Awanturniczy poszukiwacze przygód
Czy wie ona, że twoim jedynym majątkiem jest głupota ludzi?
Casanova do fałszerza w grze karcianej, Croce’go.
Od wojny siedmioletniej42 aż do francuskiej rewolucji43, w ciągu ćwierćwiecza prawie, zalega Europę cisza. Wielkie dynastie Habsburgów, Bourbonów i Hohenzollernów nawojowały się do syta. Obywatele spokojnie wypykują z fajeczek pierścienie tytoniowego dymu; żołnierze mączą swoje harcapy44 i czyszczą niepotrzebną im już broń; tratowane przez wojska kraje mogą nareszcie zażyć trochę spokoju. Ale książętom markotno jest bez wojny. Nudzą się śmiertelnie wszystkie te niemieckie, włoskie i wszelkie inne książątka w lilipucich swoich rezydencjach, spragnieni też są rozrywki i zabawy. Potwornie nudne jest życie wszystkich tych biedaków, tych sztucznie rozdętych małych wielkości, tych pozornie imponujących kurfürstów i udzielnych książąt w ich zimnych, mrożących świeżością nieobeschłych jeszcze murów, niedawno wzniesionych rokokowych pałacykach i zameczkach, zabójczo jednostajne pomimo zdobiących je angielskich parków, kwiatowych ogrodów, fontann i oranżerii, pomimo wolier45 z zamorskimi ptakami, galerii obrazów, zwierzyńców i skarbców. Złupionymi, wyduszonymi w krwawych zapasach przez ich ludy pieniędzmi, wyuczywszy się naprędce światowych manier od sprowadzanych z Paryża tancmistrzów, małpują Trianon46 i Wersal, bawią się w wielkie rezydencje i udają Roi Soleil47. Z nudów stają się nawet mecenasami sztuki i bawią się w literaturę, korespondują z Voltaire’em i Diderotem48, kolekcjonują chińską porcelanę, średniowieczne monety, barokowe obrazy, zamawiają sobie u dramatopisarzy francuskie utwory sceniczne, sprowadzają do swoich rezydencji włoskich śpiewaków i tancerzy, i tylko panującemu w Weimarze udało się zręcznym chwytem skupić na swoim dworze kilku Niemców: Schillera49, Goethego i Herdera50. Na innych książęcych dworach następują wzajem po sobie pijatyki, hazardowa gra, pantominy na wodzie, lub teatralne divertissement51 baletowe. Ilekroć świat znużony jest przebytymi wojnami, zyskuje szczególną doniosłość gra karciana, teatr, moda i taniec, dlatego też wysilają się ówcześni książęta na wzajemne wydzieranie sobie i podkupywanie złotem i matactwami dyplomatycznymi najbardziej interesujących bawidamków, karciarzy, uprzyjemniaczy życia, najlepszych tancerzy, muzyków, kastratów, filozofów, alchemików, hodowców tłustych kapłonów52 i organmistrzów. Gluck i Händel, Metastasio i Hasse53 tak samo podstępnie ściągani są z jednego dworu na drugi przez drobnych panujących, jak kabaliści i kokoty54, ogniomistrze i rozpajacze, układacze tekstów baletowych i tancmistrze. Każdy z tych książątek chce mieć na swoim mikroskopijnym dworze wszystko co najnowsze, najpierwszorzędniejsze i najmodniejsze, raczej z chęci zrobienia na złość sąsiadowi o miedzę, aniżeli dla istotnego dogodzenia samemu sobie.
Szczęśliwie zdobyli tedy mistrzów ceremonii i ceremoniał, wspaniałe gmachy teatralne i sale operowe, sceny i balety, brak im już tylko do zabicia małomiasteczkowej nudy i nadania bezgranicznej monotonii wiecznie tych samych sześćdziesięciu twarzy miejscowych arystokratów pozoru prawdziwie wielkoświatowej socjety55: arystokratycznych wizyt, ciekawych gości, kosmopolitycznych przybyszów, paru rodzynek do zaczynu małomiasteczkowej martwoty, trochę powiewu szerokiego świata do odświeżenia zatęchłej atmosfery rezydencji o trzydziestu ulicach.
Gdy wieść podobna rozejdzie się o którymś z książęcych dworów, już jednym skokiem pędzą do rezydencji setki awanturników i poszukiwaczy przygód w najrozmaitszych maskach i przebraniach, Bogu jednemu wiadomo, z jakich zakątków świata, z jakich tajnych ukryć i zakamarków. Spadli z dnia na dzień, jak śnieg na głowę, przyjechali karocami i kolasami podróżnymi, i nie szczędząc złota, zajęli od razu najparadniejsze pokoje w miejskim zajeździe. Mają na sobie fantastyczne uniformy jakichś hindustańskich czy mongolskich armii, noszą szumnie brzmiące nazwiska, w rzeczywistości mające wartość pierre de strass, fałszywych klejnotów, jak sprzączki na ich wyciętych, płytkich trzewikach. Mówią wszystkimi językami, chwalą się, jakoby znali osobiście wszystkich książąt i wszystkich wielkich tego świata, zapewniają, że służyli we wszystkich armiach i odbywali studia na wszystkich uniwersytetach. Mają pełne kieszenie projektów i pełne usta śmiałych olśniewających obietnic; planują urządzanie loterii, wynajdywanie źródeł nowych podatków, zawieranie sojuszów międzypaństwowych i zakładanie fabryk, zaofiarują dostarczenie kobiet, orderów i kastratów, i jakkolwiek sami nie mają w kieszeni dziesięciu sztuk złota, podszeptują każdemu, że znają tajemnicę tinctura auri — fabrykacji tego złota.
