nerwowy. — Wszystkie oczy kierują się ku sztucznie wzniesionej estradzie przybranej w girlandy kwiatów, gdzie zza pąsowej kotary z ciężkiego aksamitu mają się ukazywać fantastyczne postacie i symbole. Snują się coraz żywiej gospodarze balu. Gwar rozmów staje się coraz bardziej podniecony i przemienia się jak gdyby w akompaniament dla innerwacyjnych ukołysań muzyki. Zapach perfum ulatuje nad salą. Migocą brylanty i roziskrzone oczy, lśnią wielobarwne materie, pióra wachlarzów i łagodnie mieni się między czarnymi frakami biały atłas. Nowe fale wciąż napływają przez rozwarte drzwi, a nie znajdując już miejsca w sali, wypełniają przedsionki, parlatoria, marmurowe schody i boczne korytarze. Radość kipi w tym tłumie jak szampan w kielichu. Zbiorowy, radosny pół okrzyk ciżby balowej daje się słyszeć, gdy z nagła rozsunięto szkarłatną zasłonę. Jakoby w ramach szerokich ukazuje się postać kobieca w czarnym, szerokofałdzistym, aksamitnym kostiumie. Wysoki, czarny kaptur okrywa jej głowę, obfita szata, niby z całunu ściągniętego z katafalka uszyta, osłania jej postać. U dołu szaty wyhaftowane białe róże śliczny stanowią ornament, szlak jak gdyby żałobny. Mała rączka, w tym na pozór celu, żeby dać swobodę zstępującym stopom, wolno unosi brzeg żałobnie ciężkiej szaty i odsłania w cielistej pończosze nogę aż do kolana. Spod posępnego kaptura wychyla się piękna twarzyczka, nosząca znamię niemal — dzieciństwa, tudzież skończonego diabelstwa. Naiwne, błękitne oczy zezują na prawo i na lewo, delikatne usteczka przystrajają się w uśmiech czarownie zepsuty od zarania. Snopy rażącego światła reflektorów, umieszczonych gdzieś w głębi teatru, padają na postać, uwydatniając niezwalczony wdzięk tej rozpustnej żałoby. Piękna, aksamitna suknia boleśnie lśni w świetle. Pod czernią falują od wzruszenia młode piersi. Postać z lekka nachyla się, gdy ją kamienuje burza oklasków, i zsuwa się falisto ze schodów, zupełnie jak towarzyszka Messaliny w obrazie Aubry Beardsley’a. Z grupy panów stojącej obok estrady słychać głosy.
PIERWSZY
Cóż za uśmieszek!
DRUGI
Co za spojrzenie!
PIERWSZY
No, to musi być numer taka panna!
DRUGI
Co za wdzięk w uchyleniu tej czarnej spódnicy...
TRZECI
Czy nie znajdujecie panowie, że taka spódnica to przecie dla nas klęska.
DRUGI
Ona to dobrze wie.
TRZECI
Jeżeli wie, to czemuż urąga naszemu bólowi.
PIERWSZY
Może ów ból dałoby się za jakąś cenę ukoić...
TRZECI
A czy nie wiecie przypadkiem, kto to taki?
DRUGI
Oho! — Już połknęliśmy haczyk...
TRZECI
Ależ nie! Tylko że wyszła tak niespodziewanie, jak z obrazu tego rozpustnika Beardsley’a wyszła, jak tamta wychodzi zza cielska Messaliny.
DRUGI
A gdzież jest Messalina?
PIERWSZY
Dajże pokój! Wszakże ta żałobnica wystarczy...
Rozwarła się, przed chwilą zawściągnięta, zasłona. Ukazał się rycerz, zakuty od czuba do pięt w błyszczącą zbroję blaszaną, w hełmie ze spuszczonym nanośnikiem, z olbrzymim mieczem drewnianym i kitą, świeżo umalowaną na czerwono. W tłumie słychać głosy.
PIERWSZY
A... otóż i nieodzowny rycerz...
DRUGI
No, dobrze, owszem. Widzimy. Brawo, rycerzu, z ciotczynym piórem, świeżo ufarbowanym! Widzieliśmy.
TRZECI
Jesteśmy ludzie niewojenni, nad-cywilni, pozamilitarni. Nic nie mamy do czynienia z pałaszami. Darmo nas podjudzasz do „czynu” swym blaszanym durszlakiem.
