LII. Dyskusja
Republika! Na jednego, który poświęciłby wszystko dla sprawy, są dziś tysiące i miliony znające jedynie własne przyjemności, własną próżność. W Paryżu o szacunku dla człowieka rozstrzyga jego powóz, nie jego cnota.
Napoleon, Pamiętnik
Nagle wpadł lokaj, wołając: Książę de ***.
— Milcz, durniu — rzekł książę, wchodząc. Powiedział to tak dobrze, z takim majestatem, że Julian pomyślał, że umieć się zgniewać na lokaja stanowi całą umiejętność tej wielkiej figury. Julian podniósł oczy i spuścił je natychmiast. Tak dobrze odgadł rolę nowo przybyłego, że drżał, aby spojrzenie nie było niedyskrecją.
Książę był to mężczyzna pięćdziesięcioletni, wytwornie ubrany, poruszający się jak na sprężynach. Miał wąską głowę, duży nos, twarz martwą i wydatną; trudno o połączenie szlachetniejszej i bardziej nieznaczącej zarazem fizjonomii. Przybycie jego dało hasło do otwarcia posiedzenia.
Obserwacje Juliana przerwał nagle głos pana de la Mole.
— Przedstawiam panom księdza Sorel — rzekł margrabia — obdarzony jest zdumiewającą pamięcią; przed godziną wspomniałem mu o misji, którą może być zaszczycony i aby dać dowód pamięci, nauczył się na pamięć pierwszej stronicy „Quotidienne”.
— He, he! Zagraniczne nowinki tego poczciwego N... — rzekł gospodarz domu. Wziął żywo dziennik, popatrzył na Juliana z miną tak ważną, że przez to aż komiczną i rzekł — Mów pan.
Zapanowało milczenie, wszystkie oczy zwróciły się na Juliana; recytował tak płynnie, że po dwudziestu wierszach książę rzekł:
— Wystarczy.
Mały człowiek ze wzrokiem odyńca usiadł. Był snadź przewodniczącym zebrania, zająwszy bowiem miejsce, dał znak Julianowi, aby przysunął stolik karciany stojący opodal. Julian usiadł, zaopatrzywszy się w przybór do pisania. Policzył osoby siedzące dokoła zielonego sukna; było ich dwanaście.
— Panie Sorel — rzekł książę — przejdź pan do sąsiedniego pokoju, zawołamy pana.
Pan domu przybrał niespokojną minę.
— Okiennice niezamknięte — szepnął do sąsiada.
— Nie ma potrzeby wyglądać oknem — krzyknął ktoś głupio za Julianem.
„Ot, wpakowałem się co najmniej w spisek — pomyślał Julian. — Szczęściem, nie jest on z tych, które prowadzą na rusztowanie. Gdyby zresztą i było niebezpieczeństwo, winien to jestem, i więcej jeszcze, margrabiemu. Szczęśliwy byłbym, gdyby mi dane było odkupić wszystkie strapienia, jakie mogą mu sprawić moje szaleństwa!”
Wciąż myślał o swoich szaleństwach i o swym nieszczęściu, rozglądał się tak, aby nie zapomnieć żadnego szczegółu. Przypomniał sobie dopiero wówczas, że nie wołano na wsiadanym nazwy ulicy i że margrabia przybył tu dorożką, co mu się nigdy nie zdarzało.
Długo zostawiono Juliana jego dumaniom. Salon, w którym się znalazł, obity był czerwonym aksamitem z szeroką taśmą złotej lamy. Na konsoli stał duży krucyfiks z kości słoniowej, na kominku, książka pana de la Maistre O papieżu, wspaniale oprawna, ze złoconymi brzegami. Julian otworzył ją, aby się nie wydawało, że podsłuchuje. Od czasu do czasu mówiono w sąsiednim pokoju bardzo głośno. Wreszcie drzwi się otwarły; zawołano go.
— Pomnijcie, panowie — rzekł przewodniczący, że od tej chwili mówimy w obecności księcia ***. Ten pan — rzekł, wskazując na Juliana — to młody lewita oddany świętej sprawie; dzięki swej zadziwiającej pamięci potrafi oddać najdrobniejsze słowo dyskusji.
— Pan ma głos — rzekł, wskazując jegomościa z ojcowską miną i w kilku kamizelkach. Julian pomyślał, że właściwiej byłoby go nazwać panem w kamizelkach.
Wziął papier i pilnie notował.
Tutaj autor chciał wykropkować całą stronicę.