Na każdym dworze występują z innymi sztuczkami. Tutaj tajemniczo zakonspirowani pod maską wolnomularzy i braci różokrzyżowców56, tam, u szczególnie chciwego na pieniądz księcia, jako doskonale obeznani z tyglami alchemicznymi i pismami Teofrasta57. Władcom szczególnie hulaszczym ofiarują swoje usługi, jako zręczni lichwiarze i wytrawni przetapiacze monet; lubieżnikom — jako kuplerzy i rozporządzający bogatym asortymentem stręczyciele; u wojowników występują w roli szpiegów; u władców mających literackie upodobania jako filozofowie i wierszokleci. Przesądnych wikłają w swoje sieci horoskopami, łatwowiernych — projektami, szulerów — fałszywymi kartami, naiwnych — wielkoświatowymi wykwintnymi manierami. Wszystko to w świetnych obsłonkach nieprzeniknionej glorii oryginalności i tajemniczości, zamaskowani nie do poznania i tym samym podwójnie interesujący. Jak błędne ogniki, nagle wybłyskujące i ściągające na najeżone niebezpieczeństwami drogi, migotliwie drgają i trzepocą się w zatęchłym powietrzu bagnisk dworskich, zjawiając się i znikając w upiornym tańcu kłamstw i oszustw.
Przyjmowani są na dworach, towarzystwo bawi się nimi, nie mając dla nich szacunku, równie mało wypytując ich o prawdziwość ich tytułów szlacheckich, jak ich kobiety o obrączki ślubne, a sprowadzone przez nich dziewczęta o dziewictwo. Bowiem każdy, kto darzy zabawą, kto na godzinę bodaj rozpędza nudę, tę najpotworniejszą ze wszystkich chorób monarszych, jest pożądanym i mile, bez poważnych wypytywań, witanym gościem w tym środowisku amoralnym, o rozluźnionych hołdowaniem materialistycznej filozofii obyczajach.
Toleruje się ich chętnie, jak kobiety lekkich obyczajów, dopóki potrafią zabawiać i nie nadto zuchwale obdzierają. Czasem dostaje się artystycznej i łotrzykowej hołocie (jak Mozartowi58 chociażby) dostojne kopnięcie poniżej pleców, zdarza się też czasem, że ten i ów ocknie się wprost z sali balowej w celi więziennej, a nawet, jak dyrektor teatrów cesarskich, Afflisio, stoczy się aż na samo dno galer.
Sprytniejsi zaczepiają się mocno, stają się poborcami podatków, kochankami kurtyzan albo nawet, jako usłużni małżonkowie nałożnic królewskich czy książęcych, zdobywają prawdziwy klejnot szlachecki czy tytuł baronowski. Przeważnie jednak najlepiej czynią, nie czekając, dopóki pieczeń się nie zatęchnie, bowiem cały czar ich polega na nowości i na starannie utrzymanym przez nich incognito. Jeśli jednak zbyt zuchwale załamują karty59 i bez wszelkiej miary zapuszczają rękę do cudzych kieszeni, a nawet jeśli zbytnio zadomowią się na którymś z dworów, może łatwo znaleźć się ktoś bez ceremonii odsłaniający ich płaszcz i ukazujący pod nim znamię złodzieja czy znak pręgierza.
Jedynie częsta zmiana powietrza może uratować ich od stryczka, dlatego rozjeżdżają nieustannie ci awanturnicy po całej Europie, jako podróżujący w interesach swojego fachu, wałęsają się jak Cyganie, wędrując z jednego dworu książęcego, królewskiego czy cesarskiego na drugi, i w ten sposób w ciągu całego osiemnastego stulecia kręci się jedna i ta sama karuzela oszustów, złożona z jednych i tych samych postaci, od Madrytu do Petersburga, od Preszburga60 do Amsterdamu, z Paryża do Neapolu.
Zrazu wydaje się przypadkiem jeno, że Casanova spotyka się przy każdym stole karcianym i na dworze każdego państewka z tymi samymi kompanami do lampartki, z Talvisem, z Afflisiem, z Schwerinem i Saint-Germainem, ale to nieustanne wędrowanie ma dla adeptów znaczenie ucieczki raczej, aniżeli podróży dla przyjemności. Tylko na krótką metę są bezpieczni, jedynie wzajemnym popieraniem się mogą się wzajem kryć, jako że wszyscy pospołu tworzą jedną wspólnotę, rodzaj loży wolnomularskiej bez młota i kielni, jeden zakon awanturników i rycerzy przemysłu61. Gdziekolwiek się spotykają, podtrzymują sobie wzajem, jeden łotrzyk drugiemu, drabinę, po której pną się wzwyż; jeden wpycha drugiego do arystokratycznego towarzystwa, uprawniając w nim własne swoje stanowisko uznawaniem praw swojego kompana w grze. Zmieniają swoje kobiety, stroje, tytuły i nazwiska, jednemu tylko pozostają stale wierni: właściwemu swojemu zawodowi.
