LXXI. Sąd
Okolica długo będzie wspominała ten proces. Sympatia dla oskarżonego dochodziła do wrzenia: zbrodnia jego była niezwykła, a nie była okrutna, a gdyby nawet! młodzieniec tak piękny... świetny jego los, tak rychło przecięty, pomnażał współczucie. „Czy go skażą?” — pytały kobiety znajomych mężczyzn i bladły, czekając odpowiedzi.
Sainte-Beuve.
Wreszcie nadszedł ów dzień, którego się tak lękały pani de Rênal i Matylda.
Niezwykła fizjonomia miasta zdwajała ich trwogę, nie pozostała nawet bez wpływu na mężną duszę Fouguégo. Cała prowincja zbiegła się do Besançon, aby być świadkiem tej romantycznej sprawy.
Od kilku dni nie było miejsca w żadnej gospodzie. Prezydent sądu zasypany był prośbami o bilety; wszystkie panie z miasta chciały być na rozprawie; sprzedawano po ulicach portrety Juliana, etc.
Matylda zachowała na tą chwilę stanowczą list pisany całkowicie własną ręką Jego Eminencji biskupa***. Prałat ów, władnący kościołem Francji i rozdający do woli infuły, raczył prosić o ułaskawienie Juliana. W wilię rozprawy Matylda zaniosła ten list wszechpotężnemu wikariuszowi.
Pod koniec posłuchania, kiedy miała odejść zalana łzami, ksiądz de Frilair wyszedł wreszcie ze swej dyplomatycznej wstrzemięźliwości.
— Ręczę za werdykt — rzekł sam niemal wzruszony. — Między dwunastu osobami mającymi orzec, czy zachodzi fakt zbrodni, a zwłaszcza z rozmysłu, liczę sześciu oddanych przyjaciół. Dałem im do zrozumienia, że od nich zależy moja infuła. Baron Valenod, którego zrobiłem merem, rozrządza całkowicie dwoma swymi podwładnymi, panami de Moirod i de Cholin. Wprawdzie los zesłał nam na kark dwóch przysięgłych bardzo nieprawomyślnych; ale mimo że ultraliberalni, posłuszni są w ważnych okolicznościach mym rozkazom. Prosiłem ich, aby głosowali za panem Valenod. Dowiedziałem się w sekrecie, że szósty przysięgły, przemysłowiec, kolosalnie bogaty i hałaśliwy liberał, wzdycha w sekrecie do pewnej dostawy w ministerium wojny i z pewnością nie chciałby mi się narazić. Kazałem mu powiedzieć, że pan Valenod zna moje intencje.
— A jakiż jest ten pan Valenod? — spytała Matylda zaniepokojona.
— Gdyby go pani znała, nie wątpiłabyś o powodzeniu. Śmiały krzykacz, bezczelny, pospolity, stworzony na trybuna głupców. Rok 1814 wtrącił go w nędzę, ja zaś zrobię zeń prefekta. Raczej użyłby pięści na przysięgłych, niżby pozwolił głosować przeciw sobie.
Matylda uspokoiła się nieco.
Wieczorem czekała ją druga rozmowa. Aby nie przedłużać przykrej sceny, której rezultat nie może być wątpliwy, Julian postanowił nie zabierać głosu.
— Adwokat mój będzie mówił — rzekł do Matyldy. — I tak aż nazbyt długo będę służył za widowisko moim wrogom. Tych łyków podrażniło szybkie wyniesienie, które tobie zawdzięczam; wierzaj mi, nie ma wśród nich ani jednego, który by nie pragnął mego skazania, co im nie przeszkodzi beczeć jak cielęta, kiedy mnie będą prowadzili na stracenie.
— Pragną twego upokorzenia, to prawda — odparła Matylda — nie sądzę jednak, aby byli okrutni. Obecność moja w Besançon, widok mej boleści poruszyłby wszystkie kobiety; twoja piękność dokona reszty. Jeśli powiesz choć słowo na rozprawie, całe audytorium będzie za tobą, etc., etc.
Nazajutrz o dziewiątej, kiedy Julian opuścił więzienie, aby się udać do Pałacu Sprawiedliwości, z trudem przyszło żandarmom usunąć ciżbę w dziedzińcu. Julian spał dobrze, był bardzo spokojny i nie doświadczał innych uczuć prócz filozoficznej litości dla tłumu zawistnych, który bez okrucieństwa miał oklaskiwać wyrok śmierci. Ku wielkiemu swemu zdziwieniu, zniewolony zatrzymać się w tłumie więcej niż kwadrans, spostrzegł, że obecność jego budzi tkliwe współczucie. Nie usłyszał ani jednego wrogiego słowa. „Te łyki są lepsze niż myślałem” — powiedział sobie.
Kiedy wchodził do sali sądowej, uderzyła go jej wytworna architektura. Był to czysty gotyk, mnóstwo kolumienek prześlicznie ciosanych w kamieniu. Miał wrażenie, że jest w Anglii.
