Sprawa druga
Biuro w policji tajnej. Wielka, ciemna izba. W głębi drzwi obite blachą. Na prawo mniejsze drzwi, obite ceratą. Z lewej strony wąskie, wysokie, zakratowane okno. Przód sceny oddzielony jest od głębi grubą, wyświechtaną balustradą, wysokości połowy korpusu człowieka. Z tamtej strony balustrady, w głębi sceny, stoją pod ścianami szerokie, grube ławy. Z tej strony balustrady, od widowni, po lewej ręce widzów biurko naczelnika. Na nim księgi, lampa, dzwonek i przybory do pisania. Po prawej ręce widzów, w pobliżu drzwi głównych, pali się wciąż nierówno drżący płomyk gazu. Półmrok. Gdy podniesiono zasłonę, widać w półmroku głębi na ławach ciemne figury oczekujących. Jest ich osiemnastu. Jedni drzemią nieruchomo z głowami opartymi o mur, inni rozmawiają cichaczem, ku sobie nachyleni. Ktoś chrapie z głową opartą na zgarbionych plecach sąsiada. Czterej chodzą z kąta w kąt, rozmawiając. Słychać gwar rozmowy, z którego dolatują słowa i zdania.
PIERWSZY
Już większego magla jak tamten we czwartek, widzi mi się, że nigdy nie będzie.
DRUGI
Skądże to wiesz, te, Pitagoras? Mnie się i dzisiaj jakoś patrzy łupa jak nigdy.
PIERWSZY
A ja wam mówię, że on sam musiał się nad tamtą zastanowić. O Dudzie się nic nie dowiedział. A kto wie, czy to na wierzch nie wylezie, co z nim było. Kto wie, czy on za tamto nie beknie?
DRUGI
Pleć, gadaj! Koło brylantowe albo włodzimierza z bantom i mieczami dostanie. Wiesz ty teraz?
TRZECI
Kto tam co dostanie, to dostanie, a ciebie, bracie, albo kramolnik kacprem przeżegna, że stracisz ciepło i idziesz się grzać pod zieloną kołderkę, albo w ryło od naczalstwa. Takie twoje pieskie przeznaczenie...
CZWARTY
Co z luftu warczysz? Gnał cię tu kto do dziadowni? Sameś się prosił w szpiony, a teraz wyrzekać! Bierz smutek w troki i wystawiaj dęba, gdzie ci śpiluje.
TRZECI
Jest takie jedno, że nie daje smutku w troki wiązać. W kieszeni, bracie, ani jednej łzy, do żałowania daleko, dzieciska skwierczą. A nie wątło cięgiem łeb trzymać na pniaku. Lubi się życie, po prawdzie powiedzieć...
CZWARTY
Lubi się życie i piwonię u Mańki.
DRUGI
Lubi się, kasztanie, piwonię wlewać, a juchę lubi się lać na ziemię, do jasnego skonania! Niechże też czerwona chlusta w ziemię za moje sobacze życie! Tak czy nie?
CZWARTY
No, jużci tak — o co chodzi? Czego to gębą na próżno pleść?
DRUGI
Chciałeś wolności, pętaku, masz wolność. Gdzie możesz prać psią jego mość człowieka, aże mu z kinola wszystka jucha wyciurka? Na ziemię — he? Gdzie ma ciurkać? Do nieba? A gdzie masz taką wolność, jak nie tu, w dziadowni? Pozwolą ci prać, psia ich mać, gumą, bykowcem, sprężyną we skórze — i pierzesz, bracie, do zielonego skonania. Bo widzisz, bracie, za twoje sobacze życie!
W głębi słychać monotonną śpiewkę, którą półgłosem nuci.
SZÓSTY
„...I każdemu podarunek dała:
Najpierwszemu kijem pod kolana,
A drugiemu dziewczyna nie sama”...
PIĄTY
Beki polują na nas, my na nich, bałwanów. Sobacza je ich mama — „Polska niepodległa”!
TRZECI
O, Chrypa, ten wiedział, gdzie prawda. Chrypa! Te, galicyjski matołek, krakowski całujęrączka, powiadaj, jaka jest prawda...
CHRYPA
Cichajcie, chłopcy! Nie trza prawdy powiadać. Musi się skołatana ojczyzna w jedno zlepiać, to się też i schodzimy w jedno miejsce.
PIĄTY
A tak, my tu są wszyscy iz pod triach zaborow96.
TRZECI
Chrypa chodził bez szelek po Krakowie, słuchał, jak hejnał grają, rączki jaśniepanom całował za to, że portek nie ma, a teraz swój własny zegar nosi na łańcuchu ze śrybła97, brzucha nie może zapiąć w łódzki kort98, trzydzieści papierów chowa co miesiąc w pulares99.
CHRYPA
Zarobek jest abo go nie ma. Ale który z was, gnojki warszawskie, potrafi tak się spracować jako ja? Już jak ja, bracie, tnę kramolnika w pępek, to od jednego tchu macha kozła na Bródno, w piachu się bawić100. Nasza krakowska: nie dajmy się!