Wszyscy oni, pasożytujący w owym czasie dokoła dworów, aktorzy, tancerze, muzycy, rycerze przemysłu, nierządnice i alchemicy są, na równi z ówczesnymi jezuitami i Żydami, jedynymi internacjonałami świata pośród trwale osiadłej wysokiej arystokracji o tępych, zakutych łbach i niewyzwolonego jeszcze, przytłumionego mieszczaństwa, nie należąc ani do jednych, ani do drugich, zawieszeni pomiędzy krajami i klasami, migotliwi i niepewni, korsarze bez sztandaru i ojczyzny.
Zaznaczają oni brzask nowego stulecia; wraz z nimi zarysowuje się na horyzoncie świata nowa sztuka wyzyskiwania; nie obrabowują oni już bezbronnych na gościńcach i nie ograbiają kolas62 podróżnych, ale bluffują próżnych pyszałków i ujmują ciężaru lekkomyślnym. Siłę i sprawność mięśni zastępuje im przytomność umysłu; rozpętanie wściekłości — zimne zuchwalstwo; brutalną, ordynarną pięść rabusia — subtelna znajomość duszy ludzkiej i sztuka utrzymania własnych nerwów na wodzy. Ten nowy sposób obcinania ludziom sakiewek stał się przywilejem międzynarodowego obywatelstwa świata i wytwornych manier. Zamiast, jak dawniej, metodą zbójecką, obrabowują oni bliźnich znaczonymi kartami i podsuwanymi fałszywymi wekslami.
Jest to wciąż jeszcze ta sama, zuchwale nieustraszona rasa ludzi, żeglujących do Indii Zachodnich63 i w charakterze kurierów i wywiadowców wałęsających się przy wszystkich armiach, niezdolnych za żadną cenę zapracowywać na utrzymanie swoje zwykłą wierną obywatelską służbą, ale umiejących, bodaj nawet z narażeniem własnej głowy, za jednym zamachem suto wypchać sobie kieszenie. Metoda rabunku, zarazem też fizjonomia rabusiów, wysubtelniła się jeno i wydelikaciła. Zatracili oni już swoje prostacze, chamsko grube pięście i zapijaczone twarze, szorstkie maniery sołdackie; mają teraz wypieszczone, delikatne, upierścieniowane dłonie, głowy ich okrywają starannie zafryzowane i upudrowane, nasunięte na wypogodzone czoła peruki. Lornetują i piruetują jak baletnicy, mowa ich — to brawurowe parlando64 aktorskie, upstrzone zwrotami filozoficznymi. Zuchwale ukrywając niespokojne, biegające swoje spojrzenia, zręcznie przerzucają woltę przy stole karcianym i sprytnym wmawianiem w kobiety cudów podsuwają im napoje miłosne i fałszywe klejnoty.
Niepodobna zaprzeczyć: wszystkich ich cechuje pewien rodzaj wyższości umysłowej, kryje się w nich wszystkich jakaś zagadka psychologiczna, która nadaje im pewną cechę sympatyczną poniekąd. Niektórzy z nich sięgają granic geniuszu nieomal. Druga połowa osiemnastego stulecia jest ich wiekiem bohaterskim, ich złotym, klasycznym okresem. Zupełnie jak poprzednio, za Ludwika XV65, świetna plejada francuskich poetów, a później w Niemczech cudowny moment Weimaru66 skupia twórczą formę geniuszu w niewielu trwałych postaciach — zwycięsko błyszczy w owym czasie nad europejskim światem wielka konstelacja genialnych oszustów i nieśmiertelnych awanturników. Rychło nie wystarcza im już zapuszczanie ręki do książęcych kieszeni, brutalnie wspaniałym gestem sięgają do dziejowych wydarzeń i pomagają toczyć olbrzymie ruletowe koło historii świata. Zamiast nadskakiwać i służyć zaczynają zuchwale przepychać się do przednich szeregów; nie istnieje też bardziej charakterystycznie cechujące drugą połowę osiemnastego stulecia signum67 aniżeli królowanie w niej awanturniczych oszustów w wielkim stylu.
John Law68, uciekinier Irlandczyk, swoimi asygnatami wysadza w powietrze francuskie finanse; d’Eon69, obojnak wątpliwej płci i opinii, kieruje międzynarodową polityką; mały, krągłogłowy baron Neuhoff70 staje się prawdziwym i legalnym królem Korsyki, aby w następstwie, co prawda, skończyć w więzieniu za długi; Cagliostro71, sycylijski chłopak wiejski, który przez całe swoje życie nie był w stanie nauczyć się poprawnie czytać i pisać, mając Paryż u swoich stóp, przekuwa naszyjnik królowej na szubieniczny powróz dla królestwa, który je zdławi. Stary Trenck72, najbardziej ponury ze wszystkich awanturnik w pospolitym stylu, bez cienia wzniosłości, tragizując w czerwonej czapce bohatera wolności, wpada w końcu pod nóż gilotyny; Saint-Germain73, niestarzejący się czarownik, zgina korzący się u jego stóp kark króla Francji i do dnia dzisiejszego kusi i omamia badawczą gorliwość uczonych nierozwiązaną tajemnicą swoich narodzin.