Niebawem całą jego uwagę pochłonęło kilkanaście ładnych kobiet, które naprzeciw ławy oskarżonego wypełniały trzy balkony nad trybunałem i przysięgłymi. Obróciwszy się do publiczności, ujrzał, iż cała trybuna biegnąca nad amfiteatrem pełna jest kobiet; przeważnie były młode i ładne; oczy miały błyszczące i rozciekawione. Poza tym był straszny tłok; bito się przy drzwiach, straż nie mogła utrzymać spokoju.
Kiedy wszystkie oczy szukające Juliana ujrzały, że zajmuje podwyższenie przeznaczone dla oskarżonego, przyjęto go szmerem zdziwienia i współczucia.
Można by rzec tego dnia, że nie ma dwudziestu lat; ubrany był skromnie, ale z nieskazitelną wytwornością, włosy i czoło były czarujące; Matylda sama dopilnowała toalety. Był bardzo blady. Ledwie usiadł, usłyszał ze wszystkich stron: „Boże! Jakiż młody!... Ależ to dziecko. O wiele przystojniejszy niż na portrecie”.
— Panie oskarżony — rzekł żandarm siedzący po prawej — widzi pan tych sześć dam, o tam, na balkonie? — (To mówiąc, wskazywał lóżkę nad ławą przysięgłych). — To pani prefektowa — ciągnął — obok niej margrabina de M***, ta panu bardzo sprzyjała, słyszałem, jak rozmawiała z sędzią śledczym. Obok to pani Derville.
— Pani Derville! — wykrzyknął Julian i rumieniec oblał jego czoło. „Natychmiast po rozprawie — pomyślał — napiszę do pani de Rênal”. Nie wiedział, że pani de Rênal jest w Besançon.
Przesłuchanie świadków trwało krótko. Zaraz po pierwszych słowach prokuratora dwie panie w loży na wprost Juliana zalały się łzami. „Pani Derville nie roztkliwia się tak” — pomyślał Julian. Zauważył wszelako, że jest bardzo czerwona.
Prokurator rozwiódł się z patosem a w lichej francuszczyźnie nad barbarzyństwem popełnionej zbrodni; Julian zauważył, że sąsiadki pani Derville zdradzają oznaki niezadowolenia. Kilku przysięgłych, widocznie znajomych tych pań, rozmawiało z nimi, starając się je uspokoić. „To chyba dobra wróżba” — pomyślał Julian.
Do tej chwili czuł bezgraniczną wzgardę dla wszystkich obecnych. Płaska elokwencja prokuratora spotęgowała to uczucie niesmaku. Stopniowo jednak oschłość Juliana ustąpiła wobec objawów sympatii, której był wyraźnie przedmiotem.
Rad był ze stanowczej miny swego adwokata.
— Bez frazesów — szepnął mu w chwili, gdy miał przemawiać.
— Cała ta emfaza z kiepska po Bossuecie, jaką wytoczono przeciw panu, tylko nam pomogła.
W istocie, jeszcze nie mówił pięciu minut, a już wszystkie kobiety miały chustki przy oczach. Adwokat, zagrzany, rzucał pod adresem przysięgłych słowa bardzo silne. Julian zadrżał, czuł się bliski płaczu. „Wielki Boże! Co powiedzą moi wrogowie?”
Miał się poddać wzruszeniu, które go ogarniało, kiedy szczęściem dlań podchwycił triumfalne spojrzenie barona de Valenod.
„Jak się błaznowi oczy świecą — pomyślał — cóż za triumf dla tej niskiej duszy! Gdyby moja zbrodnia sprawiła tylko to jedno, wystarczyłoby to, abym ją przeklinał. Bóg wie, co on nagada o mnie pani de Rênal!”
Ta myśl zagłuszyła wszystkie inne. Niebawem wyrwały Juliana z zadumy oznaki sympatii ze strony publiczności. Adwokat kończył. Julian przypomniał sobie, że wypada mu uścisnąć rękę. Czas zbiegł szybko.
Przyniesiono chłodniki adwokatowi i oskarżonemu. Wówczas dopiero uderzyła Juliana jedna okoliczność: żadna z kobiet nie opuściła sali, aby iść na obiad.
— Na honor, umieram z głodu — rzekł adwokat — a pan?
— Ja także — odparł Julian.
— Patrz pan, prefektowi także przyniesiono obiad — rzekł adwokat, wskazując lóżkę. — Bądź pan dobrej myśli, wszystko idzie dobrze.
Posiedzenie rozpoczęło się na nowo.
Gdy przewodniczący wygłaszał referat, zaczęła bić północ. Mówca zmuszony był przerwać; wśród powszechnej ciszy i lęku dźwięk zegara napełniał salę.
„Oto zaczyna się mój ostatni dzień” — pomyślał Julian. Niebawem rozpłomieniła go świadomość obowiązku. Dotąd panował nad swym wzruszeniem i trwał w zamiarze milczenia; ale kiedy przewodniczący spytał go, czy ma co do powiedzenia, wstał. Widział przed sobą oczy pani Derville, które w blasku świateł zdawały mu się bardzo błyszczące. „Czyżby płakała?” — pomyślał.
