Czerwony Kapturek
Rozmawia dwoje dzieci.
— Dlaczego jesteś taki smutny?
— Przez Czerwonego Kapturka...
— Przecież to taka ładna bajka.
— Ładna, ale starszym nie można jej opowiadać.
— ?
— Zanadto się przejmują. Myślą, że tak było naprawdę.
— A u mnie w domu starsi śmieją się z bajek.
— To tylko pozornie. U nas też się śmieli, a teraz cała kamienica z nich się naśmiewa.
— Przez Czerwonego Kapturka?
— Naturalnie.
— A jak to było?
— Widzisz, ja mam bardzo starą babcię i muszę się nią opiekować.
— Jak ty to robisz, Stefanku, przecież masz sześć lat?
— To nietrudno. W dzień babcia sypia, a w nocy cierpi na bezsenność. W dzień mam więc wolny czas, a w nocy opowiadam jej bajki lub daję nożyczki i kolorowy papier i każę jej robić wycinanki. Tydzień temu opowiedziałem jej o Czerwonym Kapturku. Bajeczka bardzo spodobała się babci.
— Nauczyła się jej na pamięć?
— Nie. O wiele gorzej. Znacznie gorzej. Przenicowała bajkę. Powiedziała, że byłoby znacznie zabawniej, gdyby nie wilk udawał babcię, ale poczciwa babcia przebrała się za wilka i zjadła Czerwonego Kapturka. Z początku to tylko tak mówiła, ale już na drugi dzień zrozumiałem, że coś złego się stanie. No i wyobraź sobie, stało się.
— Przebrała się?
— Tak. Twarz zakryła futrem, położyła się na schodach i czekała na dzieci sąsiadów, bo na tym samym piętrze mieszkają jedni państwo, których córeczka nosi czerwony kapelusik.
— No i co?
— Rodziców wtedy nie było, a ja pozwoliłem babci na ten żarcik, ale wszystko skończyło się bardzo nieładnie, bo kiedy tamta dziewczynka zjawiła się na schodach, babcia zaczęła wyć i...
— Dobrze wyła?
— Średnio. Dziewczynka przestraszyła się bardzo i obiła babcię parasolem. Babcia narobiła krzyku i uciekła na ulicę, gdzie zbiegł się wielki tłum i dopiero policja odprowadziła babcię do domu, ale tatusia skazano w sądzie na pięćdziesiąt złotych grzywny za brak dozoru, bo okazało się, że babcia jest niedołężna i nie można pozwalać jej bawić się na schodach bez opieki starszych. A ja nawet myślę, że nie tak łatwo będzie znaleźć dla niej kogoś starszego, bo ona sama już ma osiemdziesiąt lat.
Koty. Plagiat z angielskiego
Wiadomo, że zwierzęta są ogromnie mądre i pan Stanisław Bączek wcale się nie zdziwił, kiedy pod swymi drzwiami usłyszał miauczenie.
Kot.
— Do mnie z wizytą?
Chrobotanie do drzwi rozległo się znowu. I znowu.
Może to bandyta z kotem na ręku?
— Kto tam?
Odpowiedziało przeciągłe miauczenie.
Pan Stanisław przekręcił zatrzaski i otworzył drzwi.
Na schodach stał kot i patrzał nań, przymrużywszy jedno oko. Potem podniósł przednią łapę, zamiauczał przeciągle, raz, drugi i trzeci i zaczął ją oblizywać długim płomiennym języczkiem z wyrazem bólu na kosmatym pyszczku.
Pan Stanisław cofnął się do pokoju niezdecydowany. Kot wszedł za nim. Pan Bączek nachylił się nad nim, pogłaskał go. Kot podał mu łapę. Okazało się, że jest zwichnięta i pokaleczona. Pan Stanisław obejrzał ją dokładnie, opatrzył, nakarmił kota. Wtedy kot przytuptał do drzwi wejściowych, zaczął skrobać i miauczeć. Pan Stanisław otworzył je. Kot czmychnął i znikł za zakrętem schodów.
„Zwierzęta są mądre” — pomyślał pan Bączek.
Nazajutrz jednak o tej samej porze pod jego drzwiami rozległo się miauczenie.
Otworzył je, sądząc, że spotka znajomego kota. Tymczasem do mieszkania weszły dwa inne. Oba cupnęły w przedpokoju i zaczęły oblizywać swoje łapy. Pan Stanisław stwierdził, że są pokaleczone. Opatrzył je, nakarmił oba koty i wypuścił.
„Zwierzęta są mądre” — pomyślał pan Bączek.
Nazajutrz pod jego drzwiami rozległo się chóralne miauczenie.
Otworzył drzwi i do mieszkania wskoczyły cztery koty. Opatrzył je, nakarmił i poszły sobie donikąd.
Nazajutrz zjawiło się osiem.
Następnego dnia szesnaście.