Wszyscy oni skupiają w swoich rękach większą potęgę aniżeli najpotężniejsi tego świata, przykuwają do swoich postaci wszystkie wyobraźnie, ściągają na siebie uwagę powszechną, olśniewają i zaślepiają uczonych, uwodzą kobiety, ograbiają bogaczy i, nie piastując żadnych urzędów, nie zajmując żadnych stanowisk i nie ponosząc żadnej odpowiedzialności, kierują z ukrycia politycznymi marionetkami.
A ostatni, nie najgorszy z nich, nasz kochany Giacomo Casanova, historiograf tego cechu, zapoznający nas z nimi wszystkimi, przy okazji opowiadania o sobie w najpyszniejszy sposób zaokrągla wielką siódemkę rycerzy na wieki unieśmiertelnionych setkami dokonanych czynów i przeżytych awanturniczych przygód. Każdy z nich cieszy się rozgłośniejszą sławą aniżeli wszyscy poeci, uprawia owocniejszą działalność aniżeli wszyscy politycy ówcześni, panujący na krótką jeno metę nad skazanym już na zagładę światem.
Trzydzieści lat zaledwie trwa na ogół bohaterski okres tych geniuszów zuchwalstwa i tajemniczego aktorstwa w Europie, które potem zatraca się samo przez się, skupione w postaci najbardziej skończonego typu, najdoskonalszego geniusza, prawdziwie demonicznego, najwznioślejszego awanturnika, Napoleona. Gdziekolwiek wchodzi w grę prawdziwy geniusz, przystępuje on ze wspaniałą powagą do dzieła, nie zadowalając się rolą epizodyczną, ale twórczo zagarniając całą scenę świata dla samego siebie wyłącznie. Kiedy mały korsykański hołysz74, Bonaparte, przybiera imię Napoleona, nie ukrywa tchórzliwie, jak w wypadku Casanovy-Seingalta, Balsama-Cagliostra, mieszczańskiego pochodzenia pod maską szlachcica, ale władczo występuje, domagając się uznania świata, prawa do górowania wyższością ducha, uważając triumf za słusznie należny sobie przywilej, nie zaś za zdobycz, którą musiałby zyskiwać podstępem.
Wraz z Napoleonem, geniuszem wszystkich tych talentów, przedostaje się awanturnictwo z książęcych przedpokojów do sali tronowej; zakańcza on, przez najwyższe wydoskonalenie go, proces wznoszenia się nielegalności na szczyty potęgi i na krótką chwilę wieńczy skronie awanturnictwa najwspanialszą ze wszystkich koron, koroną Europy.
Wykształcenie i uzdolnienie
Utrzymują, jakoby miał on być literatem, ale intryganckiego wielce ducha; mówią, jakoby miał przebywać w Anglii i Francji, korzystać z niedozwolonych przywilejów u kawalerów i niewiast, jako że zawsze było w jego zwyczaju pasożytować kosztem innych i zyskiwać sobie ludzi łatwowiernych... Ktokolwiek wejdzie z wspomnianym Casanovą w zażylszy stosunek, przekona się, że brak wiary, oszustwo, rozwiązłość obyczajów i lubieżność połączone w nim są w sposób najbardziej zastraszający.
Tajne sprawozdanie Inkwizycji Weneckiej z 1755 r.
Casanova ani myśli wypierać się, że był awanturnikiem; wprost przeciwnie, przechwala się on z dumą na cały głos, że na świecie, który — jak to już wiadomo łacinnikom — po wsze czasy chce być oszukiwany75, wolał zawsze grać rolę oszukującego niż oszukiwanego, strzygącego wełnę niż strzyżonego. Przeciwko jednemu tylko oponuje stanowczo i bezwzględnie: aby z tej właśnie racji utożsamiać go miano z pospolitą bandą oszustów i grabieżców kawiarnianych, galerników i kandydatów do stryczka, brutalnie i ordynarnie opróżniających kieszenie, zamiast wyczarowywania głupcom pieniędzy z rąk w sposób kulturalny i wytworny. Zawsze też, ilekroć wypadnie mu w pamiętnikach przyznać się do spotkania (a w rzeczywistości do wspólnictwa) z szulerami-fałszerzami: Afflisiem czy Talvisem, otrząsa starannie własny płaszcz, jakkolwiek bowiem on i oni spotykają się na tej samej płaszczyźnie, pochodzą jednak z odmiennych światów: Casanova — z wyżyn, ze świata kultury, oni zaś — z nizin, z głębin nicości.
Zupełnie tak samo, jak ówczesny student, szlachetny Schillerowski przywódca zbójców, Karol Moor76, pogardza swoimi towarzyszami, Spiegelbergiem i Schufterlem, którzy traktują jako brutalne, krwawe rzemiosło to właśnie, do czego jego samego porwał opacznie pojęty zapał bohaterski jako do pomszczenia podłości i nikczemności świata — energicznie odgradza się zawsze Casanova od szulerskiej hołoty, pozbawiającej boskie awanturnictwo jego glorii rycerskości i dostojeństwa.
