Emeryt Maliniak

Emeryt Maliniak od ósmej do trzeciej biuro mieć musiał. W domu je sobie założył. Nie żeby jakieś interesy na własną rękę prowadził. Przeciwnie. Przez całe życie był siłą pomocniczą.

Teraz urządził sobie raczej fikcyjną zabawę. Lecz jakże dotkliwą!

W pokoju dwa biurka ustawił. Jedno naprzeciw drugiego. Jedno było jego własnym biurkiem, a drugie biurkiem naczelnika, którego pan Maliniak sam zastępował.

Codziennie punktualnie o ósmej rano przychodził, a raczej przechodził z łóżka do biura i rozpoczynał wzorowe urzędowanie.

W pewnej chwili wstawał, kłaniał się i opowiadał: — Panie naczelniku, chciałbym zreferować podanie służącej Genowefy Nagniotek.

Teraz przychodził do drugiego biurka, wkładał okulary i zmieniając ton, mówił z wyższością w głosie:

— Kochany panie Maliniak. Niepotrzebnie pan mnie niepokoi. Pan jest nazbyt wielkim służbistą. Nic tak nie utrudnia sprawnej działalności maszyny administracyjnej jak zbytnia gorliwość urzędników. Wiem, że w swoim szczeblu służbowym jest pan jednostką pożyteczną, ale uprzedzam pana, że przed wypiciem pierwszej szklanki herbaty nie zwykłem załatwiać podań petentów.

Teraz emeryt Maliniak wstawał, zdejmował okulary, zwracał się do pustego biurka naczelnika i zaczynał tonem pełnym uniżonej pokory:

— Panie naczelniku, podanie, o którym się ośmieliłem mówić, jest bardzo pilną sprawą aprowizacyjną. Jest to podanie Genowefy Nagniotek, naszej wspólnej prywatnej służącej, w którym odnośna pracownica domowa ubiega się o pozwolenie udania się po zakupy do sąsiedniego sklepiku kolonialnego99 w celu przyrządzenia dzisiejszego obiadu. Pozwolę sobie nadmienić, że wczoraj wcale nie jedliśmy obiadu, ponieważ podanie nie posiadało odpowiedniej ilości znaczków stemplowych i w załączeniu miało dwie fotografie zamiast jednej. Czy mogę wezwać petentkę?

Emeryt Maliniak naciska dzwonek, siada przy biurku naczelnika i przybiera ton wyższości.

Po chwili zjawia się służąca, a jednocześnie u drzwi wejściowych rozlega się niecierpliwy dzwonek.

— Proszę pana o klucz od frontu! Przecież dzwonek dzwoni! Pewnie panienka wróciła.

— Do kogo się zwracasz, idiotko jedna! Nie widzisz, że przy tym biurku siedzi sam pan naczelnik. Tyle razy ci mówiłem, że najpierw należy zwrócić się do odnośnego referenta!

Służąca z wyrazem rezygnacji staje przy pustym biurku, do którego po chwili przesiada się pan Maliniak. Tymczasem dzwonek zaczyna dzwonić coraz natarczywiej.

— Imię i nazwisko?

— Niechżeż pan da mi prędzej klucz od frontu. Przecież to dzwoni panienka.

— Proszę mi nie utrudniać urzędowania. Imię i nazwisko?

— Genowefa Nagniotek.

— Zamieszkała?

— Ojej... Przecież codziennie mówię, że tutaj.

— Dobrze. Chcesz otworzyć drzwi wejściowe?

— Tak. Oj... Niechże pan da ten klucz.

— A podanie jest?

— Proszę pana, panienka dzwoni i dzwoni. Widocznie musi wejść do mieszkania!!! A pan się bawi.

Teraz emeryt zatrząsł się z gniewu:

— Tu nikt się nie bawi! Trzydzieści lat tak pracowałem. Podanie złożyć na piśmie i bez gadania, bo prośby nie uwzględnię. Pan naczelnik wybaczy, że tak się uniosłem.

Służąca wychodzi do kuchni i po piętnastu minutach wraca z zapisaną kartką papieru. Dzwonek nie przestaje dzwonić. Emeryt triumfuje. Czyta. Rozkoszuje się. Wreszcie zwraca się do swej służącej:

— Niech petentka załączy znaczek, a jej podanie będzie prawdopodobnie załatwione pomyślnie. Znaczek może być stary, pocztowy. Tak jak zwykle.

