Marzenia
Kto z nas nie oddawał się marzeniom?
Pod zamkniętymi powiekami słodki snuje się film fantazji. Małe dziecko śni o dowodzeniu armią ołowianych żołnierzyków, brzydka kobieta marzy o gwiazdach, motylach i miłości, starzec spala się w pocałunkach. Ale chwileczkę. Mam wrażenie, że i marzenie można posegregować, poszufladkować i podzielić na kartoteki. Według wieku marzącego.
Jako pięcioletni chłopiec marzyłem w ten sposób:
Cesarz (w najgorszym razie król) jedzie na rowerze po pustej szosie. Nagle rower się łamie i cesarz siada w rowie. Jest bezbronny. Płacze. Ja idę ścieżyną. Spostrzegam cesarza. Nie daję mu poznać, że go rozpoznałem. Podchodzę. Reperuję rower. Cesarz wsiada i jedzie ze śmiechem.
Wracam do domu, a tu już w moim białym, dziecinnym pokoiku stoi trzech generałów z długimi brodami i każdy z nich trzyma kosz zabawek.
— To od króla.
Jako dziesięcioletni chłopiec marzyłem już inaczej:
Idę z flowerem20 podczas wojny i poluję na wróble. Nasza kawaleria szarżuje na tanki21 nieprzyjacielskie. Kim jest nieprzyjaciel, marzenie nie ustala. Szarżuje i nic nie może zrobić tym żelaznym bestiom. Ja tymczasem wchodzę na najwyższe drzewo i strzelam z floweru. Małe flowerowe kulki przedostają się przez szczeliny obserwacyjne w czołgach i wybijają obsługę. Wszystkie tanki są unieruchomione. Dowódca naszej kawalerii częstuje mnie czekoladą i prowadzi do naczelnego wodza, który wręcza mi szablę, motocykl i order. Jestem szczęśliwy.
Kiedy miałem piętnaście lat, moje marzenia przybrały czysto prywatny charakter. Dużo w nich było karminowych warg, błękitnych spojrzeń, spotkań przy strumieniach, a wszystkie te obrazy wiązały się z sylwetką pewnej pensjonarki, którą spotykałem codziennie, idąc do szkoły. Naturalnie chodziło o to, żeby ją tramwaj przejechał. Nadjeżdża tramwaj, już, już będzie miał ją pochłonąć, a wtedy ja się rzucę, wyciągnę ją spod kół i wtedy... Ba! Wtedy!
Jako dwudziestoletni młodzieniec, proszę wysokiego sądu, marzyłem o karierze sportowej.
Są mistrzostwa. Tłumy na trybunach. Mnie nikt nie zna. Z trudem dopuszczono mnie do zawodów. Nagle zaczynają się skoki wzwyż. Skaczę wraz z innymi. Sędziowie stale podwyższają poprzeczkę. Inni już poodpadali. Został tylko mistrz Polski i ja. Wysokość metr dziewięćdziesiąt. On nie może. Ja skaczę lekko. Każę od razu nastawić na dwa metry. Skaczę. Każę na dwa dziesięć. Skaczę z łatwością. Przy trzech metrach publiczność zbiega z trybun. A ja nic, tylko skaczę. Przy czterech metrach zostaję aresztowany. Wszyscy myślą, że to jakieś przestępstwo, a ja tymczasem z łatwością przeskakuję przez kamienicę, obrażam się i ginę. Chcą mnie wysłać na mistrzostwa świata, szukają, nie daję znaku życia. I tak pozostałem fenomenem natury.
Kiedy miałem dwadzieścia pięć lat, to marzenia moje znów, proszę wysokiego sądu, wyglądały inaczej:
Oto pewnego dnia wybitny dygnitarz państwowy jedzie na rowerze po pustej szosie. Nagle rower się psuje i dygnitarz siada w rowie. Nadchodzę. Reperuję mu rower. Wracam do domu, a w domu zastaję papierek, który przyniesiono z urzędu, a na tym papierku czarno na białym, że nikt nie ma prawa mnie aresztować.
Natomiast o tym, żebym ukradł rower, doprawdy nigdy nie marzyłem.
Sąd skazał gadatliwego marzyciela na miesiąc aresztu za kradzież roweru.