— To będzie pretensjonalnie — rzekł wydawca — dla utworu zaś tak błahego jak pański, pretensjonalność to śmierć.
— Polityka — odpowiada autor — to kamień u szyi literackiego dzieła; musi je zatopić w pół roku. Polityka wśród gry wyobraźni, to niby wystrzał z pistoletu na koncercie: hałas brutalny, a pozbawiony siły. Nie harmonizuje z żadnym instrumentem. Ta polityka urazi śmiertelnie połowę czytelników, a znudzi drugą połowę, która ma ją w formie o wiele energiczniejszej w porannym dzienniku...
— Jeśli pańscy bohaterowie nie będą mówili o polityce, przestaną być Francuzami z 1830, a pańska książka nie będzie zwierciadłem, jak masz do tego pretensje...
Protokół spisany przez Juliana miał dwadzieścia sześć stronic: oto jego wyciąg bardzo blady, trzeba było bowiem, jak zawsze, opuścić rysy zbyt śmieszne, których nadmiar mógłby się wydać wstrętny lub nieprawdopodobny. (Patrz: „Gazeta Sądowa”).
Człowiek w kamizelkach i z ojcowską miną (może jaki biskup?) uśmiechał się często; wówczas oczy jego, przesłonięte mrugającymi powiekami, przybierały szczególny blask i wyraz mniej niepewny niż zazwyczaj. Jemu pierwszemu kazano przemówić wobec księcia („Co to za książę?” — myślał Julian), widocznie w tym celu, aby, niby generalny adwokat, wyłożył przekonania wszystkich. Julian odniósł wrażenie, że mówca grzeszy mglistością oraz brakiem stanowczych konkluzji. W ciągu dyskusji sam książę uczynił mu nawet ten zarzut.
Po kilku wielce moralnych i filozoficznych ogólnikach, człowiek w kamizelkach rzekł:
— Szlachetna Anglia, sterowana przez wielkiego człowieka, nieśmiertelnego Pitta, wydała czterdzieści miliardów franków na walkę z rewolucją. Jeśli szanowne zgromadzenie pozwoli mi poruszyć szczerze myśl dość smutną, powiem tak: Anglia nie zrozumiała, że z człowiekiem takim jak Bonaparte, zwłaszcza gdy jako bronią przeciw niemu rozporządza się jedynie dobrymi intencjami, jedyną wartość mają środki osobiste...
— Och! Znowu apologia morderstwa! — żachnął się pan domu.
— Niechże pan nam oszczędzi sentymentalnych kazań! — wykrzyknął niechętnie przewodniczący, przy czym jego dzicze oko zalśniło okrutnym blaskiem. — Mów pan dalej — rzekł do jegomości w kamizelkach. Czoło i policzki przewodniczącego oblały się purpurą.
— Szlachetna Anglia — ciągnął dalej mówca — jest dziś zmiażdżona, gdyż każdy Anglik, kupując bochenek chleba, musi płacić procent od czterdziestu miliardów franków użytych przeciw jakobinom. Nie ma już Pitta.
— Jest książę Wellington — rzekł jakiś wojskowy, nadymając się powagą.
— Proszę o ciszę, panowie — wykrzyknął przewodniczący — jeśli mamy jeszcze dysputować, niepotrzebnie fatygowaliśmy pana Sorel.
— Wiadomo, że pan ma swoje sposoby — rzekł książę cierpko, spoglądając na jegomościa, który przerwał, eks-generała napoleońskiego. Julian domyślił się, że to słowo kryło jakąś osobistą i mocno obrażającą aluzję. Wszyscy uśmiechnęli się; generał odstępca był wściekły.
— Nie ma już Pitta, panowie — podjął sprawozdawca z miną człowieka, który stracił już nadzieję dogadania się. — Gdyby nawet znalazł się w Anglii drugi Pitt, nie da się dwa razy zmistyfikować narodu tymi samymi środkami.
— Dlatego też zwycięski generał, nowy Bonaparte, niemożliwy jest już we Francji! — wykrzyknął znów wojskowy.
Tym razem ani przewodniczący, ani książę nie śmieli okazać niezadowolenia, mimo że Julian czytał w ich oczach, że mają ochotę. Spuścili oczy; książę poprzestał na ostentacyjnym westchnieniu.
Ale referent nie krył swego niezadowolenia.
