LXXIII.

W godzinę później, gdy spał głęboko, obudziły go łzy spływające mu po ręce. „Ach, znowu Matylda — pomyślał na wpół przebudzony. — Przychodzi, wierna swym poglądom, zwalczać tkliwością moje postanowienie”. Znudzony perspektywą patetycznej sceny, nie odwrócił oczu.

Usłyszał niezwykłe westchnienia, otworzył oczy: była to pani de Rênal.

— Ach, widzę cię jeszcze przed śmiercią, czy to złuda? — wykrzyknął, rzucając się jej do nóg. — Ale daruj mi pani, w twoich oczach jestem tylko mordercą — rzekł natychmiast, opamiętując się.

— Panie Julianie, przychodzę błagać, byś apelował; wiem, że pan nie chce... — Szlochania zdławiły ją; nie mogła mówić.

— Racz mi pani przebaczyć.

— Jeśli chcesz, abym ci przebaczyła — rzekła wstając i rzucając mu się w objęcia — wnieś odwołanie od wyroku.

Julian okrywał ją pocałunkami.

— Będziesz mnie odwiedzała co dzień przez te dwa miesiące?

— Przysięgam ci! Co dzień, chyba, że mąż mi zabroni.

— Podpisuję! — wykrzyknął Julian. — Jak to! przebaczasz mi! czy podobna!

Tulił ją w ramionach, szalał. Wydała cichy okrzyk.

— To nic — rzekła — uraziłeś mnie.

— W ramię — wykrzyknął Julian, zalewając się łzami. Odsunął się nieco i okrywał jej ręce palącymi całunkami. — Kto by mi to powiedział, ostatni raz, kiedy cię widziałem w twojej sypialni W Verrières?

— Kto by mi był powiedział wówczas, że napiszę do pana de la Mole ten bezecny list?

— Wiesz, żem cię kochał zawsze, kochałem tylko ciebie.

— Czy podobna! — krzyknęła pani de Rênal w upojeniu. Wsparła się na Julianie, który klęczał u jej kolan; długo płakali w milczeniu.

W żadnej epoce życia Julian nie zaznał podobnej chwili.

Po długiej pauzie, kiedy mogli mówić, pani de Rênal rzekła:

— A ta młoda pani Michelet lub raczej panna de la Mole?... bo zaczynam wierzyć w tę dziwną powieść!

— Jest to prawda jedynie z pozoru — odparł Julian. — To moja żona, ale nie kochanka.

Przerywając sobie po sto razy wzajem zdołali sobie wreszcie opowiedzieć z trudem to, czego nie wiedzieli. List do pana de la Mole napisał młody przewodnik duchowny pani de Rênal, po czym ona przepisała.

— Do jakiejż ohydy popchnęła mnie religia! — mówiła. — A i tak załagodziłam najokropniejsze ustępy.

Szczęście Juliana dowodziło pani de Rênal, jak zupełnie jej przebaczył. Nigdy nie był tak oszalały miłością.

— Uważam się wszelako za pobożną — mówiła dalej pani de Rênal. — Wierzę szczerze w Boga; wierzę także, a nawet mam najgłębsze przekonanie, że zbrodnia, którą popełniam, jest okropna, a z chwilą kiedy cię widzę, nawet po tych dwóch strzałach...

Tutaj, mimo jej wzdragań, Julian okrył ją pocałunkami.

— Zostaw mnie — ciągnęła — chcę ci wszystko powiedzieć, inaczej boję się, że zapomnę...

— Z chwilą gdy cię widzę, wszystkie obowiązki znikają, jestem już tylko miłością dla ciebie lub raczej słowo miłość jest za słabe. Czuję dla ciebie to, co powinna bym czuć jedynie dla Boga: połączenie czci, miłości, posłuszeństwa... W istocie, ja nie wiem, co ty budzisz we mnie... Gdybyś mi kazał pchnąć dozorcę nożem, spełniłabym tę zbrodnię, nim bym się zdołała zastanowić. Wytłumacz mi to dokładnie, nim się z tobą rozstanę, chcę czytać jasno w swoim sercu, bo za dwa miesiące, rozstaniemy się... Słuchaj, czy się rozstaniemy? — rzekła z uśmiechem.

— Cofam słowo — rzekł Julian, wstając — nie będę apelował od wyroku, jeśli trucizną, nożem, pistoletem, węglami lub jakim bądź sposobem będziesz się starała położyć koniec swemu życiu.

Fizjonomia pani de Rênal zmieniła się nagle; tkliwość ustąpiła miejsca głębokiej zadumie.

— A gdybyśmy umarli natychmiast? — rzekła wreszcie.

— Kto wie, co nas czeka w drugim życiu? — odparł Julian — może męki, może nic. Czyż nie możemy spędzić razem rozkosznych dwóch miesięcy? Dwa miesiące to dużo dni. Nigdy nie zaznałem takiego szczęścia.

— Nigdy nie zaznałeś takiego szczęścia!

— Nigdy — powtórzył Julian w upojeniu — mówię do ciebie tak, jakbym mówił do samego siebie. Niech mnie Bóg strzeże od przesady.

— Takie słowa to dla mnie rozkaz — rzekła nieśmiało z melancholijnym uśmiechem.