SZÓSTY
śpiewa półgłosem
„A trzeciemu koszulę do pasa
I wygnała z kozami do lasa”...
PIĄTY
Co womitujesz101, Stasiek, te wiersze? Co siebie smęcisz102 i drugiego, te, warszawski poeta? Całe, mówię, towarzystwo we flanelę owijasz i smęcisz, kapusiu zatracony.
TRZECI
Daj mu spokój, daj spokój i sam siedź cicho.
PIĄTY
Efekt psuje! Co tu są Powązki czy Bródno103? O efekt idzie, nie o niego. Efekt to grunt, a jego niech jenerał-gubernator do chrztu trzyma — mnie co do tego?
CZWARTY
On mi, Stasiek, coś schudł i dlatego takie pieśni wyśpiewuje.
PIĄTY
Nie schudł wcale, tylko był przedtem z obu stron nabity, a teraz stęchł104 i bez to105 nie pasuje do siebie samego.
SZÓSTY
śpiewa półgłosem
„...A czwartemu kaszę z dychawicą,
A piątemu chorobę z tęsknicą,
A szóstemu szydło w głowę wbiła”...
CHRYPA
Żeby się magiel prędzej skończył, to całą kompanią idziemy najprzód na girę, a potem do Mańki. Mam sześć papierowych fałatów i trochę szmergla. Stawiam — Stasiek słyszysz? — czterdziestkę per twarz — i agata do rana. Stasiek — tobie Franka malowana na gniado106. Zaraz ozdrowiejesz, bracie!
SZÓSTY
Dobra! Tak to lubię, Waluś. Już jak ty powiesz, to warto ucha nastawić. Chwacki z ciebie krakowiaczek!
CHRYPA
On, Stasiek, tu w dziadowni taki osowiały. Jak wyjdzie na Miodową, sztywniak na pomadzie przekrzywi, parkan od palta sztorcem najeży, a zaczną na niego grzebieluchy psykać — zaraz mądrzeje.
SZÓSTY
„...A Jasiowi wianuszek uwiła”...
PIĄTY
A Jasiowi wianuszek francuski uwiła...
SZÓSTY
„Bo jak będzie słońce i pogoda
Przyjdź, Jasieniu, do mego ogroda”...
PIERWSZY
Daj no filipusa, krakowiaczku.
CHRYPA
No!
SIÓDMY
Nie kopć tu, bo i tak smród wszędzie i smród, psiakrew! — w duszy.
PIĄTY
W porę se jaśnie pan przypomniał. Wszystko, jak robić w porę, to robota gra.
SIÓDMY
Idź ode mnie. Nie skowycz!
PIĄTY
No?
SIÓDMY
Idź, mówię! Smród — psiakrew! — w duszy. Merkaptany107 dokoła — psiakrew!
PIĄTY
Słyszycie, filory, kawaleria warszawska? Jaśnie pan cierpi na duchu. I czego? Przecie jaśnie pan z naczelnikiem przez pół na ty. On do jaśnie pana: ty, draniu! A jaśnie pan mógłby do niego tak samo, ale przez dobre wychowanie woli: panie naczelniku...
SIÓDMY
Wściekam się, merkaptanie! Wiesz, drabie, co to merkaptan?
PIĄTY
Nie miałem dotychczas ciekawości, proszę łaski pana dziedzica.
SIÓDMY
To ty tak śmierdzisz, jak merkaptan, i ja tak śmierdzę, jak merkaptan. Mercurioaptusy jeden z drugim — tfu!
PIĄTY
Teraz to już wiem. To tak: nóżeczki pana naczelnika pieczołowicie a z pokorą umyć i brudek polską buzią według skinienia wypić. To już wiem, jaśnie panie.
SZÓSTY
śpiewa
„Oj łoże, łoże, ślicznie malowane,
Któż na tobie będzie spał?”
SIÓDMY
Skończ z tym wyciem, francuski pudlu!
PIĄTY
Szlachcic, widzę, giry dzisiaj nie wąchał i bez108 to taki niełaskaw na kolegium. Pójdziemy zaraz po łupie do Mańki, będzie knajpa i znowu nam zapachnie życie.
SIÓDMY
Pożycz rubla, drabie, to z wami pójdę. Inaczej nie pójdę, hołoto!
PIĄTY
Dobra! Idzie warsztat. Któż by nie wsparł srebrnym kantem niezamożnego studenta polskiego, srodze — ach! — przez wrogów ojczyzny więzionego w warszawskim ratusiu109?
SIÓDMY
Dawaj tego rubla i — słyszysz? — pluń mi w zgniłe serce! Pluń mi w zgniłe serce!
CZWARTY
A pluńże mu w zgniłe serce!
PIĄTY
Kiedy nie wiem, którędy się dostać do jaśniepańskiego zgniłego serca...
CZWARTY
W ślepie mu pluń na wszelki wypadek. Zawsze się coś dostanie...
PIĄTY
Ale gdzie? Wyjmie batystową chusteczkę i wytrze do sucha. A resztę grzebieluchy110 wycałują w gabinecie na Krakowskim.