Potem trzydzieści dwa.
Nie miał już pieniędzy na leczenie i opatrywanie tego miauczącego stada, przy tym gospodarz zagroził mu eksmisją, bo całe rano schody były pełne rozżalonych kotów.
Pan Stanisław dobrał sobie asystentów, bo owego dnia, kiedy zjawiły się sześćdziesiąt cztery koty, o mało nie zadusiły go, ale mieszkanie zdemolowały.
Pan Bączek uciekł z domu, wynajął mieszkanie w innej części miasta, gospodarz oskarżył go o niezapłacenie komornego, niebawem odbędzie się rozprawa sądowa.
I kiedy wstał ranek i pan Stanisław spał na nowym mieszkaniu lekkim porannym snem, pod drzwiami rozległo się przeciągłe miauczenie.
Wstał. Wyjął rewolwer. Odbezpieczył. Uchylił drzwi, już chciał strzelać do stu dwudziestu czterech kotów, które wskoczą do mieszkania, ale na schodach była tylko pustka. Jednak miauczało wyraźnie...
Zwierzęta są mądre. Szkoda, że tak rzadko bywamy zwierzętami.
W Ministerstwie Humoru. Obrazek z przeszłości
— ...Panowie, wezwałem was na konferencję... Ludzie są smutni. Ministerstwo humoru nie spełnia należycie swego zadania. Zabija nas zbytnia biurokracja... Tak, panowie. Człowiek, który przychodzi do okienka którejkolwiek z agend naszego ministerstwa, stoi przez godzinę w ogonku, składa podanie i prosi, żeby go doweselić, nie może wyjść od nas bez uśmiechu... Księga zażaleń ma już dziesięć tomów. Musicie pilnować urzędników... Szczególnie na prowincji, gdzie jest większość niewykwalifikowanych sił, karmiących petentów dowcipami na najniższym poziomie...
Minister powiódł okiem po urzędnikach, sięgnął po jakiś arkusz leżący na biurku i ciągnął dalej:
— Oto jedno z zażaleń, świadczące, jak dotąd wyglądają nasze urzędy prowincjonalne...
Tu zaczął czytać:
„...Przybywszy do ministerstwa i chciawszy się doweselić, bo mam ciężkie życie jak nikt drugi na tym świecie, udałem się do miejscowej izby śmiechu i załączywszy dziesięć znaczków po dwadzieścia groszy, złożyłem podanie o systematyczne doweselanie mnie. Zaznaczam, że kłócę się z żoną i jeśli nie będę codziennie odpowiednio doweselany, to mogę popełnić zbrodnię. Urzędnik miejscowej izby śmiechu, owszem, przyznam, ze śmiechem z okienka się wychylił, zaśpiewał do mnie miłą piosenkę, papierek wziął, znaczki przeliczył, ale powiada: »Po doweselanie do innego okienka musi się pan udać...« Idę, woźny mnie prowadzi i dowcipy mi opowiada. Nieśmieszne. Ale rozumiem. Siła pomocnicza, niewykwalifikowany... Pracownik fizyczny właściwie... Jasne, że nie może mnie doweselić. Pukamy do gabinetu naczelnika, a tam nikt nie odpowiada... Myślę sobie, no, naczelnik jak mnie zacznie bawić, jak mi zacznie opowiadać dowcipy, fraszki, bajeczki różne, to ja się będę śmiał dopiero... I po tygodniu tak mnie tutaj doweselą, że z żoną przestanę się kłócić i pokocham ją na dobre... Pukamy, a tam nic. Wreszcie wchodzimy na siłę. Pchamy się, jak wariaci... Patrzymy:
Naczelnik siedzi za biurkiem i płacze...
— Co się panu stało? — pytam naczelnika.
A on nic, tylko płacze.
— Żona — powiada — tak się kłóci, że wytrzymać nie mogę... A pan kto właściwie?
— Jestem na doweselaniu — mówię.
— Śmiej się pan z tego... — powiada naczelnik. — Ja pana nie doweselę...
Poszedłem więc stamtąd i do okienka. Tam mówią:
— Trudno... Humor żywa rzecz... Przyjdź pan jutro...
Przychodzę jutro. Naczelnik mnie przyjmuje po godzinie. Nie płacze i dosyć wesoły jest. Pokazał mi palec kciuk, nakrył go chusteczką i powiada:
— Wiesz pan, co to jest?
A ja mu na to, że nie wiem...
A wtedy naczelnik chusteczkę zdjął i powiada:
— A kciuk jest...
Że niby miałem śmiać się z tego... Ja mu wtedy:
— Doweselaj mnie szanowny panie naczelniku, bo z żoną się kłócę i jak tak dalej pójdzie, to ją zamorduję...
A on mi na to:
— A o co się pan kłóci?...
— Niedobra... — mówię.
A on:
— Moja to samo...