CZWARTY
Podnieś no — nieustraszony — maskę z fizjognomii!
TRZECI
Nie udźwignie, bo to z prawdziwej blachy cynkowej, wyprodukowanej w Dąbrowieckim Zagłębiu.
DRUGI
Ostrożnie! To może jaki Zawisza Czarny...
TRZECI
Dziś już takich nie ma. Są tylko Wisusy spod Czarnej Topoli.
CZWARTY
No, i czegóż on jeszcze stoi? Widzieliśmy, nawzdychaliśmy się. Jesteśmy ludzie umiarkowanej ambicji Bella gerant alii — mój blaszany Zawiszo — my siejemy rzepę wszędzie, gdzie się tylko da, tudzież buraki na tym właśnie miejscu, gdzie toczyły się boje. Potrzebujemy godziwej zabawy i dlatego przybyliśmy w to miejsce — nie znajdujemy jednak, żeby patrzenie na ciebie...
TRZECI
Potrzebujemy widoku ognistych kobietek...
CZWARTY
O, ten znowu swoje! Nie nadajesz się do dyskusji.
TRZECI
Ja, istotnie, sam to czuję, że nadaję się tylko do dziewcząt...
PIERWSZY
Panowie! Skoro niczego nie szanujecie, szanujcie wszelako — przeszłość.
TRZECI
My przeszłość szanujemy w miarę możności — wszelako wolimy od najbardziej szanownej przeszłości najbardziej współczesne facetki.
Rycerz, oburzony do żywego daremnym wyczekiwaniem na oklaski, zstępuje okrakiem ze schodów, szeleści złośliwie blachą, kiwa strusim piórem i bezsławnie przepada w masie. Po chwili w szeroko rozsuniętych połowicach zasłony ledwo się może pomieścić dama, odziana w doskonale stylowy strój z czasów Diego Velasqueza. Doskonały jest długi jej stanik i podpięcia krótkiej, a niebywale szeroko rozpiętej sukni. Spod splotu rudej peruki wyzierają prześliczne, błękitne oczy i rysy nieposzlakowanej piękności, jakby w kamei rzeźbione. Głosy w dalszych i bliższych grupach widzów.
PIERWSZY
Bogowie! Cóż to za śliczna papużka...
DRUGI
Ależ to mieszkanie, lokal — taka spódnica.
TRZECI
Lokatorze, uważaj no, że wokół słuchają damy.
DRUGI
Ależ ja w najniewinniejszej myśli, po prostu...
TRZECI
Ja wiem, że ty po prostu...
CZWARTY
Księżniczko! Infantko! Królewno!
TRZECI
Patrzcie, panowie... Z odległych wieków, z dworu Filipa IV przyszła do nas ta dama. Jest jak u siebie. Rozstąpcie się, zróbcie miejsce dla niepisanej jej mości krynoliny. Nie przybyła do barbarzyńców...
DRUGI
Przybyła do narodu, który umie czcić wszelkie na świecie krynoliny.
TRZECI
W tej złośliwości kryje się prawda. Jesteśmy bliscy kultury zachodu — starej i nowej. Drogi nam jest zachód. Cierpimy, przykuci do wschodniego barbarzyństwa.
DRUGI
Cierpieliśmy zresztą tak zawsze. Już Wacław Potocki w Wojnie chocimskiej opiewał nasze zmartwienia:
„Nikt do nas, my na wszystkie posyłamy światy
Po trunki, po korzenie, szkiełka i bławaty.
W tym kmiotków naszych poty, w tym ich toną prace
Kuchnie żółcić i winem oblewać pałace”.
TRZECI
Co za pamięć! A przecież — jak wówczas, tak samo i dziś satyryk był, jest i będzie u nas instytucją najmniej pożądaną i pożyteczną. To rzecz szczególna, że z Polakiem wszystko można zrobić pochwałą, nic naganą. Taka natura.
DRUGI
No, bat nic sobie nie robi z tej natury. Poza sferą bata, istotnie, najbardziej pożytecznym był dla nas zawsze ten, kto w nas wmawiał przymioty, jakich zgoła nie posiadamy. Zdaje się, że to zawsze tak będzie. Pochlebstwo, zda się, najbardziej nas będzie zawsze jednoczyło w naród.