CZWARTY
Święty opłatek spożywał jak jarzynę, żeby się z Pana Jezusa natrząsać, a sobie ulżyć, pies zatracony!...
SIÓDMY
Idź z donosem.
CZWARTY
Żebyś dwa razy nie radził!
SIÓDMY
No!
CZWARTY
Chciałaby dusza jeszcze raz między prowoki111, ale już żandary nie bierą. Psiekrwie moskale!
SIÓDMY
Milcz, ty chamie!
PIĄTY
Milcz, ty chamie, bo tera mówi urzędnik spod czarnego kasztana...
Dzwonek elektryczny. Wszyscy momentalnie milkną i zasiadają na ławach. Wchodzi Naczelnik. Agenci zrywają się na równe nogi. Naczelnik, człowiek lat czterdziestu paru, przystojny, szczupły brunet, średniego wzrostu. Ubrany po cywilnemu, wykwintnie, zeszedł w milczeniu przed szeregiem, na nikogo nie patrząc. Otworzył drzwiczki w balustradzie, dostał się na przód sceny i zamknął drzwiczki za sobą. Usiadł przy biurku. Dał znak, żeby osiemnastu siadło. Na pewien czas zatopił się w swych papierach. W pewnej chwili przycisnął ręką krążek dzwonka. W bocznych drzwiach ukazał się policjant. Naczelnik dał mu znak skinieniem ręki. Czterej żołnierze wprowadzają do sali robotnika Osta, okutego w nożne kajdany. Postawili go przed balustradą. Wyszli. Naczelnik przycisnął znowu krążek dzwonka. Czterej inni żołnierze wprowadzili Czarowica w nożnych kajdanach. Postawili go przed balustradą. Wyszli. Czarowic i Oset znajdują się przed agentami
NACZELNIK
do Czarowica
Pańskie nazwisko — Czarowic.
CZAROWIC
Tak.
NACZELNIK
Imię — Jan?
CZAROWIC
Tak.
NACZELNIK
Kawaler?
CZAROWIC
Tak.
NACZELNIK
Pseudonim partyjny?
Czarowic milczy
Pseudonim partyjny — Lech? Nieprawdaż?
Czarowic milczy
NACZELNIK
do Osta
Twoje nazwisko — Oset?
OSET
Tak.
NACZELNIK
Imię — Andrzej?
OSET
Tak.
NACZELNIK
Jesteś wdowiec?
OSET
Tak.
NACZELNIK
Rodziców nie masz?
OSET
Nie.
NACZELNIK
Masz dziesięcioletniego syna?
OSET
Mam syna.
NACZELNIK
Twój pseudonim partyjny — Szaweł? Nieprawdaż?
Oset milczy
NACZELNIK
wskazując na Czarowica, do Osta
Od razu powiedz: czy znasz tego człowieka?
OSET
Nie znam.
NACZELNIK
z ironią
Od razu powiedz formułę: pierwszy raz go widzę na oczy.
OSET
z ironią
Pierwszy raz go widzę na oczy.
NACZELNIK
Tak. A ja ci radzę, jak człowiek, który wie wszystko o tobie i który wie, co cię czeka, przyjrzyj się temu panu, poznaj go i staraj się zmiękczyć swój los wyznaniem prawdy. To ci powiem: nie zobaczysz ty więcej swego chłopaka. Słyszałeś?
OSET
Słyszałem.
NACZELNIK
Przypomnij sobie dobrze, przypatrz się temu panu, żebyś się zaś nie pomylił. Namyśl się. Ja ci podpowiem: to jest pan Czarowic, Lech. Cóż? Nie znasz go?
OSET
Nie znam.
NACZELNIK
Mnie tu dano niewątpliwe wskazówki, że to ty właśnie z tym oto panem Czarowicem różne roboty majstrowałeś.
OSET
Żadnych ja z nim robót nie majstrowałem. O niczym nie wiem!
NACZELNIK
Zaraz, zaraz! Nie tak znowu prędko! Jeszcze nie wiesz, jak i co, a już — „żadnych”! Ja, bratku, mam najdokładniejszą wiadomość, że to wy na spółkę z tym panem Czarowicem zabiliście generała. Tyś strzelił z mauzera, a pan Czarowic wydarł karabin nadbiegającemu żołnierzowi i ocalił cię od złapania. Tyś skoczył przez parkan i uszedłeś ogrodami ku Wiśle, a pan Czarowic powalił żołnierza na ziemię. Kiedy ludzie się zbiegli, znikł w tłumie. To prawda czy nie?
OSET
To wierutne bajki, nie żadna prawda. Ja tego pana Czarowica, czy jak go tam zwać, na oczy w życiu nie widział...
NACZELNIK
A tego nie było, żebyście na spółkę rzucali maszynę112 do karety gubernatora wojennego?
OSET
Nawet mi szkoda na odpowiedź psuć sobie gęby.
NACZELNIK
A gdzież ty w takim razie wtedy byłeś?
OSET
Kiedy?
NACZELNIK
No, wtedy, gdzie byłeś, jak on był w Kaliszu? Gadaj!