Istotnie bowiem domaga się nasz przyjaciel Giacomo dla awanturnictwa rodzaju tytułu szlacheckiego, filozoficznego ujmowania tego, co powszechnie uważane jest za karygodne, co w oczach przeciętnego obywatela uchodzi za rzecz hańbiącą i co oburza ludzi przyzwoitych. Casanova chciałby, aby osądzano nie jako brudną aferę, ale jako subtelną sztukę komediancką, satysfakcję szarlatanów. Gdyby dawać posłuch temu, co mówi Casanova, byłoby jedynym obowiązkiem prawdziwych filozofów na świecie bawić się setnie kosztem wszystkich głupców, zamydlać oczy próżnym i ambitnym chciwcom, oszukiwać tępaków, ujmować ciężaru posiadania skąpcom, przypinać rogi mężom, słowem, występując w roli posłanników boskiej sprawiedliwości, karać wszelką na ziemi głupotę. Oszukiwanie jest dla niego nie tylko sztuką, ale arcymoralnym obowiązkiem, uprawia ją też ten dzielny książę wolnoptacki z niepokalanie czystym sumieniem, jako niezrównanie zrozumiały sam przez się, oczywisty obowiązek i konieczność.
W istocie też najzupełniej wierzyć można Casanovie, że nie tylko z musu zdobywania pieniędzy, przy braku chęci i wytrwałości do pracy, puścił się on na szerokie wody awanturnictwa, ale z wrodzonego popędu, party siłą niepowstrzymanego, niedającego się okiełznać geniuszu. Dziedzicznie po ojcu i matce obciążony aktorstwem, przeistacza on dla siebie świat cały w scenę, a Europę w kulisy. Zamydlanie oczu, bluffowanie, omamianie, wprowadzanie w błąd, drwienie sobie z ludzi — jest dla niego, jak ongi dla Eulenspiegela77, najnaturalniejszą funkcją, nie potrafiłby też żyć bez karnawałowych uciech maskaradowych, bez maski, żartów i drwin. Setki razy miewa on okazję przystosowania się do pełnienia uczciwych zawodów, do znajdowania możności stałego korzystnego zarobkowania, nie istnieje wszelako dość silna pokusa, zdolna utrzymać go dłużej na jednym miejscu, zachęcić go do oswojenia się z uregulowanym życiem burżuazyjnym. Można ofiarowywać mu miliony, powierzać mu stanowiska i urzędy, nie przyjmie ich i będzie dążył wciąż z powrotem do jedynego sobie właściwego, nieustalonego, swobodnego życia przelotnego ptaka, które jest przyrodzonym jego żywiołem.
Nic też dziwnego, że z pewną dumą i wyniosłością nie pozwalał utożsamiać się z innymi graczami hazardowymi i poszukiwaczami szczęścia w awanturniczych przygodach. On sam nigdy nie czyni tego, jak inni, przynaglony ostatecznością, z rozpaczy, ale jedynie dlatego, że znajduje w tym przyjemność. Wziąć także należy pod uwagę, że nie pochodzi on w samej rzeczy, jak Cagliostro, z zapowietrzonego gniazda chłopskiego, albo, jak hrabia Saint-Germain, z nieodsłoniętego (i prawdopodobnie tak samo jak tamto niepachnącego) incognita. Messer78 Casanova jest bądź co bądź ślubnym dzieckiem, pochodzi z dość poważnej rodziny, jego matka, zwana La Buranella79, słynna śpiewaczka, wyróżniana na wszystkich operowych scenach europejskich, kończy wreszcie swoją karierę jako dożywotnio zakontraktowana stała śpiewaczka królewskiego teatru w Dreźnie. Imię i nazwisko jego brata, Francesca80, znaleźć można w każdej historii sztuki, jako znakomitego ucznia „boskiego” wówczas jeszcze Rafaela Mengsa81, a jego wielkie batalijne rzeźnie paradują dzisiaj jeszcze we wszystkich galeriach chrześcijańskich. Wszyscy krewni Giacoma uprawiają wielce szanowane zawody, noszą zaszczytną togę adwokacką, mają własne kancelarie notarialne, przywdziewają strój duchowny — słowem, nie pochodzi nasz Casanova „z ulicy”, ale z tej samej, posiadającej pewne skłonności artystyczne, warstwy mieszczańskiej, co Mozart czy Beethoven82. Zupełnie tak samo jak tamci, zdobył on wybitną wiedzę humanistyczną i językoznawczą, włada europejskimi językami, pomimo wrodzonego usposobienia do facecji83, komedianckich żartów i wybryków, a także bardzo wczesnego zapoznania się z miłością i kobietami, jest zdolny do nauki i z łatwością przyswaja sobie znajomość łaciny, greki, francuskiego, hebrajskiego, po trosze angielskiego i hiszpańskiego — jedynie z językiem niemieckim nie jest w stanie w ciągu trzydziestu lat należycie uporać się. W matematyce robi równie szybkie postępy jak w filozofii; jako teolog wygłasza już w szesnastym roku życia pierwszą swoją mowę w jednym z kościołów weneckich; jako skrzypek zarabia przez rok cały na utrzymanie w teatrze San Samuele. Po dzień dzisiejszy toczą wybitni casanoviści zażarte spory na ważny temat, czy zyskany przez niego doktorat praw w Uniwersytecie Padewskim został mu udzielony za prawdziwie gruntowną znajomość przedmiotu, czy też potrafił odpowiednio zablagować swoim egzaminatorom — faktem jest w każdym razie, że musiał poważnie studiować na uniwersytecie, znał się bowiem wcale dobrze na chemii, na medycynie, miał sporo wiadomości historycznych, filozoficznych, literackich, a nade wszystko celował w znacznie intratniejszych, bowiem mniej zbadanych gałęziach nauk, jak astrologia i alchemia.
