LXVIII. Potężne ramię

To tajemnicze postępowanie, ta wytworna postać, kto to może być?

Schiller.

Nazajutrz drzwi otworzyły się bardzo wcześnie. Julian zbudził się nagle.

„Och, Boże! — pomyślał — To ojciec. Cóż za przykra scena!”

W tej samej chwili kobieta w stroju wieśniaczki rzuciła się w jego ramiona. Zaledwie mógł ją poznać. Była to panna de la Mole.

— Niedobry! Dopiero z twego listu dowiedziałam się, gdzie jesteś. W Verrières dowiedziałam się o tym, co ty nazywasz twoją zbrodnią, a co jest tylko szlachetną zemstą, godną hardego serca bijącego w tej piersi...

Mimo jego uprzedzeń do panny de la Mole — uprzedzeń, których zresztą nie uświadamiał sobie zbyt jasno — wydała się Julianowi bardzo ładna. To, co robi, co mówi, czyż nie jest świadectwem szlachetnych uczuć wznoszących ją wysoko ponad wszelką małość i pospolitość? Znów miał uczucie, że kocha królową; jakoż po chwili przemówił do niej z rzadką górnością myśli:

— Przyszłość rysowała się mym oczom bardzo jasno. Po mej śmierci chciałem, abyś wyszła za pana de Croisenois jako wdowa. Szlachetna, ale nieco romantyczna dusza uroczej wdowy, wróciwszy na drogę pospolitego rozsądku pod wpływem niezwykłego, tragicznego i wielkiego dla niej wydarzenia, raczyła ocenić rzetelną wartość młodego margrabiego. Zgodziłaby się wreszcie być szczęśliwą szczęściem zwykłych ludzi: poważanie, bogactwo, zaszczyty... Ale, droga Matyldo, przyjazd twój do Besançon, o ile wyjdzie na jaw, będzie śmiertelnym ciosem dla pana de la Mole, a tego bym sobie nie przebaczył. Sprawiłem mu tyle zgryzoty! Akademik powie, że wygrzał żmiję na łonie.

— Wyznaję, żem się nie spodziewała tyle chłodnego rozsądku, tyle troski o przyszłość — rzekła panna de la Mole nieco urażona. — Pokojówka moja, prawie tak rozsądna jak ty, wzięła paszport na swoje nazwisko. Przyjechałam tu pocztą jako pani Michelet.

— I pani Michelet dostała się tu tak łatwo?

— Och, zawsze jesteś człowiekiem niepospolitym, tym, który mnie zainteresował! Najpierw ofiarowałam sto franków sekretarzowi sędziego, który utrzymywał, że nie podobna wpuścić mnie do wieży. Ale, wziąwszy pieniądze, ten uczciwy człowiek kazał mi wyczekiwać, zaczął robić trudności, myślałam, że mnie chce okraść...

Urwała.

— No i...? — spytał Julian.

— Nie gniewaj się, Julisiu — rzekła, ściskając go — musiałam zdradzić swoje nazwisko temu panu, który brał mnie za jakąś gryzetkę z Paryża, zakochaną w pięknym Julianie... (To jego wyrażenia). Przysięgłam mu, że jestem twoją żoną i będę miała pozwolenie widywania się co dzień.

„Stało się — pomyślał Julian — nie mogłem zapobiec temu szaleństwu. Ostatecznie, pan de la Mole jest tak wielkim panem, że opinia potrafi znaleźć usprawiedliwienie dla młodego pułkownika, który zaślubi tę uroczą wdowę. Moja śmierć pokryje wszystko”.

I poddał się z rozkoszą miłości Matyldy; było w tym szaleństwo, wielkość duszy, najdziwniejsze wrażenia. Oświadczyła zupełnie poważnie gotowość zabicia się wraz z nim.

Po pierwszych wylewach, kiedy Matylda nasyciła się szczęściem oglądania Juliana, żywa ciekawość owładnęła nagle jej duszę. Przyglądała się kochankowi, przerastał o wiele to, co sobie wyobrażała. Miała wrażenie, że zmartwychwstał Bonifacy de la Mole, ale heroiczniejszy65.

Matylda obeszła najlepszych miejscowych adwokatów; obraziła ich ofiarując im złoto otwarcie, ale w końcu przyjęli.

Spostrzegła rychło, iż w zakresie wątpliwych, a doniosłych spraw wszystko w Besançon zależy od księdza de Frilair.

Kiedy pod skromnym nazwiskiem pani Michelet siliła się dotrzeć do wszechpotężnego członka kongregacji, napotkała zrazu niesłychane trudności. Ale tymczasem rozeszła się po mieście wieść o pięknej młodej modystce, oszalałej z miłości i przybyłej z Paryża, aby pocieszyć Juliana Sorel.

