Filozofia płochości
Żyłem jak filozof.
Ostatnie słowa Casanovy.
Tak szerokiej rozlewności życia odpowiada zawsze nieomal małe pogłębienie nurtu duchowego. Aby móc szybko i zwinnie ślizgać się po powierzchni każdej fali, trzeba przede wszystkim być lekkim jak korek. Toteż wejrzawszy bliżej w rodzaj egzystencji Casanovy, przekonywamy się, że specyficzna jego sztuka urządzenia sobie życia nie polega na szczególnych pozytywnych cnotach czy sile jego charakteru, ale nade wszystko na zasadniczej właściwości jego negatywnej: na braku wszelkiego obciążenia etycznymi czy moralnymi zastrzeżeniami i hamulcami.
Gdybyśmy próbowali zdysekować94 ustrój psychologiczny tego, tętniącego pełnią soków żywotnych, kipiącego warem żądz człowieka, stwierdzilibyśmy u niego przede wszystkim absolutny brak wszelkich narządów moralnych. Serce, płuca, wątroba, krew, mózg, i bynajmniej nie w najmniejszej mierze powrózki nasienne — wszystko to jest u Casanovy rozwinięte w stopniu nader silnym, najzupełniej normalnym. Tam jedynie, w owym ośrodku duchowym, koncentrującym zazwyczaj u ludzi niezbadane czynniki, od których zależy kształtowanie się charakteru, zdumiewa nas u Casanovy najzupełniejsza próżnia, absolutna pustka, okrągłe zero, nicość. Żadnym stosowaniem kwasów czy ługów, lancetów czy mikroskopu nie zdołalibyśmy wykryć w tym skądinąd arcyzdrowym organizmie najdrobniejszego, szczątkowego bodaj, śladu owej substancji, zwanej pospolicie sumieniem, owej duchowej kontroli, regulującej i normalizującej w każdym człowieku dziedzinę jego popędów zmysłowych.
W silnym tym, żyjącym dla ich uciechy ciele brak zaznaczonego w najbardziej bodaj zaczątkowej postaci moralnego systemu nerwowego. I w tym właśnie szukać należy rozwiązania tajemnicy lotności i geniuszu Casanovy. Szczęśliwy ten wybraniec losu posiada tylko motory zmysłowe, nie ma duszy. Niezwiązany poważniej z nikim i z niczym, niezmierzający do żadnych celów, niekrępowany żadnymi hamulcami, jest on w stanie zdobyć się na inne tempo aniżeli wszyscy owi mający wytknięty cel przed sobą, obciążeni zastrzeżeniami moralnymi, związani względami dostojeństwa społecznego, rozbijający się o tamy etyczne. Stąd nieporównany jego rozpęd, jedyna w swoim rodzaju siła jego prężności.
Dla tego obieżyświata nie istnieje stały ląd. Nie wrósł korzeniami w żaden grunt, nie podporządkowuje się prawom żadnego kraju, jest jedynie i wyłącznie korsarzem i flibustierem95, podległym własnej jedynie żądzy, własnym namiętnościom. Jak one, nie uznaje nie szanuje on ani układów społecznych, ani konwenansów towarzyskich, ani nawet niepisanych praw obyczajowości europejskiej. Nic z tego, co innym ludziom wydaje się święte, a bodaj nawet doniosłe tylko, nie warte jest dla niego marnego szeląga. Gdyśmy próbowali wytłumaczyć mu istotę więzów moralnych i etycznych wymogów czasu, tak samo zupełnie nie zrozumiałby ich, jak Murzyn metafizyki.
Miłość Ojczyzny? — On, obywatel świata, który ciągu siedemdziesięciu trzech lat swojego życia nie posiadał własnego łóżka i zawsze tylko szukał noclegu w oberży przypadku, gwiżdże na patriotyzm. Ubi bene, ibi patria96. Gdzie najłatwiej mu jest napchać sobie kieszenie, gdzie najsnadniej97 może wodzić głupców za nos i najpełniej używać życia, tam rozsiada się wygodnie przy stole i czuje się w domu.
Poszanowanie religii? — Zgodziłby się przyjąć każdą, dać się obrzezać albo zapuścić sobie po chińsku warkocz, o ile tylko takie nawrócenie się mogłoby mu przynieść bodaj krztę korzyści. W głębi duszy tak samo gwizdałby na każdą wiarę, jak gwizdał na własną, rzymskokatolicką. Na cóż bowiem potrzebna jest religia człowiekowi niewierzącemu w życie pozagrobowe, ale jedynie w gorące, dzikie, nieokiełznane życie doczesne?
„Poza światem ziemskim nie ma prawdopodobnie nic, a zresztą dowie się człowiek o tym we właściwym czasie” — argumentuje on najdoskonalej obojętnie i lekceważąco. A zatem do diabła wszystkie te snucia metafizycznych pajęczyn! Carpe diem — używaj dnia, wykorzystaj każdą chwilę, wyssij ją, jak dojrzałą jagodę, a wytłoczynę rzuć świniom na pożarcie — to jedyna jego maksyma.
Trzymać się ściśle świata zmysłów, tego co widzialne, co dotykalne, ujmować mocno w kluby każdy moment życia i wycisnąć zeń maksimum słodyczy i rozkoszy — tak daleko i ani na jotę dalej nie sięga filozofia Casanovy i dlatego ze śmiechem odrzuca on precz poza siebie wszelkie etyczno-mieszczańskie ołowiane kule, jak dobre imię, przyzwoitość, obowiązek, wstyd i wierność, stojące mu bezpośrednio na przeszkodzie w chwilowym jego pędzie naprzód.
Dobre imię? Na co potrzebne ono Casanovie? Nie ceni on go wyżej aniżeli tłuścioch Falstaff98, który stwierdził fakt niewątpliwy, że ani się nim można najeść, ani napić. I Falstaff, i Casanova podzielają też najzupełniej pogląd owego zacnego członka parlamentu angielskiego, który zadał na otwartym posiedzeniu pytanie dotyczące opinii ludzkiej, o której tyle wciąż słyszy, że chciałby raz nareszcie dowiedzieć się, czego owa opinia, owa dobra sława dokonała już dla dobrobytu i zadowolenia obywateli angielskich? W pojęciu Casanovy nie daje dobra opinia żadnego namacalnego pożytku, ale wprost przeciwnie, jest ona straszakiem, nakładającym hamulce obowiązków i zobowiązań, krępującym użycie, a tym samym uważać ją należy za zbędną. Bowiem niczego na ziemi nie nienawidzi Casanova w tym stopniu, co obowiązków i wiązania się. Nie chce uznawać innych obowiązków poza jedynym, wygodnie naturalnym — sycenia własnego, sprawnego, żywego ciała przyjemnościami, jakich ono pożąda, i darzenia kobiet możliwie największą dozą tego samego eliksiru rozkoszy.
Dlatego też nie pyta, jaki ma to jego własne gorące istnienie smak dla innych: zły czy dobry, słodki czy kwaśny; obojętne mu jest, że potępiają jego postępowanie, że przypisują mu bezwstyd i czyny hańbiące.
Wstyd? — Jakiż to szczególny wyraz, jakie niepodobne99 do zrozumienia pojęcie! Brak absolutnie tego wyrazu w dykcjonarzu100 jego życia, Z nonszalancją lazarona101 spuszcza wobec całego zgromadzonego gremium pludry102 i śmiejąc się w żywe oczy, obnaża swoje seksualia, mówiąc bez zająknienia o wszystkim, ujawniając wszystko, do czego inny nie przyznałby się i na torturach. Mówi tedy o swoich sztuczkach łotrowskich, o swoich blamażach, o wypadkach spalenia na panewce, przymiocie103, na jaki chorował, i kuracjach syfilitycznych, wszystko to jednak nie owym grzmiącym tonem bałwochwalczego czciciela prawdy, jak Jean Jacques Rousseau na przykład, wyczuwający przerażone zdumienie swoich słuchaczy, ale najzupełniej naturalnie naiwnie, jako że (co stwierdziła już omówiona poprzednio dysekcja anatomiczna) brak mu absolutnie nerwu etycznych rozróżnień, szczątkowego bodaj narządu kompleksów obyczajności.
Gdyby mu zarzucono, że fałszował przy grze w karty, odpowiedziałby ze zdumieniem:
„Tak, ale nie miałem przecież wtedy pieniędzy!”
Gdyby oskarżono go o uwiedzenie kobiety, roześmiałby się w odpowiedzi:
„Ale dobrze ją obsłużyłem, co?”
Nie wpada mu nigdy na myśl wytłumaczyć się jednym chociażby słowem z magnetycznego wyczarowywania w najbezczelniejszy sposób z kieszeni zacnych obywateli i łatwowiernych kompanów wszelkich ich zasobów i oszczędności. Wprost przeciwnie, cynicznym argumentem pochwala w swoich pamiętnikach popełniane łotrostwa, tkliwie się do nich ustosunkowując.
„Oszukiwaniem głupców mścimy się za krzywdy wyrządzane rozumowi” — pisze.
Nie usprawiedliwia się, nie wyraża nigdy skruchy żalu za popełnione grzechy i zamiast w Środę Popielcową kajać się za zmarnowane swoje życie, zakończone zupełnym bankructwem, w budzącej litość nędzy i zależności, kreśli bezzębny już borsuk zuchwale czarujące wyrazy:
„Uważałbym się za winnego, gdybym był dzisiaj człowiekiem bogatym. Nie posiadam wszelako nic, roztrwoniłem wszystko i to właśnie jest mi pociechą i usprawiedliwieniem”.
Nie zarobił sobie niczym na królestwo niebieskie, nie powściągnął ani na jotę swoich namiętności w imię etyki i dobrej sławy, nie oszczędzał ani dla siebie, ani dla innych, i z całych siedemdziesięciu przeżytych lat nie zachował nic prócz wspomnień. Ale i te nawet przekazał nam szczodry rozrzutnik szczęśliwie w darze, dlatego też my sami najmniej mamy powodu oburzać się na jego niefrasobliwie lekką rękę.
Tak więc cała filozofia Casanovy wygodnie zmieścić się może w łupinie od orzecha. Zaczyna się ona i kończy zasadą: żyć wyłącznie życiem doczesnym, nie dbać o nic, nie dać się omamiać obietnicami możliwego bodaj w ostateczności, ale w najwyższym stopniu niepewnego królestwa niebieskiego, czy uznania i szacunku potomności. Nie przysłaniać sobie teoriami widoku bezpośrednio otaczającej nas rzeczywistości, nie działać teleologicznie104 i celowo, ale jedynie ulegać osobistym upodobaniom i skłonnościom, nakazom chwili wyłącznie. Wszelkie zabieganie myślą naprzód hamuje i obezwładnia giętkość członków. Nie zawracać więc sobie zbytnio głowy względami i poglądami: musiał przecież jakiś Pan Bóg rozstawić dla nas ten stół do gry, jakim jest świat, skoro zatem chcemy się zabawić, musimy zaakceptować reguły tej gry, telles quelles, takie jakie są, nie pytając, które z nich są słuszne, a które fałszywe.
Rzeczywiście też nie strwonił Casanova nigdy ani jednej chwili na teoretyczne rozważanie zagadnienia, czy ten świat mógłby, czy też powinien by właściwie być inny.
„Kochaj pan ludzkość, ale kochaj ją pan taką, jaką jest” — mówi on do Voltaire’a. Byle nie wtrącać się do obcej nam sprawy Twórcy świata, który ponosi całkowitą odpowiedzialność za nią, nie poruszać, na miły Bóg, tego rozczynionego od dawna ciasta i nie walać sobie nim rąk, ale, co daleko prostsze i łatwiejsze: wyskubać zeń zręcznymi palcami wszystkie rodzynki. Kto za wiele myśli o innych, zapomina o samym sobie. Kto zbyt surowo zapatruje się na bieg świata, pod tym załamują się własne jego nogi.
Że głupcom źle się dzieje, uważa Casanova za najzupełniej w porządku. Mądrym nie dopomaga wprawdzie Bóg, ale od nich samych zależy przyjście sobie z pomocą. Skoro świat został już tak opacznie urządzony, że jedni w jedwabnych ciżmach i pończochach rozjeżdżają się kolasami, a innym pod ich zwisającymi w strzępach łachmanami skręcają się z głodu kiszki, istnieje dla rozumnych jedno tylko zadanie: znaleźć się samemu w rzędzie rozjeżdżających się w kolasach, bowiem żyje się tylko dla siebie, a nie dla innych. Brzmi to wielce egoistycznie, niewątpliwie; czy możliwa jest wszelako filozofia użycia bez egoizmu, epikureizm105 bez najzupełniejszego społecznego indyferentyzmu106? Kto dąży do sycenia własnych namiętności w życiu, musi w logicznym wyniku być obojętny na los wszystkich pozostałych.
Obojętny w stosunku do wszystkich innych, obojętny na wielkie problematy i losy świata, na zagadnienia, jakie dzień każdy stawia przed oczy ludzkości, jest Casanova w ciągu przeżytych z zuchwałą beztroską siedemdziesięciu lat swojego istnienia. Jedyną rzeczą, która go interesuje, jest własne jego użycie, osobiste jego przyjemności i rozkosze. Ilekroć zaś rozgląda się ciekawie na prawo i na lewo jasnymi swoimi oczami, czyni to wyłącznie w poszukiwaniu źródeł zabawy, w obawie nieutracenia żadnej okazji wykorzystania ich. Nigdy jednak nie ciska gromów oburzenia, nigdy, jak nieboszczyk Hiob107, nie uprzykrza się Bogu nieprzystojnymi interpelacjami co do tego, w jaki sposób i dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Każdy fakt przyjmuje — niesłychana ekonomia uczuć! — wprost jako rzecz oczywistą, istotną, bez naklejania na nim etykiety zła czy dobra. Fakt, że O’Morphy, mała gnida holenderska, dzisiaj jeszcze gnijąca w swoim zawszonym łóżku, gotowa sprzedać za dwa talary swoją dziewiczość, w czternaście dni później, jako metresa108 arcychrześcijańskiego monarchy, ma własny pałac w jelenim parku, jest obsypana klejnotami i niebawem zostaje prawnie poślubioną małżonką usłużnego barona; albo też że on sam, nie dalej niż wczoraj marny skrzypek na jednym z przedmieść weneckich, nazajutrz z rana staje się przybranym synem jednego z patrycjuszów, nosi brylanty na palcach i żyje jak najbogatszy panicz — wypadki podobne zaznacza jako curiosa109 jeno, bynajmniej się nimi nie przejmując.