TRZECI
Jakąż społeczność, jakie towarzystwo osób może jednoczyć brutalstwo, wypowiadane prosto w oczy i ze złośliwością? To przecież jest czynnik destrukcyjny...
Dama à la Velazquez zstępuje śród oklasków na swych wysokich korkach i natychmiast, otoczona przez tłum mężczyzn, wplata się w taneczne koło. Miejsce jej na estradzie zajmuje dama jak gdyby wyjęta z Rape of the lock Pope’a w koafiurze niezmiernie wysokiej i wspaniałej, w sukni dekoltowanej, strojnej i szerokiej. Z oczu jej, ze skrzywionych usteczek, wieje przewrotność, pasja i zmysłowy szał. Dama budzi sympatię. Słychać głosy.
PIERWSZY
Urocze jest, moi panowie, życie, zaręczam wam. Nigdy nie skusi mię wasz pesymizm...
DRUGI
Życie jest śmiesznie piękne, jak ta dziewczyna, odziana w tak niewiarogodne objawy cywilizacji zachodniej.
TRZECI
Ona mi przypomina Mozarta, jego muzykę w Cosi fan tutte.
DRUGI
Panie! Życie przemija jak sen. Nie możemy go wcale pojąć, jak nie można pojąć snu. Starość jest zła, potworna, jak przebudzenie ze snu. Jakże wrócić życie, jak wrócić sen?
CZWARTY
Sztuka, poezja...
DRUGI
Sztuka...
Dama zstępuje wśród powszechnego aplauzu. Wychodzi zza zasłony ułan polski, wszystek złoty od żółtych rabatów i lampasów. Lśniący kask bajecznie ozdabia jego zadartą głowę — kita diablo stroi kask. Ułan ćmi fajeczkę brûle-gueule, poprawia szablę i uśmiecha się z tryumfem do burzy, do szaleństwa oklasków. Głosy.
PIERWSZY
Nasz!
DRUGI
Oto właśnie! Tego chcieliśmy widzieć!
PIERWSZY
Brawo! Jakby wyrwany z naszych serc!
TRZECI
Nareszcie coś, co krzepi ducha i raduje oczy. Co to za strój, co za dzielność.
CZWARTY
Do mordowania Hiszpanów, broniących swej ojczyzny.
TRZECI
O — już jest!
PIĄTY
Pierwszą nagrodę ułanowi!
TRZECI
„Na wojence — jak to ładnie,
Kiedy ułan z konia spadnie:
Koledzy go nie żałują,
Jeszcze końmi go tratują...”.
INFANTKA
w stroju à la Velázquez do grupy otaczających ją młodzieńców
Kiedyż panowie przywdziejecie nareszcie takie oto ułańskie stroje?
BLONDYN
Pani! Już wkrótce. Już bliski jest ten czas.
BRUNET
Czy organizuje się znowu jaki bal kostiumowy?
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Młody Izydor Działoszycki — dawniej Działoszycker — kazał się portretować w stroju tego ułana. Malował go sam Drągal, zwany Pinturichio... Mundur i inne efekta żołnierskie, które mamy szczęście widzieć na tym indywiduum, są indywidualną własnością Izia z Działoszyc Działoszyckiego.
DAMA W WIEKU
do otaczających pań
„Matkami niewojennej — niech wam wstyd będzie zwać się generacji”...
PAN Z ZAROSTEM
do wykształconego sąsiada na ucho
Czy to jest z tego Słowackiego?
PAN WYKSZTAŁCONY
szeptem
To, zda się, z Leopardiego87.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Ten Leopardi nosił przez całe życie garb z tyłu i garb z przodu. Za pośrednictwem garbu na przedzie brzemienny był w tak krwiożercze aforyzmy.
PAN Z ZAROSTEM
Takie wiersze w epoce rozbrojenia i konferencji w Hadze! My zawsze spóźnieni jesteśmy w stosunku do Europy i jej kultury co najmniej o pół wieku.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
uspokajająco
To tylko mamy na pociechę, że możemy się łatwo rozbroić. Gwiżdżmy na tego żołdaka, zmuśmy go jednomyślnie, żeby zmykał do garderoby, zdjął lampasy, oddał je do zbrojowni Izia Działoszyckiego — i już po naszym rozbrojeniu. Jak sądzisz?
