Ostatnia syrena Warszawy
W Halach90 szalony ruch. Kupcowe sprzedają ryby. Ryby trzepią się i tańczą na drewnianych stołach, tak jakby chciały bardziej się wyostrzyć i spłaszczyć. Kupujący cofają się i wracają. Życie wre. W powietrzu pachnie łuską, zgniłą wiosną i pośpiechem. Wreszcie cichnie wszystko, kupujący oddalają się. Na niebie zapala się księżyc przedmieścia.
Ponieważ ryby mieszkają w wodzie i za nic w święcie nie chcą zrzec się tego przywileju, na noc umieszcza się je w basenach, gdzie myją się i następnie grzecznie układają się do snu. Rano, kiedy handel rozpocznie się znowu, przekupki wyławiają je i sprzedają, sprzedają przez cały dzień, a ryby protestują z oburzeniem, wyślizgują się z rąk, klaszczą o lady i podłogi, nie chcą pozwolić się zważyć, tańczą jeszcze w koszach służących, wiją się w kuchniach pod ostrymi nożami kucharek, prężą się, trzepią całym ciałem o patelnię, a wreszcie podane do stołu na półmisku potrafią jeszcze zeskoczyć z talerza i oddać kilka klaszczących susów ponad zdumieniem biesiadników.
Jednak nawet wtedy, kiedy w półmroku mirowskich wieczorów kąpią się we wspólnych basenach, życie nie daje im także spokoju. Cichy plusk i nagle coś je podrywa do góry. Nie mogą się oprzeć. Jadą pod powierzchnię i wyżej ponad swój żywioł. Znowu więc protestują, skaczą i tańczą, ale siatka wznosi je wysoko i wysypuje do kosza, gdzie leżą jedna na drugiej we wspólnej mogile, zasypane powietrzem jak ziemią.
Kiedy nocą wydarzy się taki wypadek, nazajutrz wiele jest krzyku w halach. Poszkodowana kupcowa rzuca podejrzenia na szanowne swoje koleżanki, rozpoczynają się waśnie i bijatyki. Panie walą się szczupakami po perukach. Ogólne zdenerwowanie wzrasta. Udziela się rybom. Ryby cieszą się z niesnasek swoich oprawców, wyślizgują się z rąk, klaszcząc o lady i podłogi, jeszcze tańczą z radości w koszach służących, wiją się ze śmiechu pod płaskimi nożami kucharek, klaszczą z zachwytu na patelniach, a wreszcie, podane na półmisku, jeszcze z talerzów skaczą do góry wesołymi wysokimi susami.
Tymczasem w halach historia nocnej kradzieży zaczyna się konkretyzować.
— To pani ukradła mi ryby!
— Odczep się, ty wariatka!
— Tu nie ma „odczep”. Ja poznałam tego karpia. To jest mój karp. Ja znam każdą swoją rybę.
— Widzicie jaka mądra... A po czym kupcowa ją poznaje?
— Zeza miała. Zeza na prawe oko...
Nieporozumienie zatacza coraz szersze kręgi, handel zacina się. Ustaje. Kolorowe, pstre, nieszczęśliwe, karłowate stado ludzi z ciekawością otacza kłócące się przekupki, a one zaraz zderzą się z sobą, skoczą sobie czupurnie do włosów. Nad tłumem zawisną strzępy piskliwych, pokrwawionych okrzyków. Za chwilę obie zaczną tańczyć, trzepać się i wysokimi susami skakać do góry, a ryby w koszach, na wagach i ladach będą leżały spokojne i obojętne.
Trudno jest wyjaśnić, która przekupka zakradła się nocą i której kupcowej ukradła więcierz91 ryb z basenu.
Jednak podczas ostatniego wypadku nie było wątpliwości. Bowiem kiedy rano otworzono hale, skonstatowano, że w największym basenie ubyło ryb, ale przybyła kupcowa, której tu na noc nikt nie umieszczał. Jeśli chodzi o żywą wagę, można było uznać, że wszystko jest w porządku.
Stała po szyję w wodzie i na próżno starała się wydobyć. Niski, lilipuci wzrost i ogromna tusza zgubiły ją.