Mój Boże, taki jest już ten świat, ani trochę nierządzony sprawiedliwością, nieobliczalny, ale właśnie dlatego, że zawsze takim pozostanie, nie należy próbować konstruowania dla wiecznej tej ślizgawki, dla nieustannej tej kręgielni jakichś stałych, niezmiennych praw ciążenia czy skomplikowanych mechanizmów. Głupcy jedynie i żądni par force110 wygranej próbują wynajdywania systemów ruletowych, psując sobie tym jeno podniecenie samą grą, gdy tymczasem prawdziwi gracze — nawet i w grze świata również — widzą w tej właśnie nieobliczalności główny, niewyczerpany, niezrównany jej czar. Należy pięściami i paznokciami wyszarpywać i wydrapywać na własny użytek najlepsze — voilà toute la sagesse!111 — należy być filozofem dla samego siebie tylko, nie dla ludzkości, co w przetłumaczeniu na język Casanovy znaczy: być silnym, żądnym, niezachwianym i nie licząc się z najbliższą godziną, błyskawicznie chwytać nadpływającą w danej sekundzie falę, wykorzystując ją aż do ostatniej kropli. Bowiem wszystko, co kryje się poza chwilą obecną, wydaje się temu par excellence112 pogańskiemu umysłowi zawodne i wątpliwe. Nie pozwala nigdy pocieszać się i odsyłać w momencie używania do chwili następnej, albowiem nie potrafi wyobrazić sobie innego świata poza tym jedynym, który może ująć i zgłębić wszystkimi narządami własnych zmysłów
— „Życie, szczęśliwe czy nieszczęśliwe, jest jedynym dobrem, jakie posiada człowiek, a kto nie kocha życia, niewart jest, aby żył”.
To tylko, co oddycha, co na zew rozkoszy odpowiada żądaniem jej, co lgnie do rozpalonego ogniem żądzy ciała, odzywając się na jego ponętę namiętnością i pieszczotą, to wyłącznie i jedynie wydaje się zdecydowanemu temu antymetafizykowi prawdziwie istotne i godne zainteresowania.
W ten sposób redukuje się u Casanovy zainteresowanie światem jedynie do jego przejawów organicznych, do człowieka: ani razu bodaj w ciągu całego swojego życia nie podniósł on pogrążonego w zadumie wzroku ku rozgwieżdżonemu niebu. Natura jest mu najdoskonalej obojętna. Jego łatwo zapalne serce nie potrafi nigdy rozpłomienić się czarem jej ciszy i dostojeństwem jej majestatu. Wystarczy przerzucić szesnaście tomów jego pamiętników: pełen żywego zaciekawienia, czujny i badawczy człowiek odbywa podróże po najpiękniejszych okolicach Europy, od Posillipo113 do Toledo114, od Jeziora Genewskiego aż do stepów rosyjskich, daremnie jednak szukalibyśmy bodaj jednego wiersza zachwytu dla nieporównanego czaru tych tysięcy pejzażów, jednego okrzyku podziwu. Mała, brudna dziewczyna w kącie spelunki żołnierskiej ma dla niego większy walor aniżeli wszystkie dzieła sztuki Michała Anioła115; gra w karty w źle przewietrzanej, zatęchłej izbie oberży piękniejsza jest w jego oczach aniżeli zachód słońca w Sorrento.
Natura i architektura mogą nie istnieć wcale dla Casanovy, nie dostrzega wcale ich uroku; nie zwraca na nie uwagi, bowiem pozbawiony jest najzupełniej organu, dzięki któremu związani jesteśmy kosmicznie, pozbawiony jest duszy. Pola i łąki, różowiące się i lśniące rosą o pierwszym brzasku świtania, barwiące się i mieniące tęczowymi blaskami w promieniach porannego słońca — wszystko to są dla niego tylko zielone plamy płaszczyzn, na których znoją się i trudzą głupie bydlęta — chłopi — aby wielcy tego świata pobrzękiwali garściami złota w kieszeniach. Sztuczne gaje i ciemne aleje mają jeszcze dla niego pewną wartość, jako dobre kryjówki, w których cieniu można zażywać rozkoszy i baraszkować z kobietą. Kwiaty i wonne gałęzie nadają się tu i ówdzie do ofiarowywania ich w darze i do urządzania z ich pomocą mowy znakowej. Na oderwane natomiast, abstrahujące od wszelkich celów praktycznych piękno natury pozostaje ten arcyziemski człowiek najkompletniej głuchy i ślepy. Światem w jego pojęciu są miasta jedynie, ich galerie i promenady, ożywione w porze wieczornej mnóstwem wytwornych pojazdów, w których wnętrzu, jak w przytulnym, ciepłem gniazdku, usadowiły się piękne kobiety; ich gościnnie o każdej godzinie dnia i nocy otwarte kawiarnie, w których na szkodę ciekawych zawsze urządzać można partię faraona; ich kuszące przechodniów teatry i domy publiczne, gdzie stale ma się na podorędziu nowe ciało do nocnych rozkoszy; oberże zajazdy, w których kucharze wysilają się na kombinowanie nowych przypraw i sosów, oblewanych nektarem złocistych i szkarłatnych trunków szlachetnych. Miasta jedynie są dla tego rozkosznika światem, bowiem w nich jedynie znajduje przypadek miejsce na rozwinięcie wielorakości i wspaniałej fantasmagorii swoich niespodzianek, bowiem tutaj jedynie jest pole rozwoju dla nieobliczalności w najczarowniejszych najponętniejszych jej odmianach.
Jedynie miasta pociągają Casanovę swoją hałaśliwością i ciepłem swoich stłoczonych mas ludzkich; w miastach tylko znajduje on kobiety w jedynie możliwej dla niego, jedynie uznawanej przez niego postaci: w podniesionej do nieskończonej potęgi liczbie mnogiej, w pstrej zmienności wielorakich ich odmian, zaś w obrębie miast lubi najbardziej sfery dworskie, zbytek, przepych, wznoszący rozkosze lubieżności do wyżyn sztuki nieomal. Bowiem ten na wskroś zmysłowy, barczysty, młodzieńczy, silny Casanova nie jest bynajmniej gruboskórym człowiekiem zmysłów jeno. Odśpiewana z kunsztem aktorskim aria zdolna jest oczarować go, pięknie zadeklamowany wiersz potrafi go uszczęśliwić, uduchowiona, intelektualna rozmowa najcenniejszą jest dla niego przyprawą przy kielichu wina. Rozmowa z mądrymi ludźmi na temat przeczytanej książki, wsłuchiwanie się z głębi ciemnej loży, w której siedzi przytulony w rozmarzeniu do ramienia pięknej kobiety, w pieszczące ucho dźwięki muzyki, czarownie umila mu życie, potęguje do niebosiężnych szczytów rozkosz istnienia.
Nie łudźmy się jednak: to umiłowanie sztuki nie przekracza u Casanovy granic zabawy, przyjemności dyletanta. Duch musi u niego służyć zawsze i podporządkowywać się życiu, nigdy życie duchowi, i dlatego widzi on w sztuce jedynie najsubtelniejsze i najwytworniejsze afrodisiacum116, kuszący środek do podniecania zmysłów, dyskretną przygrywkę do rozpalania się gry namiętności i potęgowania rozkoszy, wysubtelniony przedsmak pospolitego użycia cielesnego.
Chętnie skomponuje wierszyk, aby ofiarować go wraz z podwiązką damie swojego serca, o której względy chwilowo zabiega; będzie recytował Ariosta117, aby ją rozpłomienić; bardzo mądrze będzie dyskutował w towarzystwie innych cavaliere o Voltairze i Monteskiuszu118, aby wylegitymowawszy się duchowo, zręcznie zamaskować zamach na ich sakiewki — nigdy wszelako nie zgłębi ten południowy sensualista119 sztuki ani wiedzy, o ile wymagać one będą usilnego przysiedzenia fałdów, o ile stanowią one same w sobie cel i treść świata.
Instynktownie unika ten bawiący się motyl, ten człowiek chwili i hazardu, wszelkiej głębi, bowiem żywiołem jego jest warstwa powierzchowna, pianka i zapach istnienia, fala przypadku, roztrącająca się milionami tęczowych bryzgów o skałę nadbrzeżną. Wiecznie głodny użycia, nieuleczalny dyletant i dlatego tak niefrasobliwie pląsający, taki zwiewny i skrzydlaty.
Jak bogini Fortuna mistrza Dürera120 mknie bosymi i stopami po toczącej się kuli świata, unoszona na skrzydłach przypadkowego wiatru, nigdzie niezatrzymująca się na stałe, niezaznająca nigdy spoczynku, niezwiązana z nikim węzłami dochowywanej mu wiary — tak samo swobodnie przebiega Casanova przez życie, nie wiążąc się niczym, nikim i nigdzie, pozostając zawsze i wszędzie, wyłącznie i jedynie człowiekiem chwili i momentalnych zmian. Zmiana jest dla niego „solą zabawy”, a zabawa jedyną racją, jedynym sensem świata.
Lekki jak motyl jednodniowy, pusty jak mydlana bańka i rozbłyskujący świetlnym odbiciem wypadkowych wydarzeń, mknie on poprzez przestrzeń i czas: niepodobna uchwycić należycie wzrokiem i zatrzymać w pędzie tej ulegającej nieprzerwanym zmianom postaci duchowej, a tym bardziej rozgryźć nie można jądra jej właściwego charakteru.
Jaki jest w gruncie rzeczy Casanova? — Zły czy dobry? Uczciwy czy przewrotny? Bohater czy szubrawiec? Otóż — i jedno, i drugie, i to, i tamto, zależnie od dnia i godziny. Odpowiednią barwę nadają mu okoliczności; zmienia się wraz ze zmianą warunków. Przy pełnym trzosie nie ma wytworniejszego od niego kawalera. Czarująco kapryśnie, promieniejąc grandezzą121, z uprzejmym uśmiechem łaskawego prałata, z niefrasobliwą beztroską i swobodą młodego pazia, rozrzuca on pieniądze pełnymi garściami.
„Oszczędność nie należała nigdy do moich cnót” — brzmią jego własne słowa.
Jak dostojnego rodu arystokrata szafuje, nad miarę szczodrze, zapraszaniem do swojego stołu biesiadnego ludzi najdalszych, najbardziej obcych, których obdarowuje z pańskim gestem sakiewkami pełnymi dukatów i cennymi tabakierkami, udziela im kredytu i olśniewa ich fajerwerkami błyskotliwego swojego umysłu. Kiedy jednak wiatr powionie pustką po jedwabnych kieszeniach, a w portfelu zaszeleszczą jeno stosy niezapłaconych cyrografów, wówczas nie radziłbym nikomu zasiadać do stołu karcianego z wytwornym tym galantuomo122. Przerzuci zręcznie parę wolt, podsunie fałszywe banknoty, sprzeda kochankę, popełni najgrubsze łotrostwa.
Krańcowo nieobliczalny, jak szczęście w karcie, będzie dzisiaj najczarowniejszym, rycersko ugrzecznionym, oszałamiająco dowcipnym i uduchowionym towarzyszem, jutro — najordynarniejszym opryszkiem; w poniedziałek będzie klęczał, czule i kornie, na wzór Abelarda123, u stóp ukochanej kobiety, aby we wtorek, jak ostatni nędznik, podrzucić ją do łóżka pierwszemu lepszemu lordowi za marne dziesięć funtów.
Nie, nie jest on dobry z charakteru, ale nie jest też zły — jest żaden. Charakter i najistotniejsza treść duszy, oba te atrybuty są mu równie obce, jak płetwy ssakowi. Nie są właściwością jego rasy. Jego sposób postępowania nie jest ani moralny, ani niemoralny, ale z natury amoralny: jego decyzje wytryskują spontanicznie z ruchów jego mięśni, jego odruchy są wypływem nerwów jego i żył, najzupełniej niezależnie od wpływów rozumu, logiki i moralności. Wystarczy, że zwietrzy kobietę, a już krew rozsadza mu tętnice; jak ślepy szaleniec rzuca on się naprzód, uniesiony na skrzydłach nieokiełznanego swojego temperamentu. Niech dostrzeże stolik karciany, a już odruchowo zapuszcza rękę do kieszeni: sam nie wie kiedy i jak pobrzękuje już sakiewka jego na stole. Pobudźcie go czymkolwiek do gniewu, a wnet nabrzmiewają mu żyły, jak gdyby miały pęknąć lada chwilę, do ust napływa mu gorzka ślina, oczy nabiegają krwią, pięść zaciska się i już wali nią z całego rozmachu, niepomny niczego prócz przedmiotu swojego gniewu, come un hue, jak mówi jego ziomek i brat, Benvenuto Cellini124 — jak oszalały z wściekłości byk.
Dlatego też nie można nigdy obarczać odpowiedzialnością Casanovy, w którym gra kipiąca jego krew, czyniąc go niezdolnym do opanowania żywiołowego popędu własnej jego gwałtowności.
„Nie potrafiłem nigdy zdobyć się na panowanie nad sobą i nigdy się na nie nie zdobędę”.
Nie rozważa i nie zabiega nigdy myślą naprzód; dopiero w momencie noża na gardle błyskają mu zbawcze, częstokroć genialne pomysły ratowania się z opresji; nigdy wszelako nie przygotowuje nic planowo, nie oblicza z góry szans, nie obmyśla — na to zbyt jest niecierpliwy — najdrobniejszego bodaj aktu czy sposobu działania.
Setki razy znajdujemy w jego pamiętnikach potwierdzenie faktu, że wszystkie decydujące jego czyny, zarówno najgłupsze, najbardziej żakowskie figle, jak najsprytniejsze, najpodstępniejsze sztuczki łotrowskie, wystrzeliły w momencie nagle eksplodującej fantazji, nigdy zaś nie były owocem dojrzałego obrachunku czy namysłu.
Jednym szarpnięciem zrzuca on pewnego dnia z siebie strój duchowny, jednym brzęknięciem ostróg skierowuje nagle, jako żołnierz, konia swojego do wrogiego obozu i oddaje się w niewolę; jedzie ni stąd, ni zowąd, pod wpływem nagłego kaprysu, do Rosji, czy do Hiszpanii, nie zaopatrzywszy się w żadne listy polecające, nie mając zapewnionego tam żadnego stanowiska, bez wszelkich informacji i wskazówek, nie zadawszy nawet samemu sobie pytania po co właściwie i na co.