PAN Z ZAROSTEM
Mogłoby to damom zrobić przykrość, gdybyśmy się względem tego żółtego lansjera czy szwoleżera tak nieżyczliwie i niegrzecznie zachowali. Byłoby to nie po polsku, niegrzecznie i nie wiedziano by z jakiego powodu.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
I na to jest rada. Moglibyśmy się zasłonić względami natury politycznej. Moglibyśmy zapytać, czy należy drażnić czynniki miarodajne widokiem żółtych lampasów w chwili wytężonych „zabiegów” naszego przedstawicielstwa i w sposób lekkomyślny utrudniać wymienione zabiegi? Jak sądzisz?
PAN ŁYSIEJĄCY
Dysputa polityczna? Panowie — w konie! Zmykajmy, uchodźmy sromotnie do bufetu, zasłońmy się od walki tych stronnictw małą czarną i większym Curassao de Chypre.
GRONO DAM
Ułan — brawo! Ułan — brawo! Brawo!
Ułan z męstwem schodzi ze stopni. Na jego miejsce wysuwa się nieśmiało zwyczajny zakonnik, jowialny grubasek z uśmiechniętą twarzą. Wita go szept przychylny, pomruk radosny. Głosy.
PIERWSZY
A — bardzo nam miło powitać...
DRUGI
Czy to jest wyżej wzmiankowany ojciec Gaudenty?
PAN STARSZY
Moi panowie! Drwijcie sobie z czego wam się podoba. Tylko już od tych spraw — z daleka!
PIERWSZY
My sądziliśmy, że właśnie należałoby się tej sprawie przyjrzeć z bliska.
PAN STARSZY
W takim rozbiciu, jak obecne, niechaj to jedno przynajmniej zostanie świętością: kapłan katolicki.
DRUGI
Ależ niech zostanie świętością — my nic nie mamy przeciwko temu.
PAN STARSZY
On nam uporządkuje społeczny stosunek warstwy do warstwy, postawi na właściwym stanowisku, co zostało zepchnięte przez obłąkańców i szaleńców — on wreszcie zaprowadzi wśród ludu należytą oświatę.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Tak jest. Właśnie i ja sądzę, że po podkopaniu Macierzy88 — jest to czynnik najbardziej powołany do zaprowadzenia należytej oświaty.
PAN STARSZY
Po podkopaniu Macierzy... Łaskawy panie — niech przepada szkoła polska, której nie prowadzi kapłan katolicki!
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
To życzenie już się ziściło. Jeżeli weźmiemy cyrkiel i jedną jego odnóżkę umieścimy w jakimkolwiek punkcie na mapie naszego kraju, a drugą odnóżką zatoczymy koło w stosunkowym promieniu czteromilowym, to na pewno w tym okręgu nie znajdziemy ani jednej szkoły, prowadzonej przez kogokolwiek.
PAN GRUBY
do kolegów
Panowie — ostrzegam, tu jest dyskusja o oświacie, o Macierzy i tym podobnych akcjach naglących. Ukazanie się tego świętobliwego starca może spowodować jakieś grubsze składki. Skierujmy się raczej w tamtą stronę, gdzie mówią o rzeczach mniej niebezpiecznych...
Zakonnik uroczyście, ale bez głębszego wrażenia schodzi z estrady. Złączono zasłony. Kiedy się znowu rozsunęły, ukazuje się osobliwa postać kobieca. Jest wysmukła, przecudnie wyniosła. Dwa czarne skrzydła wyrastają z jej ramion. Jedno z nich, wyrosłe z lewego ramienia, strzela wysoko i daleko w górę. Drugie, przetrącone zwisa i wlecze się po ziemi. Czarna, skrwawiona, potargana szata osłania jej ciało. Wzburzone włosy opasuje żelazny sznur, spięty nad czołem dwiema psimi czaszkami. Bezsilne ręce wsparły się na wielkim mieczu, po którym krew ściekała przed chwilą. Czarujące, tajemnicze, straszliwe oczy widziadła spoglądają w gromadę tańczącą. Bezwładna ręka wzniosła się z głowni miecza i spoczęła na przetrąconym skrzydle, jakby je chciała nastawić i popchnąć do lotu. Ale nie mogło dźwignąć strudzonej postaci skrzydło wywichnięte i nie mógł jej utrzymać sandał zbroczony. Bezwładna ręka opadła na głownię. I znowu nieopisane oczy zwróciły całą swoją siłę w tłum. W tłumie pomruk, niechęć, złość, gniew. Słychać głosy.