— Panowie przysięgli!
Lęk przed wzgardą każe mi zabrać głos: mniemałem, iż zdołam jej urągać w chwili śmierci. Panowie, nie mam zaszczytu należeć do waszej sfery; widzicie we mnie chłopa, który się zbuntował przeciw nikczemności swego losu.
Nie proszę was o łaskę — ciągnął Julian silniejszym głosem. — Nie robię sobie złudzeń, czeka mnie śmierć: będzie zasłużona. Ośmieliłem się targnąć na życie kobiety ze wszech miar godnej czci i szacunku. Pani de Rênal była dla mnie jak matka. Zbrodnia moja jest straszna, a popełniłem ją z rozmysłem Zasłużyłem tedy na śmierć, panowie przysięgli. Ale gdybym nawet mniej był winny, widzę tu ludzi, którzy, nie dając się uwieść współczuciu przez wzgląd na mą młodość, zechcą w mej osobie ukarać i zniechęcić na zawsze tę klasę młodzieży, która zrodzona w niskim stanie i poniekąd zdławiona ubóstwem miała szczęście zdobyć wykształcenie oraz miała to zuchwalstwo, aby się wcisnąć w sferę, którą pycha bogaczy nazywa światem.
Oto moja zbrodnia, panowie, i spotka się ona z karą tym surowszą, iż w rzeczywistości nie będą mnie sądzili moi równi. Nie widzę na ławie przysięgłych ani jednego zbogaconego66 wieśniaka, widzę jedynie oburzone mieszczaństwo...
W tym tonie mówił Julian dwadzieścia minut; wypowiedział wszystko, co miał na sercu; prokurator, który zabiegał o względy arystokracji, podskakiwał na krześle; ale mimo abstrakcyjnego nieco tonu, jaki Julian wniósł w swoje przemówienie, wszystkie kobiety płakały. Nawet pani Derville trzymała chusteczkę przy oczach. Kończąc, Julian podkreślił jeszcze raz rozmysł, następnie żal, szacunek, synowskie i bezgraniczne uwielbienie, jakie w szczęśliwej epoce czuł dla pani de Rênal... Pani Derville wydała krzyk i zemdlała.
Pierwsza biła, gdy przysięgli udali się do sali obrad. Ani jedna kobieta nie opuściła miejsca, wielu mężczyzn miało łzy w oczach. Zrazu rozmawiano z ożywieniem; stopniowo jednak, w miarę jak się narada przysięgłych przewlekała, czuć było powszechne znużenie. Była to uroczysta chwila, światła zaczęły przygasać. Julian bardzo zmęczony słyszał dokoła siebie roztrząsania, czy ta zwłoka dobrze czy źle wróży. Ujrzał z przyjemnością, że wszystkie sympatie są za nim; przysięgli nie wracali, mimo to żadna z kobiet nie opuściła sali.
Z uderzeniem drugiej dał się słyszeć wielki ruch. Drzwi się otwarły. Baron de Valenod sunął poważnym teatralnym krokiem na przedzie, za nim przysięgli. Zakaszlał, po czym oświadczył, iż w duszy i sumieniu przysięgli orzekli jednogłośnie, że Julian Sorel winien jest morderstwa i to morderstwa z rozmysłem: orzeczenie to pociągało za sobą karę śmierci, którą też ogłoszono w chwilę później. Julian spojrzał na zegarek i przypomniał sobie pana de Lavalette; był kwadrans na trzecią. „To dziś piątek” — pomyślał.
„Tak, ale to jest dzień szczęśliwy dla Valenoda, który mnie skazał na śmierć... Zbyt pilnie jestem strzeżony, aby Matylda mogła mnie ocalić, jak pani de Lavalette... Tak więc za trzy dni o tej godzinie, będę wiedział, czego się trzymać co do Wielkiego Być Może67.
Naraz usłyszał krzyk, który go przywołał do spraw tego świata. Kobiety dokoła niego szlochały; ujrzał, że wszystkie twarze zwracają się ku lóżce umieszczonej w kapitelu gotyckiego pilastru. Dowiedział się później, że znajdowała się tam Matylda. Ponieważ krzyk się nie powtórzył, wszyscy zaczęli na nowo przyglądać się Julianowi, któremu żandarmi torowali drogę w tłumie.
„Starajmy się nie dać przyczyny do śmiechu temu obwiesiowi Valenod — pomyślał Julian. — Z jaką obleśną i stroskaną miną wygłosił oświadczenie, które pociąga za sobą karę śmierci! Gdy ten poczciwy prezydent, mimo że jest sędzią od tylu lat, miał łzy w oczach, skazując mnie. Cóż za radość dla Valenoda pomścić się za dawne współzawodnictwo o panią de Rênal!... Nie ujrzę jej tedy! Stało się... Ostatnie pożegnanie niemożliwe jest między nami, czuję to... Jakże byłbym szczęśliwy, gdybym mógł jej wyrazić cały żal za swą zbrodnię!...
Tylko te słowa: «Uważam, że mnie skazano słusznie»”.