I jak zaczęliśmy rozpamiętywać nad naszymi żonami, to taka mnie złość wzięła, że zaraz poleciałem do domu i swoją kobietę zbiłem.
Teraz, proszę wysokiego ministerstwa, mam sprawę z nią o odszkodowanie, a sam oskarżę ministerstwo, że to z jego winy, i sąd mi odszkodowanie zasądzi”...
Minister przestał czytać i odezwał się tymi słowy:
— Mają więc panowie wystarczający dowód, ile jest niedomagań w pododdziałach. Wydział personalny bywa zawsze podstawą zdrowej postawy położenia odnośnego ministerstwa. Zawsze.
— Tak, panie ministrze — zareplikował szef wydziału personalnego — ale ja też zrobiłem wszystko, co mogłem. Sprowadziłem tego petenta do ministerstwa na nasz koszt... Ma być doweselany w centrali. Pod moim okiem...
— A co pan zrobił z urzędnikiem, który w tak karygodny sposób lekceważył swoje obowiązki i powoduje ciężkie uszkodzenia ciała w rodzinie petenta? — przerwał minister.
— Wyrzuciłem bez wymówienia... Wtedy żona się z nim rozwiodła... Wobec czego przyjąłem go na nowo.
— I co?
— On się z nią znowu ożenił...
— Chciałbym zbadać całą tę sprawę skrupulatnie. Czy jest w tej chwili w centrali doweselań?...
— Zaraz sprawdzę...
Szef departamentu szybko podszedł do telefonu i nakręcił numer:
— Hallo... Hallo... Proszę z centralą doweselań... Kancelarię poczekalni... Czy jest tam Walenty Klipa?... Pacjent cierpiący na chroniczny smutek... Karta doweselań wystawiona w Pińsku. Jest... Na jakim oddziale?... Co?... Piosenki kabaretowe?... Czyście zwariowali? Przecież to półanalfabeta... Proszę mi natychmiast dać kierownika przychodni.
Minister srożył się i złościł:
— No, widzi pan, jakie to porządki u pana panują... Nie ma co...
— Panie naczelniku, przybywamy z panem ministrem na inspekcję...
Szef departamentu odwiesił słuchawkę zdenerwowany. Minister łypnął okiem bardzo złośliwie.
— Kochany panie. Ludzi o słabszej umysłowości trzeba doweselać cyrkowymi atrakcjami... Ostatecznie departament widowiskowy przydziela wam dostateczną ilość biletów do cyrków i kin...
Zebranie skończyło się. Wszyscy powstali z miejsc. Minister śpiesznie opuścił gabinet, a za nim podążyła cała czereda wyższych urzędników. Szybko minęli lśniący korytarz i wsiedli do szklanej windy, która z szumem zwiozła ich na dół, do sal przychodni. Cała część ministerstwa poświęcona na Centralną Izbę Doweselań była rzeczywiście urządzona wzorowo. Człowiek, który tutaj wchodził, nie powinien dłużej być smutny. W niektórych poczekalniach pełno było słońca, w innych cień, przepojony wilgocią wina i zapachem muzyki, sączącej się atłasowo. Wszędzie kręciły się piękne dziewczyny, kwitły kwiaty, stały dzbany z winem i tace z piramidami najsoczystszych owoców.
Wreszcie wszyscy znaleźli się w Wydziale Kabaretowym Centralnej Izby Doweselań.
Była to przestronna sala urządzona ultranowocześnie. Pośrodku, w głębokim fotelu, siedział jakiś typ o tępej i smutnej twarzy, a dokoła niego uwijało się dwóch docentów o szpiczastych twarzach intelektualistów.
Minister podszedł doń, podał mu rękę i gdy urzędnicy zaciekawieni zatrzymali się za progiem pokoju, zaczął łagodnie indagować pacjenta:
— Pan jest na doweselaniu?
— Tak.
— I co?
— Nic mnie nie śmieszy... — odparł ponury pacjent.
— Pan z Pińska... Warszawa podobała się panu, co?
— Za duża. Wszystkiego od razu nie widać, to i smutno na duszy.
— W cyrku pan był?
— A byłem.
— I nie doweselił się pan?
— A nie...
— Przecież tam ładnie?
— Iiiiiii...
— Co się tam panu najbardziej podobało?
— Właściciel cyrku.
— Cooo?
— A tak. Przed cyrkiem stał jakiś pan w meloniku i powiada: „Ładny mam cyrk...” „Ładny” — powiadam. On do mnie: „Mogę go sprzedać...” Ja się pytam, za ile... A on mówi: „Ile pan da?...” Mówię: „Na raty mogę kupić za dwa tysiące złotych...” „Ależ panie, cyrk jest własnością ministerstwa humoru, kosztuje milion”. Ja wiedziałem... Tylko tak z nim rozmawiałem, żeby doweselić się na własną rękę... Dałem mu pięćdziesiąt groszy a conto.