Poza tym popisuje się ładny, zgrabny chłopak sprawnością we wszelkich kunsztach salonowych i ćwiczeniach cielesnych, jak tańcach, fechtunku, jeździe konnej, grze w karty. Wszystkie te talenty uprawia na równi z większością arystokratycznej młodzieży, a jeśli do tych łatwo zdobytych wiadomości dodamy nadto fenomenalną wprost pamięć, pozwalającą mu w ciągu siedemdziesięciu lat utrwalić w mózgu obraz każdej raz bodaj widzianej twarzy, nie zapominać najmniejszej cząstki z tego, czego kiedykolwiek się uczył, o czym słyszał w rozmowie, co przeczytał, na czym spoczął jego wzrok — otrzymamy w sumie niepospolity, niezwykle bogaty intelekt. Czyniło go to wszystkim w jednej osobie; wszystkim jednak po łebkach: prawie poetą, prawie uczonym, prawie filozofem, bez mała cavalierem.
Tak, ale wszystkim tym „prawie” tylko, i to „prawie” podkreśla niemiłosiernie ułamkowość wielostronnych jego talentów. Jest wszystkim po trosze: poetą, ale niezupełnym, rzezimieszkiem, a jednak nie zawodowcem w tym fachu. Sięga rąbka najwyższych sfer ducha i równie blisko ociera się o galery, żadnego wszakże ze swoich uzdolnień, ani jednego z uprawianych przez siebie zawodów nie doprowadza do skończonej doskonałości.
Jest jedynie skończonym dyletantem, dyletantem najbardziej wszechstronnym, połapał mnóstwo wiadomości ze wszystkich dziedzin nauki i sztuki, i tylko drobiazgu jeszcze brak mu, aby stać się prawdziwie produkcyjnym: woli, stanowczości i cierpliwości.
Gdyby jeszcze rok jeden przysiedział fałdów nad książkami, nie znalazłby się lepszy od niego prawnik, bardziej lotny historyk. Mógłby być wykładowcą każdego przedmiotu, profesorem każdej gałęzi wiedzy, tak sprawnie, jasno i szybko pracuje jego niepospolity mózg. Ale Casanova nie myśli nigdy o robieniu czegoś gruntownie i dokładnie, jego naturze lekkomyślnego ryzykanta niedostępna jest wszelka powaga, a jego nieustanne upajanie się życiem staje mu na przeszkodzie w suchym, rzeczowym, twardym ujmowaniu spraw. Powaga i surowy obiektywizm są mu obce, wrodzona zmienność i płochość jego wzdragają się przed nimi. Nie chce być niczym naprawdę, wystarcza mu wydawanie się tym i owym, uchodzenie za takiego czy innego: pozory mylą wszak i wprowadzają ludzi w błąd, a oszukiwanie, okłamywanie jest i pozostaje dla niego największą rozkoszą istnienia. Dobrze mu wiadomo, że do zwodzenia głupców niepotrzebna jest głęboka wiedza. W jakimkolwiek kierunku posiada szczyptę bodaj połapanych tu i ówdzie wiadomości, ma wnet na podorędziu najwspanialszego pomocnika: nieprawdopodobną swoją czelność, zuchwałą, niczym niedającą się zrazić ani zastraszyć, prawdziwie hochsztaplerską swoją odwagę.
Powierzcie Casanovie bądź jakie zadanie, nie przyzna się on nigdy, że jest nowicjuszem w tym fachu, ale wprost przeciwnie, przybierze natychmiast najpoważniejszą w święcie minę wytrawnego znawcy danego przedmiotu; jako urodzony krętacz będzie lawirował ze zdumiewającą zręcznością, jako wyrafinowany karciarz tak przetasuje momentalnie wszystkie dane, że zawsze w końcu uda mu się wycofać z honorem z najbardziej niepewnej, zawikłanej sprawy i sytuacji.
W Paryżu zapytał go kardynał de Bernis84, czy wie, jak się organizuje loterię klasyczną. Oczywiście nie miał Casanova o tym zielonego pojęcia, cóż jednak naturalniejszego dla urodzonego tego blagiera aniżeli danie odpowiedzi twierdzącej. Wnet też wobec powołanej specjalnie komisji rozwija z nieporównaną, niczym niedającą się zakłopotać swadą cały projekt sfinansowania tej organizacji, jak gdyby od dwudziestu lat co najmniej był wytrawnym bankierem.