PIERWSZY
A to co ma znaczyć?
DRUGI
Co to jest właściwie?
TRZECI
Jakiś symbol...
DRUGI
Cóż za symbol? Co znaczy ten symbol?
DZIENNIKARZ ŚLAZ
Już ja się domyślam! Panowie! Jest to echo, zabłąkane z epoki pamiętnej anarchii umysłów, obnażeń płciowych i doktrynerskiego radykalizmu na wszystkich polach etyki i socjologii.
PIERWSZY
Ach, więc to tak...
DZIENNIKARZ ŚLAZ
Spekulanci sensacji, histerycy społecznikujący sądzili, że, pokazując nam to piękne dziwo, wytworzą znowu efekt jak za ekstazy wiecowej.
DRUGI
Pomyłka, łaskawcy! Gruba pomyłka!
DZIENNIKARZ ŚLAZ
Umysłowość warszawska zbudziła się już z maligny i ze smutnym uśmiechem ironii spogląda wstecz na dzieje tych bachanalii myśli i słowa, w których sama grała rolę korybantki89.
PAN Z ZAROSTEM
Doskonale mówi!
PAN ŁYSIEJĄCY
Bagatela! — Ślaz.
DZIENNIKARZ ŚLAZ
Koncert waszej ekstazy myśmy nareszcie zdołali zagłuszyć naszym protestem rozsądku i dobrego smaku. Nie damy się już nigdy włóczyć przez oszalałe menady90 i opluwać przez legiony histeryków i histeryczek.
PAN Z UCZERNIONYMI WĄSAMI
Znakomicie! Po prostu aksjomaty91.
PAN ROZTARGNIONY
A kto to mówi tak dużo?
PAN Z ZAROSTEM
Jak to? Nie wiesz? Toż to sam Ślaz.
PAN ROZTARGNIONY
Sam Ślaz? A cóż to za jeden?
PAN ŁYSIEJĄCY
No, Ślaz, publicysta, pisarz, dziennikarz.
PAN STARSZY
Pokażcie mi tego Ślaza, niechże go zobaczę i usłyszę.
DZIENNIKARZ ŚLAZ
Można dziś już rozpocząć dyskusję z jaką taką przynajmniej nadzieją, że w pijanym do niedawna społeczeństwie logika odzyskała swe prawa...
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Czy on może na serio zechce rozpocząć tu wykład i dyskutować na temat, jak to logika odzyskuje swe prawa? Co do mnie, to wolałbym rozpocząć dyskusję z tym skrzydlatym symbolem. Czy widzicie te oczy? Toż to cudo! Spróbujmy ją zaczepić, gdy zejdzie na ten padół. (Szeptem do sąsiada.) A nuż dałoby się ją wziąć na stajenkę... Ja bym wiele ryzykował...
PAN ŁYSIEJĄCY
Panowie! Słuchajcież z łaski swej. Toż to Ślaz mówi!
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Niech ten Ślaz mówi do innych. Przecie on nic innego nie robi, tylko pisze lub mówi. Kiedy pisze, przypomina mi jedną z działających kiszek gumowych, którymi stróże warszawscy polewają systematycznie rozprażoną ulicę. Woda, strzelająca z kiszki, przypomina strzały, ale to tylko nasza ułuda. Przed każdą warszawską redakcją stoi jakiś Ślaz i co dzień strzelającą wodą ze swej kiszki redakcyjnej polewa ulicę. Przed każdą kamienicą stoi materialny stróż i polewa ulicę. Wszystko to pod dyrekcją komisarzy policyjnych. Jedno i drugie zjawisko jest konieczne. Jedno i drugie zjawisko świadczy, że logika naszego bytu już jest znowu w murach tego, pijanego do niedawna, miasta, ale przyznajcie, na litość — jakże nudne!
PAN STARSZY
Gdyby nie Ślaz, nie tak łatwo, jak się to na pozór wydawać może, władza przywróciłaby porządek w kraju. Panowie! Szanujmy Ślaza! Niemało się przyczynił do ocknienia społeczeństwa z owej strasznej maligny...
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Ja nie jestem ulicą, a Ślazowie pobierają wynagrodzenie za pilne manewry gumową kiszką i usilność w polewaniu ulicy. Nie widzę powodu, dlaczego miałbym wysłuchiwać trzaskania wody.
