Jak zostać człowiekiem szczęśliwym
Każdy z nas wielokrotnie zadaje sobie to pytanie i nikt dotąd nie znalazł odpowiedzi.
Jak zostać człowiekiem szczęśliwym?
A jednak mam na to sposób, odkryłem ów eliksir, jestem wynalazcą recepty na szczęście.
Człowiek, który chce zostać szczęśliwym, musi po pierwsze zerwać z własną rodziną. Zamiast rodziny należy wynaleźć coś innego. Ile bowiem kwasów, ile przykrości, które w późniejszym wieku włażą w wątrobę, powoduje nieprzyjemna, nie do naszego smaku dobrana rodzina. Rzecz jasna, że nikt z nas nie dobiera sobie ciotek, wujów, sióstr i braci. Są to postacie nadane nam przez naturę, zjawiska, z którymi musimy do większego czy mniejszego stopnia dzielić nasz pobyt na ziemi tylko dzięki więzom krwi.
Otóż kandydat na człowieka szczęśliwego musi sobie raz na zawsze powiedzieć: żadnej rodziny. Gdyby jednak jego więzy i zamiłowania do posiadania własnej rodzinki były rozwinięte w bardzo silnym stopniu, powinien zamiast rodziny zaangażować sobie aktorów, którzy za skromną opłatą w chwilach wolnych od gry na scenie potrafiliby grać świetnie rolę jego najbliższych.
Któż zagra lepiej wuja przyjeżdżającego na dwa dni do Warszawy, jak nie aktor wprawiony do ról tego rodzaju w wielu komediach? Kto jak nie podstarzała aktorka potrafi się wczuć w rolę właśnie takiej ciotki, jakiej koniecznie potrzebujemy?
Świetne siostry i znakomitych braci odtworzą nam artyści najmłodszego pokolenia.
Kiedy kandydat na człowieka szczęśliwego skompletuje sobie rodzinę w zależności od własnych upodobań, czas, żeby pomyślał o mieszkaniu.
Otóż jedynym mieszkaniem godnym człowieka szczęśliwego jest luksusowy hotel, bowiem mając własne mieszkanie, trzeba mieć własną służbę, a człowiek szczęśliwy nie może mieć żadnych podwładnych. Nikogo zależnego od siebie, tak jak on nie może być od nikogo zależnym. Wiadomo. Zupełna swoboda. Żadnych zależności, proszę państwa...
Jak widzimy, należy mieszkać w hotelu, mieć rodzinę złożoną z aktorów i dopiero wtedy pomyśleć o małżeństwie.
Otóż twierdzę, że jedyną małżonką godną człowieka szczęśliwego jest kobieta wprawdzie piękna, lecz absolutnie głuchoniema. Miłe to kalectwo jest zupełną gwarancją cichego, łagodnego i sielankowego pożycia domowego. Żadnych swarów czy przeciwności zdań, wypytywań i podsłuchiwań. Przecież to cudowne! Naturalnie, człowiek szczęśliwy nie ma prawa uczyć się rozmawiać na migi.
Kiedy człowiek ma już zamiast rodziny zwyczajnych aktorów, mieszka w hotelu i poślubił szczęśliwie głuchoniemą pannę, musimy pomyśleć o stroju dla tak promiennej jednostki.
Naturalnie będzie to jasnoniebieski frak, żółte spodnie i czarny, niezbyt wysoki cylinder.
Od rana do wieczora zawsze to samo.
Zdziwiony czytelnik może byłby skłonny rzucić pytanie, dlaczego właśnie ten strój. Doprawdy nie wiem, ale daję słowo, że tylko to ubranie jest na świecie strojem ludzi szczęśliwych. Zawołacie może, że dotąd nie widzieliście nigdy człowieka paradującego w biały dzień w jasnoniebieskim fraku, żółtych spodniach tudzież czarnym cylindrze, lecz zapewniam was w odpowiedzi, że jeszcze nigdy nie udało wam się widzieć człowieka szczęśliwego.