Wszystkie jego decyzje czynią wrażenie niezależnych od jego woli, a bodaj i wiedzy, napadów nagłego kaprysu, rozigrania się nerwów, czy wprost nudy. Tak niespodzianie przerzucają go one z jednej sytuacji w drugą, że często przeraża to jego samego, zdumiony też przeciera z niedowierzaniem oczy.
Prawdopodobnie temu właśnie śmiałemu brakowi wszelkiej planowości zawdzięcza Casanova barwną pełnię własnego życia, bowiem człowiek logicznie obmyślający, rozsądnie informujący się i choć trochę obliczający szanse nie staje się awanturniczym poszukiwaczem przygód, a kreślenie strategicznego systemu nie jest drogą prowadzącą do tak fantastycznego mistrzostwa życia.
Nic też bardziej fałszywego i błędnego, aniżeli dziwne usiłowania wszystkich poetów próbujących przypisywania Casanovie — o ile obierają tego człowieka gorących, nieokiełznanych popędów za bohatera sztuki scenicznej, czy opowiadania — czegoś w rodzaju świadomej swoich zamierzeń i czynów duszy, trzeźwego rozmysłu, a tym bardziej Faustowsko-Mefistofelesowskiej125 sztuki czarowania, kiedy w rzeczywistości cały jego czar i prężność rozmachu są jedynie wypływem nieobmyślania uprzednio niczego, amoralnej jego beztroski.
Wlejcie mu do żył trzy krople sentymentalizmu, obciążcie go świadomą wolą i poczuciem odpowiedzialności za swoje czyny, a już przestał być Casanovą. Ustrójcie go w interesującą maskę posępnego filozofa, podsuńcie mu za podstawę jego czynów coś w rodzaju sumienia, a już tkwić będzie w obcej mu zupełnie skórze. Bowiem o ile można określić jakimś mianem to niemieszczące się w ramach żadnej stałej przynależności, igrające ze wszystkim swobodnie dziecko świata, to jedynie mianem nieopatrznego chłopca, zuchwale sięgającego po każdą zabawkę, po chwilową rozrywkę i zabawę, po kobiety, po przyjemności, po obcych nababów126; nie demonicznie jednak, bynajmniej: jedyny demon, jaki opanowuje Casanovę, ma bardzo pospolitą mieszczańską nazwę, zwie się po prostu — nudą.
Wobec własnej absolutnej pustki duchowej, wobec braku wszelkiej treści wewnętrznej, zupełnego vacuum127 w miejsce duszy, zmuszony jest, aby nie paść ofiarą wewnętrznego wyczerpania, nieustannie, nieprzerwanie wypełniać tę pustkę zewnętrznymi przeżyciami; niezbędny mu jest ustawiczny dopływ tlenu awanturniczej przygody, bez którego zagłodziłby się na śmierć — stąd ta jego gorąca, kurczowa żądza nowych wciąż, niedoświadczanych jeszcze wrażeń, czegoś niezaznanego dotychczas, stąd ta strzelająca na wszystkie strony rozpłomienionymi oczami ciekawość tego wiecznie głodnego, wiecznie pożądającego nowych przeżyć człowieka.
Nieprodukcyjność własnej jego duszy zmusza go do nieustannego zdobywania dla siebie materiału życiowego, ale ta jego nienasycona żądza zagarniania wszystkiego na swój użytek jest o mile całe daleka od demonizmu prawdziwego zdobywcy i łupieżcy, takiego Napoleona chociażby, który pożąda coraz nowych obszarów, coraz nowych państw, party nienasyconym pragnieniem bezmiaru, zachłannością panowania nad bezkresnym obszarem świata. Daleka jest również od demonizmu Don Juana128, który nie zazna spokoju, dopóki nie uwiedzie wszystkich napotykanych na swojej drodze kobiet, nie zagarnie w wyłączne swoje władanie całego, równie jak tamten bezkresnego świata niewieściego.
Casanova, poprzestający jedynie na używaniu rozkoszy życia, nie dąży nigdy do tak niebosiężnych superlatywów, ale jedynie i wyłącznie do stałej zabawy, do nieustannej rozrywki, do ciągłego pławienia się w zmysłowych ponętach świata.
Nie jest człowiekiem czynu, człowiekiem ducha, którego podnieca ułuda fanatyczna do bohaterskiego, do niebezpiecznego napięcia uczuć; nie, Casanova pożąda jedynie miłego ciepła użycia, błyskotliwej przyjemności gry, awanturniczej przygody, i jeszcze przygody, wciąż nowych i nowych przygód, zaprzątnięcia nimi własnej osoby, stwierdzenia nimi, że żyje.
Byle tylko nie być samemu, byle nie doznawać mrożącego dreszczu pustki i samotności! Przyjrzyjmy mu się w momencie, kiedy brak mu zabawki miłego przepędzenia czasu. Wszelki rodzaj spokoju przeradza się u niego wówczas niezwłocznie w najstraszliwszy niepokój. Przyjeżdża wieczorem do obcego miasta: ani jednej godziny nie może wytrzymać samotnie w swoim numerze129 hotelowym, w towarzystwie własnym tylko czy dobrej książki. Natychmiast rozgląda się i wietrzy na wszystkie strony, czy wiatr przypadku nie przypędzi mu jakiej rozrywki i na wszelki wypadek zapewnia sobie na noc towarzystwo służącej, w charakterze bańki rozgrzewającej chociażby.
Wda się zaraz na dole w sali gościnnej w gawędę z przygodnymi przybyszami, zasiądzie odważnie w każdej spelunce do gry w karty z podejrzanymi szulerami i fałszerzami, spędzi noc z najpodlejszego gatunku prostytutką — wszędzie i zawsze władczo pędzi go pustka wewnętrzna ku temu, co żyje, co ma jako tako postać człowieczą, bowiem jedynie stykanie się z innymi pobudza jego siłę żywotną. Pozostawiony samemu sobie jest on prawdopodobnie jednym z najposępniejszych, najbardziej znudzonych jegomościów: wyczuwa się to z jego pism (z wyjątkiem jego pamiętników), wiadomo o tym również z jego samotnych lat w Dux, kiedy nazywa nudę „piekłem”, którego Dante zapomniał opisać.
Jak bąk, któremu do utrzymania się w równowadze w jego rozbujanej, czarownie wirującej postaci potrzeba nieustannego popędzania z zewnątrz, bo z chwilą ustania go przewraca się i opada, tak samo musi Casanova do utrzymania się w ciągłym napięciu być nieustannie podcinany ostrogą z zewnątrz. Jest on namiętnym poszukiwaczem przygód (jak nieskończenie wielu innych jemu podobnych) jedynie wskutek braku własnej energii produkcyjnej. Dlatego też zawsze, ilekroć słabnie i ustaje naturalne napięcie jego życia, ucieka się do podniety sztucznej: do gry. Albowiem gra powtarza w genialnym skrócie napięcie życiowe, stwarza sztuczne niebezpieczeństwo, zawiesza nad głową oddającego się jej grozę losu. Dlatego właśnie jest ona ucieczką wszystkich ludzi przywykłych żyć chwilą, nieodmienną rozrywką wszystkich pustaków i próżniaków.
Dzięki grze daje się także sztucznie stwarzać w szklance wody burzliwy przypływ i odpływ uczucia, po brzegi wypełniać puste chwile i niewypełnione niczym godziny — wzruszeniem niepokoju, oczekiwania grozy, jakich nie jest w stanie dostarczyć nikt i nic, bodaj nawet stosunek do kobiety. Dzięki tej swojej bezcennej właściwości wyzwala gra i ratuje ludzi, których własne siły żywotne są już na wyczerpaniu, darzy ich podnietą pozornej przygody i staje się w ten sposób niezastąpionym surogatem130 cierpiących na pustkę własnej duszy.
Casanova podlega temu cierpieniu w wyższym stopniu niż każdy inny. I dlatego tak samo, jak nie jest w stanie znieść widoku kobiety, aby jej nie pożądać, nie jest zdolny oprzeć się pokusie pieniędzy, pobrzękujących przy stole gry, aby palce jego automatycznie nie sięgnęły po własną sakiewkę. Nawet wówczas, kiedy w trzymającym bank poznaje notorycznego grabieżcę, kolegę w oszukiwaniu przy kartach, nie umie powstrzymać się od rzucenia na stół ostatniego dukata, mimo iż z góry przygotowany jest na utracenie go.
Bowiem Casanova był niewątpliwie sam — jakkolwiek pamiętniki nader zręcznie omijają ten temat, unikając wyznania, co do którego z nawiązką zastąpiły go akty policyjne — jednym z najwytrawniejszych swojego czasu, najprzebieglejszych fałszerzy karcianych i równorzędnie z innymi oszustwami i podstępnymi sztuczkami czerpał z szlachetnego tego źródła przeważnie środki egzystencji.
Nic wszelako nie świadczy wymowniej o jego opętaniu gracza, o jego nieopanowanej, niepowstrzymanej żyłce hazardu, aniżeli fakt, że będąc sam oszustem, fałszerzem i łupicielem w grze, daje się oszukiwać i łupić w niej przez innych jedynie dlatego, iż nie jest w stanie oprzeć się najmniej nawet sprzyjającej, najoczywiściej zgubnej okazji. Jak kobieta publiczna, oddająca kochankowi-sutenerowi ciężko zdobyte udawaną ekstazą miłosną grosze po to jedynie, aby przeżywać w rzeczywistości wzruszenia, jakimi okłamuje innych, składa Casanova w ofierze wszystko, z czego z zuchwale zimną krwią obdziera nowicjuszów, wytrawniejszym jeszcze od siebie szulerom. Nie raz jeden, ale dwadzieścia, sto razy traci z trudem zdobyty łup oszustwa ponawianym wciąż hazardowaniem się, rzucaniem wszystkiego na kartę ślepego trafu.
Ale to właśnie nadaje mu piętno prawdziwego, urodzonego gracza, że nie gra jedynie dla korzyści, dla wygranej (jakież byłoby to nudne!), ale dla samego procesu gry, tak samo zupełnie jak nie po to żyje, aby opływać w dostatki, w wygody, aby urządzić sobie ciepłe mieszczańskie gniazdko, ale aby doświadczać rozkoszy istnienia, aby żyć żywiołowym życiem wiecznego ryzykanta.
Nie dąży nigdy do ostatecznego odprężenia napięcia, do zaznania nareszcie wypoczynku, ale do stałego i nieprzerwanego trwania w stanie naprężenia, do wiecznego igrania z rouge et noir131, do wahania się pomiędzy dziewiątką a asem, do drgawek przypływu i odpływu, bowiem w takich chwilach jedynie czuje swoje nerwy, doświadcza całego żaru ponoszącej go namiętności. Jak systole i diastole132, jak wydychanie i wdychanie ognistej treści świata, potrzebne mu jest do istnienia to skrzące się przeciwieństwo wygranej i przegranej przy stole karcianym, zdobywanie i porzucanie kobiet, kontrast bogactwa i nędzy, przedłużanie awanturniczej przygody w bezkres, w nieskończoność.
Że jednak nawet tak kalejdoskopowo, tak kinematograficznie pstre życie ma interwały pomiędzy niespodziankami, pomiędzy nagłymi zwrotami i rozpętaniem gwałtownych nawałnic, wypełnia Casanova pustkę tych pauz sztucznym napięciem emocji karcianych. I właśnie dzięki szalonym swoim rzutom hazardowym osiąga owe fantastycznie, nieprawdopodobnie gwałtowne spadania ze szczytów na dno przepaści, owe burzące cały układ nerwowy wstrząsy, owe rujnujące całe istnienie ostre wiraże i skręty. Dzisiaj jeszcze grand seigneur133 z kieszeniami wypełnionymi złotem, z dwoma hajdukami134 w tyle karocy, a jutro, po sprzedaniu ostatniego klejnotu pierwszemu lepszemu Żydowi, zastawia spodnie — nie jest to metafora jeno, znaleziono bowiem kwit zastawny! — w lombardzie zurychskim.
Do takiego jednak właśnie, a nie innego życia dąży ten urodzony ryzykant i awanturnik, takim, a nie innym pragnie je mieć — szarpane i wstrząsane nagłymi eksplozjami powodzenia i rozpaczy, i dlatego, w imię stałego wywoływania ich, rzuca wciąż ponownie całe swoje burzliwe istnienie, jako ostatnią i jedyną już stawkę, na los trafu.
Dziesiątki razy staje on w pojedynku o włos od śmierci, tuziny razy zahacza o skraj przepaści, galer czy więzienia, miliony przypływają mu niespodzianie do kieszeni, aby znów po krótkim czasie odpłynąć z niej bez śladu, a on nie podstawia nawet ręki, aby utrzymać jedną bodaj kroplę.
Ale właśnie dzięki temu, że oddaje się zawsze niepodzielnie, bez reszty, każdej grze, każdej kobiecie, każdej chwili, każdej przygodzie, osiąga w ostatecznym rezultacie ten, który umarł na cudzych śmieciach, jak najnędzniejszy żebrak, wyżynę najniedostępniejszą: nieskończoną pełnię życia.
Homo eroticus
Czym uwiódł którą? O, nie, chwytałem moment,
Gdy czary swe natura w nich sprawiała.
Jam żadnej nie porzucił. Me serce wdzięczność
Dla każdej z nich na wieki zachowało.
Artur Schnitzler135, Casanova w Spa.
Jest prawdziwym i przeważnie kiepskim dyletantem we wszystkich działach sztuki stworzonych przez Boga. Pisuje kulawe wiersze i usypiające traktaty filozoficzne, rzępoli średnio na skrzypcach i w najlepszym razie rozprawia jak encyklopedysta. W znacznie doskonalszym stopniu posiadł te rodzaje sztuki, które są wymysłem diabła: grę w faraona, karty, biribi136, kostki, domino, oszustwa, alchemię i dyplomację. Ale jako wielki mag i mistrz celuje Casanova jedynie w grze miłosnej.
Tutaj wiążą się w chemicznym splocie twórczym setki jego zmarnowanych, ułamkowych talentów, składając się na czysty żywioł skończonego homo eroticus137. W tym, wyłącznie w tym kierunku ujawnia ten podejrzany dyletant niezaprzeczony geniusz.