OSET
Ja o niczym nie wiem. Może byłem w domu, a może we fabryce, przy marmurach, gdziem113 zawżdy robił. Ja nie wiem wkiedy114! Miesiące, kwartały, lata siedzę w kryminale.
NACZELNIK
Ty mi to powiadaj wyraźnie, gdzie byłeś, kiedy Czarowic tę bombę rzucił?
OSET
Kto jego wie, gdzie ja był! Możem115 był w domu, może we fabryce, gdziem116 zawżdy stał przy robocie.
NACZELNIK
Więc powiadasz wyraźnie, że wówczas, gdy Czarowic tę bombę rzucał, tyś był w domu albo we fabryce.
OSET
Pewnie, że w domu albo we fabryce.
NACZELNIK
Kiedy Czarowic bombę rzucał, tyś był w domu...
OSET
Jaką znowu bombę?! Ja o niczym nie wiem.
NACZELNIK
Powiedziałeś sam, że wtedy, jak Czarowic bombę rzucał...
OSET
Gdzie, wkiedy ja to powiedział?! Stoją tu ludzie, słyszą, niech świadczą! Czym ja o czym takim parę z gęby puścił? Nic nie wiem, pierwszy raz słyszę.
NACZELNIK
Boisz się, żeby przy tylu świadkach nie zmięknąć. Rozniosłoby się: taki solidny kawaler, sam Szaweł, rozkleił się i sypie...
do Czarowica
A może pan przypomni Ostowi jaki szczegół.
Czarowic milczy
Na przykład co do dawnego projektu, w czasie sekretnego pobytu ministra w Warszawie. Pan to pamięta? Dawne czasy. Jego ekscelencja przyjechał do Warszawy incognito, w towarzystwie tylko jednego urzędnika, chodził po najodleglejszych ulicach, po Starym Mieście, codziennie bywał na obiedzie u Stępkowskiego... Czy wówczas nie bywał pan na ulicy Orlej, na pewnym trzecim pięterku? Razem z Ostem? Czy tam nie przychodził jeszcze pewien człowiek? Ów człowiek, ciemny szatyn... imieniem... Anzelm? Co? Czy pan tam nie przyniósł pewnego dnia kufereczka do podróży, płaskiego, z Anglii rodem? Pudełko było z jasnej skóry, z etykietami hotelów w Nizzy117, w Interlaken. Na froncie miało kartę z ogromnymi literami: Bertolinis Palace Hôtel w Neapolu. Pan pamięta to pudełko?
Czarowic obojętnie milczy, jakby nie słyszał wcale, że do niego mówią
Co zawierało to pudełko? Oset, powiesz czy nie?
Oset milczy
Ja dobrze wiem, co się tam znajdowało. Mógłbym szanownym panom przedstawić całe wnętrze. Mógłbym szanownym panom zrobić niespodziankę i postawić do oczu tego trzeciego, który tam z wami był na Orlej... Niestety! Już on nie żyje. Zabity został przez towarzyszów szanownych panów. Przed śmiercią szczere dał wskazówki i co do tej sprawy również. Oset! Wiem o wszystkich twoich sprawach dokładnie. Już to, com wymienił, prowadzi na schodki. Tylko najszczerszym przyznaniem się do winy możesz karę złagodzić.
do Czarowica
Pana, bywalca, praktyka, znawcę musi pewno dziwić tak niezwykłe badanie, w obecności tylu arbitrów. Pan, co tak zna prawa, obyczaje, warunki, pan, co tak panuje nad wszystkim i nad sobą — pan, co nazywa gubernie „województwami”, kraj przywiślański — „Polską” w protokołach urzędowych — musi się jednak zdumiewać, patrząc na moje praktyki. Ja też dla pana specjalnie przygotowałem to niezwykłe badanie.
z okrucieństwem
Nie myślę się z wami długo bawić, miesiącami czekać na łaskę, żebyście prawdę zeznać raczyli.
do Osta
Czy będziesz natychmiast zeznawał prawdę?
OSET
zimno
O niczym nie wiem.
NACZELNIK
Czyś z mauzera strzelał do generała?
OSET
wyniośle i zuchwale
Nie ma na mnie żadnego dowodu. Kto mię gdzie widział? Ten pies, co na nas o wszystkim i o Orlej naszczekał, ziemię podłym pyskiem żre. A ja o niczym takim nic a nic nie wiem. Wszystkiemu zaprzeczam.
NACZELNIK
Chrypa! Poproś no go z łaski swej, żeby nie wrzeszczał, bo tu nie szynk na przedmieściu, a ja dobrze słyszę.
Agent Chrypa podchodzi cichaczem z tyłu do Osta i uderza go pięścią w lewe ucho. Oset, oszołomiony, zatoczył się bezwładnie na prawo między grupę szpiegów, którzy z ław wstali i zbliżyli się do balustrady.
AGENT DĄSIK
mruknął rozkaz
Ścianę robić!
do Osta
Co się na mnie pchasz?