— Więc to tak? — krzyknął minister, już nie panując nad sobą. — Pracuje się nad panem, a pan na własną rękę się dowesela?! Pan potajemnie pędzi humor... Przecież od trzydziestu lat państwo ma monopol na humor. Powinniśmy zaraz panu spisać protokół!
— Przepraszam — wyjaśnił speszony pacjent — Ja tylko bezplanowo. Myślałem: „A nuż uda się doweselić?”
— I nie udało się. Na pewno się nie udało — z dumą podchwycił minister i powiódł po swych urzędnikach triumfalnym spojrzeniem. — A w kinie pan był? — rzucił Klipie już łagodniejsze pytanie...
— Byłem. Usiadłem koło jednej pani, co sama przyszła. Z początku ładnie było. Dużo, dużo, światła, ludzi, wchodzili, wchodzili, wchodzili. A potem światło się zepsuło i przez dwie godziny było ciemno, jak w pysk strzelił.
— A film?
— Nie widziałem, bo krótkowidz jestem.
— Trzeba było zabrać okulary.
— Zapomniałem.
— To czemu pan z kina nie wyszedł?
— Nie wyszedłem, bo myślę ja sobie, a nuż tym razem to już się doweselę?
— I doweselił się pan?
— Nie doweseliłem się, bo ta pani zaraz po twarzy mi dała... A u nas w Pińsku to często w kinie można się było doweselić.
Urzędnicy spojrzeli po sobie z przerażeniem. Takiego wypadku jeszcze nie było. Smutny przedstawiał jakiś kliniczny okaz tępoty.
— Muzykę pan lubi? — rzucono mu jeszcze jedno pytanie.
— Lubię, ale poważną.
— Jaką? Nowoczesną?
— Nie, ja to najbardziej lubię harmonię... Szczególnie jeśli z papugą, a jak kto na grzebieniu gra albo gwiżdże, to ja tego nie lubię.
— Zupełny prymityw... Pan chyba nie ma radia w domu?
— Nie miałem gdzie postawić, panie ministrze.
— Jak to nie miał pan gdzie postawić?
— Gdzie nie postawiłem, to żona we mnie tym radiem rzucała.
Dyrektor departamentu zwrócił się do ministra, który wyjął właśnie chustkę i zdenerwowany ocierał pot z czoła, i rzekł do pacjenta:
— Co tu z panem robić? A jak się biją, to pan się śmieje, albo jak kota za ogon dla hecy wywiesić na sznurku, to bawi to pana?
— Ta gdzieby, panie ministrze, ja z kulturą obeznany...
Wszystkim opadły ręce.
Zapadła głucha chwila milczenia, wreszcie minister wydał wyrok:
— Nie ma co... Ministerstwo humoru jest po to, żeby nie było ludzi smutnych. Musimy pana odsmucić. Sprowadzi się tutaj pańską żonę z Pińska.
— To mnie nie doweseli.
— Po pół roku żonę odeśle się z powrotem... Od razu pan będzie weselszy.
— Ciężka kuracja, panie ministrze, nie zdzierżę...
Drzwi trzasnęły za ministrem wybiegającym w furii z izby doweselań... Urzędnicy poszli za jego przykładem i niebawem Walenty Klipa pozostał sam...
Po chwili wydano jakieś nowe dyspozycje, zjawiła się bowiem pielęgniarka w białym fartuchu, a dwóch rumianych sanitariuszy z lnianymi wąsami dobrodusznie wtoczyło na salę wózek operacyjny. Niebawem zjawił się doktór, poszeptał coś z sekretarką, zawirował białymi skrzydłami fartucha i zniknął.
„Będę operowany” — pomyślał Klipa i strach zdławił mu oddech...
Tymczasem pielęgniarka kazała mu zrzucić szpitalny szlafrok i położyć się na stole operacyjnym...
— Koniak — krzyknęła do jednego z sanitariuszy.
Sanitariusz skoczył do apteczki i przyniósł koniak...
„Będą mnie usypiać” — pomyślał pacjent. Wzdrygnął się z obrzydzeniem i w tej chwili wózek potoczył się ku sali operacyjnej, równocześnie w ustach poczuł palący smak koniaku...
Sala operacyjna przypominała coś pośredniego między wytwornym dancingiem a małym luksusowym teatrzykiem. Tylko orkiestra ukryta w głębi grała błękitnego walca... Pacjent z lekka już uśpiony koniakiem, który pielęgniarka łyżeczką wlewała mu do ust, zdążył jednak rzucić okiem w kierunku loży, gdzie dostrzegł wszystkich przed chwilą poznanych dygnitarzy...
Wózek zatrzymał się, przeniesiono go na fotel operacyjny i Klipa stwierdził, że cała sala jest przepełniona zapachem świetnych, wnikliwych perfum...
