Sprawa trzecia
Noc. Księżyc świeci. Zupełna cisza. Żołnierz, ten sam, który był pilnował szubienicy, przechadza się na warcie pod wrotami, prowadzącymi w stronę Wisły. Czarowic, po przepiłowaniu krat w oknie swej celi, przymocował do tego okna linę skręconą z prześcieradeł i cicho wyrzucił ją na zewnątrz. Dan, więzień z sąsiedniej celi, po przepiłowaniu krat w oknie swym, przymocował do niego również linę skręconą z prześcieradeł i cicho wyrzucił ją na zewnątrz. Zagozda, dla ułatwienia im obydwu ucieczki, zostaje w więzieniu, ażeby odwiązać i wyrzucić linę Czarowica, bez której nie mogliby spuścić się ze stromych murów fortecy. Obydwaj uciekający na komendę Zagozdy jednocześnie co do sekundy siedli okrakiem na ramie okiennej, wysunęli się na zewnątrz i wolno, cicho, jak dwa upiory popłynęli w dół w chwili, kiedy Żołnierz tyłem się do więzienia odwrócił i przemierzał przestrzeń placyku. Stanąwszy na ziemi, w ciemnej framudze muru, czyhają na chwilę, kiedy Żołnierz odwrócił się, przeszedł szerokość placu i stanął przed nimi. Wtedy spadła na ziemię lina odwiązana przez Zagozdę. Jak dwa tygrysy skoczyli na Żołnierz, stryk z liny zarzucili mu na szyję, zdusili, koniec liny wbili mu w usta. Potężnym wysiłkiem wydarli karabin obezwładnionemu nagłą napaścią. Obalonemu na ziemię Czarowic bagnet przystawił do piersi.
CZAROWIC
szeptem
Leż! Zabiję!
Żołnierz gwałtownym ruchem porwał się z ziemi, usiłując zarazem wyrwać z ust knebel. Skoczył na bagnet z męstwem i pasją, pragnąc chwycić lufę karabina.
CZAROWIC
obalając go na ziemię
Zabiję!
Dan podjął co prędzej linę, oddarł koniec jej, którym zakneblowano żołnierzowi usta. Chyłkiem, na palcach podbiegł do wysokiego muru, który otacza teren. Koniec liny przywiązał do występu blanki. Wyrzucił ją na zewnątrz. Potoczyła się w dół, nisko, w głębiny fos, po skarpach stromej ziemi.
DAN
szeptem
Zaczynam.
Siada na murze, przechyla się na zewnątrz, znika. Żołnierz wpatruje się w twarz Czarowica, oświetloną przez księżyc — i leży nieruchomo. Czarowic wpatruje się w twarz Żołnierza. Poznał go.
CZAROWIC
trzymając bagnet, zwrócony sztorcem w jego serce
Milcz!
Żołnierz skinął głową.
Rozstrzelają cię jutro.
Żołnierz skinął głową.
Uciekaj z nami!
Ruchem głowy zaprzeczył.
Więc cóż mam czynić?
Przymknął powieki.
Uciekaj!
Ruchem głowy zaprzeczył.
Nie mogę już wrócić!
Przymknął powieki. Czarowic patrzy długo w jego twarz.
Żegnaj!
Trzymając karabin zwrócony przeciwko Żołnierzowi, odchodzi tyłem w stronę miejsca, gdzie przywiązana jest lina. Waha się przez chwilę, czy wyrzucić karabin na zewnątrz muru w fosę. Nagle rzucił go na ziemię. Wpełzł na mur i znikł za nim. Żołnierz dźwignął się z ziemi, wyrwał z ust knebel. Nasłuchuje. W pewnej chwili dał się słyszeć odgłos ciężkiego skoku w przepaść. Jęk. Żołnierz wstał z ziemi. Patrzy w przestwór. Podszedł do miejsca, gdzie leży karabin. Zarzucił go na ramię. Począł przechadzać się krokiem miarowym po tej samej przestrzeni, tam i z powrotem, tam i z powrotem.