Uderza go pięścią w prawe ucho i odtrąca od siebie. Oset zatoczył się w lewą stronę. Agent Stasiek uderza go w głowę z tyłu i rzuca bezwładnego na balustradę. Oset przez chwilę obwisł z bezwładnymi rękoma na balustradzie. Po chwili dźwignął się na nogi.
OSET
bełkoce
Choćbyście... choćbyście bili... zabili... to samo...
NACZELNIK
do Czarowica
To na pańską cześć uczta, panie inspiratorze ludu do czynów rewolucyjnych. „Porządek stary już się wali”... No to ja go podtrzymam! Milczenie jest złotem, ale nie zawsze i nie wszędzie. Tu się waluta zmienia, a to dzięki temu, że stąd na plac ratuszowy nie wszyscy wyjdziemy. Dzięki temu, że stąd niektórzy wyruszą pod Wrótnię118 Iwanowską i ani kroku dalej, milczenie staje się śmiesznie bezwartościową cyną. Tu tylko szczera gadatliwość ma wartość złota.
do Osta
Mów wszystko szczerze od razu, bo każę bić.
OSET
obraca się gwałtownie twarzą do szpiegów; szepce w śmiertelnej zgrozie
Między szpiegami... nasze towarzysze!
krzyczy
O niczym nie wiem! Nic wam nie powiem!
NACZELNIK
Dąsik! Cóż ty tam dla parady stoisz? Ucisz tego zbója. Co on tu krzyki...
AGENT FLAŃTUS
do sąsiada
Kituj!
Szpieg Dąsik wymierza Ostowi cios w prawą skroń. Oset rzucił się skokiem na niego. W tej samej chwili Chrypa uderzył go w lewą skroń. Szpieg, zwany Szlachcicem, wymierzył Ostowi policzek.
OSET
w szale
Nic wam nie powiem!
Szpieg Dąsik bije go raz wraz w piersi. Chrypa uderza go pięścią w zęby. Szpieg, zwany Szlachcicem, wymierza mu straszliwy policzek. Oset w tańcu straszliwym kołem toczy się i wlatuje w tłum szpiegów. Ci go uderzeniami w skronie odtrącają od siebie i podają jedni drugim. Oset biega w kole, wciąż padając i cudacznie podskakując od ciosów. Wśród szpiegów szczery śmiech.
NACZELNIK
Potańcz i ty, kochanku. — Karnawał teraz w Warszawie...
OSET
po uderzeniu
Nie powiem!
po uderzeniu
Nie powiem!
po uderzeniu
Nie powiem!
Czarowic bez drżenia muskułu patrzy spod powiek na to widowisko. W pewnej chwili rzucił się skokiem ku obronie Osta. Czterech najtęższych agentów chwyciło go za ręce.
NACZELNIK
Puścić! Oset! Powiesz prawdę, to każę przestać?
OSET
w kole szpiegowskim
Powiem.
NACZELNIK
Mów wyraźnie.
OSET
Są tu... dawne towarzysze...
Zbawicielu! Zbawicielu!
Padam do nóg jeich... dawnych towarzyszów... Dopraszam się łaski... Jako że już z tego miejsca nie wyjdę. Syna mam, chłopaka małego, Michałka. Jedynaście mu lat. W Kielcach. We fabryce się spytać. Michał imię, jedynaście mu lat. Przez polską mowę proszę i przez dawną pamięć. Jako że pana Czarowica nie znam i na oczy nie widziałem... Więc polskie ludzie obecne proszę i przez polską mowę zaklinam... Żeby zaś na szpicla nie wyszedł... Zbawicielu! Zbawicielu! Święte słowo mu zanieść...
NACZELNIK
To ty romanse... Co masz do powiedzenia?
OSET
Nic wam, psiekrwie, moskiewskie wychowanie, nie powiem! A ty, Zbawicielu, Zbawicielu! — daj do samego końca w honorze...
NACZELNIK
Dotrwasz, bratku, w honorze... Lejba! — przynieś no pręciki...
Szpieg Lejba podbiega truchtem i podaje dwa pręty stalowe metrowej długości. Agenci chwytają Osta znienacka pod pachy i wyciągają jego ręce poza balustradę w stronę Naczelnika.
Dajże te grabcie, dajże te łapiny, głuptasie. Zaraz ci ulży, jak pójdziesz w szczerość. Dostaniesz kieliszek koniaku i do spania — osiołku rewolucji. Dajże te łapiny...
Agenci składają dłonie Osta, który nie wie, o co chodzi, i rozstawiają złożone palce. Naczelnik wsuwa między palce równoległe pręty stalowe, a potem oburącz zaczyna ściskać z całej mocy jednocześnie końce prętów. Chrząsnęły miażdżone kości palców. Oset zawył z bólu. Oczy jego zapadły w głąb oczodołów. Usta sczerniały. Czarowic podnosi się na palcach, kołysze się miarowo na nogach, jakby miał tańczyć. Uśmiech okrywa jego usta. Naczelnik puścił pręty.