Cieleśnie już zdaje się być jak gdyby stworzony do służenia kultowi Cyterejki138. Wyjątkowo szczodrze sięgnęła skąpa zazwyczaj natura do tygla swojego, aby wygarnąć z niego cały zapas siły męskiej, zmysłowości i fizycznego piękna, i w ten sposób stworzyć, ku radości i uciesze kobiet, prawdziwego mężczyznę, un mâle, samca, czy jak się to chce nazwać, pełnowartościowy, a mimo to lekki i zwinny jak piórko, nieustępliwy, a zarazem gorący okaz mocnej płci, masywny odlew i skończoną formę.
Fałszywie bowiem ocenialibyśmy Casanovę-zdobywcę, gdybyśmy wyobrażali go sobie zbudowanego fizycznie na modłę współczesnego, smukłego typu piękności męskiej. Ten bel uomo139 nie jest efebem140, o nie, bynajmniej; raczej prawdziwym ogierem ludzkim z torsem na miarę Herkulesa Farnezyjskiego141, z mięśniami rzymskiego gladiatora i smagłą urodą młodego Cygana, z siłą chwytu i zuchwalstwem kondotiera142, z zapałem krętowłosego bożka leśnego143. Ciało jego jak odlane z metalu, prężne nadmiarem giętkości i siły: czterokrotny syfilis, dwa zatrucia, tuzin pchnięć szpadą, potwornie szare lata spędzone pod Ołowianymi Dachami i w cuchnących ciemnicach kaźni hiszpańskich; nagłe gwałtowne zmiany klimatu, z żaru sycylijskiego do skutych mrozem równin moskiewskich — wszystko to ani o włos nie osłabia jego płciowej gotowości i siły.
Gdziekolwiek i w jakichkolwiek znajduje się warunkach, wystarczy błysk spojrzenia, fizyczne poczucie bliskości kobiety, a już ogniście rozpłomienia się i reaguje jego niczym niezwyciężona płciowość. W ciągu całego niestrudzonego ćwierćwiecza utrzymuje on opinię bajecznego Messer sempre pronto, zawsze gotowego bohatera włoskich komedii; niezmordowanie uczy kobiety wyższej matematyki niż najdzielniejsi z ich kochanków, a nieznośne fiasko w łóżku (któremu Stendhal144 poświęca w swoim traktacie L’Amour wagę specjalnego rozdziału), znane mu jest, aż do czterdziestego roku życia, ze słyszenia jeno i osławienia.
Ciało, którego siła nigdy nie zawodzi wobec wyzwania chuci, mimo że chuć jego nigdy nie słabnie, nigdy nie ustaje, zawsze z jednaką czujnością nerwów węszy kobiecość; namiętność, która nie zna nigdy przesytu pomimo najnieprawdopodobniej szalonego jej trwonienia; żądza zabawy, która nie cofa się przed żadną ofiarą ni stawką — faktycznie rzadko uposażyła natura mistrza w równie wielostrunny i przystosowany do gry zmysłów instrument cielesny, w podobną viola d’amore145 do wygrywania na niej przez całe życie.
Ale mistrzostwo we wszystkich kierunkach i w każdym dziale wymaga do wykazania wrodzonego talentu w całej pełni szczególnego nadto podłoża: całkowitego oddania się, niepodzielnego skupienia.
Jedynie monogamista danego popędu osiąga najwyższe naprężenie namiętności, jedynie niepodzielne skupienie się w jednym kierunku zdolne jest stworzyć dzieło skończone. Jak dla artysty tonów muzyka, dla poety tworzenie, dla skąpca pieniądz, dla sportowca branie rekordów, musi stać się dla pełnowartościowego erotomana kobieta, zabieganie o jej względy, pożądanie jej i posiadanie — najważniejszym, raczej jedynym dobrem świata.
Ze względu na wieczną wzajem w stosunku do siebie zawiść wszystkich namiętności wolno mu oddawać się tej jednej i jedynej wyłącznie, i w niej tylko spośród wszystkich widzieć sens i nieskończoność świata.
Casanova, wiecznie zdradzający, pozostaje wierny sobie w swojej pasji do kobiet. Ofiarujcie mu pierścień doży weneckiego, skarby Fuggerów146, dyplom szlachecki, pałac i bogatą stajnię, sławę wodza i poety, niedbałym gestem odrzuci te bagatele w zamian za zapach nowego, nieznanego jeszcze ciała, za niczym niezastąpiony słodki widok i moment ustępliwej zgody, za zwierciadlanie przejrzyste i już zachodzące mgiełką rozkoszy spojrzenia wdzięcznie pochylającej się ku niemu i nieposiadanej jeszcze dotychczas kobiety.
Wszelkie, najbardziej kuszące obietnice i ponęty: zaszczyty, stanowiska i godności, czas, zdrowie i wszelkiego rodzaju przyjemności odgania precz machnięciem ręką, jak dym fajczany, w zamian za miłosną przygodę, co więcej nawet, za samą możliwość takiej przygody. Zbędne jest bowiem dla tego spragnionego sensacji erotycznych wiecznego ich poszukiwacza zakochanie się w przedmiocie pożądania. Samo przeczuwanie nieuchwytnej jeszcze, ale zapowiadającej się w przyszłości przygody rozpala jego fantazję, dając jej przedsmak przyszłych rozkoszy.
Z setek takich przykładów przytoczę jeden bodaj epizod w samym początku drugiego tomu, kiedy to mowa jest o pośpiesznym wyjeździe Casanovy w arcyważnej sprawie ekstrapocztą do Neapolu. Zatrzymawszy się po drodze na nocleg w oberży, dostrzega w sąsiednim pokoju, w obcym łóżku, przy boku węgierskiego kapitana piękną kobietę — nie, jeszcze ciekawsze, w owej chwili nie wie on jeszcze, czy jest ona piękna, nie widział bowiem ukrytej pod kołdrą. Słyszał tylko młody śmiech, śmiech kobiecy, i już momentalnie drgnęły jego nozdrza. Nie wie o niej nic, nie ma pojęcia, czy jest ponętna, piękna czy brzydka, młoda czy stara, ustępliwa czy nieprzystępna, wolna czy już związana, mimo to w tej samej chwili rzuca wraz z mantelzakiem147 wszystkie plany pod stół, każe wyprząc już gotową do drogi kolasę pocztową i pozostaje w Parmie tylko dlatego, że wystarczyła mu, wiecznie głodnemu miłosnych przygód ryzykantowi, ta drobna i mglista zaledwie szansa, aby roziskrzyć w nim ogień namiętności.
W ten sposób na pozór bezsensownie, a w gruncie rzeczy tak zgodnie z właściwym, przyrodzonym sensem najistotniejszej swojej natury, postępuje Casanova zawsze i wszędzie. W zamian za okazję spędzenia jednej godziny z nieznajomą, obcą sobie zupełnie kobietą, gotów niezmiennie i niezawodnie, we dnie czy w nocy, z rana czy wieczorem, do popełnienia największego szaleństwa. Ilekroć w grę wchodzi jego pożądanie, nie odstrasza go żaden trud, żadna cena; kiedy dąży do podboju i zwycięstwa, nie istnieje dla niego trudność ani zapora.
Chcąc raz jeszcze zobaczyć ową niemiecką burmistrzową, do której osoby nie przywiązuje na pozór wielkiej wagi i o której nie wiadomo mu wcale, czy potrafi, czy będzie mogła go uszczęśliwić, zdobywa się na zuchwalstwo pójścia nie tylko bez zaproszenia, ale z całą świadomością, że nie jest pożądany, na obce zupełnie zebranie towarzyskie w Kolonii, gdzie z zaciśniętymi zębami wysłuchać musi ostrych monitów gospodarza domu i wyśmiewań pozostałych gości. Czy czuje jednak ogier w momencie bekania148 spadające na niego razy? Głodząc się i marznąc pośród szczurów i robactwa, chętnie zgadza się Casanova na spędzenie nocy w lodowato wyziębionej piwnicy, bo świta mu nadzieja zaznania o brzasku dnia, w niezbyt zresztą dogodnych warunkach, jednej krótkiej godzinki miłosnej sielanki. Dziesiątki razy zaryzykuje pchnięcia szpadą, strzały pistoletowe, łajania, wymyślania, wymuszenia, choroby, upokorzenia, w dodatku — co łatwiej jeszcze dałoby się zrozumieć — nie dla Anadyomeny149, dla wybranej i prawdziwie ukochanej, dla pożądanej całym zapałem duszy, ciała i wszystkich skupionych na tym jednym przedmiocie zmysłów, ale dla pierwszej lepszej, dla byle jakiej, dla każdej w danym momencie dostępnej kobiety, tylko dlatego, że jest kobietą, że należy do tego odmiennego i właśnie z powodu tej odmienności tak pożądanego dla niego gatunku.
Każdy stręczyciel, każdy rajfur, każdy sutener może z największą łatwością złupić tego rozgłośnego na świat cały uwodziciela, każdy usłużny brat czy przystępny małżonek może zapędzić go w kozi róg i uwikłać w najbrudniejszą aferę, ilekroć zmysły jego odpowiednio zostaną podrażnione. A kiedyż nie ma to miejsca wobec nigdy nienasyconej erotomańskiej żądzy Casanovy?
Semper novarum rerum cupidus150, wiecznie i zawsze żądne nowego łupu wibrują jego chuci nieustannie, gdy tylko zwietrzą nową, możliwą do zdobycia ofiarę.
Miasto bez miłosnej przygody w nim nie jest dla niego miastem, świat bez kobiet nie jest światem. Jak tlenu, snu i ruchu, nieustannie domaga się to męskie ciało swojej słodko-lubieżnej, rozkosznie miękkiej podściółki pościelowej, a ten niespokojny duch — błyskotliwego napięcia nowych wciąż awanturniczo-miłosnych przygód.
Ani miesiąca, ani tygodnia, ani dnia nieomal nie może on przeżyć bez kobiet; nigdzie i nigdy nie czuje się bez nich dobrze. Wstrzemięźliwość w przekładzie na język Casanovy nosi wprost nazwę otępienia i nudy.
Nic dziwnego, że przy tak krzepkim apetycie i ustawicznym spożywaniu jakość jego materiału kobiecego nie jest stale i niezmiennie pełnowartościowa. Przy takim wielbłądzim żołądku zmysłowości nie można być smakoszem, prawdziwym gourmet, ale raczej obżartym łakomczuchem, zwykłym gourmand tylko.
Dlatego też nie jest sam przez się szczególną rekomendacją tytuł byłej kochanki Casanovy, nie trzeba bowiem ani być Heleną, ani dziewicą, ani niewinną, ani też szczególnie obdarzoną duchowo, układnie wychowaną i pociągającą, aby dostojny pan raczył dokonać swojego wyboru. Łatwo zapalnemu wystarcza przeważnie sam fakt, że dana osoba jest kobietą, samiczką, vagina, istotą odmiennej płci, z natury przeznaczoną do sycenia jego zmysłowych popędów.
Uroda, rozum, delikatność obejścia to bardzo pożądane, miłe dodatki, niewątpliwie; jakże śmiesznie podrzędną odgrywają one wszelako rolę wobec jedynie decydującego zasadniczego faktu — samej kobiecości! Bowiem to jedno tylko, kobiecość, wciąż nowa, wciąż inna, odmienna, jest przedmiotem pożądania Casanovy, kobieta w każdej postaci, w każdym kształcie i zniekształceniu. Dlatego też proszę z gruntu wymieść obszerny ten park jeleni z wszelkich romantycznych czy estetycznych, kojarzonych z nim wyobrażeń: jak zawsze, o ile chodzi o zawodowego, zatem niewybredzającego erotomana, okazuje się kolekcja Casanovy nader bogato upstrzona, bardzo mieszana, wybitnie nierównowartościowa, a już na pewno daleka od stanowienia galerii piękności.
Niektóre z poszczególnych tych postaci, nade wszystko delikatne, słodkie, niedorosłe dziewczątka, mają twarzyczki, które chciałoby się podsunąć na modele artystycznym ziomkom Casanovy — Guido Reniemu151 i Rafaelowi152. Jest kilka bardziej w guście Rubensa153; inne to znów typy Bouchera154, naszkicowane delikatną sangwiną155 na jedwabnym wachlarzu. Ale obok nich jakie ohydy: angielskie dziewki uliczne, których zuchwałe, karykaturalnie brzydkie, pospolitej twarze oddać mógłby tylko satyryczny rysunek Hogartha156, rozłajdaczone stare czarownice, nadające się do odtworzenia ich ponurym pędzlem Goi157, napiętnowane rozpustą twarze prostytutek w stylu Toulouse-Lautreca158, typy chłopek i kucht miejskich, jak gdyby żywcem wyjęte z obrazów Breughla159, pstra mieszanina piękna i brudu, uduchowienia i prostactwa, istny jarmark przypadkowej zbieraniny bez wyboru i odrzucania.
Bowiem ten panerotyk160 posiada w swojej lubieżności niewybredne nerwy smakowe, a rozpiętość jego pożądań zakreśla bardzo szeroki łuk, zahaczający o zwyrodnienie bodaj i dziwactwa. Ten rodzaj stałego uprawiania miłości nie zna specjalnych upodobań, sięga po wszystko i przychwytuje wszystko, co wpadnie pod rękę, na co natrafi po drodze, zapuszcza sieci we wszystkie strumienie i stawy, zarówno w kryształowo przejrzyste krynice, jak w mętne zbiorowiska brudnych wód, w źródła dozwolone i zakazane. Ta bezmierna, nielicząca się z żadnymi względami erotyka nie uznaje zapór, ani granic moralności, ani estetyki, ani przyzwoitości, ani wieku; obojętne jej są wyżyny czy niziny, przedwczesność czy spóźnienie. Przygody miłosne Casanovy zaczynają się od wieku, który w naszych czasach reglementacji nieuniknienie naraziłby go na poważne scysje z prokuratorem państwa, i sięgają aż po zniekształcenie starcze, aż do owej siedemdziesięcioletniej ruiny, księżny d’Urfé — najpotworniejsza sielanka miłosna, z jakiej bezwstydnie zwierzył się kiedykolwiek jej bohater w pisanym, pozostawionym potomności słowie.