Teraz czyjeś pięści i obcasy łomoczą, walą do drzwi.

— Panie naczelniku, przybyła tu przed chwilą moja służąca, Genowefa Nagniotek, i złożyła podanie odnośnie otworzenia drzwi, do których nadzwyczaj energicznie dobija się moja córeczka. Podanie jest zgodne z odnośnymi przepisami, posiada odnośną ilość znaczków stemplowych... Moim zdaniem, należy je załatwić przychylnie.

Emeryt siada najspokojniej przy biurku naczelnika i włożywszy okulary, odpowiada:

— Kochany panie Maliniak, proszę kazać mi najpierw podać szklankę herbaty. Podanie rozpatrzę jutro w godzinach popołudniowych.

Służąca zaczyna płakać. Drzwi się trzęsą od dobijania.

— Panie naczelniku — zawodzi służąca — panie naczelniku, niechże pan się zlituje...

— W takim razie niech mi pan jeszcze raz zreferuje tę sprawę.

Maliniak składa okulary, wstaje, obraca się w kierunku pustego biurka i krzyczy nie bez zdenerwowania:

— Trzeba drzwi otworzyć...

Po czym siada, wkłada okulary i powiada:

— No jak trzeba, to nie widzę przeszkód. Proszę otworzyć...

Służąca bierze klucz, biegnie do przedpokoju, otwiera drzwi, przez pokój przebiega zdenerwowana córeczka, dopada do drzwi od łazienki i zaczyna się z nimi szamotać.

— Gdzie jest klucz? Gdzie jest klucz od łazienki? Przecież ja nie wytrzymam!

Służąca wyjaśnia jej spokojnie:

— A to panienka nie wie? Klucz od łazienki pan schował. Trzeba złożyć podanie, nalepić znaczki, załączyć wszystkie załączniki i dopiero czekać na decyzję.

— Tatusiu. Proszę o klucz, ja naprawdę nie mogę czekać.

— Imię i nazwisko?

— ...

— Imię i nazwisko??? Dlaczego nie odpowiadasz?

— Bo... już... za... póź... no...

Pożar w ministerstwie

— Czuje pan swąd?

— Owszem, czuję...

Dwaj woźni pokręcili nosami, po czym obaj sięgnęli po szklanki z herbatą, dymiące na stole.

— W suterynie. W archiwach.

— Niech pan zajrzy.

— Sam pan zajrzyj.

Upili po maleńkim łyku i pociągnęli nosami, niby na komendę.

— Chyba się pali.

— Na pewno!

Tymczasem kłęby dymu zaczęły buchać spod drzwi prowadzących do piwnic. Korytarz zaczął pokrywać się mgłą.

Woźni wstali.

Było już pełno dymu.

— Tutaj jest gaśnica. Zdejm pan i zgaśmy.

— Jak to się zdejmuje?

— Instrukcja stoi wypisana na gaśnicy. Czytaj pan.

Podstawili sobie krzesło i jeden z nich zaczął sylabizować.

— W razie niebezpieczeństwa pożaru należy ująć gaśnicę w ten sposób, aby trzymać rączkę czterema palcami, a kciukiem...

— Który jest kciuk?

— Ten najgrubszy.

— ...a kciukiem... nie mogę czytać... dym gryzie w oczy...

— Dobrze, ale którą ręką należy ująć gaśnicę?

— Chyba prawą. Gaśnice dla mańkutów mają rączkę z lewej strony...

Dym był coraz gęstszy. Napełnił korytarz aż po sufit, wspinał się na wyższe piętra. Po chwili już całe ministerstwo wiedziało, że pożar na dole.

Pan minister wezwał sekretarza.

— Proszę, żeby odnośnie pożaru postępować zgodnie z instrukcją przeciwpożarową.

Sekretarz ministra zadzwonił do pana wiceministra:

— Pan minister prosi, żeby odnośnie pożaru postępować zgodnie z instrukcją przeciwpożarową.

— Hallo? Z panem dyrektorem! Odnośnie pożaru proszę postępować zgodnie z instrukcją przeciwpożarową.

Dyrektor departamentu zadzwonił do intendenta gmachu:

— Instrukcję przeciwpożarową pan zna?

— Tak jest.

— Proszę się ściśle trzymać instrukcji!

Główny intendent wezwał swego zastępcę:

— Słuchaj Stefan, czy ty nie słyszałeś nic o instrukcji przeciwpożarowej?

— Mam bodaj w biurku.