W Walencji brak tekstu do opery włoskiej: Casanova zasiada przy biurku i na poczekaniu układa wcale znośne libretto. Gdyby mu powierzono napisanie muzyki, na pewno zręcznie skleciłby ją z rozmaitych kawałków, pokradzionych ze starych, zapomnianych oper. Na dworze cesarzowej rosyjskiej występuje w roli reformatora kalendarza i uczonego astronoma; w Kurlandii dokonywa, jako zaimprowizowany z dnia na dzień specjalista, objazdu kopalni; Republice Weneckiej poleca, udając gruntownie obeznanego z tym fachem chemika, nowy sposób barwienia jedwabi; w Hiszpanii jest znawcą i specjalistą w dziale reformy rolnej i kolonizowania; cesarzowi Józefowi II85 wręcza obszerny elaborat na temat ukrócenia lichwiarstwa; dla księcia Waldsteina86 pisze komedie; księżnie Urfé87 stawia drzewo Diany88 i mydli jej oczy innymi tym podobnymi oszukańczymi sztuczkami; pani Roumains otwiera kasę Kluczem Salomona89; dla rządu francuskiego skupuje akcje; w Augsburgu występuje jako poseł portugalski; we Francji na zmianę: jako fabrykant i naganiacz przy królewskim parku jelenim; w Bolonii pisze pamflety w kwestiach medycznych; w Trieście wydaje Dzieje państwa polskiego i tłumaczy Iliadę oktawami90 — słowem: kawalerzysta nieposiadający własnego konia, ale umiejący jeździć na każdym wsuniętym mu między uda, nie wywracając z niego koziołka i nie okrywając się z tego powodu śmiesznością. Przeglądając spis pozostawionych przez niego własnych jego utworów, można by przypuścić, że ma się do czynienia z uniwersalnym filozofem, encyklopedystą, nowym Leibnitzem91. Obok grubego tomu romansu — opera Odyseusz i Cyrce; studium z zakresu wyższej matematyki; dialog polityczny z Robespierre’em92 — a gdyby zażądano od niego stwierdzenia teologicznie istnienia Boga albo zaimprowizowania hymnu opiewającego cnotę skromności, nie zawahałby się ani na minutę nawet.
Bądź co bądź jednak, jakie uzdolnienie! W jakimkolwiek kierunku chciałby je wyzyskać, w nauce, sztuce, dyplomacji, umiejętności prowadzenia interesów handlowych, wystarczyłyby one do osiągnięcia zdumiewających wyników.
Casanova świadomie jednak rozprasza swoje talenty na potrzeby chwili i mogąc zostać wszystkim, woli być niczym, byle zachować wolność. Widzi dla siebie i szczęście jedynie w poczuciu swobody, w niekrępowaniu się niczym. Możność przenoszenia się wciąż, bez żadnych zobowiązań i ograniczeń, z miejsca na miejsce, stokroć mu jest droższa aniżeli zasklepienie się we własnym domu, na stałym miejscu pobytu, przy ustalonym warsztacie pracy.
„Myśl osiedlenia się gdzieśkolwiek na stałe była mi zawsze wstrętna, rozsądny tryb życia biegunowo przeciwny mojej naturze”.
Nie pociąga go na stałe ani dobrze płatne stanowisko poborcy dochodów loteryjnych przy dworze Jego Arcychrześcijańskiej Mości, ani zawód fabrykanta, ani rzępolenie na skrzypcach, ani pisanie książek. Zaledwie usadowił się gdzieś mocniej, już przykrzy mu się jednostajność jego zajęcia, rzuca je też bez namysłu, wyskakując z wygodnego fotela, na którym udało mu się zasiąść, wprost na ulicę, gdzie czeka na następną z kolei nadjeżdżającą przypadkowo kolasę swojej kariery, której wnet też się uchwyci. Jego prawdziwym zawodem — czuje to doskonale — jest nie mieć żadnego; wypróbowywać wszystkie i zmieniać je wciąż, jak aktor role i przebrania. W jakim zresztą celu miałby uwiązywać się przy czymś na stałe? Nie zależy mu na utrwaleniu własności swojej, na utrzymaniu swojego stanu posiadania, nie chce nic mieć w majątku, aby nie być związanym ze swoimi posiadłościami. Jego nieokiełznanej, namiętnej, pasjonowanej naturze nie wystarcza jedno życie; musi w ciągu swojego istnienia na ziemi przeżywać setki istnień. Właśnie dlatego, że dąży do swobody jedynie, że szuka zarobku, przyjemności i miłości na najbliższą chwilę jedynie i nie zależy mu nigdy na zabezpieczeniu ich sobie na trwałe, może z beztroskim śmiechem przechodzić obok zadomowień i prywatnych siedzib własnych, które zawsze przecież wiążą i krępują ich posiadacza. Przeczuwa on, nie zdając sobie może dość jasno sprawy z tego, co Grillparzer93 tak pięknie wyraził w swoim dwuwierszu:
Co trzymasz mocno, to ciebie trzyma wzajem;
A gdzie panujesz, tam sługą jesteś razem.
A Casanova nie chce być niczyim sługą, jedynie błogosławionego trafu, który czasem wprawdzie brutalnie chwyta go za bary, ale tu i ówdzie, w przystępie wspaniałomyślnego humoru, zsyła mu nowe miłe niespodzianki. Aby też pozostać wiernym temu jedynemu swojemu władcy, z pogardą odrzuca wszelką, najluźniej bodaj wiążącą go propozycję. Jest prawdziwym wolnym duchem, w sensie wyższym aniżeli czysto doktrynerski.