PAN STARSZY
Ze smutkiem widzę, że nie jesteś pan patriotą.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Patriotyzm może być jedynie kultem piękna. Patriotyzm jest systematem myślenia i sumą uczuć osłaniających piękno tarczą ochronną przed barbarzyństwem. Nie widzę w Ślazie nic pięknego.
PAN STARSZY
Wyobraża on pożytek społeczeński.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
A więc podwójmy mu honorarium. Ja sam najchętniej dołożę nadwyżkę, jaka na mnie przypadnie.
PAN Z ZAROSTEM
Co to jest? Ślaz przestał mówić. Ślaz gwiżdże!
PAN ROZTARGNIONY
W istocie ten Ślaz gwiżdże.
PAN Z ZAROSTEM
Widocznie zaszła potrzeba.
PAN ROZTARGNIONY
Czy wszyscy mamy gwizdać?
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Do diabła! Taka śliczna dziewczyna...
PAN STARSZY
Ale jej się zachciało upiększać okropności i ohydy ruchu rewolucyjnego, anarchię, dzikie rozpasanie bandytyzmu, zachciało jej się sztucznie pięknością zacierać straszne obrazy zwierzęcości w Łodzi, orgie feminizmu walczącego o równouprawnienie płciowe, zachciało jej się na naszym biednym gruncie symbolizować owymi skrzydłami ekspozyturę rewolucji rosyjskiej — mówię — rosyjskiej...
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Przepraszam... Jako zwolennik ścisłości, chciałem zapytać — dlaczego „rosyjskiej”?
PAN STARSZY
Dlatego „rosyjskiej”, że ten przymiotnik — „rosyjskiej” — w opinii ogółu polskiego miażdży ohydę zjawiska w zarodku, zabija samo principium tak doszczętnie, jak sublimat właściwie użyty zabija laseczniki. Dlatego — „rosyjskiej”. Czy to nasyciło pańską pożądliwość ścisłości?
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
To wyjaśnienie nasyciło moją pożądliwość ścisłości, ale zabiło ścisłość pańskiego dowodzenia tak doszczętnie, jak sublimat właściwie użyty zabija laseczniki.
PAN STARSZY
Czy mogę żądać wyjaśnienia — dlaczego? Mianowicie — dlaczego?
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Dlatego mianowicie, że ohydę zjawiska istotnego można zabić jedynie odczynnikiem istotnym. Zabicie principium za pomocą jego nieścisłej genealogii i wmówienia jej w siebie, tudzież w ogół — jest czynnością ściśle polską, czyli nieobiecującą procentu od wyekspensowanego92 kapitału. Jako zasadniczy przeciwnik rewolucji polskiej poszukiwałem na nią odczynników zabójczych niewątpliwie...
PAN ROZTARGNIONY
do sąsiada
Czy to jakie pe-pe-pe?
PAN Z ZAROSTEM
Zdaje się, że to jest jakieś przemądrzałe pe-de, łyse od najwcześniejszej młodości...
PAN ŁYSIEJĄCY
Panowie! Dość tych rozpraw... Podobno należy gwizdać.
PAN ROZTARGNIONY
No, więc gwiżdżmy nareszcie!
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Ja nie będę gwizdał. Rewolucja jest zwalczona, więc po co się tu fatygować. Zwalczają ją czynniki w tym celu powołane. Zresztą... ta śliczna dziewczyna...
Postać, wyobrażająca rewolucję, zstępuje z wolna ze schodów, wlokąc po ziemi wyłamane skrzydło. Suną się z trudem ze stopnia na stopień krwawe jej sandały, bezwładnie w ręku zwisa ociężały miecz. Nim postać ta dosięgła niechętnego, wzburzonego, a tu i ówdzie wrogiego tłumu, rozdarła się zasłona, ukazując w widzialni nową postać. Jest to Goyi93 Aquellos Polvos94. Skazaniec w wysokiej, śpiczastej, pisanej czapce z żeńskim pióropuszem siedzi na czarnym stołku. Szata dziwaczna, malowanymi po niej diabłami, rodzaj ornatu, okrywa go. Twarz jego wyschnięta w więzieniach, wargi sczerniałe w torturach, dłonie boleśnie ściśnięte od długich mąk. Oczy wbite w ziemię. Głosy.
