Dobre wychowanie

Rzecz się dzieje w knajpie. Dwaj wytworni panowie zrzucili palta na ziemię w okolicach szatni i zatoczyli się do wolnego stolika. Niestety, nie mogę notować ich początkowych rozmów, bo o ile były głośne i trafne, o tyle były nieprzyzwoite, tak że dokoła świeżo zajętego stolika stopniała publiczność i białe koło pustych obrusów odgraniczyło kręgiem milczenia naszych dwóch wytwornych panów od reszty gości. Wreszcie dyskusja przeszła na wspomnienia z wojny światowej.

— Mój drogi, Rosjanie musieli przegrać, wszak Niemcy strzelali z armat naturalnej wielkości...

— Tego szczegółu nie znałem... No to napijemy się... Panie kelner, dwie czyste, albo nie: trzy! Pan przecie napije się z nami także. Może pan co przekąsi?

— Niestety... tego... dyrekcja zabrania kelnerom pijać z gośćmi...

— Ależ inaczej nie może być. My tu siedzimy i rozmawiamy, a pan, taki miły człowiek, stoi lub biega z daniami. Proszę zawołać dyrektora. Zaraz się rozmówimy.

Dyrektor sali zgodził się, ponieważ nasi przyjaciele przyjęli zdecydowaną postawę. Kelner usiadł na brzeżku krzesła i przyłączył się do rozmowy.

— Hallo, kelner, jeszcze butelkę... I nowy kieliszek. Pański kolega pije z nami, to i pan napije się także.

— Niestety — odparł nowy kelner. — Dyrekcja zabrania.

— Ależ inaczej nie może być. My tu siedzimy i rozmawiamy, a pan, taki miły człowiek, stoi lub nam usługuje. Niech pan siada. Może pan coś przekąsi?

Dyrektor sali wobec groźnej postawy, jaką przyjęli nasi przyjaciele, zgodził się, aby i drugi kelner usiadł przy stoliku.

— Hallo! Kelner! Kto tu podaje!!!??? — wołali teraz czterej już panowie.

— Słucham?

— Niech pan poda zaraz jeszcze jedną butelkę wódki i jeszcze jeden kieliszek. Pańscy koledzy piją — to i pan napije się z nami...

— Niestety — odparł kelner, podając nową butelkę wódki i stawiając na stole czwarty kieliszek. — Dyrekcja zabrania.

Powiedział to bez przekonania i przyłączył się do towarzystwa.

Ponieważ nie było więcej kelnerów na sali, dyrektor sam zaczął im usługiwać.

— Przynieś pan butlę jakiego wina. Tylko zaraz — wołali doń kelnerzy.

Kierownik sali fruwał, aż poły fraka rozskrzydlały się z szumem.

— Niech pan siada z nami. Wszystko jedno. Jutro znowu będzie świt. My tu pijemy, a pan się męczy. Może pan coś przekąsi.

Było już późno. Knajpa dopływała na wybrzeża świtu. Goście zaczęli opuszczać stoliki i wychodzić bez płacenia. Tylko towarzystwo otaczające naszych dwóch wytwornych panów bawi się jeszcze z siłą 120 HP22. Na stole wspaniałe dania. W kubłach z lodem zmieniają się butelki szampana. Obsługują teraz nasi przyjaciele. Dyrektor i kelnerzy piją i jedzą, bawiąc się wytworną rozmową.

— Czas już do domu — odezwał się jeden z podających panów.

— Więc płaćcie nam rachunek i chodźmy stąd wreszcie — dodał drugi, bezczelnie zwracając się do dyrektora sali i kelnerów rozpartych przy ich stoliku.

W związku z tą propozycją, której nie dało się wybić z głowy naszym wytwornym przyjaciołom nawet przygodnymi parasolami, znacznie później i już na trzeźwo odbyła się rozprawa sądowa. Sąd grodzki skazał panów Zygmunta Oleszczaka i Adama Kadłubka na dwa tygodnie aresztu za niezapłacenie rachunku w barze Pod Kometą.