— Ósma trzydzieści sześć — rzucił lekarz. — Zaczynamy!!
Klipa skurczył się w sobie i pomimo narkozy, która łagodziła jego pierwotny lęk, oczyma duszy ujrzał zakrwawione noże, ostre śliskie szczypczyki, młotki do rozbijania kości i owe mdłe słodkawe naczynka, w których po operacjach chlupoczą krwawe strzępy, te wszystkie nereczki emaliowane, postrach opatrunków i koszmar szpitalnych pacjentów.
Tymczasem zdumionymi oczami ujrzał, że kurtyna na małej scence rozsuwa się powoli. Rzęsisty snop zgęszczonego światła reflektorów już oświetla na scenie nagą, piękną śpiewaczkę.
— Panie doktorze — Usłyszał zdenerwowany głos ministra. — Jaki numer stosujecie do pacjenta?
— Piątkę męską polityczną!
— Za słaby środek...
Tymczasem ze sceny dolatywały już pierwsze słowa piosenki:
Po co ci złoty zegarek,
Gdy śpiewa złoty kanarek.
Konfitury ci z księżyca dam,
Nie spóźniaj się, bo zwiędną nam.
Klipa spojrzał na scenę, obok dziewczyny stał teraz piękny młody chłopiec i odpowiadał jej nieskazitelnym, milusim głosem:
Przyjdę, a potem zagramy
W ping-ponga pomarańczami,
Uciekniemy z wszystkich miast
Balonikiem aż do gwiazd,
Już na księżyc wizy mam.
Teraz refren śpiewali razem, tańcząc z lekka po scenie.
Zakochani to tylko pijani
Piją miłość z ust do ust,
Od poranków są srebrniej wiośniani,
Jakby maj im w dłoniach rósł,
Noszą wiosnę po pustych kieszeniach,
Sercem dzielą się w swoich spojrzeniach,
Lubią łzy, wolą śmiech, lubią łzy, wolą grzech
Zakochani, jak ja i ty...
— To mnie nie doweseli — wyszeptał do lekarza...
— Niech się pan nie obawia, my tylko wprowadzamy pana w nastrój.
Tymczasem ze sceny płynął dalej czarujący śpiew aktorów:
Jedźmy odświętnym zwyczajem
W podróż błękitnym tramwajem,
Dość dancingów mam i kin,
Wysiądziemy aż na samym końcu szyn.
Kupię w tramwaju przesiadki
I przesiądziemy się w kwiatki,
A nasz tramwaj niby cień
Będzie jeździł cały dzień,
Lecz już nie wrócimy nim.
Zakochani to tylko pijani,
Piją miłość z ust do ust,
Od poranków są srebrniej wiośniani,
Jakby maj im w dłoniach rósł,
Noszą wiosnę po pustych kieszeniach...
— Dość, dość! — rozległ się rozkazujący głos naczelnego lekarza... — Tym go przecież nie doweselicie!!! Bardzo się dziwię, że pan jeszcze nie widzi, który numer należy stosować! Numer czwarty: półinteligencja...
— Zaraz, zaraz... Kurtynę... Kurtynę!
Zapadła kurtyna i od tej chwili na sali operacyjnej zaczęło dziać się niedobrze... Resztki koniaku już wywietrzały pacjentowi z głowy... Siedział teraz w fotelu operacyjnym i beczał...
Dano kurtynę i inna para aktorów zaczęła śpiewać inną piosenkę:
Miłość ma kolor czerwony,
A nuci ją z gwiazd niby z nut,
Po co nam dziś telefon,
Weź nożyczki i odetnij drut.
Powiemy, że nie ma nas w domu,
Że z miasta odpłynął nasz dom,
By całować po kryjomu
Czerwone usta miłosnym dniom.
Ukryjmy się przed światem,
By we dwoje tylko żyć,
By po plażach błądzić latem,
By się w górach zimą kryć.
Zaraz ci powiem bez narad,
Co w życiu potrzebne nam jest:
Fotograficzny aparat,
Kaktus, walizka i pies...
I odtąd bez żadnych wyrzutów,
Gdziekolwiek nam tylko się śni,
Możemy dwie pary półbutów
Wystawiać na noc za jedne drzwi...
Klipa rozbeczał się na dobre.
— Czego pan beczy, przecież to ładna piosenka — zaczął go strofować naczelny chirurg...
— Właśnie ładna to ona jest... To i smutno — rozgadał się nagle pacjent, który miał wyjątkowo widać mocną głowę... — Pojedziemy, powiadają, w góry... Pojedziemy, powiadają, nad morze... Dwaj koledzy pewnie tak się namawiają i namawiają, a może nawet i trzej, a może czterej, a może dziesięciu, a może cała wycieczka???