— Komuś jest pilno, abym skończył — rzekł z ogniem, odrzucając nagle uśmiechniętą maskę dworności i taktu, którą Julian uważał za wyraz jego charakteru — komuś pilno, abym skończył; daremne, widzę, są wysiłki, jakie czynię, aby nie obrazić niczyich uszu, chociażby najdłuższych. Zatem, panowie, będę zwięzły.
Powiem po prostu. Anglia nie da już ani grosza na ofiarę dla dobrej sprawy. Gdyby sam Pitt zmartwychwstał, nie potrafiłby, przy całym geniuszu, otumanić drobnych posiadaczy, którzy wiedzą, że krótka bitwa pod Waterloo kosztowała ich, sama jedna, miliard. Skoro żądacie, aby mówić po prostu — dodał, zapalając się — powiem: Myślcie sami o sobie, Anglia nie ma ani gwinei na wasze usługi, kiedy zaś Anglia nie płaci, wówczas Austria, Rosja, Prusy, które mają jedynie odwagę, a nie mają pieniędzy, mogą się zdobyć co najwyżej na jedną lub dwie kampanie przeciw Francji.
Wolno mieć nadzieję, że młodzi żołnierze skupieni pod hasłem jakobinizmu dostaną cięgi w pierwszej bitwie, może i w drugiej; ale w trzeciej, choćbym miał uchodzić w waszych zaślepionych oczach za rewolucjonistę, w trzeciej ujrzycie żołnierzy z 1794 innych zgoła niż wówczas, gdy ich powołano w 1792.
Tu rozległy się sprzeciwy.
— Młodzieńcze — rzekł przewodniczący — idź do drugiego pokoju przepisać początek protokołu.
Julian z wielkim żalem wyszedł. Sprawozdawca poruszył możliwości stanowiące przedmiot najczęstszych dumań Juliana.
„Boją się, abym sobie z nich nie drwił” — myślał. Kiedy go przywołano z powrotem, przemawiał pan de la Mole. Mówił z powagą, która znającemu go dobrze Julianowi wydała się bardzo zabawna.
— ...Tak, panowie, zwłaszcza o tym nieszczęśliwym narodzie można powiedzieć:
Będzie li bogiem, słowem albo miską?
Będzie bogiem! woła bajkopis. Do was to, panowie, zdają się odnosić te tak szlachetne i głębokie słowa. Działajcie sami, osobiście, a szlachetna Francja wstanie niemal taka, jaką ją uczynili nasi przodkowie i jaką oglądały jeszcze nasze oczy przed śmiercią Ludwika XIV.
Anglia (przynajmniej jej szlachetni lordowie) nienawidzi na równi z nami plugawego jakobinizmu: bez angielskiego złota Austria, Prusy mogą stoczyć ledwie parę bitew. Czy to wystarczy, aby sprowadzić szczęśliwą okupację, jak ta, którą pan de Richelieu tak głupio zmarnotrawił w 1817? Nie sądzę.
Ktoś przerwał, ale zagłuszyło to ogólne pst! Był to znów generał napoleoński, który marzył o błękitnej wstędze i chciał się zaznaczyć między redaktorami tajemnej noty.
— Ja nie sądzę — podjął pan de la Mole, skoro się uciszyło; położył nacisk na tym ja z dumą, która zachwyciła Juliana. „To się nazywa gracz — mówił, biegnąc piórem prawie równo ze słowami margrabiego. — Jednym dobrze zaakcentowanym słówkiem pan de la Mole unicestwił dwadzieścia bitew tego sprzedawczyka”.
— Nie tylko samej zagranicy — ciągnął margrabia tonem bardzo umiarkowanym — możemy zawdzięczać nową okupację wojskową. Cała ta młodzież, która pisuje podburzające artykuły w „Globie”, dostarczy kilka tysięcy przywódców, pomiędzy którymi może się znaleźć taki Kleber, Hoche, Jourdan, Pichegru, tylko niebezpieczniejszy.
— Nie umieliśmy mu stworzyć glorii — rzekł przewodniczący — trzeba go było uczynić nieśmiertelnym.
— Trzebaż wreszcie, aby Francja rozpadła się na dwa stronnictwa — podjął pan de la Mole — ale dwa stronnictwa nie tylko z nazwy, dwa stronnictwa bardzo wyraźne, odgraniczone. Musimy wiedzieć, kogo trzeba zmiażdżyć. Z jednej strony dziennikarze, wyborcy, słowem opinia; młodzież i jej satelici. Gdy oni się odurzają brzękiem czczych słów, my mamy tę niezawodną przewagę, że zjadamy budżet.