Matylda uganiała się pieszo po Besançon, miała nadzieję, że jej nie poznają. W każdym razie uważała, że z korzyścią dla sprawy będzie poruszyć wyobraźnię ludu. Szaleństwo jej szło tak daleko, że roiła o wznieceniu rozruchów w razie, gdyby Julian szedł na śmierć. Panna de la Mole sądziła, że ubrana jest skromnie, jak przystało ciężko stroskanej kobiecie; tymczasem wygląd jej ściągał wszystkie spojrzenia.

Była już w Besançon przedmiotem powszechnego zajęcia, kiedy po tygodniowych zabiegach uzyskała posłuchanie u księdza de Frilair.

Pojęcia potężnego członka Kongregacji oraz głębokiej, chytrej zbrodniczości były tak zespolone w umyśle Matyldy, iż mimo swej odwagi drżała, dzwoniąc do konsystorza. Zaledwie mogła iść, kiedy jej przyszło wstąpić na schody wiodące do pokojów wielkiego wikariusza. Pustka biskupiego pałacu przejmowała ją chłodem. „Siądę na fotelu, ten fotel chwyci mnie za ramiona i zniknę. U kogo moja pokojowa będzie mogła upomnieć się o mnie? Naczelnik policji nie odważy się ruszyć palcem... Jestem sama, sama w tym wielkim mieście!”

Objąwszy okiem apartament, panna de la Mole uspokoiła się. Przede wszystkim otworzył jej lokaj w wytwornej liberii. Salon, do którego ją wpuszczono, odznaczał się wykwintnym zbytkiem, jaki spotyka się w Paryżu jedynie w najwyższych domach. Ksiądz de Frilair zbliżył się z ojcowskim wyrazem twarzy: majaki straszliwych zbrodni pierzchły. Nie znalazła nawet na tej pięknej twarzy owej energicznej cnoty, tak odstraszającej dla paryżan. Lekki uśmiech, który ożywił rysy wszechpotężnego księdza, zwiastował dobrze wychowanego człowieka, światowego prałata, mądrego pasterza. Owionęła Matyldę atmosfera Paryża.

Kilka chwil wystarczyło księdzu de Frilair, aby wydobyć z Matyldy wyznanie, że jest córką jego potężnego przeciwnika, margrabiego de la Mole.

— W istocie, nie jestem panią Michelet — rzekła odzyskując zwykłą wyniosłość. — Wyznaję to bez trudu, przychodzę bowiem zasięgnąć pańskiej rady co do możliwości ucieczki pana de la Vernaye. Po pierwsze, winien jest jedynie nierozwagi: kobieta, do której strzelił, ma się dobrze. Po drugie, gdy chodzi o przekupienie podrzędnych figur, mogę natychmiast złożyć pięćdziesiąt tysięcy franków, przyrzec zaś drugie tyle. Wreszcie, wdzięczność moja i mojej rodziny nie cofnie się przed niczym dla osoby, która ocali pana de la Vernaye.

Ksiądz de Frilair wydawał się zdziwiony tym nazwiskiem. Matylda pokazała kilka listów ministra wojny, adresowanych do pana Juliana Sorel de la Vernaye.

— Widzi pan, że ojciec zajął się jego losem. Zaślubiłam Juliana w sekrecie; otóż ojciec pragnął, aby uzyskał wyższy stopień wojskowy, nim się ogłosi małżeństwo nieco osobliwe dla panny de la Mole.

Matylda zauważyła, iż, w miarę jak ksiądz de Frilair dochodził do tych ważnych odkryć, wyraz dobroci i łagodnej słodyczy znikał z jego oblicza, na którym malował się w tej chwili spryt połączony z głębokim fałszem.

Ksiądz miał wątpliwości, odczytywał z wolna urzędowe dokumenty.

„Jaką korzyść mogę wyciągnąć z tych dziwnych zwierzeń? — myślał. — Oto znalazłem się nagle w bliskich stosunkach z przyjaciółką słynnej marszałkowej de Fervaques, wszechmocnej siostrzenicy Jego Eminencji biskupa***, który samowładnie rozdaje infuły we Francji. To, com uważał za odległą przyszłość, staje się rzeczywistością. To może mnie doprowadzić do celu”.

W pierwszej chwili Matylda zlękła się nagłej zmiany potężnego człowieka, z którym znalazła się sama w odludnym pałacu. „Ale nie! — rzekła sobie rychło. — Czyż nie byłoby o wiele gorzej, gdybym się rozbiła o zimny egoizm księdza sytego władzy i użycia!”