Pani Róża Kratka została skazana na sześć miesięcy więzienia. Była to ostatnia syrena Warszawy.
Jumping92 lotniczy
Duży balon nie jest nowoczesną rozrywką. Stada ludzi, którzy trzymają za linkę w chwili odlotu, i potem ta trudna nawigacja, niby żeglowanie fregatą z końca osiemnastego wieku, jak i to wreszcie, że już poeta Trembecki93 pisał wiersz o balonie, oto pokrótce powody, które umniejszają mój szacunek dla owych karminowych, żółtych i cytrynowych księżyców, które wczoraj wschodziły nad Warszawą.
Natomiast owe baloniki o pojemności stu metrów sześciennych, co to prawie zupełnie równoważą ciężar przyczepionego do nich człowieka i umożliwiają szybki spacer, niby w siedmiomilowych butach z bajki, są bardzo nowoczesne i powinny być używane nagminnie. Po co wam samochody, a w szczególności motocykle, kiedy można robić sobie kilkudziesięciometrowe skoki. Dwadzieścia kroków i kilometr drogi jest pochłonięty. Diablo piękny i malowniczy spacer.
Naturalnie na pustyni. Po mieście byłoby znacznie trudniej bawić się we fruwającego aniołka. Wiadomo: druty, kamienice. Idziesz na przykład do Ziemiańskiej94. Pierwszy krok zrobiłeś przed bramą twego domu, lecisz sobie ponad tramwajami, nad tłumem i samochodami, ale wiatr zbacza twój kierunek i opadasz na dach przejeżdżającego tramwaju 25, który zawozi cię aż na Pragę. Odbijasz się więc z dachu w kierunku mostu Poniatowskiego, bowiem musisz trafić na trzecią do kawiarni. Tymczasem zaczynasz jednak opadać na środek Wisły, dostajesz się na statek spacerowy Bajka i przy dźwięku orkiestry po pół godzinie wysiadasz na Bielanach. Zwijasz balonik, wsiadasz w taksówkę i wracasz do miasta.
Tak, to jest uciążliwe, ale na szczerej polskiej wsi te baloniki mogłyby oddać nieocenione usługi. Wychodzisz przed ganek, przyczepiasz sobie balonik do ramion i jednym krokiem wypłynąłeś ponad zabudowania. Opadasz na łąki, zrywa się stado kaczek, strzelasz, po czym odbijasz się lekko lewą nogą od ziemi i mkniesz za uciekającym ptactwem i tak sobie polami fruwasz i polujesz, aż do wieczora.
Uwaga myśliwi: radzę stosować jumping lotniczy!
Nie tylko myśliwi. Panie, panie w szczególności. Czy jest coś trudniejszego jak randka na wsi? Zakochani znajdują się od siebie w odległości kilkudziesięciu kilometrów i jeśli umówią się na randkę, to nazajutrz cała okolica już tylko o tym mówi. Stangreci opowiedzieli służbie, służba rodzinie i wszystko zaraz się wydaje. A kiedy ma się taki balonik, sprawa jest prostsza. Długimi krokami przechodzi się ponad zagajnikami, polami i miedzami i odpędzając zniechęconą dłonią skowronki wiszące pod sufitem nieba, dąży się ku sobie. Trudniejszy jest tylko moment spotkania. Wyciągacie ku sobie ramiona. Robicie jeden krok, żeby się powitać i niestety mijacie się, opadając na ziemię w odległości kilkuset metrów od siebie. Teraz trzeba zdjąć baloniki z ramion, przywiązać te fruwające wierzchowce do drzew, żeby przypadkiem nie odfrunęły, a co ma się dziać potem — to już przekracza zakres moich kompetencyj.
A propos widoku, muszę jeszcze zaznaczyć, że przy ulicy Widok doszło do awantury, bowiem kilku młodych entuzjastów jumpingu lotniczego urządziło tam wczorajszej nocy wielkie zawody. Panowie ci skakali po ulicy zupełnie bez baloników — skutki były fatalne: zostali aresztowani za zakłócenie spokoju.