Nowe przerywania.
— Pan, proszę pana — rzekł margrabia do przerywającego z niezrównaną wyniosłością i swobodą — pan nie zjadasz, jeśli to słowo pana razi; pan pożerasz czterdzieści tysięcy franków z budżetu państwa i osiemdziesiąt tysięcy, które otrzymujesz z listy cywilnej. A więc, drogi panie, skoro mnie pan zmusza, biorę pana śmiało za przykład. Jak pańscy szlachetni przodkowie, którzy szli za świętym Ludwikiem na wojnę krzyżową, powinien byś pan za tych sto dwadzieścia tysięcy franków wystawić nam co najmniej pułk, kompanię, co mówię! pół kompanii złożonej z pięćdziesięciu ludzi gotowych walczyć i oddanych dobrej sprawie na śmierć i życie. Macie tylko lokajów, którzy w razie buntu napędziliby strachu wam samym.
Tron, ołtarz, szlachta, mogą zginąć jutro, panowie, o ile nie stworzycie sobie w każdym departamencie pięciuset oddanych ludzi; mówię oddanych, nie tylko z całą francuską odwagą, ale z hiszpańską wytrwałością.
Połowa tej armii powinna się składać z naszych dzieci, wnuków, z prawdziwej szlachty. Każdy z nich będzie miał przy boku nie jakiegoś łyka gadułę, gotowego przywdziać trójkolorową kokardę, jeśli się zdarzy nowy rok 1815, ale tęgiego chłopa, szczerego i prostego jak Cathelineau; szlachcic wpoi weń zasady: niech to będzie, o ile możliwe, jego mleczny brat. Niech każdy z nas poświęci piątą część swego dochodu, aby stworzyć tę małą, oddaną armię, pięciuset ludzi na każdy departament. Wówczas będziecie mogli liczyć na obcą okupację. Nigdy cudzoziemski żołnierz nie dostanie się do Dijon, jeśli nie będzie miał pewności, że znajdzie pięciuset sprzymierzeńców w każdym departamencie.
Cudzoziemscy monarchowie tylko wtedy zechcą z wami gadać, jeśli im zapewnicie dwadzieścia tysięcy szlachty gotowej chwycić za broń, aby im otworzyć bramy Francji. Ciężka to ofiara, powiecie; otóż, panowie, bezpieczeństwo naszych głów zależy od niej. Między wolnością prasy a naszym istnieniem jako szlachty jest walka na śmierć i życie. Zostańcie rękodzielnikami, chłopami albo bierzcie karabin. Bądźcie tchórzami, jeśli chcecie, ale nie głupcami; otwórzcie oczy.
Strójcie bataliony, powiem wam stówami pieśni jakobinów; wówczas znajdzie się jakiś szlachetny Gustaw-Adolf, który poruszony grożącą zagładą monarchicznej zasady pogna trzysta mil i uczyni dla was to, co Gustaw dla protestanckich książąt. Chcecie nadal rozprawiać, a nie działać? Za pięćdziesiąt lat będą w Europie sami prezydenci republik, ani jednego króla. A wraz z tymi czterema literami: K, R, Ó, L, zginą i księża, i szlachta. Widzę już tylko kandydatów, robiących słodkie oczy do plugawej większości.
Darmo mówilibyście, że Francja nie ma w tej chwili popularnego wodza, znanego, ukochanego; że armia oddana jest jedynie interesom tronu i ołtarza, że wyłączono z niej starych wiarusów, gdy w każdym pruskim i austriackim pułku znajdzie się pięćdziesięciu podoficerów, którzy byli w ogniu. Dwieście tysięcy młodzieży z drobnego mieszczaństwa rwie się do wojny...
— Dość już tych przykrych prawd — rzekła pewnym siebie tonem poważna osobistość piastująca widocznie jakąś wysoką godność kościelną, gdyż pan de la Mole uśmiechnął się przyjaźnie, zamiast się gniewać, co było nieomylnym znakiem dla Juliana.
— Dosyć przykrych prawd, streśćmy się, panowie: człowiek, któremu trzeba uciąć zgangrenowaną nogę, źle by uczynił, gdyby zapewniał chirurga: „Ta noga jest zupełnie zdrowa”. Darujcie mi porównanie, panowie, szlachetny książę *** jest naszym chirurgiem.
Wreszcie padło wielkie słowo, pomyślał Julian; zatem to do *** będę gnał tej nocy.