XLV. Czy spisek?

Ha! Jakże okrutny jest czas między powzięciem wielkiego zamysłu a wykonaniem! Ileż lęków! Ile niepewności! Chodzi o życie. — Chodzi o więcej, o honor!

Schiller.

„To zaczyna być poważne — myślał Julian... — i nieco zbyt wyraźne — dodał po zastanowieniu. Jak to! ta piękna panna może ze mną mówić w bibliotece z najzupełniejszą, Bogu dzięki, swobodą; margrabia w obawie, bym mu nie pokazał rachunków, nie zagląda tam nigdy. Jak to! Pan de la Mole i hrabia Norbert, jedyne osoby, które tu zachodzą, są prawie cały dzień za domem, można z łatwością wiedzieć, kiedy wracają, i oto wyniosła Matylda, dla której ręka udzielnego księcia nie byłaby zbyt szlachetna, chce, abym popełnił najobrzydliwszą nieostrożność!

To jasne, chcą mnie zgubić lub co najmniej zadrwić ze mnie. Zrazu chcieli mnie zgubić przez moje listy; okazały się zbyt ostrożne; trzeba im czynu jaśniejszego niż dzień. Ci piękni panicze mają zbyt wysokie pojęcie o mej głupocie lub próżności. Tam do licha, w najpiękniejszą noc księżycową piąć się dwadzieścia pięć stóp na pierwsze piętro! Wszyscy będą mieli czas mnie oglądać, nawet z sąsiedztwa. Ładnie będę wyglądał na tej drabinie!”

Julian udał się do siebie i pogwizdując, zaczął pakować walizę. Zdecydowany był jechać, nawet nie odpowiadając.

Ale to roztropne postanowienie nie wróciło mu spokoju. „Gdyby przypadkiem — rzekł nagle do siebie — Matylda działała z dobrą wiarą! Wówczas odegrałbym rolę skończonego tchórza. Ja nie jestem urodzony, trzeba mi tęgich przymiotów, płatnych gotówką, nie na kredyt czyjejś życzliwości, trzeba czynów!”

Kwadrans bił się z myślami. „Na co przeczyć? — rzekł wreszcie — będę w jej oczach tchórzem. Tracę nie tylko najświetniejszą ozdobę arystokracji, jak o niej mówiono na balu, prócz tego, boską przyjemność zwycięstwa nad margrabią de Croisenois, synem księcia, dziedzicem jego mitry. Uroczy młodzian, posiadający wszystkie przymioty, których mnie zbywa: dowcip, urodzenie, majątek...

Wyrzut ten ścigałby mnie całe życie; nie z powodu niej, tyle jest ładnych kobiet...

...Lecz honor jest jeden!

powiada stary don Diego. Otóż tutaj, jasno i wyraźnie cofam się przed pierwszym niebezpieczeństwem, które się nastręcza; pojedynek z panem de Beauvoisis to był żart! Tu sprawa zupełnie inna. Mogę być ustrzelony przez lokaja, ale to najmniejsza: mogę być zniesławiony!”

— To zaczyna być poważne, mój chłopcze — dodał wesoło, przedrzeźniając gaskoński akcent. — Tu idzie o honor. Nigdy biedaczyna rzucony przez los równie jak ja nie odnajdzie takiej sposobności; będę miał sukcesy, ale ot, pokątne...

Zastanawiał się długo, przechadzał się szybkim krokiem, zatrzymując się od czasu do czasu. W pokoju znajdował się marmurowy biust kardynała Richelieu, na który mimo woli Julian zwracał spojrzenie. Biust ten zdawał się nań patrzeć surowo, jak gdyby wyrzucając mu brak odwagi, będącej rasowym obowiązkiem Francuza. „Za twoich czasów, wielki człowieku, czyżbym się wahał?”

— W najgorszym razie — rzekł wreszcie — przypuśćmy, że to pułapka, jest ona bardzo szpetna i bardzo kompromitująca dla młodej panny. Wiedzą, że nie jestem człowiek, który by zmilczał. Trzeba mnie będzie tedy zgładzić. To byłoby dobre w 1574, za Bonifacego de la Mole, ale dzisiejszy la Mole nie odważyłby się na to. To już nie ci ludzie. Panna de la Mole budzi tyle zawiści! Czterysta salonów głosiłoby jutro jej hańbę i z jaką uciechą!

Lokaje szepcą już o szczególnych względach, których jestem przedmiotem; wiem, słyszałem...

Z drugiej strony, te listy! Mogą myśleć, że mam je przy sobie. Zdybawszy mnie u panny, odbiorą mi je. Będę miał sprawę z dwoma, trzema, czterema ludźmi, czy ja wiem? Ale skąd oni wezmą w Paryżu tylu ludzi? Gdzie znaleźć w Paryżu dyskretnych służalców? Boją się sądów, trybunałów... ba, nawet tacy: Caylus, Croisenois, de Luz, wszyscy. Ta chwila, ta głupia mina, jaką będę miał wśród nich, to musiało ich skusić. Strzeż się losu Abelarda, mości sekretarzu!

Więc dobrze, do kroćset, nauczę was i ja, będę rąbał w twarz, jak żołnierze Cesarza pod Farsalus. Co do listów, mogę je złożyć w bezpiecznym miejscu.

Przepisał ostatnie dwa listy, ukrył je w ozdobnym wydaniu Woltera w bibliotece i sam zaniósł oryginały na pocztę.

— Na jakież szaleństwo się puszczam! — mówił ze zdumieniem i grozą, wróciwszy do domu. Przez kwadrans nie pomyślał o tym, co miał uczynić jeszcze tej nocy.