Poprzez wszystkie kraje, poprzez wszystkie warstwy społeczne toczy się ta daleka od klasyczności noc Walpurgi161. Najsubtelniejsze, przeczyste postacie kobiece, płonące rumieńcem pierwszego dziewiczego wstydu, dostojne damy, lśniące połyskiem klejnotów, strojne w koronki i kosztowne szaty, bezpośrednio podają w tanecznym korowodzie rękę szumowinom domów publicznych, maszkarom szynkownianym162, cynicznym garbuskom, przewrotnym kuternogom, zżartym przez występek dzieciom, rozwydrzonym starym jędzom... Wszystko to drepce sobie wzajem po piętach w upiornym tańcu czarownic. Ciotka ustępuje ciepłe jeszcze łoże siostrzenicy, matka — córce, rajfurzy podsuwają wiecznie zgłodniałemu uciech miłosnych własne dzieci, usłużni małżonkowie nasyłają mu własne żony do domu. Kochanice żołnierskie dzielą z arystokratycznymi damami jednakie przelotne rozkosze jednej i tej samej nocy... Tak; należy ostatecznie wyperswadować sobie podświadome zdobienie afer miłosnych Casanovy ilustracjami w stylu tkliwie romantycznych miedziorytów osiemnastego stulecia, wdzięcznymi amorkami i girlandami kwiatów. Należałoby raz wreszcie zdobyć się na odwagę obnażenia niewybrednej tej erotyki, ujawnienia jej jaskrawych przeciwieństw, jej istotnego, niezafałszowanego romantyzmem realizmu. Trzeba raz wreszcie odsłonić z całą brutalną prawdą to pandemonium163 męskiej zmysłowości.
Takie niewyczerpanie nieprzebierające libido164 jak Casanovy idzie niepowstrzymanym pędem naprzód, przez góry i lasy, a nade wszystko nie omija po drodze niczego. Niezwykłość pociąga go tak samo, jak codzienność; nie istnieje dla niego żadna anomalia, która gasiłaby samczy jego zapał, żadna absurdalność nie jest w stanie go otrzeźwić. Zawszone bety165, brudna bielizna, podejrzane zapachy, bratanie się z sutenerami, obecność ukrytych czy zamówionych widzów, nikczemny wyzysk i zwykłe choroby — wszystko to są obojętne drobiazgi dla boskiego tego buhaja, który, niby drugi Jupiter166, chce objąć w uścisku Europę167, cały świat niewieści we wszystkich jego kształtach i zniekształceniach, w każdej postaci i w każdym zwyrodnieniu. — Pochłonięty jednako bezmierną ciekawością rzeczy najfantastyczniejszych i najnaturalniejszych, nieustannie płonie maniakalną już nieledwie, niczym niepowstrzymaną, nigdy nienasyconą chucią.
Typowa wszelako cecha męskości tej erotyki: pomimo burzliwości nieprzerwanego ani na chwilę jej pędu, nie wylewa się jej fala nigdy poza granice naturalnego stosunku płciowego.
Instynkt Casanovy zahamowuje go gwałtownie na rubieży odmienności płci. Z obrzydzeniem otrząsa się przy dotknięciu kastrata, kijem brutalnie odpędza stręczących się do nierządu chłopaków; wszystkie jego wybryki i perwersje mają z dziwnie niezachwianą wiernością zawsze tylko i wyłącznie świat kobiecy na względzie. Świat ten jest jedyną właściwą mu, przyrodzoną sferą działania.
W jego granicach natomiast nie zna furor168 jego żadnych hamulców, żadnych tam ani powściągań. Bez wyboru, na ślepo i nieprzerwanie promieniuje żądza jego ku każdej kobiecie z nigdy nienasyconą, rozpłomienianą ponownie widokiem każdej nowej spódniczki siłą popędu wiecznie głodnego rozkoszy greckiego bożka leśnego.
Ale ta właśnie nieposkromiona gwałtowność, ta oszałamiająca spontaniczność jego pożądania zapewnia Casanovie niesłychaną władzę nad kobietami, darzy go nieodpartym nieledwie urokiem w ich oczach. Wiedzione niezawodnym instynktem, wyczuwają w nim od razu pożądliwego, płonącego nigdy niesytą chucią, sprężonego do skoku na zdobycie ich, samca. Pozwalają, aby je posiadł, czując, że opanowały jego zmysły: oddają mu się na łup, świadome, że on padł ich ofiarą, nie jednej, poszczególnej kobiety, ale całej ich zbiorowości, uosobionej w nich kobiety, przeciwieństwa, odwrotnego bieguna.
Nareszcie — czują to z właściwą ich płci intuicją — znalazł się człowiek, dla którego nie istnieje nic ważniejszego aniżeli my; człowiek, który nie, jak inni, zmęczony pracą, stroskany kłopotami i obowiązkami, chmurny i pantoflarsko zgnębiony, w przelocie i jak gdyby pobocznie, stara się o nasze względy, ale który rzuca się na nas z kaskadową gwałtownością i siłą istoty nieznającej hamulców ani szczędzenia, niezdolnej do wahania się ani ociągania. Ostatnią resztkę żądzy swojej, ostatniego talara z kieszeni, wszystko bez namysłu gotów jest poświęcić ofiarnie dla każdej, jedynie dlatego, że widzi w niej kobietę i że w danym momencie syci ona jego pożądliwość samczą.
Widzieć kobiety uszczęśliwione, rozkosznie zaskoczone, roześmiane i porwane, jest dla Casanovy szczytem radości. Obsypuje każdą, dopóki starczy mu tylko złota, tkliwie wybranymi podarunkami; schlebia ich próżności roztaczaniem przed nimi niebywale lekkomyślnego zbytku; lubi bogato je stroić, spowijać w koronki, zanim nie obnaży ich całkowicie z szat, oszałamiać je kosztownymi niespodziankami w postaci cennych klejnotów, jakimi darzy je z niesłychaną rozrzutnością i olśniewającym ogniem namiętności — sam upodobniony do bożka, do szczodrobliwego Jowisza, który wraz z żarem swoich tętnic zalewa kochankę deszczem swojego złota169.
A nawet — i w tym podobny Jowiszowi — ponowne rychłe znikanie jego w obłokach — „kochałem kobiety jak opętaniec, ale zawsze przekładałem nad nie wolność” — nie przygasza jego aureoli, ale raczej potęguje jeszcze jej blask. Bowiem ta właśnie huraganowość jego wdzierania się i błyskawiczność znikania utrwala w ich pamięci tego jedynego, wyjątkowego, jako nieporównany moment porywającego upojenia, cudownego olśnienia, zachwytu, jako jedyną, raz tylko w życiu wydarzającą się czarowną przygodę. Co ważniejsze, nie wytrzeźwia ona, jak u innych, z tęczowej ułudy przyziemnością i pospolitością przeistoczonego już w banalny nawyk stałego dzielenia łoża.
Każda z tych kobiet czuje instynktownie, że człowiek jemu podobny niemożliwy byłby w roli małżonka, służalczego celadona170: utkwi on w pamięci jej zmysłów jako kochanek, jako wymarzone bóstwo jednej niezapomnianej nocy. Mimo że porzuca każdą, nie pragnęłaby żadna widzieć go innym, aniżeli jakim był w stosunku do niej. Dlatego też wystarczy Casanovie, że jest takim, jakim jest w rzeczy samej, szczerym w kalejdoskopowo niestałej swojej namiętności, a zdobędzie każdą kobietę.
Natura taka jak jego nie ma potrzeby udawania, sztucznego wspinania się na koturny, obmyślania lirycznych i podstępnych sztuczek uwodzenia: wystarczy, że uczciwie i otwarcie rozpęta swoją żądzę i już omota ona zdobycz za niego.
Daremnie tedy próbowali nieśmiali młodzieńcy, pragnący podpatrzeć tajemnicę mistrza, szukać jej w szesnastotomowej jego Ars amandi171. Sztuki uwodzenia tak samo nie można nauczyć się z książek, jak studiowanie zasad poetyki nie czyni z nikogo poety.
Niczego nie można się nauczyć od tego mistrza przez odczytywanie kart jego pamiętników, nie istnieje bowiem żaden specjalny chwyt Casanovy, żadna właściwa Casanovie taktyka oblegania i zdobywania. Cała jego tajemnica polega jedynie i wyłącznie na uczciwości i bezpośredniości jego pożądania, na żywiołowym oddziaływaniu natury na wskroś przesiąkłej żarem namiętności.
Użyłem przed chwilą wyrazu: uczciwość. Określenie zdumiewające w zastosowaniu do Casanovy. Trudno jednak: w grze miłosnej specjalnie niepodobna nie przyznać przechernemu172 temu filutowi173 i fałszerzowi przy kartach pewnej swoistej uczciwości.
Stosunek Casanovy do kobiet jest naprawdę uczciwy, bowiem jest wypływem jego gorącej krwi, jego stale napiętej zmysłowości. Wstyd prawdziwie to zaznaczyć, faktem jest jednak, że nieszczerość w miłości zaczyna się zawsze dopiero wraz z zaprawieniem jej wyższymi uczuciami. Samo tępe, uczciwe ciało nie kłamie, nie przekracza nigdy swoimi napięciami i pożądaniami naturalnie osiągalnych granic. Dopiero z chwilą, kiedy zaczynają wchodzić w grę czynniki duchowe i uczuciowe, które z natury swojej lotności szybują w bezkresy, nadają one bezpośredniej grze zmysłów charakter przesadny, tym samym kłamliwy, ułudnie fantazjując o przeciąganiu czysto ziemskich naszych stosunków w nieskończoność.
Łatwo jest też Casanovie, który nigdy nie sięga poza granicę cielesności, dotrzymywać tego, co przyobiecuje. Czerpiąc z przebogatej, nigdy niewyczerpanej skarbnicy swojej zmysłowości, darzy on rozkoszą w zamian za rozkosz, ciałem za ciało, i dlatego nigdy nie obciąża swojego sumienia duchowym długiem. I dlatego również nie doznają jego kobiety post festum174 zawodu w swoich platonicznych nadziejach. Właśnie dlatego, że ten pozornie płochy lubieżnik nie żąda od nich żadnych innych zachwytów poza miłosnym spazmem płciowym, że nie wgaduje w nie sentymentalnych ułud o nieskończonym trwaniu uczucia, zaoszczędza im zawsze bolesnych rozczarowań i otrzeźwień.
Wolno każdemu nazywać taki rodzaj erotyki miłością przyziemną, czysto seksualną, cielesną, bezduszną i zwierzęcą, nie wolno jej jednak odmawiać uczciwości.
Czyż bowiem ten płochy wietrznik175 ze swoim szczerym i nieukrywanym pożądaniem nie postępuje wobec kobiet szczerzej, prostolinijniej i bardziej ludzko aniżeli wszyscy owi romantyczni marzyciele, wszyscy wielcy kochankowie? Aniżeli chociażby taki (że weźmiemy dla przykładu), zmysłowo nadzmysłowy uwodziciel Faust, który w duchowym upojeniu klnie się na słońce, księżyc i gwiazdy, wtrąca Boga i wszechświat do swoich uczuć dla Małgosi, aby mimo to (o czym Mefisto dobrze wiedział z góry) wzniosłe swoje zachwyty zlikwidować wzorem Casanovy, obrabowując najzupełniej po ziemsku biedną czternastolatkę z najcenniejszego jej klejnotu?
Na szlaku życiowym Goethego i Byrona176 pozostaje nieskończona mnogość złamanych, skrzywionych, zniesławionych, ograbionych ze wszystkiego istnień kobiecych. Natury wyższe, ogarniające swoimi dążeniami wszechświat, bezwiednie tak bardzo wyolbrzymiają w miłości duchowość kobiety, że potem, pozbawiona tego tchnienia ognistego, nie może ona odnaleźć już swojej ziemskiej postaci. Natomiast zapalająca jak lont gwałtowność popędów Casanovy niewielką wyrządza im w gruncie rzeczy krzywdę. Nie łamie on istnień, nie strąca swoich kochanek w otchłań rozpaczy, ale wprost przeciwnie, uszczęśliwia wiele kobiet, nie doprowadzając żadnej do wybuchów histerii. Wszystkie one powracają niepokrzywdzone po tej czysto zmysłowej przygodzie do codziennej swojej egzystencji, do mężów swoich czy innych kochanków. Żadna jednak nie popełnia samobójstwa ani nie wpada w obłęd. Równowaga wewnętrzna żadnej z nich nie zostaje nie tylko zachwiana, ale nawet draśnięta bodaj, bowiem prostolinijna i w swojej bezwzględnej szczerości przedziwnie zdrowa namiętność Casanovy nie dociera wcale do głębszej warstwy przeznaczeń losowych żadnej z nich.
Porywa on je tylko wszystkie niby pęd wiatru zwrotnikowego, pod którego tchnieniem roznieca się ich zmysłowość. Rozpala je, ale nie osmala im skrzydełek, zdobywa je, nie niszcząc ich życia, uwodzi je, nie łamiąc ich. I właśnie dlatego, że miejscem rozgrywki tej jego erotyki jest grubsza tkanka skórna, a nie wrażliwsza, łatwiejsza do urażenia sfera ducha, nie sprowadzają jego podboje żadnych katastrof. Dlatego samego też pozbawiony jest Casanova jako kochanek wszelkich cech demonizmu, nie staje się nigdy tragicznym bohaterem niczyjego romansu, ani też sam nie należy do natur zagadkowych.
Zawsze i wiecznie pozostaje najgenialniejszym epizodykiem tylko w grze miłosnej, jakiego zna arena świata.
Ale właśnie ta bezduszność narzuca nieuniknione pytanie, czy można w ogóle nazwać miłością tę jurność czysto cielesną, tak łatwo pobudzaną przez byle spódniczkę? Oczywiście, nie, o ile chcielibyśmy zestawiać Casanovę, tego homo eroticus, raczej eroticissimus177, nieśmiertelnymi kochankami: Werterem178 czy kawalerem de Saint-Preux179.
Nieznane i niedostępne pozostaje dla Casanovy od pierwszego do ostatniego dnia owo zbożne uczucie wznoszenia się w sfery nadziemskie, zespalanie się na widok ukochanej kobiety z przyrodą i Bogiem, owo uszlachetnianie się i uskrzydlanie ducha przez miłość. Ani jeden godniejszy zanotowania list, ani jeden skreślony jego ręką wiersz nie stwierdza prawdziwego odczuwania miłosnego, sięgającego poza krawędź wspólnego łoża. Wątpliwe jest nawet, czy można w ogóle przypisać mu zdolność do żywienia prawdziwie gorącego uczucia. Bowiem namiętność, „amour passion”, jak ją nazwał Stendhal, przeczy takiemu spowszednieniu już samą swoją każdorazową wyłącznością. Miłość tak pojęta rodzi się nader rzadko, a jeżeli nawet, to jedynie na tle gromadzonej przez długi czas i niewyzyskanej siły uczucia, która, wyzwolona nareszcie, z piorunującą nagłością i gwałtownością rzuca się na przedmiot ukochania.