— Dobrze im tak — ciągnął dalej, rozślimaczając się coraz słotniej — pewnie... Nieżonaci... obowiązków żadnych... i boso będą sobie biegali po tych morzach, na bosaka z siatkami za motylami, za tym wszystkim, co jest ta... kie... piękne... inne... od... mo... je... go... życia...
— Panie Klipa, panie Klipa — doktór rozpaczliwie zaczął tarmosić go za rękaw.
— Popłakał się w ministerstwie humoru! W centrali doweselań! — krzyczał minister zgorszony taką profanacją...
— Niech pani zastosuje jakąś odsmutkę! — krzyknął naczelny chirurg do pielęgniarki. — Natychmiast!
— Koci koci łapci
Jedziemy do babci...
Szyję grzecznie umyjemy
I do babci pojedziemy —
zaryczała pielęgniarka, tańcząc dookoła chorego. Było jasnym, że już zupełnie straciła głowę...
— Niech pani stosuje czwórkę męską, a nie dziecinną — ryczał lekarz, który stracił panowanie nad sobą...
Zegar wskazywał dwadzieścia po ósmej...
Koci koci łapci
Jedziemy do babci,
ale ani słówka,
Że babcia Żydówka.
— Co pani wyprawia! Czemu pani stosuje czwórkę polityczną?... Proszę zwykłą męską... Pacjent płacze, a ona głowę straciła!!! Męska czwórka! Reflektory! Fontanny! Może pan zechce napić się wina.
— Ja niepijący.
— Owoców?
— Nie doweseli!
— Ciastek?
— Nie. — Pacjent szmurgnął zapłakanym nosem i rzekł do otoczenia, wskazując na korpulentną pielęgniarkę: — Ot, myślę sobie, że ja przy świadkach z tą panią nie potrafię się doweselić. — Nagle przypomniał sobie treść piosenki. — A oni tam w górach są pewnie z całą wycieczką... Na szczyty z ciupagami się pchają... Jak to tam było w piosence? Niech pani zaśpiewa... Buty zdjęli i na bosaka.
— Ukryjemy się przed światem — zaczęła niepewnie pielęgniarka, ale urwała, widząc, że perliste łzy toczą się po policzkach operowanego.
— O... tak... Żebym ja tak mógł się ukryć... To by było dopiero...
— Może jest naprawdę taka wycieczka? — Nagle otarł łzy i wstał, rzucając na obecnych siarczyste spojrzenia. — Panie ministrze, hasła przedwyborcze partii, która zwyciężyła, brzmiały: „Każda twarz ma prawo do własnego uśmiechu” i „Śmiej się dziś, a będziesz płakał jutro”, i „Śmiechu i chleba”, „Śmiechu dla wszystkich” „Pokaż mi, że się umiesz śmiać, a pokażę ci kim jesteś” oraz „Hej, hej, hej... śmiej się śmiej!!!”
— Operujcie, panowie, operujcie!... — zaczął wykrzykiwać naczelny lekarz. — Człowiek, który po wyborach liczy na przedwyborcze hasła, nie da się tak łatwo doweselić... Operujcie mózg... chirurgicznie...
Klipa skulił się w sobie... Był przerażony...
Teraz zawieziono go na prawdziwą salę operacyjną...
Wrzeszczał ze strachu...
Doktór przystąpił doń, aby zbadać stan serca przed zastrzykiem narkozy.
— Proszę oddychać... Nie oddychać... Oddychać... Dobrze! Proszę liczyć do trzech...
— Kiedy nie umiem.
— Musi pan umieć... Pan jest czwórka męska...
— A jak się nie doliczę! — przekomarzał się z lekarzem i pierwszy raz od kilku lat uśmiech pojawił się na jego twarzy. — No, panie doktorze, a jak się nie doliczę?
— Przepraszam bardzo... Czy pan przypadkiem nie jest wariatem?
— Naturalnie — odparł pacjent i zaczął trząść się ze śmiechu, tarzał się po stole operacyjnym jak po łące i ryczał ze śmiechu.
Do sali operacyjnej wpadli dygnitarze ministerstwa.
— No, nareszcie — zawołał minister z ulgą. — Doweselony!!!
Bajka o żelaznym wilku
Lokomotywa ciągnąca pociąg lekko zeskoczyła z szyn. Po prostu. Bez katastrofy. Zrobiła to tylko tak, pod wpływem łąki, która pachniała kwieciem.
Małemu mechanicznemu osiołkowi z linii Warszawa–Grójec nie chciało się po prostu ciągnąć nudnych, nadziewanych ludźmi wagoników. Zrzuciła ze siebie maszynistę i palacza, po czym bryknęła przez łąkę do najbliższego gaju. Jeszcze raz wyjrzała zza drzew, jak ktoś, kto bawi się w chowanego, i znikła.
Wagoniki same się potoczyły do najbliższej stacji. Zawiadomiono odpowiednie władze, zmobilizowano policję, straż ogniową i miejscowe stowarzyszenia, po czym zorganizowano obławę.