Olśniony otwierającą się przed nim nagłą i nieprzewidzianą drogą do infuły, uderzony inteligencją Matyldy, ksiądz de Frilair przestał na chwilę panować nad sobą. Panna de la Mole ujrzała go prawie u swych stóp; nadzieja i ambicja wstrząsały go nerwowym dreszczem.

„Rozumiem — pomyślała — nic tu nie będzie niemożliwe dla przyjaciółki pani de Fervaques”. Mimo dotkliwego jeszcze ukłucia zazdrości, zdobyła się na to, aby wyjaśnić, że Julian jest bliskim przyjacielem marszałkowej i że spotykał u niej co dzień Jego Eminencją biskupa***.

— Gdyby się ciągnęło bodaj kilka razy z rzędu listę trzydziestu sześciu przysięgłych spośród wybitnych mieszkańców departamentu — rzekł wielki wikariusz z okiem płonącym ambicją, kładąc nacisk na każde słowo — uważałbym za bardzo nieszczęśliwy traf, gdybym w każdej liście nie liczył jakiego dziesiątka przyjaciół i to z najinteligentniejszych. Prawie zawsze będę miał większość, więcej niż większość, gdy chodzi o skazanie, widzi tedy pani, z jaką łatwością przyszłoby mi uniewinnić...

Ksiądz urwał nagle, jakby zdumiony dźwiękiem własnego głosu; odsłaniał rzeczy, których nie mówi się profanom.

Ale z kolei Matylda osłupiała, kiedy ksiądz wtajemniczył ją w to, co głównie zdumiewało i zaprzątało całe Besançon w przygodzie Juliana, a mianowicie, że wzbudził on niegdyś żywą namiętność w pani de Rênal i namiętność tę długi czas podzielał. Ksiądz de Frilair spostrzegł z łatwością, jak mocno opowiadanie jego poruszyło Matyldę.

„Oto mój odwet! — pomyślał. — Mam wreszcie sposób powodowania tą energiczną osóbką: drżałem, że mi się to nie uda”. Dystynkcja i wyniosłość Matyldy zdwajały w jego oczach urok tej rzadkiej piękności, która skłaniała się przed nim niemal błagalnie. Odzyskał całą zimną krew i nie zawahał się wbić sztylet w jej serce.

— Nie dziwiłbym się ostatecznie — rzeki lekko — gdybyśmy się dowiedzieli, że to przez zazdrość pan Sorel strzelił do kobiety, którą niegdyś tak kochał. Jest to osoba bynajmniej nie pozbawiona powabów cielesnych, od niedawna zaś przyjmowała bardzo często niejakiego księdza Marquinot z Dijon, jansenistę bardzo podejrzanych obyczajów, jak oni wszyscy.

Podchwyciwszy słabą stronę pięknej panny, ksiądz de Frilair krwawił z rozkoszą jej serce.

— Czemu — mówił, zwracając palące oczy na Matyldę — pan Sorel wybrał kościół, jeżeli nie dlatego, iż właśnie w tej chwili rywal jego odprawiał mszę? Wszyscy przyznają wiele inteligencji, a jeszcze więcej przezorności szczęśliwemu człowiekowi, którym się pani interesuje. Cóż prostszego niż ukryć się w ogrodzie pana de Rênal, który znał tak dobrze? Tam, mając niemal pewność, że go nikt nie zobaczy, nie chwyci ani nie będzie podejrzewał, mógł zadać śmierć kobiecie, o którą był zazdrosny.

Rozumowanie to, tak słuszne na pozór, do reszty wyprowadziło Matyldę z równowagi. Ta dusza harda, ale nasycona oschłym rozsądkiem wielkiego świata, niełatwo zdolna była zrozumieć rozkosz drwienia sobie z wszelkiego rozsądku, tak żywą dla dusz z płomienia. W sferach, w których obracała się Matylda, namiętność wyjątkowo chyba zdoła się wyzuć z rozsądku; z okna skacze się zwykle z piątego piętra.

Wreszcie ksiądz de Frilair uczuł się panem sytuacji. Dał do zrozumienia Matyldzie (bez wątpienia kłamał), że urzędnik mający oskarżać Juliana jest na jego rozkazy.

Skoro los wyznaczy trzydziestu sześciu przysięgłych na bieżącą kadencję, ksiądz de Frilair obrobi wprost i osobiście najmniej trzydziestu.

Gdyby Matylda nie była taka ładna, wielki wikariusz nie mówiłby z nią tak jasno wcześniej niż za jaką piątą lub szóstą konferencją.