— A zatem przysięgasz na swą miłość dla mnie nie targnąć się na swoje życie bezpośrednio ani pośrednio... Pomyśl — dodał — trzeba byś żyła dla mego syna, którego Matylda porzuci na łaskę lokajów z chwilą, gdy zostanie margrabiną de Croisenois.

— Przysięgam — rzekła chłodno — ale chcę mieć twoją apelację napisaną i podpisaną własną ręką. Pójdę sama do prezydenta sądu.

— Uważaj, narażasz się.

— Po mej bytności u ciebie w więzieniu jestem na zawsze dla całego Besançon i okolicy pastwą języków — rzekła z głębokim smutkiem. — Przekroczyłam granice, honor mój stracony; prawda, że to dla ciebie.

W głosie jej było tyle smutku, że Julian uścisnął ją z nieznanym dotąd wzruszeniem. Nie było to już pijaństwo miłości; była to bezmierna wdzięczność. Pierwszy raz ogarnął rozmiar jej poświęcenia.

Jakaś miłosierna dusza powiadomiła bez wątpienia pana de Rênal o długich godzinach, jakie żona spędza w celi Juliana; po trzech dniach przysłał po nią wóz ze stanowczym rozkazem powrotu.

Ta okrutna rozłąka źle rozpoczęła dzień dla Juliana. Powiadomiono go w parę godzin później, że jakiś klecha-intrygant, który wszelako nie zdołał się wybić wśród jezuitów w Besançon, usadowił się od rana pod bramą więzienia, na ulicy. Padał silny deszcz, człowiek ten chciał odgrywać rolę męczennika. Julian był podrażniony, głupstwo to wzburzyło go mocno.

Rano już odmówił przyjęcia tego księdza, ale klecha wbił sobie w głowę, że wyspowiada Juliana i zdobędzie sobie reputację między damulkami w Besançon za pomocą zwierzeń, które rzekomo wydobędzie ze skazańca.

Oświadczał głośno, że spędzi dzień i noc u bram więzienia.

— Bóg mnie posyła, abym wzruszył serce tego nowego apostaty...

I pospólstwo, zawsze chciwe widowiska, zaczynało się gromadzić.

— Tak, bracia — mówił — spędzę tu dzień, noc i następne dni, i wszystkie noce. Duch święty przemówił do mnie, mam posłannictwo z góry: mnie przeznaczone jest zbawić duszę młodego Sorel. Połączcie się z moją modlitwą, etc.

Julian miał wstręt do skandalu i do wszystkiego, co mogło nań ściągnąć uwagę. Zamierzał uchwycić sposobną chwilę, aby się wynieść ze świata incognito, ale miał nadzieję ujrzeć jeszcze panią de Rênal, którą kochał bez pamięci.

Brama więzienna wychodziła na jedną z uczęszczanych ulic. Myśl o tym zabłoconym klesze powodującym zbiegowisko i skandal dręczyła go. „Do tego bez wątpienia raz po raz powtarza moje nazwisko!” Chwila ta była przykrzejsza niż śmierć...

Wołał parę razy odźwiernego, który był mu oddany i wysyłał go dla sprawdzenia, czy ksiądz stoi jeszcze.

— Proszę pana, klęczy w błocie — powiadał za każdym razem odźwierny — modli się głośno i odmawia litanię za pańską duszę.

„Błazen!” — pomyślał Julian. Równocześnie usłyszał głuche buczenie; to lud odpowiada na inwokacje litanii. Do ostateczności doprowadziło go, iż ujrzał, że sam odźwierny porusza wargami, powtarzając łacińskie słowa.

— Zaczynają gadać — dodał odźwierny — że pan musi mieć bardzo zatwardziałe serce, aby odrzucać duchowną pomoc tego świętego człowieka.

— O moja ojczyzno! Jakaś ty jest barbarzyńska! — wykrzyknął Julian pijany z gniewu. I dalej mówił z sobą głośno, nie troszcząc się o odźwiernego:

— Ten klecha pragnie mieć artykuł w dzienniku i będzie go miał na pewno. A, przeklęta prowincja! W Paryżu nie byłbym narażony na te utrapienia. Tam szarlataneria posunęła się wyżej.

— Wpuścić tego świętego kapłana — rzekł wreszcie. Pot spływał mu z czoła. Odźwierny uczynił znak krzyża i wyszedł z widocznym zadowoleniem.

Świątobliwy ksiądz był bardzo szpetny, a jeszcze bardziej niechlujny. Zimny deszcz, który padał, zwiększał mrok i wilgoć więzienia. Ksiądz chciał uściskać Juliana i zaczął się głośno rozczulać. Obłuda najniższego gatunku przebijała zbyt wyraźnie; w życiu swoim Julian nie był tak wściekły.

W kwadrans po wejściu księdza, Julian uczuł się zupełnym tchórzem. Pierwszy raz śmierć wydała mu się straszna. Myślał o stanie zgnilizny, w jakim znajdzie się ciało w dwa dni po straceniu etc., etc.

Miał już się zdradzić jakimś odruchem słabości lub też rzucić się na księdza i udusić go swym łańcuchem, kiedy przyszło mu do głowy poprosić świętego człowieka o odmówienie zań porządnej mszy za czterdzieści franków tegoż samego dnia.

Było blisko południe, ksiądz pomknął.