A więc wyobraźmy sobie, moi mili, że niejeden z was, urzeczony perspektywą szczęścia, wynajął sobie aktorów, którym rozdzielił role rodziny, własną rozpędzając na cztery wiatry, zlikwidował mieszkanie i zamieszkał w hotelu, wreszcie, poślubiwszy głuchoniemą piękność, przybrał jasnoniebieski frak, żółte spodnie, błyszczący, czarny cylinderek, żyje już ze trzy lata w ten sposób i dochodzi do smutnego wniosku, że jednak nie jest szczęśliwy.
Czy to był błąd w moich obliczeniach, czy uwiodłem go i oszukałem? Nie! Po stokroć nie! Niech do mnie napisze, bo grunt to kontakt z czytelnikiem. Wtedy ze swej strony poradzę mu, żeby przestał chodzić w jasnoniebieskim fraku z żółtymi spodniami. Już po tygodniu otrzymam od niego list dziękczynny. Z kolei poradzę mu rozwieść się z głuchoniemą.
Ręczę, że ten człowiek będzie już prawie, prawie szczęśliwy. Kiedy jeszcze wyprowadzi się z hotelu i rozpędzi na cztery wiatry aktorów, na pewno niebawem z zachwytem napisze do mnie jeszcze jeden list, tym razem pełen oddania i podziwu:
„Dzięki panu jestem człowiekiem szczęśliwym”.
Gzyms, grafoman i spodnie
Pewna redakcja jest oblegana przez grafomanów, którzy przy pomocy wspinaczki po sąsiednich dachach dostają się oknem do gabinetu redaktora.
Otóż jeden grafoman przyjechał aż z Poznania z wierszem lirycznym, zwiniętym w laurkę, i obijał się po poczekalni, czatując na znakomitą pisarkę, od której spodziewał się poparcia u redaktora.
— Czy pani X. bywa o tej porze w redakcji? — zapytał woźnego.
— Nie, dopiero o piątej — odparł stary sługa, wilk redakcyjny, który czuje grafomanów przez skórę i obdarza ich najwyższą pogardą.
Wobec takiej odpowiedzi młody człowiek z Poznania postanowił udać się na spacer i powrócić dopiero o wskazanej godzinie. Warszawę chciał zwiedzić przy sposobności, ale nie chciał dźwigać z sobą wielkiej paczki, którą był objuczony.
— Zostawiam panu tę paczkę, jak będę o piątej, to odbiorę — rzekł do woźnego, który fruwał po redakcji wśród tropikalnego upału.
I poszedł...
Na stole została paczka o nieznanej zawartości.
Niebawem przyszła do redakcji owa znakomita pisarka. Woźny przypomniał sobie mętnego interesanta, zobaczył paczkę na stole i wszystko to razem skojarzył w dziedzinie własnych domysłów.
— Jest paczka dla szanownej pani. Przyniósł ją posłaniec z Poznańskiej.
— Z Poznańskiej? — zdziwiła się pisarka, przyjmując i rozpakowując przesyłkę.
Zdziwienie jej spotęgowało się bardzo, kiedy stwierdziła zawartość pakunku. Był tam czysty, biały kołnierzyk, krawat „marmurek” (związany na zawsze już w fabryce), czarna marynarka, spodnie w paski, lakiery przepite deszczem i jedna jedyna jedwabna skarpetka.
Zadumała się pisarka nad stosem męskiej garderoby. Nagle uśmiechnęła się. To było jasne. Po prostu ktoś przesyła zbędną odzież dla komitetu niesienia pomocy powodzianom.
Kazała więc woźnemu zapakować to wszystko z powrotem i natychmiast oddać w komitecie za pokwitowaniem.
O piątej zjawił się młody człowiek z Poznania. Woźny zameldował go u znakomitej pisarki, nadmieniając, że jest to ofiarodawca owej garderoby.
Kiedy prowincjonalny grafoman stanął przed biurkiem wytwornej pani, rozmowa potoczyła się w niespodziewanym dlań kierunku.
— Jestem panu bardzo wdzięczna...
— To ja mogę pani być wdzięczny, jeśli pani poprze mój wiersz.
— Pan pisze wiersze? To rzadko zdarza się u filantropów.
— U filantropów? Pani jest łaskawa nazywać mnie filantropem.
— Jestem zachwycona paczką z ubraniem, jaką pan zostawił u woźnego dla ofiar powodzi.
— Co, moje ubranie — powodzianom?! Gdzie jest ta paczka?