Pogoń osaczyła krnąbrną bardzo szybko.
Kiedy jednak kordon zacieśnił się dookoła jej legowiska, lokomotywa zaczęła szarżować na ludzi. Strzelano, bito gumowymi pałkami, nie pomagało. Wypadała na łąkę, popłoszyła i z powrotem wracała sobie do gaju, pogwizdując szyderczą piosenkę zwycięstwa.
Jak ją obezwładnić?
Postanowiono zamorzyć głodem.
I rzeczywiście.
Kiedy miało się już ku wieczorowi, lokomotywa zaczęła ujawniać mniejszą aktywność. Dopuszczała śmiałków na kilka kroków do siebie i rzucała się na nich dopiero w ostateczności. Widać, że węgla już zabrakło.
Noc zapadła, i wszyscy byli dobrej myśli.
Straż rozpaliła ognisko. Dziewczyny z pobliskich wiosek nadeszły spacerem. Śpiewano piosenki. Aż tu nagle lokomotywa wypadła, gulgocząc, z gaju, i krzesząc pęki czerwonych iskier, przemknęła po łące, napuszona jak indor.
Ścigano ją wśród ciemności, ale co to było za ściganie!
Wszyscy się poprzewracali!
Uciekła.
Odtąd słyszano o niej czasami.
Kto rozbił wagon i opróżnił go z węgla nazajutrz na najbliższej stacji?
Kto po dwóch dniach w sąsiednim, mieście powiatowym Kozice napadł w biały dzień na składy węgla Bartłomieja Apfelsztajna, sterroryzował personel i umknął z całą toną?
Kto w miesiąc później wjechał do pewnej znanej miejscowości wypoczynkowej, rozbił drewnianą willę, wykradł zapasy węgla z piwnicy i uciekł w kierunku najbliższych lasów, płosząc kuracjuszów i tratując cały sezon jesienny?
Wiadomo.
Lokomotywa.
Było o tym wiele sensacji w prasie.
Szczególnie świat naukowy głowił się nad rozwiązaniem zagadki. Powoli jednak wszyscy przywykli do tego faktu, a niebawem zaczęto tu i ówdzie przebąkiwać, że z tą lokomotywą musiała być zwyczajna malwersacja.
Naczelnik stacji wraz z miejscowym dowódcą straży ogniowej, odnośnym maszynistą i odnośnym palaczem zostali nawet pociągnięci do odpowiedzialności sądowej i skazano ich w pierwszej instancji, kiedy nagle po całym kraju gruchnęła wieść, że pewien gajowy w Puszczy Białowieskiej spotkał na dukcie leśnym lokomotywę jadącą na czele czterech małych, nieletnich parowozików, o krętych, zielonych, niedojrzałych kominkach.
Co prawda gajowy był pijak i władze za ów raport przeniosły go z miejsca na emeryturę, ale niebawem w dyrekcji kolei państwowych przekonano się, że lokomotywy giną gremialnie, a z drugiej strony do departamentu leśnictwa zaczęły napływać coraz liczniejsze raporty, że po nadleśnictwach pełno jest śladów i odgłosów buszujących w głębi lokomotyw.
Jedna ze stołecznych gazet popołudniowych zamieściła sensacyjną wiadomość:
„Pierwsze dzikie lokomotywy pojawiły się w Polsce. Przodujemy w motoryzacji światowej”.
Komisja specjalna, powołana do zbadania sprawy, wyłoniła ze swego łona komisję mieszaną, która upoważniła podkomisję do zbadania sprawy w terenie.
Przy tej okazji jeden z dostojników państwowych wypowiedział głęboką myśl, którą odtąd cytowano jako motto wszystkich wstępnych artykułów: „Sprawa lokomotyw to sprawa naszego jutra”.
W związku z tym pewien uczony niemiecki wysunął hipotezę, że niebawem zaczną dziczeć rowery, samochody, samoloty i motocykle. Inny uczony wysnuł twierdzenie, że wszystkie zwierzęta i rośliny są zdziczałymi maszynami stworzonymi przez prehistorycznego człowieka.
Tymczasem lokomotywy ginęły gremialnie.
Żadne ostrzeżenie parowozów, izolowanie nowych od starych, ostre rygory i system szpiegowski nie dawały pożądanych rezultatów.
Najgorsze było to, że zdziczałe parowozy napadały na swojskie, potęgując chaos w rozkładach jazdy.
Kradły węgiel.
Uprowadzały.
Musiano wstrzymać ruch kolejowy.
Przestano polować na zwierzynę, która z wolna zaczęła zanikać, stratowana i zagoniona przez mechaniczną konkurencję.