Casanova natomiast trwoni zbyt stale żar swojej żądzy, wyładowuje się nazbyt często, aby móc być zdolnym do najwyższego, spontanicznego napięcia. Namiętność jego, jako czysto erotyczna, nie zna ekstazy najwyższego jednorazowego wyładowania długo gromadzonej siły uczucia. Dlatego też nie ma potrzeby zbytnio się przejmować pozorną jego rozpaczą z powodu opuszczenia go przez Henriettę czy przez piękną Portugalkę. Nie ma obawy, aby chwycił on za śmiercionośną broń. W istocie też w dwa dni później znajdujemy go już u innej, o ile nie wprost w domu publicznym. Kiedy zakonnica C. C. nie może przybyć z Murano do casina180 i zamiast niej zjawia się inna siostra klasztorna, M. M., pociesza się Casanova bardzo prędko i łatwo. Każda z brzegu może zastąpić każdą inną, dlatego też rychło przekonać się można, że jako erotyk czystej wody nie kochał się on nigdy bez pamięci i wyłącznie w jednej, poszczególnej, z licznych swoich kobiet, ale zawsze tylko w wiecznej ich liczbie mnogiej, w nieustannej zmianie, w nieskończonym kolejnym szeregu przygód.
Jemu samemu wymknęło się raz niebezpieczne powiedzenie:
„Już wówczas przeczuwałem mętnie, że miłość jest jedynie mniej lub więcej żywym zaciekawieniem”.
Określenie to jest bardzo trafne, o ile wyraz: „zaciekawienie” przełożymy na właściwy w tym wypadku język, w którym będzie on miał znaczenie nowego wciąż pożądania, pożądliwej, wiecznej ciekawości czegoś nowego, coraz nowych i odmiennych wrażeń, jakich dostarczyć może coraz inna wciąż kobieta. Nie pociąga go nigdy osobnik, tylko odmienność, nieustannie nowa kombinacja na niewyczerpanej szachownicy erotyzmu.
Jak funkcja wdychania i wydychania powietrza, tak samo naturalne i rozumiejące się samo przez się jest jego branie kobiet w posiadanie i porzucanie ich. To czysto funkcjonalne używanie rozkoszy płciowej starczy nam za najlepsze wyjaśnienie, dlaczego Casanova, jako artysta, nie uplastycznił nam właściwie duchowego obrazu żadnej z tysiąca swoich kobiet. Szczerze powiedziawszy, budzą wszystkie jego opisy podejrzenie, że nie przyjrzał on się nigdy dokładnie żadnej ze swoich kochanek, i że obserwował je jedynie z un certo punto181 — z pewnej, bardzo przeciętnej perspektywy.
Tym, co go zachwyca, co go „rozpłomienia”, są, jak przystało prawdziwemu południowcowi, te same rzeczy grubozmysłowe, dostępne dla natur chłopskich, namacalne i rzucające się w oczy momenty płciowe; w kobiecie zawsze i wciąż (aż do przesytu) „alabastrowe łona”, „boskie półkule”, „junoniczna182 postać”, dzięki coraz innemu trafowi odsłonięte „najtajniejsze powaby” — słowem identycznie to samo, co podrażnia zmysły i rozszerza źrenice żółtodzióbego sztubaka.
Dlatego też z nieskończonej falangi183 Henriet, Babet, Mariuccii, Hermelin, Ignacji, Ester, Sar czy Klar (należałoby właściwie przepisać cały kalendarz) nie pozostaje nic więcej ponad cielistej barwy masę, ponad lubieżnie wygięte sylwetki kobiece, ponad bezładną plątaninę liczb i cyfr, zachwytów i przeżyć, ponad coś, co najbardziej przypomina obrazy, jakie majaczą w wyobraźni odurzonego parami winnymi człowieka, który obudziwszy się nazajutrz po całonocnej hulatyce z ciężką jak ołów głową, nie wie, co właściwie, z kim i gdzie pił całą noc.
Ani jeden poszczególny zarys ciała, że nie wspomnimy już o duszy, spośród tych osiemdziesięciu tuzinów kobiet nie rzuca w jego opisie plastycznego, psychofizycznego cienia. Casanova brał w posiadanie ciało każdej jedynie, doznawał wrażeń, jakie dawał mu naskórek jej tylko, poza tym nie znał żadnej wcale. Dlatego też zdradza nam precyzyjna miara sztuki, wyraźniej aniżeli samo życie, olbrzymią rozbieżność pomiędzy erotykiem wyłącznie a prawdziwie kochającym, pomiędzy tym, który wszystko zdobywa i nic nie utrzymuje, a owym osiągającym niewiele, ale siłą swojego ducha wznoszącym chwilową zdobycz na szczytne wyżyny trwałości.
Jedno jedyne przeżycie Stendhala, tego w rzeczywistości dość mizernego bohatera romansu, wykazuje więcej duchowego czynnika, zasila bogaciej ducha drogą sublimacji aniżeli trzy tysiące spędzonych przez Casanovę nocy miłosnych, a czterostrofowy poemacik Goethego daje bardziej plastyczne pojęcie o głębi i sile natężenia miłosnych uczuć, o ekstatycznych wyżynach ducha, na jakie wznieść się jest zdolny Eros184, aniżeli wszystkie razem wzięte szesnaście tomów pozostawionych nam w spuściźnie przez Casanovę.
Dlatego, rozpatrywane z wznioślejszego stanowiska, są pamiętniki Casanovy raczej referatem statystycznym aniżeli romansem, bardziej diariuszem185 wyprawy zdobywczej aniżeli poematem, istnym kodeksem erotyzmu, wschodnią kamasutrą186, odyseją wędrówek po ciałach kobiecych, iliadą wiecznego męskiego pożądania wiecznej Heleny187. Ich wartość polega na ilości, nie na jakości. Nabierają one ceny dzięki odmienności swojej, a nie dzięki duchowemu ich znaczeniu.
Właśnie jednak z powodu bogactwa takich przeżyć, pod wpływem podziwu dla faktycznej fizycznej sprawności, uznał w Casanovie współczesny nam świat, który zawsze nieomal rejestruje rekordy głównie i rzadko tylko mierzy siłę ducha — symbol triumfującego fallusa188, wieńcząc bohatera najcenniejszym wieńcem sławy — przysłowiowością.
Casanova — znaczy dzisiaj we wszystkich europejskich językach: rycerz o nieodpartym uroku, zdobywca-pożeracz kobiet, mistrz uwodzenia, reprezentujący w mitologii męskiej najściślejszy odpowiednik Heleny, Fryne189 czy Ninon de Lenclos190 w mitologii kobiecej. Ludzkość, chcąc na podstawie milionów przygodnych, ale stale powtarzających się masek stworzyć typ nieśmiertelny, musi uzmysłowić objaw powszechny i powszedni w postaci pojedynczego skrótu, wcielającego w sobie wszystkie te maski. Tą drogą właśnie zdobył syn weneckiej pary aktorskiej nieprzeczuwany zaszczyt figurowania po wsze czasy w dziejach świata jako wcielenie bohatera przygód miłosnych.
Dzielić on musi wprawdzie ten pozazdroszczenia godny piedestał z innym, bodaj bardziej jeszcze legendarnym towarzyszem. Obok niego stoi szlachetniejszej krwi, bardziej południowego pochodzenia i demoniczniejszej postaci hiszpański jego rywal — Don Juan.
Niejednokrotnie zaznaczany bywał utajony kontrast pomiędzy dwoma tymi męskimi mistrzami sztuki uwodzenia (po raz pierwszy i, o ile mi wiadomo, najszczęśliwszy, przez Oscara A. H. Szmitza191). Podobnie wszelako jak niewyczerpanym wciąż tematem jest duchowa antyteza: Leonardo da Vinci–Michel Angelo; Tołstoj–Dostojewski; Platon–Arystoteles, jako że powtarza się ona typologicznie w każdym nowym pokoleniu — stanowią również i obie te zasadniczo uosobiające erotyzm postacie wielce podatny grunt do porównań i zestawiań.
Jakkolwiek bowiem zwracają obaj swoje pożądania w jednym kierunku, obaj jako sępy, czyhające na zdobycie kobiety, dokonujące wciąż nowych wtargnięć w spłoszone czy duchowo oszołomione ich szeregi, mimo to zasadniczo różniący ich habitus192 duchowy, jak również odmienny rodzaj ich oddziaływania, wyznaczają im miejsce wśród przedstawicieli zgoła odmiennych ras.
Don Juan, w przeciwieństwie do rozwiązłego, lekkomyślnego, nieokiełznanego hulaki — Casanovy, trwale wrośnięty jest w ramy kasty, hidalgo193, szlachcic, Hiszpan, nieprzestający nawet w zbuntowaniu swoim być żarliwym katolikiem z uczuć. Jako pur sangre194 Hiszpan skupia on cały swój intelektualizm uczuciowy dokoła pojęcia honoru; jako średniowieczny katolik ulega on nieświadomie kościelnej ocenie wszelkiej cielesności ze stanowiska „grzechu”. Miłość pozamałżeńska (tym samym podwójnie kusząca) rozpatrywana z tej perspektywy chrystianizmu równa się czemuś diabelskiemu, bezbożnemu i zakazanemu — herezji ciała (pojęcie, pobudzające wolnomyślnego Casanovę, w którego żyłach płynie jeszcze swobodnie krew renesansu, do serdecznego śmiechu jedynie). Kobieta, samica, narzędzie grzechu, cała jej myśl i istnienie służą złemu jedynie. W samej jej istocie, w samym jej życiu nawet tkwi już zaczyn pokusy i niebezpieczeństwa, stąd też najbardziej nieskazitelna, jak zdawałoby się, cnota kobiety jest tylko pozorem, ułudą i wężową maską.
Don Juan nie wierzy w czystość i cnotę żadnej z przedstawicielek szatańskiego tego rodu; wie, że każda z nich, obnażona pod okrywającymi ją szatami, dostępna jest uwiedzeniu jej. Jedynie też chęć ujawnienia światu tej ułomności na „mille e tre”195 przykładach, udowodnienia wobec Boga i samego siebie, że wszystkie te nieprzystępne damy, te pozornie wierne małżonki, sentymentalnie rozmarzone na wpół dzieci, te poślubione Chrystusowi oblubienice, wszystkie bez wyjątku dostać można do łóżka, „anges à l’église, singes au lit”, wszystkie anielice w kościele, w łóżku wszystkie jednako małpio zmysłowe — ten jedyny i wyłączny wzgląd podnieca szalonego zmysłowca, pożądacza kobiet, do każdego aktu uwiedzenia z rozpaloną na nowo namiętnością.
Nic niedorzeczniejszego zatem aniżeli przedstawianie Don Juana, zaklętego wroga płci niewieściej, jako typu amoroso196, przyjaciela kobiet, kochanka, bowiem nigdy nie pociąga go ku żadnej z nich prawdziwa miłość, szczere uczucie. Jedynie pierwotna nienawiść męskości jest przemożnym owym czynnikiem, który prze go demonicznie ku kobiecie. Jego zdobywanie nie wypływa nigdy z chęci posiadania na własność swoją, ale zawsze tylko z żądzy obrabowania kobiety z jej własności, wydarcia jej rzeczy dla niej najcenniejszej: jej czci niewieściej. Jego chuć męska nie ma, jak u Casanovy, źródła w powrózkach nasiennych; siedliskiem jej jest mózg wyłącznie, bowiem w każdej poszczególnej kobiecie chce ten duchowy sadysta poniżyć, zranić i zhańbić cały ród kobiecy. Jego rozkosz płciowa jest nade wszystko przejawem wtórnym, jako fantastyczny przedsmak rozpaczy każdej poniżonej w ten sposób i zhańbionej kobiety, którą zbezcześcił i tym samym zdemaskował w jej pospolitej zmysłowości, stawiającej ją w jednym rzędzie z dziewką uliczną.
Dlatego samego też powab polowania na kobiecą zwierzynę zyskuje dla Don Juana na sile (w przeciwstawieniu do Casanovy, dla którego najlepszą jest ta, która obnaża się z największą gotowością) w miarę napotykanego oporu z jej strony. Im bardziej nieprzystępna wydaje się kobieta, im bardziej beznadziejne, bardziej pozbawione wszelkich podstaw jest prawdopodobieństwo zdobycia jej, tym cenniejszy, jako nieodwołalny, przekonywający argument, jest odniesiony nad nią w końcu tryumf. Gdzie nie znajduje oporu, tam nie istnieje dla Don Juana pokusa ani podnieta; niepodobna przedstawić sobie, jak Casanovę, u kobiety sprzedajnej czy w domu publicznym, tego, którego podnieca jedynie szatańska chęć poniżenia kobiety, wtrącenie jej na drogę grzechu, skłonienie jej do jednorazowego i niepowtarzanego złamania wiary małżeńskiej, pozbawienia jej dziewictwa, zhańbienia siostry zakonnej.
Z chwilą, gdy Don Juan posiadł kobietę, dokonał on zamierzonego eksperymentu; uwiedziona stała się już tylko numerem kolejnym w rejestrze, do którego spisywania utrzymuje rodzaj własnego buchaltera197 — Leporella. Nigdy nie przychodzi mu na myśl ujrzeć raz jeszcze, raz jedyny bodaj, kochankę ostatniej, jedynej nocy, tak samo bowiem, jak myśliwy bez żalu porzuca upolowaną zwierzynę, przestaje ten zawodowy uwodziciel dbać po dokonanym eksperymencie o swoją ofiarę. Dalej wciąż i dalej prze go żądza zdobywania coraz nowych ofiar, jak największej ich liczby, bowiem jego popęd wrodzony — i to potęguje diaboliczność jego osoby, czyniąc ją szatańską nieledwie — chłoszcze go wyrzutem niedopełnienia właściwej misji, polegającej na złożeniu wobec świata i samego siebie dowodu słabości i ułomności wszystkich bez wyjątku kobiet.
Erotyka Don Juana nie szuka i nie znajduje ani spokoju, ani rozkoszy. Party krwawą zemstą, pozostaje on, jako mężczyzna, w wiecznym stanie wojny, wytoczonej kobiecie. Piekło obdarzyło go najskuteczniejszą do tej walki bronią: majątkiem, młodością, arystokratycznym urodzeniem, cielesnym powabem i rzeczą najważniejszą — najdoskonalszym, zimnym jak lód brakiem uczucia.