NACZELNIK
do Czarowica
Powtarzam, że to na pańską cześć uczta. Pan zbyt niełaskaw na siebie i na tego głuptaska, kieleckiego Mucjusza Scevolę119. Pan się nawet raczy uśmiechać. Lecz ja jestem od tego, żeby wytrwałość do góry nogami wywracać. To trudno — ja przetrzymam każdą teorię, każdą partię, każdy spisek i każdego bohatera. Umiem wynajdywać prawdę za dziesiątą skórą, wydrapać ją igiełką z najkrwawszej ranki. Przetrzymałem już takich mężów, że pan zblednie, gdy powiem imiona. Cóż pan jeszcze każesz mi robić z tym nieszczęsnym, głupim Ostem? Jak go doświadczać? Bo to pan nad nim pracujesz, nie ja. Ja muszę wiedzieć, skoro jedyny świadek zeszedł ze świata.
Czarowic milczy
Oset — gdzie poznałeś Czarowica?
OSET
trzęsąc zmiażdżonymi palcami
Ty! Ścierwo! Psie!
NACZELNIK
Hilary! Zamknij mu pysk.
CHRYPA
do agenta Hilarego
Złamać!
OSET
nagłym skokiem rzuca się na Hilarego i usiłuje go uderzyć dygocącymi rękami
Judasz!
Szpieg Hilary uderza Osta w głowę. Oset zatoczył się, potknął i padł na ziemię. Szpieg, zwany Szlachcicem, z całej mocy kopnął go nogą w bok. Szpieg Dąsik plunął mu w oczy. Szpieg Chrypa wymierzył mu cios w brzuch. Dźwignęli go z ziemi i biją w twarz z obu stron. Widać pięści ściśnięte, słychać sapanie, klątwy, razy i głuchy, urwany krzyk Osta.
OSET
Zbawicielu!
NACZELNIK
Dajcie mu teraz tchnąć. Niech sypie.
OSET
z ziemi
Nie! Nie! Nie!
Upadł pod nowymi ciosami. Kopią go wszyscy. Krew rzygnęła raz i drugi na ziemię i na ich nogi. Naczelnik wstał ze swego miejsca. Z trzaskiem otworzył drzwiczki w balustradzie. Staje nad leżącym z notesem w ręku. Na dany znak przewracają Osta twarzą ku sufitowi. Szpieg Chrypa rzuca się kolanami na piersi leżącego i bije go wielokroć w twarz, w gardziel, w piersi.
NACZELNIK
dał znak, żeby przestać. Do Osta
Gadaj!
OSET
dźwignął się na ręce. Oślepłymi oczami szuka Czarowica. Jęknął
Niech... żyje...
Chrypa słowo „Polska” wbija mu pięścią w gardziel. Krew broczy z ust. Zemdlał. Wszyscy odstąpili. Wycierają chustkami ręce i spocone karki.
NACZELNIK
do Czarowica
Oto jest pańska zdobycz, pańska ligawka120, na której sobie grasz patriotyczne piosenki. Wyznaję, że ta ligawka pięknie gra. Wyciągnąłeś pan dzielnego, uczciwego chłopaka z fabryki. Zrobiłeś z niego zbrodniarza, zabójcę. A ilu takich! Stworzyłeś szkołę morderców, instytucję produkującą bandytów. Podsunąłeś mu do wykonania najśmieszniejsze zamysły. Pan jesteś romantyk, znudzony bezczynnością, błędny rycerz, szukający przygód, a on przez pana tutaj leży.
Wrócił na swe miejsce przy biurku. Drzwiczki w balustradzie zostały otwarte. Naczelnik przez chwilę patrzy na Osta leżącego nieruchomo. Uderzył w dzwonek. Drzwi środkowe otwarły się. Wszedł policjant.
NACZELNIK
do policjanta
Zabrać!
Wkracza sześciu żołnierzy z karabinami. W ich liczbie żołnierz, który był121 nocą stał na straży obok szubienicy.
CZAROWIC
skoro tylko żołnierze weszli, mówi do nich głośno w języku rosyjskim
Żołnierze! Macie w ręku broń. Jesteście sługami ojczyzny. Nosicie w sercu surowe męstwo i prostą prawość. Patrzcie! Świadczę przed wami: bezbronnego człowieka bili tutaj w kilkunastu bez dowodu winy. Macie w ręku broń. Czy zniesiecie, żeby ci cywilni tchórze, zdrajcy swego narodu, was używali do posług? Czy zniesiecie, żeby ci nikczemnicy wobec was bili mężnego człowieka? Żołnierze! Hańba wam, jeżeli pozwolicie bić związanych i nie obronicie samotnych ludzi w niewoli waszej. Zasłońcie nas bagnetami od pięści podłych zbrodniarzy!
żołnierze milczą
Zginąć od waszych bagnetów w walce — to rzecz słuszna. Ale czyliż zniesiecie...
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
do Czarowica
A ty lepiej milcz!
DRUGI ŻOŁNIERZ
śmiejąc się
Brechun!
TRZECI ŻOŁNIERZ
Zbuntowałeś się, to cię biją. Nie buntuj się — i bić cię nie będą.