PIERWSZY
Znowu coś odrażającego!
DRUGI
Ci dekadenci po prostu lubują się w brudach, w obrzydliwościach, w perwersjach i okrucieństwach.
TRZECI
No, to zakrawa już na jakąś prowokację! Cóż to za zabawa, gdzie pokazują same ohydy?
PIERWSZY
Kogóż to ten drab ma wyobrażać, co pokazuje?
DRUGI
Jakieś nowatorskie teoryjki, nowinki z czwartego piętra, osądzone przez rozum publiczny.
TRZECI
Jakiś tedy nowator.
CZWARTY
Jakiś ateusz, burzyciel, nowinkarz, mędrek, zbawca ludu, łowca dusz, łapichłop.
TRZECI
Co za misterna czapeczka!
PIĄTY
Nosek się kawalerowi wydłużył.
SZÓSTY
Buzia zamilkła.
TRZECI
Schudła i wydłużyła się rączka.
CZWARTY
Bo to najprawdopodobniej jakiś Żyd albo socjalista.
PIĄTY
A więc powiadacie, że socjalista?
TRZECI
Socjalistyczny Żyd.
PIERWSZY
Żydowski socjalista.
DRUGI
Ach, ty socjal-żydzie, ty żydowska papugo!
TRZECI
Ty dekadencie! Naga duszo95! Jawny lubieżniku!
CZWARTY
Zwyrodniały altruisto, perwersyjny histeryku wyrozumiałości dla grzechu, ty, litościwa negacjo wszelkich kryteriów etycznych, ty, siewco zgnilizny, obrońco łotrów, wrogu ojczyzny i rodziny!
PIĄTY
Zamieraj co prędzej, psie diabelski!
TRZECI
Schowajcie co prędzej to wstrętne żydowskie doktrynerstwo!
CZWARTY
Zasunąć kotarę!
PIĄTY
Nie chcemy patrzeć! Zabrać to co prędzej!
SZÓSTY
Precz z tym! Do trupiarni!
GŁOS Z GŁĘBI SALI
Panowie! Obrażacie wizerunek cierpienia...
TRZECI
Precz z cierpieniem! Tu jest bal, nie szpitalna sala. Cierpienie powinno być wyrzucone do odpowiednich instytucji.
MŁODZIENIEC ZŁOŚLIWY
Pragniemy właśnie popchnąć w kierunku trupiarni to, co się ma ku zgniliźnie. Nic więcej.
PIERWSZY
Kiedyż nareszcie pozwolą nam odetchnąć spokojem, ciszą, pięknem?
DRUGI
Toteż nie zwracajmy uwagi!
TRZECI
Pogardźmy wszystkim tym i tańczmy!
CZWARTY
Tańczmy!
Zasunęła się kotara. Cisza. Daje się słyszeć głos zza zasłony.
CZAROWIC
Panie! Panowie! Szeroko, szerzej zatoczcie taneczne koło. Nadszedł nareszcie po nocy tak długiej wesela waszego czas. Nie możemy — niestety, niestety! — przywołać skrzypka godnego was, który by wam do tańca zagrał ulubioną piosenkę. Gdyż odszedł skrzypek ze służby waszej i narzędzie muzyckie zabrał ze sobą. Panie! Panowie! Przywołaliśmy w nędzy naszej ku waszej uciesze muzykusa, na jakiego nas stać. Ubrał się w co ta miał. Związane wprawdzie ma ręce, ale wam zaśpiewa piosenkę ulubioną. Wybaczcie prostakowi. Śpiewajże państwu piosneczkę, warszawski chochole!...
Zasłona się potargała. Stanęła między jej połowami i zaraz zstępuje ze schodów postać w nakrochmalonym perkalowym worze trójkątnym, spadającym aż do samej ziemi. Śpiczasty róg worka sterczy nad głową postaci. Głowa jej od tułowia oddzielona jest pętlicą stryczka. Reszta urwanego postronka zwisa na piersiach chochoła aż do ziemi. Milczenie zrazu grobowe w tłumie, później popłoch, ścisk, przekleństwa, ucieczka. Słychać krzyki.
PIERWSZY
Gdzież jest policja?
DRUGI
Co robi policja?
TRZECI
Wołać policji!
CZWARTY
Policja! Policja!