W istocie też, z chwilą kiedy kobiety uległy w walce z zimną jego techniką, myślą one o nim jako o szatanie, całym żarem wczorajszej swojej miłości nienawidzą oszukańczego zaklętego swojego wroga, który zaraz nazajutrz z rana, jak nam to unieśmiertelnił Mozart, oblewa namiętność ich oddania się mu lodowatym prysznicem szyderczego śmiechu. Poniżone tak brutalnie, wstydzą się własnej słabości, wściekają się, szaleją z gniewu, pienią się z bezsilnego oburzenia na niecnego łotra, który je okłamał, oszukał, nadużył niegodziwy sposób ich zaufania, nienawidzą też w nim cały ród męski. Każda z kobiet: Donna Anna, Donna Elwira, wszystkie te tysiąc i trzy, które uległy jego obrachowanemu na trzeźwo naleganiu, pozostają na zawsze duchowo zatrute w obrażonej swojej godności kobiecej.
Natomiast, kobiety, które oddały się Casanovie, mają dla niego uczucie bałwochwalczej wdzięczności, zachowując rozkosznie w pamięci żar zetknięcia się z nim, nie tylko bowiem nie ograbił ich z najmniejszej cząstki ich uczucia, nie zranił ich boleśnie w ich kobiecości, ale hojnie obdarzył je, bogacąc je w rozkoszne przeżycie, w świadomość własnej ich wartości.
To samo, do pogardzania czym, jako najniższym upokorzeniem, jako zwierzęcą chucią, jako podszeptem diabła, jako słabością samicy, zmusza je hiszpański satanista, Don Juan, ten sam żar tulenia się ciała do ciała i rozkoszne omdlenie w momencie najwyższej ekstazy, każe im Casanova, tkliwy magister eroticarum198, uważać za właściwy sens życia, za błogosławiony obowiązek ich kobiecej natury. Wzbranianie, a nie oddanie się — poucza je ten wyrozumiały kapłan i typowy epikurejczyk, jest występkiem przeciwko świętemu duchowi ciała, przeciwko ustalonemu przez Boga prawu natury. Przejęte dziękczynieniem za wdzięczność okazywaną im przez niego, porwane jego porywem, czują się już rozgrzeszone z wszelkiego grzechu, wyzwolone z wszelkich pęt i hamulców.
Pod miękkim, pieszczotliwym dotknięciem tkliwej jego dłoni opada z niekompletnych jeszcze kobiet — z chwilą, kiedy mu się oddają, zyskują pełnię kobiecości — wraz z szatami wszelkie zalęknienie, wszelkie onieśmielenie. Uszczęśliwia on je, sam zakosztowując dzięki nim najwyższego szczęścia; znajduje usprawiedliwienie dla ich współrozkoszowania się we własnej ekstazie miłosnej, za którą jest im też gorąco wdzięczny. Bowiem Casanova o tyle tylko rozkoszuje się w pełni zetknięciem z kobietą, o ile partnerka jego każdym nerwem, każdym włóknem swojego ciała podziela to jego odczuwanie — „cztery piąte rozkoszy polegały dla mnie zawsze na uszczęśliwianiu kobiet”. — Jego upojenie wymaga wtóru upojenia, jak miłości innego potrzebna jest miłość odwzajemniona, a jego herkulesowe wyczyny nie tyle mają na względzie własne upojenie ekstazą, pełne nasycenie własnej żądzy cielesnej, ile zmysłów, zbudzonych przez niego w spoczywającej w jego objęciach kobiecie.
Dla takiego altruisty erotyki byłoby niepojętą niedorzecznością uciekanie się do podstępu czy gwałtu w imię czysto fizycznej rozkoszy. Nigdy też nie pociąga go, jak hiszpańskiego jego przeciwstawnika, brutalne, traktowane jako sport raczej, branie w posiadanie, ale zawsze i jedynie odwzajemnione oddanie. Dlatego też, chcąc być sprawiedliwym, nie należałoby nazywać go uwodzicielem, ale wciągaczem do gry, do nowej, porywającej zabawy, do której najchętniej rad by wciągnąć całą zgnuśniałą, wyzbytą sił żywotnych pod jarzmem moralnych i obyczajowych hamulców, krępowaną na każdym kroku ludzkość. W erotyce, jak we wszystkim, ma on na względzie pełnię porywu i łatwość użycia. Beztroska i bezpośredniość jego wyzwala ją z ciężaru ziemskich pęt, każda też z tych, które mu się oddały, staje się bardziej w pełni kobietą uświadomioną, lubieżnie podnieconą, wyzwoloną z krępujących ją do owego czasu sił. Ze zdumieniem odkrywa we własnym, dotychczas obojętnym jej ciele nieprzeczuwane źródło rozkoszy, po raz pierwszy dostrzega pod dotychczasowymi osłonami wstydu piękno własnej nagości, uświadamia sobie bogactwo swojej kobiecości.
Wesoły mistrz rozrzutności nauczył ją hojnego szafowania własnymi ponętami, płacenia rozkoszą za rozkosz, nie dbając o nic poza tym, czego tak żywo doznają własne jej zmysły.
Tak więc zdobywał Casanova swoje kobiety właściwie nie dla samego siebie, ale raczej dla tej tak chętnie przez nie przejmowanej nowej postaci używania. Dlatego też i one z kolei szukają niezwłocznie nowych wyznawczyń uszczęśliwiającego je kultu; starsza siostra wiedzie młodszą do ołtarza, na chętnie składaną ofiarę całopalną; matka sprowadza córkę tkliwemu mistrzowi, każda z jego kochanek wciąga następną w krąg rytualnego korowodu obdarzającego boga.
Wiedzione zupełnie tym samym niezawodnym instynktem siostrzanego bractwa kobiet, z jakim każda z uwiedzionych przez Don Juana usiłuje (zawsze nadaremnie!) ostrzec świeżo upatrzoną przez niego ofiarę, jako przed wrogiem ich płci, poleca jedna drugiej bez zawiści Casanovę, jako prawdziwego ubóstwiacza ich płci. I tak samo, jak on w każdej z nich poszczególnie tuli w miłosnym uścisku cały świat kobiecy, tak samo i one kochają w nim symbol namiętnej męskości, prawowitego jej mistrza.
Nie żaden czarodziej tedy, nie żaden mistyczny zaklinacz miłosny zwycięża w osobie Casanovy, ale sama natura, jej dobrotliwa i szczera przemoc.
Męskość i człowieczość — oto cała jego tajemnica.
Idący za głosem natury w swoich pożądaniach, szczery i uczciwy w zmysłowej swojej żądzy, wprowadza on do miłości pierwiastek najtrafniejszego zdrowego rozsądku, prawdziwą i istotną równowagę życiową. Nie wznosi kobiet na niebosiężne wyżyny i nie wieńczy ich aureolą świętości, nie czyni z nich zmysłowych demonów, ale pożąda ich i kocha je po ziemsku, jako towarzyszki zabawy w najrozkoszniejszej z gier, jako nakazane przez Boga uzupełnienie męskiej siły i chuci. Mimo że zapaleńszy i bardziej pełnokrwisty niż wszyscy lirycy razem wzięci, nie przesadza nigdy znaczenia miłości i nie czyni z niej treści i ostoi świata, w imię których przyświecają kuli ziemskiej wszystkie gwiazdy firmamentu, zmieniają się pory roku, ludzkość oddycha i ginie. Nie czyni z niej alfy i omegi, „amen wszechświata”, jak ją bardziej zbożnie nazywa Novalis199, ale zdrowo i po prostu, z beztroskim, swobodnym na te sprawy poglądem antycznego świata, nie widzi on w erotyce nic innego poza najsubtelniejszą zarazem i najbardziej pociągającą możliwością ziemskiej rozkoszy.
W taki sposób ściąga Casanova miłość z sztucznie wyszczudlonych niebiańskich szczytów z powrotem na padół ziemski i stawiając ją w ośrodkowym punkcie ludzkich odczuwań, wskazuje w każdej kobiecie osiągalny cel pożądań każdego mężczyzny, obdarzonego chęcią i wolą zaznania rozkoszy.
I w tej samej właśnie chwili, kiedy Rousseau wynajduje dla Francuzów sentymentalizm w miłości, a Werter dla Niemców jej marzycielską melancholię, sławi upojne istnienie Casanovy jej pogańską pogodność, jako najpewniejszego sojusznika w niezbędnym wciąż na nowo dziele ulżenia światu ciężaru jego bytu.
Lata w ciemności
Jak często czyniłem w życiu moim coś takiego, co mnie samemu było wstrętne i czego sam nie rozumiałem. Pchała mnie wszelako do tego tajemna jakaś moc, której świadomie nie stawiałem oporu.
Casanova w pamiętnikach.
Sprawiedliwość nakazuje nam nie mieć za złe kobietom, że tak bez oporu ulegały wielkiemu uwodzicielowi. My sami wszak przy każdorazowym z nim zetknięciu omal nie ulegamy pokusie pójścia za przykładem jego wabiącej, olśniewającej sztuki życia. Bowiem przyznajmy z ręką na sercu: niełatwo jest żadnemu mężczyźnie czytać pamiętniki Casanovy bez odczucia żądła zazdrości.
Jakże często już i bez tego ciążą nam godziny, w ciągu których potężnym głosem odzywa się w nas męsko żądny przygód popęd, tłumiony codzienną uregulowaną pracą wyrobniczą w naszym rozdrabniającym i specjalizującym zajęcia stuleciu. W takich momentach zniecierpliwienia i niezadowolenia wydaje nam się szaleńcza egzystencja tego awanturnika, jego zaborcze wchłanianie pełnymi haustami uciech życia, przesiąkłego niepohamowanym, niczym niepowstrzymanym epikureizmem — mędrszą i realniejszą aniżeli nasze efemeryczne błąkanie się duchowe, jego filozofia żywotniejszą od wszelkich ponurych teorii Schopenhauerowskich200, od ziejącej kamiennym chłodem dogmatyki ojca Kanta201.
Jakże uboga wydaje nam się w takich chwilach nasza egzystencja, wciśnięta w ciasne ramy, ściśle przykrojona, ustalona jedynie tylko dzięki zdolności wyrzekania się, w zestawieniu z jego życiem! Z żalem wówczas przekonujemy się, jak wysoką ceną okupiliśmy naszą postawę duchową i etyczne nasze dążenia: ceną zahamowania bezpośrednich naszych popędów! Właśnie wskutek tego, że stężamy nasz jednorazowy byt doczesny w plastyczne formy, budujemy sobie kamienne tamy, odgradzające nas od dopływów ze świata, od przemykającej obok nas w rozszalałem tempie gry przypadku.
Przyrodzony, nieodłącznie zrośnięty z nami fatalizm naszego przeznaczenia: ilekroć usiłujemy zapewnić sobie trwanie wieczyste, rozciągnąć sferę naszego oddziaływania poza ramy chwili obecnej, pozbawiamy dla siebie teraźniejszość całej jej żywotności; jakąkolwiek cząstkę naszego wewnętrznego napięcia skierowujemy poza obręb współczesności, związane to być musi z obrabowywaniem nas samych z beztroskich uciech życia. Rządzimy się własnymi uprzedzeniami i obawą sądu świata, wykuwamy sami na każdym czynionym przez nas kroku zgrzytliwe łańcuchy kul, przytłaczających nasze sumienie. Jesteśmy niewolnikami samych siebie i dlatego wleczemy się ciężkim krokiem przez życie, kiedy ten lekkoduch, ten pędziwiatr porywa za sobą wszystkie kobiety, przebiega lekką stopą wszystkie kraje i na rozbujanej w pędzie huśtawce przypadku szybuje ku wszystkim niebiosom i spada we wszystkie otchłanie piekielne.
Daremnie też przeczyłby każdy prawdziwy mężczyzna, że jest w stanie czytać w pewnych momentach pamiętniki Casanovy bez uczucia zawiści, bez doznawania przykrego ukłucia, że jest fuszerem, niedołęgą wobec słynnego tego mistrza życia. Nie raz też, nie, setki razy, wolałoby się być nim aniżeli Goethem, Michałem Aniołem czy Balzakiem.
Chociażbyśmy nawet z chłodnym uśmiechem przyjmowali zrazu literackie estetyzowania i szerokie gesty tego urwipołcia kryjącego się pod szatą filozofa, będziemy już w szóstym, w dziesiątym czy w dwunastym tomie uważali go za najmędrszego z ludzi, a jego filozofię lekkiego traktowania rzeczy za najrozumniejszą i najczarowniejszą z wszystkich doktryn. Szczęśliwie jednak nawraca nas sam Casanova i ustrzega przed przedwczesnym tym zachwytem. Jego księga zapisu własnej jego sztuki życia niebezpieczną wykazuje szczerbę: zapomniał o starzeniu się. Epikurejska taka technika używania, jaką uprawiał i głosił Casanova, nastawiony jedynie na wykorzystywanie namacalnej, zmysłowej strony życia, oparta jest wyłącznie na młodych, wrażliwych na te bodźce, niestępionych zmysłach, na prężności i sile młodego ciała. Z chwilą jednak, gdy krew już nie tak ogniście krąży w żyłach, wyparowuje od razu cała filozofia używania, stygnąc na ckliwą, nie do przełknięcia papkę: jedynie rozporządzając świeżymi, prężnymi mięśniami, zwierzęco mocnymi, białymi, lśniącymi zębami, można w zalecany przez Casanovę sposób owładnąć życiem. Biada jednak z chwilą, kiedy zęby zaczynają wypadać, a zmysły przestają dopisywać. Pryska wówczas cała wygodna, samolubna filozofia.
Wykres życia nieoglądającego się na nic epikurejczyka-zmysłowca dąży nieuniknienie ku dołowi, bowiem cechą każdego rozrzutnika jest niedbanie o rezerwę na przyszłość. Trwoni on i zatraca na potrzeby chwili całe swoje paliwo, gdy przeciwnie, człowiek mający upodobania duchowe, pozornie wyrzekający się zmysłowych uciech życia, gromadzi w sobie równocześnie, niby w akumulatorze, pokaźny zapas ciepła. Kto oddał się duchowym radościom, doświadcza i ku zaznaczonemu wydłużonym cieniem schyłkowi życia, częstokroć nawet aż do wieku patriarchalnego (Goethe!), przeobrażeń i sublimacji, olśnień i zachwytów, wzruszeń i uniesień. I wówczas jeszcze, kiedy w żyłach leniwie już krąży ostudzona krew, potrafi podnosić on rytm własnego istnienia na świetlane wyżyny i doznawać na nich intelektualnych niespodzianek, a osłabienie siły prężnej ciała wynagradza mu śmiały wciąż jeszcze polot myśli, nieukrócona gra fantazji.