— Dziwi mnie pański ton. Paczka jest już przyjęta i spoczywa w składach komitetu.
Wyjaśniło się. Grafoman zapomniał o wierszu i zaczął biegać po redakcji. Wszelkie próby odzyskania jedynego ciemnego garnituru okazały się bezskuteczne. Na domiar złego młody człowiek miał być wieczorem na oficjalnym przyjęciu i w tym celu wiózł ów garnitur.
Po godzinie cała redakcja mówiła już tylko o spodniach z Poznańskiej.
Wreszcie administracja postanowiła zapłacić młodzieńcowi odszkodowanie, w zamian za pisemne zobowiązanie, że przestanie się starać o drukowanie swych utworów w owym piśmie.
Zdenerwowany młodzieniec udał się do kasowego okienka, a wtedy stary, redakcyjny, autentyczny gzyms samorzutnie oderwał się od sufitu i trafił go w głowę...
Autentyczne!
Grafoman uciekł i przestał być grafomanem.
Kasjerka wypadła za nim na ulicę. Goniła. Nic nie pomogło. Uciekł, potrącając przechodniów ulicy Marszałkowskiej.
Na drugi dzień z polecenia redaktora w redakcji zjawił się inżynier i dwóch robotników. Zainstalowano nowe urządzenie, oparte na zasadzie owego gzymsu. Obecnie wystarczy, aby stary woźny, który czuje grafomanów przez skórę, nacisnął dzwonek, a ciężki kawał gzymsu spada i nie rozbija się.
Wuj z prowincji
Mój wuj z Wileńskiego jest typem rotmistrza rosyjskich huzarów.
Okropny zawadiaka. Ale — jak sam twierdzi — bardzo sprawiedliwy!
— Ty wiesz — rzekł mi kiedyś w knajpie — a tak i twarz tego typa, co siedzi naprzeciwko nas, mi się nie podoba, o! Nie podoba!
— Ależ kochany wuju, niechże wuj się uspokoi... Siedzi sobie facet i je zupę. Ma prawo.
— Prawo ma, ale mi się nie podoba. Arogant jakiś!
— Przecież on nic wujowi nie zawinił.
— Sama twarz mi się nie podoba. To wystarcza.
Wuj zaczął przyglądać się wyzywająco elegancko ubranemu sąsiadowi, który poruszył się niespokojnie i zaczął ku nam nerwowo zerkać.
— A ja tak i trzasnę go po pysku.
— Przecież wuj nie ma żadnego powodu?
— Jakżeż? Nie policzkuje się ludzi bez powodu. Powód zawsze musi być.
— Ciekawym, co wuj wynajdzie przeciwko niemu.
— Zobaczysz.
Wuj z Wileńskiego zamyślił się głęboko. Zjedliśmy kilka dań w zupełnym milczeniu i byłem już pewien, że awantura z sąsiadem została zażegnana, gdy po pół godzinie ni stąd, ni zowąd mój agresywny towarzysz złożył serwetę na stole, odsunął krzesło, wstał ociężale i podchodząc do nieznajomego, spytał głośno, tak że cała sala restauracyjna mogła usłyszeć pytanie:
— Pan w Gródku Jagiellońskim był?
Nieznajomy zmierzył go przerażonym spojrzeniem.
— Gdzie?
— Pytam, czy pan w Gródku Jagiellońskim był?
— Nie rozumiem... Pan szuka ze mną jakiejś zaczepki?...
— Nie szukam żadnej zaczepki! Zapytuję! Pan w Gródku Jagiellońskim był?
— Dajmy na to, że byłem...
— Tu nie może być wątpliwości. Był czy nie był?
— Byłem.
— Aha! Więc to pan!!! — wykrzyknął apoplektycznie98 wuj z Wileńskiego i wymierzył nieznajomemu siarczysty policzek. Po czym powrócił do stolika, usiadł, rozłożył serwetę i sięgając po sztućce, rzekł do mnie szeptem:
— A widzisz. Powód zawsze musi być. Tak i znalazłem...
— A co by było, gdyby ów nieszczęśnik powiedział, że nigdy nie był w Gródku Jagiellońskim?
— No, wtedy tym bardziej by dostał!