„Mój największy skarb — mówi z dumą — to fakt, że jestem własnym swoim panem i że nie straszą mnie żadne klęski”. Męska dewiza, która starczy za wyższy tytuł szlachecki temu, kto obrał ją sobie za drogowskaz życiowy, aniżeli zapożyczony przez niego tytuł kawalera de Seingalt.
Nie dba on o to, co inni o nim pomyślą. Z czarującą beztroską przeskakuje ich moralne zapory, obojętny na wybuchy wściekłości pozostałych po tamtej stronie i na oburzenie trwale osiadłych, których opłotki obala zuchwałym kopnięciem butem. Do odczuwania radości istnienia potrzeba mu rozpędu oraz świadomości, że zmuszony jest do gnania, nigdy zaś spokoju i wygodnego spoczynku. Dzięki tej łatwości niedbałego przeskakiwania przez wszystkie przeszkody i dzięki perspektywie lotu ptaka, z jakiej rozpatruje wszelkie sprawy ludzkie, widzi wszystkie śmieszne strony poczciwców, którzy wgnieździli się przytulnie w jedno i to samo wciąż zajęcie, w jeden i ten sam ciepły kącik i którym nie przychodzi wcale na myśl, że mogliby kiedykolwiek poruszyć się z miejsca. Nie imponują mu ani marsowi wojownicy, groźnie wymachujący szablami i równocześnie zginający się ze strachu w pałąk przed wymyślającym im generałem, ani uczeni — mole książkowe, pożerające bele papieru z jednej książki po drugiej, ani finansiści i bankierzy, ukucnięci na swoich worach złota w nieustannym strachu o nie i spędzający bezsenne noce przy swoich skrzyniach ze skarbami — nie pociąga go żadne stanowisko, żaden kraj, żaden strój czy mundur.
Nic i nikt nie jest zdolny zatrzymać go na dłużej; ani kobiety w swoich objęciach, ani władcy w obrębie słupów granicznych swoich państw, ani zawód żaden w swojej jednostajności i nudzie. Przedziera się zuchwale przez wszystkie ołowiane dachy, raczej zdecydowany narazić własne życie aniżeli przeżywać je, kisnąc w zamknięciu.
Wszystko, co wre i kipi w jego gorącej krwi, wszystkie zuchwalstwo rzuca na łup niewiadomego, najmniej pewnego, najbardziej zawodnego bóstwa — fortuny, bogini hazardu i zmienności. Dlatego też nie kostnieje nigdy egzystencja jego w jednej pierwotnej formie, ruchoma jest wciąż, płynna i zmienna, jak bieżąca woda, która bądź tryska niebosiężnie w górę, jako jasna, ozłocona słońcem i szczęściem fontanna, bądź spada nagłą, gwałtownie niepowstrzymaną lawiną w bezdenne głębie ciemnych, ponurych przepaści. Z błyskawiczną nagłością przeskakuje od biesiadnych stołów książęcych do lochów więziennych, z życia w przepychu i zbytku do zastawiania co się da u lichwiarzy i w lombardach, od czarowania i uwodzenia kobiet do roli sutenera, aby wnet, z ponownie sprężoną siłą swojego fluidu, poderwać się i trysnąć w górę, swawolny i zuchwały w momentach szczęścia i obojętny wobec nieszczęścia, zawsze i wszędzie wszelako pełen odwagi i wiary.
Odwaga i wiara w siebie i swoją gwiazdę — oto właściwa treść sztuki życia, jaką posiadł Casanova, górujący jego talent. Nie zabezpiecza on sobie życia, ale stawia je na kartę i w ten sposób zdobywa je. Spośród zastępów ludzi ostrożnych i przezornych wyrywa się jeden jedyny, ryzykujący wszystko, rzucający na los szczęśliwego trafu siebie samego, każdą szansę i każdą okazję. Los wszelako, którego żywiołem jest gra, sprzyja śmiałym, którzy go wyzywają. Daje zuchwałym więcej aniżeli potulnym, natarczywym chętniej niż cierpliwym, obdarza też i w tym wypadku jednego nieznającego miary hojniej niż całe pokolenie zazwyczaj. Chwyta go za bary, wznosi w górę i znów strąca w przepaść, gna go poprzez kraje, podrzuca wysoko i w najwspanialszym podrywie podstawia mu zdradziecko nogę. Karmi go kobietami i omamia przy stole gry, łechce go i podnieca rozpalaniem w nim żądz i zamiast sycenia ich daje mu rozczarowanie; nigdy wszakże nie odwraca się od niego, nie puszcza go w zapomnienie i nie pozwala mu zgnuśnieć w nudzie. Sam niezmożony odnajduje dla tego nie mniej niezmożonego, prawdziwego i zawsze gotowego do pójścia z nim w zawody partnera nowe wciąż śmiałe wolty, nowe zuchwałe pociągnięcia.
Dzięki temu staje się jego życie barwne, pełne rozmachu, wielostronne, kalejdoskopowo zmienne, fantastyczne, przebiegające tak pstro i jaskrawo, jak żadne inne bodaj w ciągu stuleci. I wreszcie, przez sam fakt zdania potomności ostatecznej z niego sprawy, staje się ten, który nigdy nie był i nie chciał być nikim i niczym, jednym z najniepospolitszych twórców bytu, nie z woli własnej wprawdzie, ale z woli samego życia.