Kto zmysłami jedynie żyje, kto w faktach wyłącznie szuka podniety, w kim oddźwięk wewnętrzny budzi jeno bieg spraw i wydarzeń rzeczywistych, zatrzymuje się i staje niby koło młyńskie w wyschniętym strumieniu. Starzenie się jest dla niego równoznaczne z zanikiem, ze stoczeniem się w nicość zamiast przejścia do czegoś nowego. Życie, nieubłagany wierzyciel, domaga się z lichwą zwrotu tego, co zbyt wcześnie i zbyt pośpiesznie wzięły zeń nieopanowane zmysły.
Tak samo też kończy się mądrość Casanovy wraz z jego szczęściem i powodzeniem, jego szczęście i powodzenie wraz z jego młodością. Wydaje on się nam mądry, jedynie dopóki jest piękny, zwycięski i pełen sił. Jeśli nawet w głębi ducha zazdrościliśmy mu do czterdziestego roku jego życia, po przekroczeniu przez niego czterdziestki litujemy się nad nim.
Bowiem karnawał Casanovy, ten najbardziej pstry ze wszystkich karnawałów weneckich, kończy się smutnie i przedwcześnie melancholijną środą popielcową202. Powoli, niepostrzeżenie, niby zmarszczki na starzejącą się twarz wślizgują się posępne cienie w płynącą z wesołą swadą jego opowieść o własnym życiu. Coraz mniej tryumfów ma do zanotowania, coraz więcej spotyka go przykrości i zgryzot. Coraz częściej wydarzają mu się niemiłe afery z ciągnionymi wekslami203, fałszywymi banknotami i zafantowanymi204 klejnotami, do których — naturalnie za każdym razem zupełnie niewinnie — zostaje wmieszany; coraz rzadziej przyjmowany bywa na książęcych dworach. Z Londynu musi uciekać podczas ciemnej mglistej nocy, zaledwie zdążywszy zbiec na parę godzin przed zaaresztowaniem, które zaprowadziłoby go niechybnie na szubienicę. Z Warszawy zostaje wypędzony jak przestępca, w Wiedniu i Madrycie otrzymuje nakaz opuszczenia kraju i miasta, w Barcelonie wtrącają go na czterdzieści dni do więzienia, w Paryżu nakazuje mu otrzymany lettre de cachet205 niezwłoczne opuszczenie ulubionego miasta, z Florencji wyrzucają go bez ceremonii: nigdzie nie chcą już mieć Casanovy, każdy odsuwa go i strząsa z siebie jak wesz z ubrania.
Ze zdziwieniem zadaje sobie czytelnik zrazu pytanie, jakie przestępstwo popełnił ten poczciwy człowiek, że nagle świat okazał się do tego stopnia niełaskawy i moralizatorsko surowy dla dawnego swojego ulubieńca. Czy przeobraził on się nagle w złośliwego szkodnika, w oszusta, czy zmienił się jego podejrzanie zjednywający sobie ludzi charakter, że odwrócili się od niego? Nie, pozostał taki sam i zawsze taki sam pozostanie: blagier i szarlatan, bawidamek i esteta do ostatniego tchnienia. Zaczyna mu tylko braknąć żywiołu, który tak wspaniale napinał jego siłę rozpędową, nie dopisuje mu dawna pewność siebie, tryumfujące poczucie własnej młodości. Czym najwięcej grzeszył, z tej strony spotyka go najrychlej kara: pierwsze opuszczają dawnego swojego ulubieńca kobiety: mała, marna Dalila206, podstępna bestyjka, mała Charpillon w Londynie, skręciła kark temu Samsonowi erotyki.
Epizod ten, najwspanialszy ze wszystkich w jego pamiętnikach, bowiem najprawdziwszy, najbardziej ludzki, pod względem artystycznym skreślony z wzruszającym przejęciem, do głębi widać wstrząsnąć musiał całym jego jestestwem. — Stanowi on punkt zwrotny w życiu Casanovy.
Po raz pierwszy ten kuty na wszystkie boki uwodziciel wyprowadzony zostaje w pole przez kobietę, i to nie przez szlachetnie urodzoną, niedostępną damę, której cnota nie pozwala oddać mu się, ale przez wytrawną już, choć młodziutką dziewczynę publiczną, która potrafiła doprowadzić go do szału, wyłudzić od niego wszystkie pieniądze i pomimo to nie dopuścić go ani na cal do swojego sprzedajnego ciała. Casanova, który mimo że płaci, a nawet przepłaca, zostaje pogardliwie odtrącony! Casanova, którym wzgardzono i który zmuszony jest patrzeć, jak ta mała łotrzyca równocześnie darmo uszczęśliwia zuchwałego młodego fryzjerczyka wszystkim, czego on, Giacomo, daremnie domagał się rozpłomienionymi pożądliwie zmysłami, co usiłował zdobyć pieniędzmi, podstępem i przemocą — to właśnie było zabójczym ciosem dla jego samowiedzy. Od tej chwili staje się zdobywcze i z góry pewne tryumfu występowanie jego niepewnym i wahającym się. Przedwcześnie, w czterdziestym roku życia, zniewolony jest stwierdzić z przerażeniem, że motor, któremu zawdzięczał zwycięską karierę na świecie, nie funkcjonuje już z tak nieskazitelną sprawnością, po raz pierwszy też ogarnia go lęk, że utknie pośrodku:
„Najbardziej gnębiło mnie, że musiałem przyznać się do pierwszych oznak wyczerpania, związanych zazwyczaj ze zbliżającą się starością. Nie doświadczałem już owej dawnej beztroskiej pewności siebie, jaką daje młodość i świadomość własnych sił”.
Czymże jest jeszcze Casanova bez wiary w samego siebie, bez swojej wiecznie gotowej do skoku, oszałamiającej kobiety, nadsiły męskiej? Casanova bez urody, bez potęgi, bez pieniędzy, bez zuchwałego, przeświadczonego o zdobyciu zamierzonych celów i odniesienia zwycięstwa, popisywania się własną chucią i tym, że jest wybrańcem fortuny? Czymże jest on jeszcze z chwilą, kiedy utracił ten główny atut w grze na arenie świata?
„Panem w pewnym wieku — melancholijnie odpowiada samemu sobie — od którego odwróciło się ostatecznie szczęście, o którym nie chce ono nic wiedzieć, a kobiety na pewno już wiedzieć o nim nie chcą”.
Ptakiem z podciętymi skrzydłami, mężczyzną pozbawionym męskości, kochankiem bez powodzenia, graczem nieposiadającym kapitału, lichym, wymiętoszonym korpusem, któremu brak elastyczności, siły i piękna linii.
Przebrzmiały wszystkie fanfary tryumfalne, pustym dźwiękiem jeno są już hymny wygłaszane na cześć jedynej mądrości używania; po raz pierwszy wkrada się do jego filozofii życiowej drobne słówko: „wyrzeczenie się”.
„Czas, kiedy rozkochiwałem w sobie kobiety, minął; muszę albo wyrzec się ich, albo też kupować sobie ich względy”.
„Wyrzec się” — rezygnować — nie do pomyślenia wyraz w ustach człowieka takiego jak Casanova, stało się okrutną prawdą. Dla opłacania kobiet potrzeba mu było pieniędzy, zaś pieniędzy dostarczały mu zawsze kobiety: cudownie zaczarowane koło stanęło, zatrzymało się w swoim obrocie, zabawa się skończyła. Nudna powaga życia rozpoczyna się i dla mistrza wszelkiego rodzaju przygód.
W ten sposób staje się — stary Casanova, biedny Casanova — używającym życia pieczeniarzem207; ciekawy świata — szpiegiem; gracz — oszustem i żebrakiem; wesoły kompan — osamotnionym pisarzem i paszkwilistą.
Wstrząsająca tragedia: Casanova, dawny bohater niezliczonych walk miłosnych, składa broń; boski zuchwalec i nieustraszony śmiałek staje się ostrożny i skromny. Przekradając się cichym, bezszelestnym krokiem, schodzi wielki commediante in arte ze sceny swoich tryumfów. Zdejmuje z siebie świetne szaty — „nie przystoją one już mojemu położeniu” — wraz z pierścieniami, diamentowymi sprzączkami i kosztownymi tabakierkami wyzbywa się pychy swojej i dumy, rzuca swoją filozofię pod stół jak nakłutą kartę, zgina na starość kark przed spiżowo nieubłaganym prawem życia, pod którego rządami przekwitłe wszetecznice stawać się muszą stręczycielkami, gracze — fałszerzami w kartach, awanturniczy poszukiwacze przygód — wylizywaczami cudzych talerzy.
Odkąd krew nie tak wrzącą lawą krąży w jego żyłach, zaczyna stary citoyen du monde208 marznąć nagle pośród ukochanego swojego dawniej bezkresu świata i sentymentalnie tęsknić za ojczyzną i domem.
Ze skruchą pochyla ten ongi tak dumny — biedny Casanova, który nie potrafił skończyć szlachetnie! — grzeszną swoją głowę i błagalne śle prośby do weneckiego governo209 o przebaczenie: pisze lizusowsko przypodchlebne podania do inkwizytorów, opracowuje patriotyczny pamflet, „refutatione” — odparcie napaści na wenecki rząd, w którym nie wstydzi się napisać, że „ołowiane dachy”, pod którymi dusił się w lochach, są „dobrze przewietrzanymi pomieszczeniami”, rajem humanitaryzmu nieledwie.
O tych najsmutniejszych epizodach jego życia nie ma nic więcej w jego pamiętnikach: kończą się one przedwcześnie i nie opowiadają o latach hańby. Casanova usuwa się w cień może, aby ukryć rumieniec wstydu; cieszymy się z tego nieledwie; jakże nędzną parodią owego śmiałego bojownika gry i miłości jest nędznie pokuśtykujący za nim pasożytniczy jego cień! Jakże politowania godny jest widok tego oskubanego z świetnego upierzenia koguta, tego wydartego z głosu śpiewaka w zestawieniu z dawnym radosnym zwycięzcą, budzącym w nas przez tak długi czas uczucie zazdrości!
A potem w ciągu kilku lat skrada się chyłkiem poprzez Mercerię210 otyły pan o nabiegłej krwią twarzy, nie bardzo z szlachecka odziany, nadsłuchuje gorliwie o czym gwarzą Wenecjanie, przesiaduje w winiarniach, aby móc podpatrywać podejrzanych i gryzmoli wieczorami długie sprawozdania szpiclowskie dla inkwizytorów. Angelo Pratolini — takim nazwiskiem podpisane są te delatorstwa211. Jest to pseudonim, pod którym kryje prawdziwe swoje nazwisko ułaskawiony prowokator i usłużny szpicel, niewahający się za parę złotych monet wtrącać obcych ludzi do tych samych lochów, które znał tak dobrze za młodych swoich lat i których opis zjednał mu wiekopomną sławę.
Tak. Strojny, olśniewający ulubieniec kobiet, chevalier de Seingalt, czarujący uwodziciel, Casanova, przeistoczył się w Angela Pratolini, bezczelnego, nędznego donosiciela i łotra; upierścieniowane dawniej, połyskujące brylantami palce grzebią się w brudnych sprawach i rozpryskują zmieszany z żółcią jad atramentowy na lewo i na prawo, aż wreszcie i Wenecja nawet wyzbywa się kopnięciem nogą dokuczliwie kawęczącego212 pieniacza.
Wiadomości o nim przemilczają następne lata, nikomu też nie są znane smutne drogi, po jakich tuła się na wpół dogasający już rozbitek, dopóki wreszcie nie załamie się on ostatecznie w Czechach, To jedno tylko wiadomo, że raz jeszcze odbywa dawny poszukiwacz awanturniczych przygód cygańską włóczęgę po całej Europie, skacze na czterech łapkach przed arystokracją, nadskakuje i kłania się nisko bogaczom, próbuje dawnych swoich sztuk: gry znaczonymi kartami, kabalarstwa, stręczycielstwa. Ale opiekuńcze bóstwa jego młodości: zuchwalstwo i pewność siebie, opuściły go, kobiety szydzą z jego zmarszczek, nie na wiele też zdają mu się wszystkie jego zabiegi, zaledwie w stanie jest wlec marny żywot jako sekretarz (i prawdopodobnie znów szpieg) posła w Wiedniu, nędzny skryba, niepotrzebny, niepożądany, wciąż przez policję wytransportowywany gość wszystkich miast europejskich. W Wiedniu nareszcie chce poślubić nimfę z Grabenu213, aby zapewnić sobie jaką taką egzystencję dzięki jej dochodowemu rzemiosłu, ale i ta nadzieja zawodzi go.
Wreszcie litościwie przygarnia do swojego biesiadnego stołu w Paryżu niesłychanie bogaty hrabia Waldstein, adept tajemnej wiedzy, tego
poète errant de rivage en rivage,
triste jouet des flots et rébut de naufrage214
znajduje upodobanie w towarzystwie wygadanego, przekwitłego, ale zawsze jeszcze zajmującego cynika i bierze go z łaski na bibliotekarza, alias215 nadwornego błazna, do siebie do Dux. Tysiąc guldenów rocznej pensji, oczywiście z góry już zafantowanych przez wierzycieli, jest bynajmniej nie przepłaconą zapłatą za to curiosum216.
I tam w Dux żyje, a właściwie, lepiej powiedziawszy, umiera Casanova przez trzynaście długich lat.
W Dux wyłania się nagle jego postać z długotrwałego cienia. Casanova, a raczej coś, co słabo przypomina Casanovę, jego zasuszona mumia, chuda, o wyostrzonych rysach, utrzymująca się przy życiu dzięki własnej żółci bodaj, szczególny okaz muzealny, prezentowany chętnie przez pana hrabiego odwiedzającym go gościom. Wystygły, wypalony wulkan — mówią o nim — zabawne, nieszkodliwe, komiczne przez swój południowy temperament choleryka homo, zamierające powoli z nudów w czeskiej swojej klatce.
Ale raz jeszcze wyprowadza stary filut świat w pole. Wówczas bowiem, kiedy wszyscy są przekonani, że już nastąpił jego koniec i że tylko patrzeć, jak zbić wypadnie dla niego trumnę i wykopać dół na cmentarzu, odbudowuje on raz jeszcze ze wspomnień życie swoje i ścieżkami awanturniczych swoich przygód przekrada się podstępnie do nieśmiertelności.