ŻOŁNIERZ SPOD SZUBIENICY
bezdźwięcznym szeptem do Czarowica
Słysz ty! Ej ty! Słysz...
NACZELNIK
Zabrać!
Żołnierze podsuwają pod leżącego bagnety, krzyżują je i tworzą z nich jak gdyby nosze. Dźwignęli Osta. Wywlekają go przez drzwi środkowe. Głowa jego bezwładnie zwisa i długie, więzienne włosy zamiatają podłogę, ciągnąc po niej smugę czerwoną. Ręce się wloką przez próg. Drzwi w ciągu chwili były otwarte. Czarowic wydobywa chustkę, idzie na środek w to miejsce, gdzie Oset leżał, przyklęknął i ściera chustką krew z ziemi. Tłum szpiegów, gdy Czarowic się ruszył, rozdziela się na dwie bandy, tworzące dwa półkola, żeby mu zamknąć drogę do drzwi. Gdy on krew ściera, pierwsza pół-banda szepce chórem.
PIERWSZA PÓŁ-BANDA
Krew ściera z ziemi — patrzcie, patrzcie!
DRUGA PÓŁ-BANDA
Co szepce cicho — podsłuchajmy.
PIERWSZA
To nam tak zemstę poprzysięga.
DRUGA
Patrzą w nas ślepia skamieniałe.
PIERWSZA
Dygoce gęba wykrzywiona.
DRUGA
Wszystką krew zgarnął w chustkę białą.
PIERWSZA
Na śmierć nam zemstę w sobie przysiągł.
DRUGA
Teraz w zanadrze chustkę chowa...
PIERWSZA
Nie wyjdziesz z chustką tą na bruk!
DRUGA
Nie spojrzysz nigdy w polskie miasto!
PIERWSZA
Nie ujrzysz nigdy zboża w polu!
DRUGA
Wyjdziesz z tą chustką w sień śmiertelną.
PIERWSZA
Pod namydlony sznur na bloku.
DRUGA
Tam cię przywita mistrz czerwony.
PIERWSZA
Włożą ci ornat na ramiona.
DRUGA
Białym kapturem nakryją włosy.
PIERWSZA
Chustką se wytrzesz łzy ostatnie.
DRUGA
Chustką se zatkasz krzyk w gardzieli.
PIERWSZA
Chustką zasłonisz strach na gębie.
DRUGA
Chusteczką krwawą przyjaciela.
Na dany przez Naczelnika znak agenci rozpierzchli się na prawo i na lewo, głównymi i bocznymi drzwiami. Zostaje Naczelnik i Czarowic.
NACZELNIK
Otóż jesteśmy sami. Dość tragedii! Pomówmy bez gróźb, przesady, deklamacji i rozgoryczenia. Sam pan widzi, że gra idzie w otwarte karty. Wszystko teraz zależy od pana samego. Przekonał się pan, że na nic bojówki, szaleństwa rewolucyjne, romantyzmy. Wszystko o panu wiemy. Wszystko nam Anzelm od a do z powiedział. A że nie mamy tego świadka, to drobiazg. Panie — to drobiazg. Zapewniam pana, że inny Anzelm znajdzie się w szeregu, który pan za współwyznawców uważasz. Znajdzie się nie dziś, to jutro pod blokami szubieniczki. Przyjdzie w to miejsce i wszystko o panu wyśpiewa. Czy to jest pańska rola, człowieka z towarzystwa, posiadacza takiej fortuny, tułać się po kryminałach, współdziałać z wyrzutkami społeczeństwa, z podmiejskim motłochem w zabójstwach skrytobójczych, w napaściach na prawnych urzędników państwa, w grabieżach i rozbojach? Panie! Jestem urzędnikiem policji, ale pojmuję duszę pańską. Chcę panu podać rękę, chcę pana wydźwignąć.
ciszej
Powiem panu prawdę. Dałoby się wiele zamazać... Powie pan prawdę co do niektórych szczegółów. Nie będę wymagał wszystkiego. Rozumiem pana. Resztę puści się w niewiadomą gmatwaninę sprzeczności i zatrze. Ów głupi Oset zapewne nie wytrzyma. Był to jedyny już, ostatni świadek. Rozumie pan teraz, dlaczego ja dziś tak ostro postępowałem z tym... osłem? Jakieś zesłanie, skąd, niestety, rewolucjoniści uciekają z taką łatwością... Im prędzej pan zechce nam ułatwić sprawę, tym lepiej dla pana. Sam pan widzi, że chcę przyjść z pomocą i zaskarbić sobie pańską dozgonną wdzięczność...
CZAROWIC
Pan już zaskarbiłeś sobie moją dozgonną wdzięczność.
NACZELNIK
Czy tak? Jakże to mam rozumieć?
CZAROWIC
Kiedy byłem w tutejszym więzieniu, jeden z funkcjonariuszów pokazywał mi separatki, gdzie pan składałeś swoich klientów z ranami szarpanymi, z przetrąconymi kośćmi, z odbitymi płucami.
NACZELNIK
No i cóż z tego?