— To przynieś natychmiast.

— Kiedy klucz od biurka zostawiłem w szarej marynarce, w domu.

— Poślę rowerzystę. Przywiezie.

— Pożar się szerzy. Trzeba postępować ściśle z instrukcją.

— Poślij woźnego do najbliższego ministerstwa. Niech pożyczy instrukcję.

Minister zaczął się denerwować przy słuchawce:

— Czy postępujecie ściśle z instrukcją?

— Tak jest, panie ministrze... Hallo... Z dyrektorem departamentu?!! Jak postępujecie?

— Ściśle z instrukcją... Hallo... Pan intendent?? Co się dzieje?

— Posłaliśmy umyślnego gońca po instrukcję przeciwpożarową.

Tamci dwaj woźni na parterze:

— Nic nie mogę odczytać.

— Wybijmy szybkę od sikawki.

— Tak, a potem się okaże, że można było bez tego, i kto będzie płacił za szybę?

— Może i racja.

Minister:

— Dlaczego straż pożarna nie nadjeżdża?

Wiceminister:

— Hallo! Panie dyrektorze, co robi w tej chwili straż ogniowa?

Dyrektor Departamentu:

— Hallo! Dyrektor departamentu. Dlaczego, do cholery, nie ma straży ogniowej?

— Jedzie!... Stefan!... Co za dym... Stefan... Schody pierwszego piętra już płoną... Tego draba z instrukcją jak nie ma, tak nie ma... Czyś ty dzwonił po straż?

— Nie... Skąd??? Przecież instrukcji jeszcze nie przywieźli!

Na Madagaskarze100

Zaraz z portu skręciłem w boczną ulicę i niebawem znalazłem się poza ostatnimi zabudowaniami osady. Teraz szedłem przez las dziewiczy pełen tropikalnych zasadzek i śpiewu egzotycznych ptaków. Nagle na wielkim głazie leżącym od wieków pod sędziwym baobabem ujrzałem dwóch tubylców, czarnych, opalonych na brąz.

W rękach trzymali łuki, u boków mieli przypasane kołczany. Jedynie białe ubrania i korkowe hełmy świadczyły o pewnej kulturze dzikusów. Jednak, może pod wpływem nastroju, jaki wionął od dzikiego otoczenia, zamarłem ze strachu i byłem świadkiem dość dziwnej rozmowy.

— Więc i pan tutaj? — pytał młodszy, chudy dżentelmen o wybitnie haczykowatym nosie.

— Przyjechało się, mam jechać na starość, wolę od razu — odparł gruby pan, coś przejściowego pomiędzy tapirem101 a hipopotamem.

— Nie przeszkadzam panu, że usiadłem na tej samej ławce?

— Proszę bardzo. A pamięta pan, jak siadywaliśmy koło siebie, tam...

— Kto by zapomniał. Taka żółta ławka. Całe szczęście, że tutaj tubylcy nie każą nam siadać na osobnych ławkach.

— Pan myśli, że oni nas lubią?

— Nie, ale myślę, że jeszcze w ogóle ławek nie mają...

Grubszy z dwóch panów zaczął wiercić się bardzo niespokojnie.

— Pewnie — rzekł z wyraźnie rosnącym zdenerwowaniem. — Dziczyzna!!! Czarne mięso!!! Psiakrew...

— Czego pan się denerwujesz?

— Kanarki mnie przeszkadzają, Panu to nie dokucza?

— Nie, ja się drobiu nie boję. Niech sobie ćwierkają. Myśmy jeszcze tam mieli kanarka. Moja Malwina przywiozła go tutaj, ale uciekł do stada. Teraz ona chce mieć coś egzotycznego.

— Co tu można mieć egzotyczniejszego niż sama natura?

— Ona chce mieć wróbla...

— To jest egzotyczne?

— Pewnie. Widzi pan, tutaj egzotyczne jest: zając, krowa, wrona. Gdy już założymy tutaj ogród zoologiczny, to tylko takie zwierzęta będą w klatkach siedziały.

— No i co? Tego wróbla pan jej sprowadził?

— Napisałem do znajomego, żeby mi przysłał stamtąd, ale mi odpisał, że nie można.

— Dlaczego?

— Komisja dewizowa go nie przepuściła.

— Przecież to nie rubel — nie rozumiem...

— On też nie rozumiał, ale komisja odpowiedziała „wróbel-rubel... wszystko jedno”... I do środka go kazali patrzyć, czy we wnętrzu nie ma ukrytych dolarów.