— Ale jeśli się cofnę, będę pogardzał sam sobą. Całe życie czyn ten będzie dla mnie przedmiotem straszliwej wątpliwości, wątpliwość zaś taka jest dla mnie najdotkliwszym cierpieniem. Czyż nie doświadczyłem tego z kochankiem Amandy? Sądzę, że łatwiej darowałbym sobie zbrodnię; raz przyznawszy się, przestałbym o niej myśleć.

Jak to, byłbym rywalem człowieka noszącego jedno z najpiękniejszych nazwisk we Francji i miałbym sam, dobrowolnie, uznać swą niższość? Tak; nie iść to tchórzostwo. To słowo rozstrzyga o wszystkim — rzekł Julian, wstając — a przy tym panna jest bardzo ładna!

Jeśli to nie jest pułapka, jakież ona szaleństwo popełnia dla mnie!... Jeśli to mistyfikacja, do kroćset! Panowie, ode mnie zależy, aby żart przybrał obrót serio i tak też uczynię.

Ale jeśli mi zwiążą ręce, gdy wejdę do pokoju? Mogą ustawić jakiś potrzask!

„To tak jak w pojedynku — pomyślał, śmiejąc się — jest zastawa na każde pchnięcie, powiada mistrz fechtunku; ale Opatrzność, która chce, aby się to raz skończyło, sprawia, że jeden z przeciwników zapomina się zastawić. Zresztą, oto moja odpowiedź” — tu Julian wydobył pistolety i mimo że panewka była opatrzona, odnowił kapslę.

Zostawało jeszcze kilka godzin; w oczekiwaniu Julian napisał do Fouquégo. „Mój przyjacielu, otwórz załączony list jedynie w razie wypadku, jeśli usłyszysz, że stało się coś osobliwego. Wówczas wymaż nazwiska z rękopisu, który załączam, i sporządź osiem kopii, które roześlesz do dzienników w Marsylii, Bordeaux, Lyonie, Brukseli, etc.; w dziesięć dni później każ wydrukować rękopis, prześlij egzemplarz margrabiemu; po dwóch tygodniach porozrzucaj egzemplarze w nocy po ulicach Verrières”.

Ten krótki memoriał, który Fouqué miał otworzyć jedynie w razie wypadku, Julian ułożył w sposób najmniej narażający pannę de la Mole; odmalował jedynie wyraźnie swoje położenie.

Julian wiązał właśnie paczkę, kiedy zadzwoniono na obiad; serce zaczęło mu bić. Wyobraźnia jego, rozgrzana opisem, który nakreślił, pełna była tragicznych przeczuć. Widział siebie schwytanego przez służbę, wleczonego do piwnicy z zakneblowanymi ustami. Tam któryś ze sług strzegł go bez ustanku, jeśli zaś honor dostojnej rodziny wymagał, aby sprawa wzięła tragiczny obrót, łatwo było zakończyć wszystko za pomocą trucizny niezostawiającej śladów; powiedziano by, że umarł na jakąś chorobę i przeniesiono by zwłoki do pokoju.

Wzruszony własną powieścią niby autor dramatyczny Julian wchodził do jadalni z istotnym lękiem. Patrzał na służbę w wielkiej liberii. Badał fizjonomie. „Których wybrano na nocną obławę?” — pytał sam siebie. W tej rodzinie wspomnienia dworu Henryka III są tak żywe, tak często wskrzeszane, że w poczuciu zniewagi potrafią oni być energiczniejsi niż kto inny z tej sfery. Spojrzał na panną de la Mole, aby wyczytać w jej oczach zamiary rodziny; była blada, fizjonomia jej miała coś zupełnie średniowiecznego. Nigdy nie wydała mu się tak wspaniała; była naprawdę piękna i imponująca. Uczuł w sercu prawie miłość. „Pallida morte futura” — pomyślał. (Bladość jej zwiastuje wielkie zamiary).

Czemu nie powiedzieć prawdy? Bał się. Ponieważ zdecydowany był na czyn, poddawał się temu uczuciu bez wstydu. „Bylem w chwili działania miał dość odwagi, cóż znaczą moje uczucia w tej chwili?”

Poszedł rozpatrzyć się położeniu, zbadać ciężar drabiny.

„Oto narzędzie — pomyślał ze śmiechem — którym mi jest przeznaczone posługiwać się! Tu i w Verrières. Cóż za różnica! Wówczas — dodał z westchnieniem — nie musiałem się strzec osoby, dla której się narażałem. I cóż za różnica w niebezpieczeństwie!

Gdyby mnie zabito w ogrodzie pana de Rênal, nie byłoby w tym dla mnie hańby. Z łatwością zdołano by upozorować śmierć. Tutaj, cóż za ohydne powiastki będą krążyć w pałacach de Chaulnes, de Caylus, de Retz, słowem wszędzie. Będę potworem w oczach potomności.

Przez dwa lub trzy lata — podjął, śmiejąc się i drwiąc z samego siebie. Ale ta myśl była mu straszna. — I co zdoła mnie usprawiedliwić? Przypuśćmy, że Fouqué wydrukuje mój pośmiertny pamflet, to będzie tylko jedno bezeceństwo więcej. Jak to? Przyjmują mnie w dom i za cenę gościnności, łask, drukuję pamflet, odsłaniając domowe tajemnice! Znieważam honor kobiety! Och, tysiąc razy lepiej być ofiarą!”

Był to dla Juliana straszliwy wieczór.