CZAROWIC
Teraz zobaczyłem na własne oczy samą akcję i ustanawiam sylogizm wdzięczności dla waćpana.
śmieje się głośno, coraz głośniej, zupełnie szczerze. Podnosi się na palcach i kołysze, jakby miał tańczyć
Pan tu wspomniałeś: karnawał w Warszawie... Warszawa tańczy do upadłego, do białego dnia. I ja mam chęć dziś tańczyć do upadłego, upaść w radosnym tańcu!
NACZELNIK
Cieszę się z pańskiego nastroju.
CZAROWIC
Pan i panu podobni, nie wiedząc o tym wcale, zadaliście swemu panowaniu w mojej ojczyźnie rany szarpane, poprzetrącaliście jego kości, odbiliście mu płuca. Już nie wyżyje, dzięki wam, Rosja w Polsce! Skona tu, na tej podłodze, we krwi Osta, którą ja w chustkę zgarnąłem. Patrz pan: czerwona róża.
Wydobywa i pokazuje chustkę.
NACZELNIK
Tak pan sądzisz?
CZAROWIC
Po powstaniu sześćdziesiątego trzeciego roku byliśmy jedynie skatowaną szlachtą, społeczeństwem bez ludu. Wyście wtedy nam, szlachcie-narodowi, lud mądrze wydarli. Teraz, w tej rewolucji, którą pan uważasz za ukończoną, zdławioną, myśmy wam lud nasz ze szponów wyrwali. Przez mękę bezprzykładną, niesławną dzisiaj, przez szalone i dzikie koleje losu, które nam, ludziom „z towarzystwa”, każą kasy publiczne rabować, — wyrwaliśmy wam nasz lud. I to już na wieki. Kupujemy go od was uczciwie, płacimy szczodrze. Ale już go wam nie odprzedamy za żadną cenę na ziemi.
NACZELNIK
z szyderstwem
Kupcy — bandyci!
CZAROWIC
ponuro
Jest w naszej poezji jedno słowo... „Dopóki tyle głów z ich pokolenia nie padnie pod toporem kata, ile rubli wzięli z kazny122 moskiewskiej, to kraj nie ożyje”. Widzisz waćpan, że my wypłacamy według ścisłego rachunku, wystawionego przez proroków.
NACZELNIK
Chcielibyście panowie szlachta wykupić się z niewoli krwią tego ludu, który przez tyle wieków kopaliście żelaznymi butami. Ale to na nic!
CZAROWIC
Nie zmyjesz pan ze szmat, z duszy i ze wspomnienia chłopa polskiego i robotnika krwi, którą tu wylewasz! Wasze tortury budzą z martwych dusze. Wasza szubienica pracuje dla niepodległej Polski. Wieszacie na niej raz wraz podbój dusz ludu polskiego i potęgę waszego carstwa. Po dalekich siołach idzie wędrowne, w kurzu krwi zrodzone podanie o tym, jak wspaniale umierał za niepodległość Okrzeja, Baron, Izdebski — i tylu innych. Obejdzie ono wszystkie drogi, trafi do każdego domostwa. Zrozumieją wszyscy polscy ludzie, jak niezgłębioną krynicą regeneracji narodu była ta rewolucja, jak żywa siła bić zaczęła z tej wody, w boleściach wydanej przez ziemię naszą.
NACZELNIK
Metafizyka niewoli, panie Czarowic! Solatium servitutis — nic więcej. Lud sprzedaje żandarmom wasze tajemnice, jak żyto, perkal i imbier — za gotowe pieniądze. Lud polski jest w naszych rękach.
CZAROWIC
Przyszła do niego polska inteligencja ze szkołą, ze stowarzyszeniami, z organizacją. Wyście po barbarzyńsku, z bezdenną głupotą wszystko zdusili. Lud zapamiętał ten krótki czas. Ujrzał przez krótką chwilę, co mu dawała Polska, i ujrzał, co daje Rosja. Jeżeli jeszcze wśród nas są prowokatorowie i zdrajcy, to nasza wielka wina. Nasza wielka wina! Ale nadejdzie dzień, gdy zmyjemy do ostatniego znaku ten najwstrętniejszy stygmat waszego panowania!
NACZELNIK
Dosyć tych gawęd! Deklamator! Czy będziesz pan mówił prawdę?
CZAROWIC
Nie będę już nic mówił. Na mnie strach nie działa. Podstęp również.
Naczelnik uderza w dzwonek. Ta sama banda osiemnastu agentów wchodzi znowu głównymi drzwiami. Stanęli przy drzwiach bocznych i zasłonili główne. Na dany znak półkolem otoczyli Czarowica.
NACZELNIK
do Czarowica
Kto strzelał do generała? Oset czy ty?
Czarowic milczy
Chrypa! Spytaj go, co mówi...
Agent Chrypa uderza Czarowica w lewe ucho. Czarowic zatoczył się bezwładnie na prawo między szpiegów. Szpieg Dąsik uderza go w prawą skroń. Szpieg, zwany Szlachcicem, wymierza mu policzek. Szpieg Stasiek plunął mu w oczy. Puszczają go w taneczne koło.