— Ten znajomy?

— Nie... ptaszek.

— Ufff... czasy... Co pan myśli o tym krajobrazie?

— Krótkoterminowy...

— Co znaczy...

— Przez pierwsze parę dni jest bardzo pięknie, a po tygodniu jest już tak ładnie, że zupełnie nie można wytrzymać... Pamiętasz pan Śródborów102. Piasek i choinki. Czy pan wiesz, że tutaj nie ma choinek...

— To jak my najbliższą gwiazdkę spędzimy?

— Przyjdzie tego baobaba postawić w stołowym pokoju.

— Czasy co? A tam rosną takie piękne drzewa: Wierzbowa, Klonowa, Sosnowa, Brzozowa...

Obaj tubylcy rozmarzyli się ogromnie i zaczęli lustrować otaczający ich drzewostan.

— Powiedz mi pan co to jest za drzewo?

— Gumowe...

— To z tego robią pałki gumowe?

— Nie, z mniejszych...

— A tamto drzewo?

— Daktyloskopijne...

— Fe... policyjny krajobraz...

Zamyślił się głęboko. Myślałem, że już nic więcej nie usłyszę, gdy nagle grubszy, ów przejściowy okaz pomiędzy tapirem a hipopotamem, odezwał się z westchnieniem.

— Co słuchać w osadzie?

— Na otwarciu nowego sklepu pan byłeś?

— Gdzie?

— Wczoraj na ulicy Apenszlaka, pod dwunastym.

— Jaki sklep otworzyli?

— Bracia Pakulscy...

— No to co?

— Dziś im wybito szyby...

— Kto?

— Nieznani sprawcy...

— A co na to policja? Nikogo nie podejrzewa?

— Owszem. Młodego Hirszfelda. Ale nie ma dostatecznych dowodów.

— A gdzie pan mieszkasz?

— Na ulicy Moszkowicza... W murzyńskim domu... Ale od niedawna... Ja nie od razu stamtąd przyjechałem.

— A gdzie pan próbował osiąść?

— We Wiedniu...

— I co? Osiadł pan?

— Na trzy miesiące. Bez zawieszenia.

— A rodzinę pan masz jeszcze w Europie?

— Tak. Mam ciotkę.

— Gdzie mieszka?

— W Berlinie...

— ???

— Jej tam dobrze...

— Czy tam jest teraz inaczej?

— Nie, ale ona jest w porządku z rodowodem.

— Jak się nazywa?

— Rozenbaum.

— To jak może być w porządku?

— Bo jej co do babek nic nie mogą udowodnić103.

— Nie rozumiem.

— Widzi pan: ona pochodzi z podrzutków...

— Powiedz mi pan, jaki pan miał tam interes?

Gruby pan rozejrzał się po tropikalnym otoczeniu i odparł z głębokim westchnieniem:

— Wstyd powiedzieć w takim ukropnym klimacie: miałem ślizgawkę...

— To był dobry interes?

— Zimą słaby, ale latem bardzo dobry.

— Nie rozumiem.

— Widzi pan, zimą to na mnie nakładali takie podatki, że musiałem dużo dokładać, ale latem, jak nie miałem żadnej frekwencji, to żadnych podatków nie płaciłem i wtedy prawie nic się nie traciło.

— Ach! Czasy, czasy... Powiedz mi pan, czy na Madagaskarze jest już więcej nas, czy więcej tubylców?

— My jesteśmy w większości...

— To jak się pan zapatrujesz na sprawy mniejszości narodowej?

Obaj panowie z dumą się wyprostowali i zaczęli rzucać dookoła siebie groźne spojrzenia.

— No... nie ma co... Jak pan myśli? Numerus clausus104 wprowadzimy?

— Pewnie... I wie pan co... Po co mamy z niemi się bawić. Od razu niech mają osobne ławki!!!105

— A co pan myśli o murzyńskich sklepach?

— Nic. Żałuję, że w nich nie ma jeszcze w ogóle szyb...

— Pikiety, hę...

— Albo wie pan co? Od razu niech emigrują...

— Przecież oni tutaj się urodzili. Tu przyzwyczaili się od dzieciństwa. Ten kraj uważają za swój. Jakżeż można ich wyrzucać?

— Nic mnie nie obchodzi... Niech emigrują...

— Ależ dlaczego?

— Przecież to mniejszość narodowa.