Los dawnej zwierzyny podzieliła wszelka roślinność. Chłopi, którzy tak lekkomyślnie dawniej skarżyli się na szkody wyrządzone im przez jelenie i dziki, mogli teraz stwierdzić, do czego są zdolne rozjuszone, bezkarnie ryjące się w roli maszyny!
Groził głód!
Najmodniejsze stały się polowania na lokomotywy.
Dyplomaci z całego świata oddawali się całą duszą tej wytwornej rozrywce.
Łowy były podobne do dawnych. Myśliwi stali na stanowiskach uzbrojeni w granaty ręczne o niezwykłej sile, a nagonka w czołgach napędzała zwierzynę na linię.
Dużo pisano o dublecie106 do dwóch lokomotyw, który uwieńczył wszystkie dotychczasowe triumfy łowieckie pewnego dygnitarza zaprzyjaźnionego mocarstwa.
— Jak się powiodło wczorajsze polowanie?
— Zabiłem dwie lokomotywy i wspaniały okaz od pośpiesznego pociągu.
Ale pewnego dnia podczas polowania w Puszczy Kampinoskiej uciekł tank zatrudniony w nagonce.
Mniej więcej w tym czasie umorzono śledztwo przeciwko naczelnikowi stacji, miejscowemu naczelnikowi straży ogniowej i odnośnemu palaczowi oraz maszyniście, a prasa nazwała ich nawet „pionierami spod Grójca”.
Nie potrzebuję ukrywać tych wszystkich dziwów, które zaszły niebawem. Samoloty uciekały z lotnisk i osiadały na szczytach górskich, płosząc ostatnie okazy orłów. Samochody uciekały z garażów i błądziły po szosach, pod osłoną nocy napadając na stacje benzynowe. Nobel ogłosił upadłość. Do rowerów strzelało się z flowerów.
Najprędzej ludzkość wytępiła zdziczałe tramwaje.
Żyły one w pobliżu miast i każdy, nawet początkujący myśliwy miał kilka sztuk na rozkładzie. Zresztą czwórki, dwójki i siedemnastki nie należały do poważnych trofeów myśliwskich.
Łowiectwo stało się z biegiem czasu sportem prawie niemożliwym. Odkąd bowiem tanki pouciekały i pozmieniały się w tapiry, a granaty ręczne ryły się pod ziemią jak krety, ludzie szli do boju przeciwko nowej zwierzynie z maczugami nabijanymi krzemiennymi ostrzami.
Na wielkich wodach nie działo się lepiej. Okręty buszowały po morzach, a rybacy łowili je na sieci. Tłuszcz okrętowy stał się uznanym środkiem leczniczym.
Nie potrzebuję dodawać, że łodzie podwodne znacznie wcześniej umknęły ze swych baz i żyły sobie cichym życiem rekinów.
Wreszcie kule karabinowe zaczęły uciekać ze składów amunicji i krążyły na wiatrach jak roje szarańczy.
Odtąd bezbronny człowiek wrócił do cywilizacji pasterskiej, pasł nieliczne krowy i bronił stad przed napadami lokomotyw i samochodów. Powstały legendy o żelaznych smokach.
W ogromnych, opustoszałych, skalistych miastach mieszkali tylko zawołani turyści.
Windy odfrunęły dawno w postaci balonów, balony były mikroskopijnymi księżycami współczesności, a spadochrony pływały w błękitach jak meduzy w morzach.
Nadeszły czasy głodu.
Próbowano odżywiać się surowcami.
Naftą, węglem i żelazem.
Umierano!
Kiedy ostatni ogród zoologiczny objedzono z eksponatów, ludzkość popadła w ludożerstwo.
Wiadomo, że kanibalizm niszczy człowieka psychicznie, rozbraja go duchowo, czyni skłonnym do refleksji i wrażliwym na poezję. „Dziecięce mózgi smakują jak orzechy”. Wiadomo...
Niebawem ludzie pozjadali się co do jednego.
Zostałem sam.
Wróciłem do domu.
Na schodach musiałem stoczyć zaciętą walkę z rurą gazową, która okręciwszy się dokoła poręczy, czatowała na zdobycz niczym wąż boa.
Kiedy szedłem do mieszkania, usłyszałem znajomy dzwonek telefonu.
Wyjrzałem przez okno.
Siedział na sąsiednim drzewie, przeskakiwał z gałązki na gałązkę, po czym odfrunął do pobliskiego ogrodu, gdzie prawdopodobnie miał już własne gniazdko.
Nie zapalałem elektryczności. Przewody były już przecież od dawna soliterami nieznanych żołądków. Nie dzwoniłem na służącą. Dzwonki były już przecież od dawna przynętami dalekich rybołówstw.
Zapłakałem.
I samotny, opuszczony przez cywilizację, napisałem ten zwariowany felieton.
Skończyłem pracę, nabiłem w butelkę i wrzuciłem w odmęty.
Może kiedyś, w przyszłości, ktoś wyłowi te słowa.